-
To zostajesz w aucie - warknął na nią może trochę ostrzej niż powinien? Ale... on po prostu nie chciał, żeby ona znowu przez niego ryzykowała, tak jak z Rosą, kiedy prawie...
No kurwa nie, i tyle.
Wbił w nią ciemne tęczówki, kiedy zaraz oznajmiła mu, że nic z tego, że
nie pozwoli mu tam wejść samemu, przez moment autentycznie żałował, że nie przyjechał tu sam. Aż odchylił do tyłu głowę, a ręką walnął w kierownicę. Może by się kłócił, starał się przeforsować swoje racje, ale to była Pilar. Wiedział, że nie ma szans.
-
Zawsze jedna osoba musi stać na czatach, w razie czego... - próbował jeszcze, ale prawda jest taka, że Madox po prostu zawsze działał w pojedynkę, czasem z kimś, ale rzadko zostawiał jakąś czujkę.
Chociaż może pod tym grubym murem rzeczywiście powinni kogoś postawić? Stewart, bezpiecznie w samochodzie.
Dlatego oznajmił jej spokojnie, że idzie. Sam. Ale zanim zdążył się ruszyć, to ona już łapała go za koszulę... i ją z niego ściągała.
-
Wiem... - mruknął i rzeczywiście wziął się za zapinanie guzików, miał to zrobić wcześniej, ale cały czas coś mu przeszkadzało, i tak łaził jakby był na wakacjach, ale w sumie... trochę był. Co prawda teraz mniej pod tą hacjendą strzeżoną ze wszystkich stron murem, ale może się okazać, że wcale tam nie było jego matki i wtedy sobie wrócą spokojnie do Acapulco...
Na jej pytanie uniósł na nią spojrzenie z tych guzików, które wciąż trzymał w palcach.
-
No... będę improwizował - jak zwykle. Madox nie planował, on szedł na żywioł, improwizował, budował historie na poczekaniu. Całe życie to robił, no i trzeba mu przyznać, że był w tym nienajgorszy, skoro jeszcze nikt go nie odjebał za kłamstwo. Zamyślił się na moment i spuścił spojrzenie na ostatni guzik, zapiął go.
-
Myślisz, że przez płot? A jak mają psy? Albo ktoś chodzi po ogrodzie? - podrapał się po potylicy myśląc nad tym. Chyba włamanie nie było najlepszym pomysłem, nie do takiej chaty. Bo jeśli by go złapali to podejrzewał, że nawet nie odstawili by go na policję, tylko połamali.
Właściwie to on myślał o tym, że zadzwoni do tej bramy i po prostu to powie, że szuka Marisol, a potem będzie improwizował, bo zależy czy go wpuszczą, czy nie. Ale to też może nie był najlepszy pomysł, zwłaszcza, że nie wiadomo co to za adres, jego matki, czy nie...
Westchnął ciężko i obrzucił spojrzeniem wnętrze samochodu, a jego wzrok zatrzymał się na tych torbach z Taco Kartel, co mieli z tyłu. Tylko, że Pilar już po nie sięgała, a on w pierwszej chwili wywrócił oczami, bo to było czasem aż straszne, że ona tak jakby mu czytała w myślach. Ale zaraz się do niej uśmiechnął i skinął głową.
-
Myślę, że to będzie dobry punkt zaczepienia - stwierdził, a potem nawet przechylił się przez siedzenie, żeby jeszcze zgarnąć z tylnej kanapy czapkę z daszkiem, którą dostali z wypożyczalni samochodów i wcisnąć ją sobie na głowę. W razie gdyby miała otwierać mu Marisol i poznała jego gębę, chociaż pewnie by nie poznała, po tylu latach, zwłaszcza, że on troszeczkę... zarósł.
Przejrzał się jeszcze w lusterku i przejechał palcami po policzkach poprawiając brodę, jak to Madox, który idzie na akcję. Schylił się do niej po te torby, ale zawiesił się kilka centymetrów od jej pełnych, gorących warg, tak, że mogła czuć na nich jego szybki oddech. Ciemne tęczówki wbił w jej piękne, czekoladowe oczy.
-
Jak mi się uda, to zostawię ci otwarte... ale jak mi się nie uda, to czekasz - powiedział poważnie, a później już złapał za te torby i wysiadł z auta. Poczekał jeszcze na nią, a kiedy stanęła obok niego przy samochodzie, to musiał jeszcze raz odwrócić się w jej kierunku.
-
Pilar, tylko na spokojnie... - nawet jej pokazał ręką, że spokojnie -
calma - odwrócił się jeszcze do niej idąc tyłem. A później to już wszystko toczyło się szybciutko.
Madox stanął przed bramą i zadzwonił domofonem, od razu mieli go na kamerce, wiedział to, przysunął się do niej prezentując daszek od czapki.
A później to już zależy, czy Stewart stała na tyle blisko, żeby go słyszeć, czy dalej, bo jeśli dalej, to widziała tylko jak on się tam miota, a jeśli bliżej to mogła słyszeć całą tą scenkę. Najpierw pokazał torby z jedzeniem.
-
Cześć Taco Kartel, mam wasze zamówienie... - jakiś szum, a później głosy, że oni nic nie zamawiali. Madox sięgnął po telefon, zerknął na niego.
-
Jak nie? Jak mam tutaj ten adres - nawet go powtórzył -
weź stary, bo stygnie, a ja jeszcze mam dwa dowozy na tej ulicy - oczywiście się jakoś obruszył, patrzył na zegarek, przestąpił z nogi na nogę. Głos znowu powiedział, że niczego nie zamawiali.
-
Lopez zamawiał... Na nazwisko Lopez - zawsze jest jakiś Lopez, u nich w klubie też był. chociaż prawda jest taka, że Madox po prostu zaryzykował. Ale zaraz usłyszał jakieś rozmowy w tle.
- Ej ty kurwa, Lopez to zamawiał? - Nie wiem... - A gdzie on jest? - Poszedł się wysrać. - No to pewnie jak przyjdzie to będzie głodny, hehe… - Dobra wpuść go, bo nas zajebie, jak go odeślemy.
Furtka otworzyła się z tym charakterystyczny dźwiękiem zwalnianego zamka. A Madox przechodząc przez nią, potknął się...
-
Ja jebię - wyrwało mu się, ale zaraz pomachał do kamery, że jest okej. A tak naprawdę, to on sobie w tej bramie ładnie chciał zaklinować kamień, który ustawił sobie pod butem, żeby zamek nie zaskoczył z powrotem, kiedy ona się za nim zamknie. Miał nadzieję, że mu się udało, ale przecież nawet tego nie sprawdzał, ruszył do drzwi...
Na podwórku rzeczywiście były psy, ale w tej chwili zamknięte, chociaż dało się słyszeć ich ujadanie, a w wielkim domu w hiszpańskim stylu jakieś poruszenie, kiedy ruszył dalej przed siebie przez wielki, piękny ogród porośnięty agawami i... różami?
Pilar Stewart