przekleństwa, rozpierdol i duża dawka chaosu
Skoro tak mu powiedziała, że
może wpadnie do jego biura przetestować to biurko, które on robił na specjalne zamówienie, na które wywalił kupę siana, to mogła być pewna, że Madox będzie teraz do tego dążył, że łatwo jej tego nie odpuści. Tak samo jak tego breloczka z papryczką czili, nawet jeśli wybrałaby coś innego, słodkie sombrero? Marakasy? Czy cokolwiek, co wpadło by jej w oko, to przecież mogła mieć też papryczkę, taką od niego, która będzie jej przypominała o tej
ognistej, meksykańskiej przygodzie.
Której on też wcale nie chciał kończyć.
Ale zaraz stał przed nią, z jej majtkami, które naciągnęła mu na głowę, aż przechylił ją na bok, a potem parsknął śmiechem, zaraz jej pytał, czy mu w nich do twarzy i czy teraz mu się myśli rozjaśnią.
Nie rozjaśniły się. Bo znowu się na nią nakręcał, aż się szarpnął i ugryzł ją gdzieś w szyję, dobrze, że jednak ściągnęła z niego tą koronkę...
Dobrze, że założyła je na siebie, bo on przecież wciąż sięgał do krwistoczerwonych falban jej sukienki podwijając ją.
Vamos.
Dobrze, że go pospieszyła, bo on się jeszcze ociągał. Żal mu było stamtąd wyjść. Jeszcze się odwracał, kiedy zapinał spodnie, kiedy przewlekał przez szlufki pasek, żeby zapiąć ozdobną klamrę. A kiedy zakładał buta, to opierał się o te belki, do których ona się wczoraj łasiła,
kusząc go. Też by ją może jeszcze poprowokował, ale ruszyli w kierunku molo, a wschód słońca, który rozżarzył niebo kolorami był naprawdę
zjawiskowy. Kolejny piękny wschód słońca, który oglądali w Meksyku.
Naprawdę spędzili tu niesamowite chwile, i przy tych widokach, bez nich... a nawet u Pablo. Cały Meksyk był...
intensywny, doświadczył ich na tak wielu płaszczyznach, że Madox trochę żałował, że to już koniec... że za kilka godzin muszą wsiąść w samolot i wrócić do zimnego, szarego Toronto. Znowu.
Oni powinni mieszkać w jakiejś słonecznej Kolumbii, Hiszpanii, albo Meksyku.
I po drodze to właśnie Madox nawijał Pilar, że ten ich dom z ogródkiem to powinni sobie kupić tutaj, może ten w którym się jej oświadczył? Albo może powinni zabrać klucze do domu Esme i wtedy mogliby tu w każdej chwili przylecieć.
Mogłoby być pięknie, długie noce na dzikiej plaży, malownicze wschody słońca, i dom.
Rodzinny dom jego matki.
Tylko zaraz okazało się, że nie mogło być tak pięknie. Madox nawet nie zauważył otwartej furtki.
-
I gotowałabyś mi buñuelos, jakbyśmy tu przyjeżdżali na wakacje... - urwał dopiero kiedy złapała go za koszulę. Ciemne tęczówki zaraz spoczęły na uchylonych drzwiach. Od razu zacisnął mocniej palce na jej ręce szarpiąc ją do tyłu, za siebie, odruchowo -
zaczekaj - rzucił, ale czy naprawdę liczył na to, że ona tu na niego zaczeka?
Nie.
Na co liczył?
Nie wiedział, ale i tak się nie zawahał, nie zastanowił nawet, tylko ruszył naprzód. Wszedł do środka i od razu omiótł pomieszczenie spojrzeniem, nie zrobiło na nim jakiegoś wielkiego wrażenia. Pewnie widział już takie rzeczy, ale... Esme przecież była przekonana, że nikt nie wiedział o tym miejscu. A jednak ktoś wiedział.
Puścił rękę Pilar robiąc kilka kroków w głąb pomieszczenia, deptając leżące na podłodze ciuchy, bibeloty i inne rzeczy, które przecież kilka godzin wcześniej nadawały temu wnętrzu jakiegoś takiego przytulnego charakteru. Teraz panował tu pierdolony chaos, jakby przez dom przeszło tornado, jakby coś kurwa wywróciło go do góry nogami.
Ktoś właściwie.
-
Uważaj - tylko tyle jej powiedział zanim poszedł sprawdzić sypialnię, też była pusta, ale wszystko leżało wywrócone do góry nogami, materac pocięty w strzępy, pościel w czerwone róże też. Nawet te ładne sukienki Esma komuś przeszkadzały.
Kiedy spotkali się z powrotem w salonie, to Madox zaraz ruszył do Pilar, stanął przed nią, z ciemnymi tęczówkami utkwionymi w jej oczach. W domu może i było pusto, ale na pewno nie bezpiecznie, bo skoro ktoś tutaj wtargnął, to równie dobrze mógł wciąż obserwować chatę i Madox nawet już miał jej to powiedzieć, już sięgał do jej ręki, żeby ją szarpnąć do drzwi, żeby powiedzieć to
spierdalamy, tylko wtedy Pilar zapytała o ten telefon, a właściwie to stwierdziła, że go nie ma. Tylko...
-
Właściwie... - zaczął Madox i przeszedł do kuchni, otworzył szafkę pod zlewem. Schował ten telefon w międzyczasie, bo może Madox nie myślał na przód, nie zakładał z góry jakiś czarnych scenariuszy, to jednak czasem miał jakieś swoje przeczucie -
szukali czegoś, co doprowadzi ich do Esme, tylko... nikt nie miał wiedzieć o tym miejscu - rzucił i już się schylał, żeby wyjąć telefon, który schował gdzieś za rurami. A jednak kiedy Pilar wyciągnęła w jego kierunku swój, to się wyprostował i zerknął na wyświetlacz -
kurwa - wyrwało mu się od razu -
myślisz, że Pablo wiedział o tym miejscu? - wyszedł zza lady, żeby stanąć obok niej. Właściwie nie wiedzieli jeszcze przecież co tak naprawdę zaszło między Gonzalesem, a Lopezem.
Może wiedział?
Madox już otworzył usta i chciał to powiedzieć Pilar, ale wtedy coś trzasnęła w ogrodzie. Głośno. Kontrastowo do tego spokoju, który panował w całej okolicy. Noriega od razu chciał się tam wyrwać, bo przecież on zawsze to robił. Nie zastanawiał się, tylko działał.
Tylko szedł na przód.
Ale tym razem się zastanowił. Tym razem stanął przy Pilar żeby złapać ją za przedramię, przytrzymać w miejscu, bo przecież ona też mogła się tam wyrwać pierwsza. Oparł palec na ustach, żeby ją uciszyć, bo może nie narobili tyle szumu, żeby zwrócić na siebie uwagę?
Najwidoczniej nie, bo kiedy Madox pociągnął Pilar do okna, to po ogrodzie kręciło się jakiś dwóch facetów. Był też trzeci, który stał pod tym
krwistoczerwonym różanym krzewem, palił cygaro, bo biała stróżka dymu tańczyła nad jego głową, ale nie było widać kto to... Chociaż ta koszulka i złoty zegarek na nadgarstku wyglądały znajomo.
Noriega zaraz szarpnął Pilar na dół, pod okno, kiedy jeden z facetów odwrócił się w ich kierunku.
Grubas. Ten sam, którego spotkali w domu Esme.
-
Kurwa... czyli jednak oni wiedzieli o tej chacie - wyszeptał i jeszcze raz zajrzał w ciemne, piękne oczy Pilar -
jest ich trzech i na pewno mają broń... ale trzeba dorwać tego pod różą, a ja mam tylko to - to nawet nie był paralizator, tylko nóż, który wyniósł z magazynów Pablo, ale... dobrze leżał w dłoni, od razu było widać, że to wojskowy nóż. A Madox... chyba wolał już noże niż spluwy.
Mogli też spierdolić...
Nie mogli. Bo co jeśli pod różą stał Pablo? Musieli go załatwić raz a dobrze, bo jeśli uciekł, to bardziej niż pewne jest to, że najpierw zajebie ich, a potem znajdzie również Esme, Lopeza i Aurę. Pablo Gonzales nie był jakąś pierdoloną płotką, facet od ponad dekady handlował bronią i był nieuchwytny.
Madox już otworzył usta, już miał jej przedstawić jakiś plan, ale wtedy ta poluzowana deska na ganku, pod którą Esme chowała dokumenty i pieniądze zaskrzypiała pod naporem czyiś kroków.
-
Kurwa szefie, tu jest jakaś skrytka... - usłyszeli głos Grubego tuż za drzwiami.
Kurwa. To była ich szansa. Oboje to wiedzieli, a na pewno wiedział to Madox. Bo kiedy
szef podszedł, żeby zobaczyć skrytkę, to Noriega nawet nie zaczekał, tylko wyrwał się do przodu, szarpnął drzwi i wyskoczył przez nie na zewnątrz, miał do pokonania trzy schodki, wiedział gdzie znajduje się skrytka. Dobrze wymierzył. Dobrze też chwycił ich szefa za koszulę i już po chwili obaj polecieli na tą soczyście zieloną trawę u dołu schodów. Oni mieli broń, ale Madox miał nóż... Element zaskoczenia... i Pilar.
mujer gangster
𝕭𝖆𝖓𝖌 𝕭𝖆𝖓𝖌