Kto: Charlotte Kovalski
Gdzie: mieszkanie nr 19 "hej, chcesz obejrzeć zdjęcia?"
Opis: Na początku się dziwię, ale jak mówi o małżeństwie to bardzo szybko dochodzi do mnie, że ona już wie. Nie mam pojęcia czy z internetu, czy może od baby z warzywniaka, ale chyba po cichu liczyłem na to, że Charlotte będzie jedną z tych osób, które jednak nie dowiedzą się o tym co się zdarzyło w Las Vegas - Co? Poważnie wkurzasz się o to? Przecież to - tylko skrajnie absurdalna pijackonarkomańska akcja - nic - dla mnie może i nic, a dla niej najwidoczniej jednak coś. Znowu ciągnę za klamkę, ale dalej nie puszcza, więc zaczynam się już trochę irytować - No weź - chociaż tłumaczenie się z tamtego aktu bycia totalnym chlorem wcale mi się nie uśmiechało, to jednak czułem jakąś wewnętrzną potrzebę, żeby jej to wyjaśnić. Tylko może nie na klatce. Znowu próbuję dostać się do środka, ale znowu misja zakończona niepowodzeniem, więc w złości, która sprawia, że krew buzuje w żyłach jeszcze bardziej intensywnie, uderzam o drzwi - Dobra, jak chcesz! - rzucam i może usłyszeć moje kroki, jak idę przez korytarz do siebie, tylko wracam dosłownie za chwilę, znowu ciężko podchodząc pod jej drzwi - To sam sobie otworzę! - ja mam w cygańskich genach umiejętność otwierania wszystkich zamków świata i teraz też próbuję rozbroić ten, który mi stanął na drodze, ale coś słabo mi idzie. Może po drugiej stronie jest wepchnięty klucz, a może trzyma zasówkę, żebym za żadne skarby nie mógł dostać się do wewnątrz. Przeklinam pod nosem. Na domiar złego na schodach pojawia się jebany Carl, który staje jak wryty jak widzi co ja właśnie odpierdalam - Co ty robisz?... - pyta durnowato, na co odpowiadam od razu - Włamuję się, kurwa, a co? Nie widać? - Carl unosi wysoko obie brwi, potem je marszczy i mnie informuje, że jak w tym momencie nie przestanę i nie wrócę grzecznie do siebie to on dzwoni na policję, nawet wyjmuje telefon, żeby pokazać, że wcale nie żartuje, a ja na moment zaprzestaję zabawy z zamkiem i wbijam w niego spojrzenie. Przez chwilę po prostu gapimy się na siebie, ale jak zaczyna wybierać numer alarmowy to odpuszczam i unoszę ręce w geście kapitulacji - Dobra, już przestaję, zadowolony? - wzdycham ciężko, odwracając się, żeby zniknąć we wnętrzu własnego mieszkania. Ale nie odpuszczam, bo jakbym teraz odpuścił to nie nazywałbym się William Nicholas Patel-Noriega. Jest jeszcze jeden sposób na to jak się dostać do sąsiedniego mieszkania. I jest trochę szalony. Ale być może skuteczny, w najgorszym wypadku skręcę sobie kark. Dużą kopertę ze zdjęciami chowam sobie od tyłu w spodnie i przykrywam koszulką, żeby na pewno mi nie wypadły, po czym wychodzę na balkon. Wychylam się przez barierkę, przez ułamek sekundy obliczając swoje szanse na powodzenie. Gzyms był szeroki, tak mniej więcej na pół stopy i to takiej w rozmiarze czterdzieści cztery, a dzielił nas przecież tylko kawałek. Potem jeszcze jeden balkon pustego mieszkania między nami, kolejny kawałek gzymsu i już jestem u Kovalski. Jak nie będzie chciała mnie wpuścić od tamtej strony to zawsze mogę zagrozić wybiciem szyby. Albo naprawdę ją wybić, chociaż tego wolałbym jednak uniknąć. W każdym razie wchodzę na barierkę, po czym powoli, ostrożnie wstępuję na gzyms, łapię się każdej najmniejszej wypukłości wystającej ze ściany, albo parapetów, a przede wszystkim nie patrzę w dół i jakimś cudem udaje mi się dostać na pierwszy balkon. Poszło całkiem gładko, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że to wcale nie takie trudne. Pełen dobrych myśli wchodzę na gzyms, mając przed sobą ostatni jego kawałek i wtedy zaczyna się wszystko jebać. Z ulicy dochodzi do mnie czyjś głośny krzyk - JEZUS MARIA!! Niech panie nie skacze! Życie jest za piękne żeby kończyć je w taki sposób!! - w tym momencie popełniam największy możliwy błąd bo patrzę w dół i sobie uświadamiam co ja właśnie odpierdalam. A odpierdalam kurewsko zjebaną rzecz. Kręci mi się w głowie i dosłownie w ostatniej chwili łapię się jakiegoś kabla, który biegnie po budynku, ale jeden z moich klapków spada właśnie w dół, na chodnik, na którym zbiera się coraz większy tłum gapiów. Wszyscy krzyczą żebym się jeszcze zastanowił czy aby na pewno chcę umierać w ten sposób? Tylko, że ja w zasadzie wcale nie chcę umierać. Z góry kolejne krzyki, bo któryś z sąsiadów wychyla się przez okno i drze mordę - Panie, co pan! Kabel od internetu mi pan urwiesz! - w duchu się modlę, żeby ten kabel jednak wytrzymał, bo jak spadnę na beton to na bank się zabiję. A to nie jest odpowiedni dzień na umieranie.