Ba! Resztka tego przekonania tkwiła w nim gdy po raz pierwszy wkroczył na komisariat jako detektyw wydziału zabójstw. Iskierka niezdrowej ekscytacji towarzyszyła mu gdy otwierał pierwsze akta, analizując schowane w nich informacji. Zamiast jednak przerodzić się w płomień, z wolna stawała się coraz mniejsza, z każdym, nowym folderem tkwiącym na jego biurku.
Folderem, w którym tkwiło dokładnie to samo.
Gdyby powiedział komukolwiek spoza swojego zawodu, że wydział zabójstw bywał n u d n y, prawdopodobnie zarobiłby łatkę odklejonego rzeczywistości. Gdy jednak człowiek przyzwyczaił się do widoku krwi, do wszechobecnej przemocy rzucającej swój cień na ściany pomieszczeń, jedna sprawa nie różniła się zbyt wiele od drugiej. Znaczna część morderstw miała charakter relacyjny i długą, udokumentowaną historię gwałtowności po stronie mordercy, która skutecznie skracała potrzebne śledztwo do minimum. Czym innym były strzelaniny - wbrew obiegowej opinii różniącej Kanadę od Stanów Zjednoczonych tak, jak dzień różnił się od nocy - stanowiące ponad połowę popełnianych zabójstw na Kanadyjskiej ziemi. Spora część z nich nie podpadała pod jego wydział, bowiem nie zajmował się przestępczością zorganizowaną.
Cóż, przynajmniej nie za dnia.
Stara, zapomniana iskierka ekscytacji towarzyszyła mu tego ranka gdy podnosił taśmę policyjną, wkraczając na oddzielony teren przy galerii sztuki Maison Aurélien. Przykryta odpowiednią warstwą lat, doświadczenia i zwykłej, nabytej goryczy, nie przebijała się przez maskę obojętności wymalowaną na jego twarzy gdy pochylał się nad przykrytym folią zawiniątkiem wyniesionym z budynku.
Z wnętrza zwykłego, kurierskiego kartonu spoglądała na niego czyjaś głowa.
Piętnaście, dwadzieścia, może całe s t o minut później wkraczał do wnętrza eleganckiej galerii, pomiędzy zastępy techników zabezpieczających całe miejsce zdarzenia. Nie miał do dyspozycji zbyt wielu świadków zdarzenia, którzy mogliby przybliżyć mu tę sytuację.
Tylko jednego.
- Pani Georgina Gardner? - zapytał, zerkając na schowaną w głębi galerii kobietę znad małego notesu, w którym dziesięć minut wcześniej zanotował przekazane mu na zewnątrz nazwiska. - Detektyw Rhys Madden, wydział zabójstw.
Skinienie jego głowy było oszczędne - nie towarzyszyło mu wyciągnięcie ku niej ręki i stosowna pauza, którą mogli wypełnić uprzejmości. Już dawno temu przekonał się, że kultura była narzędziem, które mało kiedy czyniło jakąkolwiek różnicę w jego pracy.
- Rozumiem, że jest pani osobą, która przyjęła tego ranka paczkę? - dodał, bezosobowo, p o r z ą d k u j ą c fakty.
Georgina Gardner