Akurat jeśli o nich chodzi to te momenty, które łapali, chwile, w których wyznawali sobie uczucia, miłość, albo swoje obawy, nie zawsze były jak z jakiś romantycznych książek, czy filmów. Bardziej jak z tych mrocznych romansów Claudii. Oni to robili w klubie na brudnej podłodze, w łazience w sali treningowej, w środku pola na jakiejś meksykańskiej autostradzie. W dziwnych miejscach, ktoś patrząc na to z boku mógłby stwierdzić, że byli
pojebani, ale... byli.
Jedyni w swoim rodzaju, stąd te ich momenty też nie były typowe, a dzisiaj taki jeden łapali na ognistej masce, drogiego, sportowego samochodu. Odpierdoleni jak nie oni, z myślą, że musieli się dzisiaj postarać, żeby przekonać do siebie senatora Kane'a.
Chociaż w tej chwili to Madox wpatrywał się w piękne, duże oczy swojej żony, jakby nic inne na tym świecie nie istniało. Bo on od samego początku gotowy był walczyć ze wszystkimi przeciwnościami losu, żeby tylko... być z nią. I pewnie to było naiwne, głupie, sprawiało, że się narażali, to on o to nie dbał, a przy tym był kurewsko uparty, jak z tym ślubem. Chociaż kiedy Pilar oznajmiła mu, że to już, że chce zostać jego żoną z dnia na dzień, to przecież sam się zdziwił. Pozytywnie zaskoczył.
I teraz też uśmiechnął się szeroko, kiedy to powiedziała, że to była
najlepsza decyzja w jej życiu.
-
Lepsza niż ta kiedy ostatnio wzięłaś dwa pudełka lodów zamiast jednej i zjedliśmy oba? - zapytał przesuwając palcami po jej kolanie, a wzrokiem po dekolcie i wężu między jej piersiami. Bo tamta to była zajebiście dobra decyzja, zresztą przyznali to, kiedy pochłaniali w łóżku kolejne pudełko, a w przeciwnym wypadku pewnie Madox by musiał lecieć na dół do sklepu. Podniósł spojrzenie na jej piękne, czekoladowe oczy wraz z jej kolejnymi słowami. Wiedział to. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że Pilar nie była materialistką i nie przekupiłby jej, czy udobruchał drogimi prezentami. Przesunął palcami po jej biodrach, opierając je na nich miękko -
wiem, ale lubię cię czasem rozpieszczać - uśmiechnął się delikatnie, bo Madox był trochę próżny, lubił te swoje drogie koszule, błyskotki, sportowe samochody i to chciał też dać jej. Wszystko co najlepsze dla jego kobiety, nawet jeśli nie zawsze tego oczekiwała. Nawet jeśli to nie były dla niej priorytety, bo wolałaby pewnie ten hajs przeznaczyć na coś innego, ale Madox tyrał na to całe życie.
Chociaż teraz jego całe życie siedziało przed nim na masce tego drogiego, pięknego samochodu. Wszystko by dla niej oddał, każde pieniądze, co zresztą nie raz jej już mówił, a zaraz pokazywał, prowadząc jej dłoń po swojej klacie, na serce.
-
No ja myślę, że nikt cię tak nie wkurwia, bo byłbym chyba zazdrosny, gdyby jednak ktoś to umiał - zaczepił ją, wbijając palce mocniej w jej biodro, a ciemne oczy błysnęły mu zaczepnie -
mi na tobie też, dlatego czasem mi tak odpierdala jak sobie pomyślę, że mogłabyś iść do jakieś innego faceta - no proszę, Madox nigdy się do takich rzeczy nie przyznawał, grał kurewsko pewnego siebie. Ale przecież zdawał sobie sprawę z tego, że nie był idealny. Chyba więcej miał wad niż zalet.
Ale i tak przy niej był... tą lepszą wersją siebie. Starał się.
Pokazywał jej to
dobre serce, które w nim widziała, a teraz pod opuszkami palców mogła czuć, jak ono wali mu w piersi, jak szarpie się do niej, kiedy zacisnęła palce na białym materiał, gniotąc go, ale kto by się tym przejmował? Chyba tylko jakiś Galen Wyatt, bo na pewno nie oni.
Patrzył na nią, ale kiedy powiedziała to
boję się o ciebie, Madox, to uniósł jedną brew. Zacisnął mocniej palce na jej udzie.
-
Oszalałaś? Przecież sobie radzę, nie masz o co się martwić, Pilar... - zaczął nawijać i chciał się jej szarpnąć, ale przytrzymała go w miejscu, a kiedy zaczęła wymieniać nazwiska tych, którzy mu grozili, to znowu zajrzał jej w oczy -
nie boję się ich - rzucił poważnie, ale prawda była taka, że chyba pierwszy raz w życiu się bał, nie o swoją skórę, ale o nią. Kurwa. Bo on nigdy wcześniej nie był z nikim tak blisko -
Pająk groził, że mnie zabije? - zdziwił się, bo przecież o tym nie wiedział. Nabrał w płuca więcej powietrza, bo to znowu oznaczało tylko jedno, że ona była jego słabym punktem, wystarczyło, żeby zagrozili mu jej bezpieczeństwem, a on tracił głowę, ale taką samą taktykę przyjmowali jeśli chodziło o nią. Grozili jej tym, na czym jej zależało najbardziej -
czemu mi nie powiedziałaś? Pająk może mi naskoczyć - znowu się jej szarpnął, ale widział w jej oczach, że ona naprawdę się tym przejmowała. Że dotykało ją to, jak jebany Pająk groził jej, że go załatwi. Sięgnął do jej policzka wytatuowanymi palcami, żeby przesunąć nimi po nim miękko, zgarnąć z niego niesforne kosmyki. Już złapał więcej powietrza w płuca i miał powiedzieć, że
zawsze na siebie uważa, ale to przecież gówno prawda. Więc przysunął się do niej bliżej na moment opierając skroń o jej czoło, zaglądając w jej piękne, błyszczące oczy -
będę uważał - zapewnił ją, a ukradkiem zerknął już na zegarek.
Nie mieli czasu, ten gonił ich niezłamanie, zwłaszcza, że na dniach Madox przecież miał się spotkać z Luną, a jednak kiedy zsunęła się z maski znowu o niego ocierając, to sięgnął ręką do jej pośladka -
ja też bym wolał się do ciebie podostawiać, niż jechać na ten bankiet - no bo wolałby, ale takie było ich życie intensywne, szybkie, dużo się działo. I z wielu rzeczy musieli rezygnować, na rzecz innych. Powinni już do tego przywyknąć. Otworzył jej drzwi, a kiedy się do niego przysunęła mówiąc, że nie ma na sobie bielizny, to jego spojrzenie zjechało w dół -
specjalnie mi to robisz - westchnął ciężko i się do niej szarpnął, chciał ją pocałować, poczuć na języku jej smak, ale mu uciekła.
Bezczelna. Obszedł powoli samochód, znowu się poprawiając. Usiadł na miejscu pasażera, ale zaraz się okazało, że jednak będą się zamieniać -
chcesz mnie zobaczyć za kółkiem tej fury? - zaczepił ją jeszcze puszczając do niej oczko, ale zaraz wysiadł z wozu i ruszył do niej, a kiedy wysiadała to czarne spojrzenie utkwił bezczelnie między jej nogami.
-
Co? - obudził się dopiero, kiedy siedział już na miejscu kierowcy odsuwając sobie fotel, wytatuowane palce przesunęły się po kierownicy, ale ciemne oczy wbijał już w swoją żonę -
to da się piękniej? - naprawdę spojrzał na nią wielkimi oczami, bo dla niego tak wyglądała zawsze. Najpiękniej, w makijażu, czy zupełnie bez niego. Odpalił silnik i dodał gazu, żeby silnik zamruczał jak dziki kot, a zaraz wrzucił bieg i zjechał z krawężnika -
a poradzisz sobie, jak będę cię zaczepiał, bo wiesz... to automat, jedną rączkę mam akurat wolną - nawet zdjął zębami jeden z tych swoich ozdobnych pierścionków, jakby jej sugerował, co chciał z nią zrobić, ale ona wtedy zaczęła wyciągać z torby te kosmetyki, a Madox przechylił na bok głowę. Wklepał w nawigację adres, bo bankiet odbywał się w jakiejś posiadłości za miastem, a on... musiał czymś zająć rączki. Zerkał na Pilar, kiedy się malowała i rzeczywiście wjechał w jakieś dziury -
wybacz - musnął ręką jej kolano, ale to tyle, bo ona już zaciskała palce na... broni. I chociaż Noriega wolałby, żeby trzymała w dłoni coś zupełnie innego, to przeniósł na nią spojrzenie -
no nie wiem... Mnie się nie przyda - on akurat nigdy ze sobą nie nosił spluwy, bo i po co? Skoro i tak pewnie by z niej nie skorzystał -
myślisz, że będzie potrzebna? - zerknął na nią z ukosa -
weź ją, ale Pilar, tylko w ostateczności okej? - tylko czym dla nich była ostateczność?
Chyba oboje wiedzieli, zdawali sobie z tego sprawę, a przynajmniej Madox wiedział, że ona od razu sięgnęłaby po broń, gdyby chodziło o niego. A u Kane'a mogło być różnie...
-
Albo dobra, chuj - sięgnął do niej i oparł wytatuowane palce na pistolecie, wyciągnął go jej z dłoni, zanim zdążyła schować go do torebki -
robimy z tego misję pokojową, bez głupot - odwrócił się do niej na moment układając sobie spluwę pewniej w dłoni -
na chłodno i... calma - zimna lufa musnęła jej rozgrzaną skórę, kiedy sięgał ponad jej kolanami do schowka, żeby wrzucić tam broń. Zamknął go, a samochód wjechał na boczną uliczkę prowadzącą do posiadłości senatora, Madox zatrzymał go na środku drogi, a jego ręka wylądowała znowu na udzie jego żony -
ale coś ci obiecałem - posłał jej zaczepny uśmiech -
i chuj, dotrzymam słowa, chociaż mielibyśmy się spóźnić - ale może uda się nie, byli na ostatniej prostej, a mieli jeszcze kilkanaście minut, kilka może... Dlatego Noriega już nie próżnował, a jego ręka zniknęła pod jej czerwoną sukienką, od razu znajdując sobie miejsce między jej udami -
zawsze powinnaś nosić sukienki, bez majtek - rzucił, kiedy jego palce przesunęły się po jej
kobiecości. Odpiął pas, żeby się do niej przysunąć, drugą ręką rozchylić jej uda, opuścić delikatnie jej fotel, tak, żeby było jej wygodniej, kiedy wszedł w nią palcami powoli, aż sam mruknął na ten widok i na to, jak poczuł ją na swoich palcach. I tym razem był delikatny, dżentelmeński można by rzec, bo masował ją kciukiem w okrężnych ruchach, a jego palce poruszały się w niej z wyczuciem -
Kane lubi konkrety - czyli z jednej strony chciał dotrzymać dane jej słowo, ale zamierzał też jej powiedzieć, czego się tam mogą spodziewać -
jego żona za to jest zakręcona na punkcie jakiś akcji humanitarnych, prowadzi fundację, walczy o prawa kobiet, kocha zwierzątka, no wiesz... Nie poruszajmy przy niej niektórych... - westchnął ciężko, kiedy się pod nim spięła i jęknęła -
tematów - dokończył i jeśli wcześniej dał jej chwilę na przetrawienie tego wszystkiego, co powiedział, to teraz przyspieszył tempo. Bo po pierwsze nie mieli czasu, a po drugie czuł jak się pod nim wierciła, jak wypychała do niego biodra -
zakładam, że Luna też kogoś tam wyśle, więc proszę cię, żebyś była... - wszedł w nią głębiej, i nawet pochylił się w jej kierunku, żeby mogła poczuć na dekolcie jego ciepły, przyspieszony oddech -
spokojna - dokończył, paradoksalnie
pieprząc ją palcami mocniej i szybciej -
ale jak ci ulżę, to może się uda, hm? - spojrzał jej w oczy. Jego też kręciło to co widział, to jak na niego reagowała. W tym bajecznym samochodzie, w tej sukience. Najpiękniejszy widok na całym pierdolonym świecie.
Te prometí algo 