25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Oczywiście, że z tyłu głowy kłębiło jej się multum obaw związanych z tym jego wyjściem z Beatrice. Już samo to, że słyszała jak ta go prosiła o wspólny taniec, podczas gdy on ledwo był w stanie odpowiedzieć jej na pytanie czy w ogóle poszedł gdziekolwiek z tą głupią modelką, przyprawiało ją o nieprzyjemne dreszcze niepokoju. Ufała mu, ale był już porobiony alkoholem i przyprawiony narkotykami. I starała się ze wszystkich sił, aby wyobraźnia nie podsuwała jej obrazów jak taki taniec mógł wyglądać, a także jak się skończyć. Ale przecież jak ona już wstała i zaczęła ogarniać pokój, aby był gotowy do wymeldowania, a on leżał rozwalony na łóżku — i przy okazji nieprzykryty, bo było mu za gorąco — to nie widziała na jego ciele żadnych śladów użytkowania. Nie miał żadnych szram po paznokciach, a jedyne malinki były zrobione przez nią i to kilka dni temu, więc powoli blakły. Nie czuła od niego żadnych perfum, tak samo na ciuchach, a jedynie smród alkoholu i papierosów. Pewnie w normalnych okolicznościach mogłaby podejrzewać, że ta celowo starała się nie zostawiać żadnych poszlak naprowadzających na zdradę, ale to Elsa nie mogła się powstrzymać przed gryzieniem na trzeźwo, a co dopiero jakby była w stanie pod tytułem „wszystko mi jedno”! Zresztą, po podłym charakterze Beatrice i przy okazji po tych wszystkich wiadomościach, które wypisywała do koleżanek mogłaby śmiało stwierdzić, że ta na złość zrobiłaby wszystko, aby Norweżka dowiedziała się o zabawach z jej chłopakiem. Pewnie miałaby już na telefonie cały spam ze zdjęciami i filmikiem… Jednak sama mogłaby zacząć się zastanawiać czy Dante dałby radę ukrywać to przed nią? Choćby miał jakieś małe podejrzenia, że w jakimś stopniu ją zdradził… to czy powiedziałby jej o tym, zbierając się na odwagę, czy zatrzymał to dla siebie?
Mogłaby… gdyby tylko dopuszczała do siebie tego typu myśli. Ale zamknęła je w jednym z pokoi swojej głowy i nie zamierzała ich prędko otwierać.
— Widzę, że nie możesz doczekać się tego wiązania. — Parsknęła cichym śmiechem, przypominając sobie, że przecież od ich pierwszego spotkania w jej salonie dosyć regularnie zaczęła mu grozić tymi wszystkimi kablami. I najwyraźniej w końcu należało ową groźbę spełnić i przetestować wszelkie węzły, których nauczyłaby się w harcerstwie, gdyby tylko do jakiegoś należała.
Otworzyła szeroko oczy, słysząc jak ten podejmuje trud rozmowy o wprowadzeniu się do niej. Chociaż od dłuższego czasu nie używała pojęcia "mój dom”. Mieszkali tam w czwórkę, oni i ich psie dzieci, które przez te miesiące zdążyły się ze sobą naprawdę zżyć! Nawet jak narwany Murphy zdawał się momentami irytować księżną Olive to uwielbiała się bawić z młodszym bratem i mimo nieznacznej różnicy wzrostu — gdzie to suczka była tą mniejszą — wygrywać z nim psie zapasy. A ona czuła się dobrze z tą dwójką przy nodze — oczywiście chodziło o zwierzęta, bo o kogo innego — a przeszczęśliwa z tym gamoniem u boku. To był już od dawna ich dom — całej czwórki.
Ale kiedy wspomniał o paskudnej lampie, uniosła wymownie prawą brew, która delikatnie jej drgnęła w ostrzegawczym tonie.
— Nie podoba ci się moja lampa, Levasseur? Dobrze, po powrocie pojedziemy do meblowego i kupimy taką, która będzie ci pasować i którą ja zaakceptuję. Dostaniesz trzy szanse. Jak żadna nie dostanie akceptacji to ja wybieram i ja akceptuję. — Uśmiechnęła się szeroko, wycierając dłońmi resztki łez, które zostały na jej policzkach. Już wspólnie wybierali płyn do płukania prania, z lampą chyba nie mogło pójść o wiele gorzej. Chociaż dalej nie rozumiała, co mu się w tej obecnej nie podobało! No i skoro Murphy jeszcze jej nie rozwalił, to najwyraźniej i on był nią zachwycony!
— Planujesz go unikać do końca życia? A co ze świętami? Albo moimi urodzinami? Mam wybierać między wami czy będziesz chciał je świętować miesiąc później? — zapytała całkiem poważnie. Bo jak rozumiała ich niechęć do siebie tak naprawdę nie zamierzała udawać, że jej to odpowiadało. W końcu mieli stworzyć coś na wzór rodziny i naprawdę nie potrzebowała do tego żadnej obrączki! Dlatego choćby miała ich dwójkę przywiązać do krzeseł, a buzie zakleić taśmą izolacyjną albo skleić klejem na gorącą… to będą ze sobą spędzać czas. Koniec. Kropka.
— A to już zależy jak intensywnie będziesz szorować to miejsce podczas kąpieli. Bo może będę musiała średnio raz w tygodniu go poprawiać. — Wzruszyła ramionami i od razu odwzajemniła to słodkie i krótkie muśnięcie. Ale zdziwiła się, kiedy złapał za bransoletkę. Gdy jednak powiedział, że zdecydowanie chciał ją z powrotem, uśmiechnęła się rozczulona. Czyli nie bał się rzuconego zaklęcia albo było mu dobrze pod jego wpływem. Nie wnikała. Szybko jednak splotła dłonie w miseczke bądź inny koszyczek i podłożyła pod jego ręce, gdy zaczął umieszczać blaszkę na jej pierwotne miejsce. Tak na wszelki wypadek, żeby nic nie spadło do jeziora. Nic poza…
Podskoczyła z obrzydzenia, kiedy poczuła jak coś oślizgłego chodzi jej po nagiej stopie. Szanowała wszystkie zwierzątka, naprawdę. Kiedyś zawiozła do weterynarza rannego jeża, który padł ofiarą podkoszarki w miejskim parku, podobnie z ptaszkiem, który oślepiony słońcem uderzył w szybę jej salonu. Ale ta żaba…
— AAAA! — krzyknęła, skacząc na jednej nodze aż w końcu… wylądowała za pomostem. Na szczęście dno było dosyć głębokie, więc nie uderzyła w żadne kamienie i mimo przeżytego szoku, szybko się wynurzyła. — Chciałam popływać we Włoszech… albo myślałam o morzu, nie o jeziorze z żabami… — jęknęła cicho, zapierając się dłońmi na pomoście, próbując dostać się z powrotem na niego, ale… — Pomóż, nie mam już siły. Ręce mnie bolą od tych warkoczyków. Dzisiaj chyba trzysta ich naplotłam…

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Prepare for the cold
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet jeśli nie do końca – a właściwie prawie wcale – pamiętał wyjście w towarzystwie Beatrice, chyba mógł być pewny tego, że nie zadziało się podczas niego nic, czego następnego dnia mógłby jedynie mocno pożałować. I to pewnie mocniej niż ilości wypitego alkoholu i tego, że nie zdecydował się poprzestać tylko na nim. Bo może i zdarzało mu się w takich sytuacjach pakować w różnego rodzaju idiotyzmy – co w zasadzie na trzeźwo zdarzało się tylko w nieznacznym stopniu rzadziej… – ale jak dotąd chyba jeszcze nigdy nie zapomniał o tym, że miał dziewczynę, którą rzeczywiście kochał i że w związku z tym naprawdę nie potrzebował żadnych przygód z nikim innym.
Nie licząc tych, które czasami kończyły się lekkim przedłużeniem imprezy. Tak na przykład do paru dni.
W każdym razie – na pewno nie tych, których finał miałby odbywać się w cudzym łóżku. Albo czymkolwiek innym, co – z braku odpowiedniego umeblowania – mogłoby za to łóżko posłużyć.
To ty ciągle do tego wracasz… – zauważył z uśmiechem, również całkiem nieźle pamiętając o tym, że tego typu groźby miał okazję usłyszeć od niej już co najmniej kilkukrotnie. A także o tym, że niemal za każdym razem kończyło się to przeinaczeniem jej wydźwięku w taki sposób, by faktycznie mógł przynajmniej przez moment lub dwa zastanowić się, czy aby przypadkiem nie byłby w stanie polubić się z tymi kablami…
I oczywiście, że wreszcie nie wytrzymał, musząc po prostu parsknąć śmiechem na widok tej jej ostrzegawczo uniesionej brwi. Albo ewidentny dowód na brak jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, albo po prostu Elsa zdecydowanie powinna nieco popracować nad swoim groźnym wyglądem…
Jest paskudna – powtórzył dobitnie, pozwalając na to, by oczywiste rozbawienie wciąż odbijało się pomiędzy poszczególnymi głoskami. – I naprawdę trudno będzie wybrać coś gorszego od niej, więc chyba nawet za bardzo nie ma znaczenia, czym ją zastąpi…my.
Może i faktycznie przez cały ten czas zdążył poczuć się w jej domu jak u siebie i pewnie niejednokrotnie zdarzało się, że całkiem naturalne było podejmowanie jakichś mniej lub bardziej istotnych decyzji wspólnie. Zazwyczaj jednak nie zwracał zbytniej uwagi na to, czy zdarzało mu się powiedzieć coś o spędzaniu czasu u nich, czy jednak wciąż zamiennie stwierdzał na przykład, że noc zamierzał spędzić u niej. Tym razem całkiem świadomie zwrócił jednak uwagę na to, że czasownik użyty w jego wypowiedzi pierwotnie miał się pojawić w tej – już – niewłaściwej formie, a skorygowanie go wymagało tej chwilowej pauzy.
Na szczęście i do świąt, i do twoich urodzin jest jeszcze trochę czasu, więc pewnie będzie można to wszystko jakoś… zaplanować – na przykład przypominając sobie w ostatniej chwili, że właśnie końcówkę grudnia musiał bardzo pilnie spędzić gdzieś zupełnie indziej. Albo zupełnie przypadkowo planując świąteczno-urodzinowy wyjazd z nią w taki sposób, by niefortunnie nie móc w tym czasie spotkać się z jej ojcem. Bo… jeśli ktoś wciąż jeszcze potrzebowałby jakiegoś dowodu na to, że Dante w żadnym razie nie potrafił przewidywać konsekwencji jakichkolwiek swoich decyzji, to ta prawdopodobnie mogłaby stanowić dość dobitny przykład. Oczywiście, że to oficjalne wspólne mieszkanie z nią musiało oznaczać, że wizyty jej ojca powinni – przynajmniej w większości – również odbywać wspólnie. A jak dotąd najwyraźniej wcale nie brał pod uwagę tego, że właśnie pozbawił się tej najbardziej banalnej wymówki, jaką było stwierdzenie, że on przecież w zasadzie tylko u niej bywał i że nie było potrzeby, żeby był obecny również wtedy, gdy miała jakichś goście.
Tymczasem… wyglądało na to, że od teraz mieli to być ich goście.
A on, chociaż raczej nie miał zamiaru przyznawać tego na głos – na pewno nie teraz – chyba rzeczywiście wolałby pozostać przy tym, by z jej ojcem widywać się na tyle rzadko, na ile tylko było to możliwe. Najlepiej wcale. Choć może częstotliwość raz do roku też mogłaby być w ostateczności akceptowalna…
Losowi natomiast chyba powinien być wdzięczny za to, że skacząca po pomoście żaba zdecydowała się zaatakować Elsę ledwie chwilę po tym, jak sam zdążył bezpiecznie zapiąć bransoletkę na swoim nadgarstku. W przeciwnym wypadku było chyba więcej jak pewne, że ta mogłaby na dobre przepaść gdzieś w jeziorze, kiedy on odruchowo wyciągnął rękę, żeby złapać dziewczynę zanim…
Uw… – ale było stanowczo za późno, żeby choćby wypowiedzieć w pełni jakiekolwiek ostrzeżenie o tym, że zbliżała się właśnie do końca pomostu… Z pluskiem wylądowała w wodzie i chociaż Dante zdążył w tym czasie samemu zrobić tych parę kroków na skraj drewnianej konstrukcji, po drodze pozbywając się własnych butów, to ratunek najwyraźniej wcale nie był konieczny. Elsa zdążyła wynurzyć się samodzielnie, a on… po prostu nie mógłby nie roześmiać się na jej widok, kiedy już początkowe zaskoczenie i obawa o to, czy przypadkiem nic się jej nie stało, minęły.
Tym bardziej, gdy usłyszał ledwie chwilę później kolejny, znacznie już cichszy plusk mogący oznaczać jedynie tyle, że również winowajczyni całego tego zamieszania postanowiła ewakuować się z pomostu, zanim ktokolwiek mógłby ją o coś obwinić.
Wystraszyłaś ją… – zauważył ze śmiechem, zdecydowanie nie zwracając się przy tym do żaby. Ale nawet jeśli trudno byłoby przyjąć całą tę sytuację z powagą, na pewno nie zamierzał przecież tak po prostu zostawiać Elsy bez pomocy. Zwłaszcza, gdy wprost wspomniała o tym, że ta jak najbardziej by się jej przydała…
Mówiłem ci już dzisiaj, że świetnie wyglądasz? – nawet jednak kucając na skraju pomostu, by chwycić ją za ręce i pomóc jej wydostać się z wody, nie był w stanie choćby udawać, że próbował zachować powagę. – Chociaż… chyba masz jakiegoś glona we włosach. Albo… nie, nie rusza się. To jednak glon.
Możliwe, że ryzykował właśnie tym, że lada moment sam miałby doświadczyć przymusowej kąpieli z żabami oraz okazji do tego, by nazbierać nieco własnych glonów… Wciąż jednak ugryzienie się w język zdawało się w tej sytuacji zadaniem ponad jego siły. No i zresztą… przecież naprawdę był zdania, że nawet z tym nieszczęsnym glonem we włosach i w kompletnie przemoczonej sukience mogła wyglądać świetnie.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”