Wnętrze kościoła było chłodne – zwłaszcza nocą, gdy ogrzewanie nie działało. Ktokolwiek sprawował pieczę nad budynkiem, zdawał się nie dbać o komfort wiernych przychodzących do Domu Ojca po zmroku, chociaż wrota zostawiał otwarte. W odczuciu Rinaldi miejsce to było zimne również ze względu na wystrój. Północnoamerykańska skromność była odwrotnością tego, w czym dorastała. Surowość pustych ścian, choć w teorii bliższa ideom głoszonym przez Jezusa, wzbudzała we Włoszce dyskomfort. Brakowało jej duszących kadzideł, dziesiątek pozłacanych elementów, okazałych żyrandoli i starych fresków, w które mogła wlepić wzrok podczas nużącego kazania. W tej świątyni nie było niczego, co zdołałoby wybawić ją od własnych myśli.
A jednak wciąż nie potrafiła zmusić się do spojrzenia na ukrzyżowanego Chrystusa. Do Toronto przyjechała ledwie kilka nocy temu, lecz każda z nich kończyła się identycznie. Bezsenność wywołana kołataniną wrogich myśli, kościół, powrót do mieszkania, dopiero gdy palce skostnieją.
Wchodziła jak do siebie. Odważnie stukała obcasami, jakby w celu uzyskania pełnej intymności chciała przegonić nawet najlepiej ukrytą mysz. Ostentacyjnie omijała naczynie z wodą święconą – choćby kapłan odnawiał obrzęd święcenia każdego dnia, brudne palce grzeszników zdołałyby ją zbrukać, nim Marcella zwlokłaby się z łóżka.
Pod ołtarz podeszła tylko raz; chciała dobrze przyjrzeć się umęczonej twarzy, lekko liliowej skórze konającego. Nigdy nie siadała w ławie naprzeciw Boga – w końcu nie odwiedzała jego domu dla modlitwy i próśb. Konfesjonał, do którego światło praktycznie nie docierało, okazał się jej stałym punktem. Co jakiś czas, jakby się zapominając, zerkała w bok, by następnie, jak porażona widokiem i wzrokiem Pana, znów powrócić do niewielkiej czcionki w Biblii.
Kolana dokuczały jej mocniej niż wtedy, gdy matka w ramach kary za nieposłuszeństwo nakazywała jej odmawiać różaniec z ziarnami grochu wbijającymi się w rzepkę. Od tamtego czasu wiele się zmieniło, jednak kojarzenie pokuty duchowej z fizyczną dolegliwością pozostało bez zmian.
Smukłe palce sunęły po czarnym druku. Stan szeleszczących kartek świętej księgi wskazywał na częstotliwość i intensywność jej użytkowania – kilka sklejonych kawą stron, lekkie podarcia czy świecący film pozostawiony przez krem do rąk. Brunetka zaglądała do niej kilka, czasami kilkanaście razy dziennie, nigdy jednak nie zdecydowała się na zapoznanie się z pełną treścią. Ograniczała się do tych samych wersów, które zaznaczył jej były kochanek. Była jak mrówka, która nie umiała wyjść poza atrament jego wiecznego pióra. Uwięził ją w nie tak licznych wersetach między Księgą Rodzaju a Apokalipsą Świętego Jana. Jakie szanse na ucieczkę miała ona, zwyczajna kobieta, jeśli nawet Boży Syn nie był w stanie zmienić swego przeznaczenia?
Ciężkie, najpewniej należące do mężczyzny, kroki przerwały conocne rozważania brunetki. Na krótki moment wstrzymała oddech, jakby świst wydychanego powietrza mógł zdradzić jej obecność. Nie chciała, by ją zauważył. Nie chciała, by się rozsiadł. Chciała być sama.
Potrzebowała być sama. Świątynia była za mała, aby pomieścić w sobie jeszcze jedną, choćby najlżejszą duszę. Ciekawość jednak leżała w naturze Rinaldi. Zanim wychyliła się z miejsca dla wyznających grzechy, raz jeszcze skupiła się na leżącej przed sobą lekturze.
Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę.
Słowa Listu do Hebrajczyków raziły jej oczy jak neon. W kontekście nagłej wizyty innej owieczki i niemal dziecięcej irytacji Marcelli ów cytat zdawał się kiepskim żartem. Wyjrzała zza drewnianej przesłony zapewniającej złudne poczucie prywatności. Mężczyzna zajął już miejsce w jednej z ławek i nic nie zapowiadało, by wkrótce miał opuścić kościół. Marcella natomiast podniosła się z kolan, wciąż usiłując zachowywać się jak najciszej. Wydawało jej się, iż dalej nie był świadomy jej towarzystwa – a w tym przekonaniu utwierdził ją jego następny ruch. Uderzenie było tak gwałtowne, że Rinaldi na chwilę wstrzymała swe zamiary, pozostając w bezruchu.
Pozwoliła, żeby echo ustało i ruszyła naprzód – w dalszym ciągu ostrożnie i bez zbędnych odgłosów. Zawahała się, gdy jej bliższe położenie odsłoniło profil mężczyzny. Odchrząknęła, niezręcznie przekładając Pismo Święte z jednej dłoni do drugiej.
—
Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę — wymamrotała, siadając na skraju ławy. Nie była pewna czy chciała w ten sposób wytłumaczyć naruszenie jego przestrzeni, czy musiała sobie samej przypomnieć, że w tym miejscu każdy był mile widziany.
Odważyła się na podniesienie spojrzenia. Rzeźba wydawała się bardziej udręczona niż wtedy, gdy Marcella oglądała ją po raz pierwszy. Jezus wisiał podwieszony pod sufitem, a kobieta nie mogła uwierzyć w to, jak jego twarz przypominała oblicze jej zmarłego brata. Właśnie tak wyobrażała sobie jego ostatnie momenty, gdy lata wcześniej nie potrafiła połączyć w spójną całość leżącej na podłodze liny i sinego śladu, wystającego spod kołnierza białej koszuli, w której miał spędzić całą wieczność. Niewiele się myliła – co prawda zamiast krzyża był sznur, ale powód był ten sam.
Śmierć za cudze winy. Za grzechy niemoralnych duchownych, za grzechy rodziców. Za grzechy Marcelli.
Wziąwszy głęboki wdech, skupiła wzrok na wygiętych rogach okładki księgi, która spoczęła na jej kolanach. Spotkała w końcu to znajome uczucie, które zapewniały jej złocenia, wonne kadzidła i dziesiątki par oczu, spoglądających na nią z obrazów. Ta przygniatająca obecność człowieka, który przynajmniej z pozoru ciągnął za sobą długi ogon własnych demonów. Przyjrzała mu się krótko – w ciepłym świetle świec każdy wyglądał miękko.
Nie wiem, dlaczego się dosiadłam, przepraszam.
Wybacz, pójdę już.
Pan jest blisko wszystkich, którzy go wzywają.
W głowie Rinaldi potencjalne wypowiedzi kiełkowały jedna po drugiej, jednak długo nie mogła zdecydować się na jedną. Wszystkie wydawały się nieodpowiednie, a mijające sekundy potęgowały niezręczność milczenia.
—
Wszystko w porządku? — w jej głosie wybrzmiewała nuta szczerego zainteresowania.
Carlos Salazar