Zrobiłem może ze dwa kroki, kiedy dotarło do mnie to, co właśnie usłyszałem. Zatrzymałem się więc. Przez moment byłem szczerze przekonany, że źle zrozumiałem. Powtórzyłem w myślach sobie ostatnie zdanie jeszcze raz, a potem bardzo powoli odwróciłem się w stronę przedpokoju. Wszystko, co jeszcze przed chwilą chciałem zrobić, czyli herbata, pizza, wybieranie gry i udawanie, że ten wieczór wcale nie był dla mniej najważniejszym wydarzeniem całego tygodnia, natychmiast zeszło na dalszy plan.
Słaby? Mój pocałunek był słaby? Poczułem, jak unoszą mi się brwi. Powinienem się zaśmiać, a właściwie to nawet chciałem. Problem polegał na tym, że Reeve właśnie dotknął jednej z tych części mojej osobowości, które działały szybciej niż zdrowy rozsądek. Naprawdę mogłem znieść wiele. Mógł sobie żartować z wszystkiego, ale podważanie moich umiejętności? To już było coś zupełnie innego.
-
Słucham? - zapytałem powoli. Oparłem dłonie na biodrach i przez kilka sekund próbowałem zachować poważną twarz. Nie wyszło mi to najlepiej, bo kącik ust zaczął mi drgać, ale nie zamierzałem tak łatwo odpuścić. -
Chcę się tylko upewnić, że dobrze usłyszałem, bo jesteś po jakiejś nieludzkiej ilości kofeiny i możliwe, że już nie odpowiadasz za to, co mówisz - dodałem. -
Powiedziałeś, że mój pocałunek był słaby? - Pokręciłem głową z niedowierzaniem. -
To było powitanie. Werska próbna. Dosłownie kilka sekund, więc nie możesz oceniać całości na podstawie darmowej próbki.
Już w chwili, gdy wypowiedziałem ostatnie zdanie, to wiedziałem, jak idiotycznie ono zabrzmiało. Mimo to nie wycofałem się. Było już za późno. Poza tym czułem się dziwnie dobrze, ponieważ pierwsze napięcie, które towarzyszyło mi od otwarcia drzwi gdzieś zniknęło. Nie zastanawiałem się już, czy mówię za dużo, czy wyglądam na zbyt zainteresowanego ani czy zaproszenie go na noc nie było przypadkiem czymś, czego będę później żałował.
W tej chwili miałem znacznie poważniejszy problem. Moja reputacja właśnie została zaatakowana. -
I dla twojej informacji wcale nie wyszedłem z wprawy - powiedziałem, ruszając z powrotem w jego stronę. -
Musiałbym najpierw w jakąś wprawę wejść, żeby móc z niej wyjść. Więc praktycznie rzecz biorąc, twoja teoria już się nie zgadza. - Dopiero po tych słowach dotarło do mnie, że chyba właśnie sam sobie zaszkodziłem. -
Dobra, nieważne. To zdanie wykreślamy.
Zatrzymałem się blisko niego i przez jakąś chwilę nie robiłem nic więcej. Jeszcze kilka tygodni wcześniej prawdopodobniej zabrakłoby mi odwagi, żeby tak po prostu stać przed nim i nie uciekać wzrokiem. Teraz też czułem zdenerwowanie. Właściwie to czułem je bardzo wyraźnie, tyle że przestało być ono czymś, przed czym chciałem uciekać.
Tęskniłem za nim. Powiedziałem mu to wcześniej i nadal nie mogłem uwierzyć, że naprawdę pozwoliłem tym słowom wyjść z moich ust. Przez siedem dni próbowałem udawać przed samym sobą, że wiadomości wystarczały. Wysyłaliśmy ich dużo, czasem nawet za dużo. Zdarzało mi się patrzeć na ekran telefonu dłużej niż zamierzałem i uśmiechać się jak idiota do rzeczy, których nikt inny pewnie nie uznałby za szczególnie zabawne. Mogłem jednak pisać z nim całą noc i nadal nie było to tym samym.
Brakowało mi jego obecności. I chociaż wciąż trochę mnie przerażało to, jak szybko zacząłem się do niej przyzwyczajać, to nie chciałem tego wieczoru dalej się przed tym bronić. Wyciągnąłem dłoń i zacisnąłem palce na jego koszuli, dokładnie w tym samym miejscu co wcześniej.
-
Skoro składasz oficjalną reklamację, to chyba powinienem ją rozpatrzyć - powiedziałem ciszej. Mój uśmiech powoli zniknął. Przez sekundę zastanawiałem się, czy naprawdę powinienem to zrobić. Nie dlatego, że nie chciałem. Chciałem tego zdecydowanie bardziej niż byłem gotowy przyznać. Pierwszy pocałunek był krótki specjalnie. Teraz nie miałem już podobnej wymówki.
Przesunąłem dłoń wyżej, od materiału koszuli do boku jego szyi. Poczułem, że serce zaczęło mi bić szybciej, a całe wcześniejsze rozbawienie ustąpiło miejsca zdenerwowaniu, którego nie potrafiłem ukryć nawet przed sobą.
-
Ale później nie mów, że sam się o to nie prosiłeś - dodałem. Nachyliłem się i pocałowałem go jeszcze raz. Tym razem nie pozwoliłem sobie na szybkie wycofanie. Przymknąłem oczy i przez pierwszą chwilę niemal przesadnie skupiłem się na tym, żeby niczego nie zepsuć. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, jakie to było bez sensu. Więc przestałem.
Przesunąłem palce delikatnie po jego karku i pogłębiłem pocałunek, pozwalając sobie w końcu na całą tę bliskość, której brakowało mi przez ostatnie dni. Nie spieszyłem się. Po prostu trwałem przy nim dłużej, aż przestało mieć dla mnie znaczenie to, że jeszcze kilka minut temu chciałem zachowywać się spokojnie i rozsądnie.
Nie byłem spokoju, a już zdecydowanie nie byłem rozsądny. Byłem szczęśliwy, ze znowu mogłem go pocałować. Ta świadomość była jednocześnie przyjemna i trochę przerażająca, bo jeszcze niedawno nie potrafiłem nawet odpowiedzieć na pytanie, czego właściwie od niego chciałem. Teraz odpowiedź stawała się coraz bardziej oczywista. Chciałem następnego spotkanie, kolejnej wiadomości i kolejnego pocałunku. Chciałem wiedzieć o nim więcej, nawet jeśli sam nadal miał problem z mówieniem o sobie. Chciałem, żeby siedział w moim mieszkaniu z kontrolerem w dłoniach, narzekał na wybór gry i został do rana tylko dlatego, że żaden z nas nie miał ochoty kończyć wieczoru.
W końcu odsunąłem usta, ale nie zrobiłem kroku w tył. Przez kilka sekund próbowałem uspokoić oddech, nadal trzymając dłoń przy jego szyi.
-
No - powiedziałem cicho. -
To teraz możesz wydać druga opinie. - Przełknąłem ślinę i próbowałem wyglądać na znacznie bardziej pewnego siebie niż czułem się w rzeczywistości. -
Tylko dobrze się zastanów przed odpowiedzią, bo trzeciego podejścia nie będzie. - Zamilkłem na moment. -
To znaczy... dzisiaj - poprawiłem się od razu. -
Znaczy, może będzie. Nie wiem. - Opuściłem głowę i zaśmiałem się cicho pod nosem. -
Nienawidzę cię.
Nie była to prawda i chyba właśnie dlatego powiedzenie tego przyszło mi tak łatwo. Wypuściłem materiał jego koszuli i przesunąłem dłonią po własnych włosach. Czułem, że twarz zrobiła mi się cieplejsza, a jeszcze bardziej irytował mnie fakt, że nie mogłem zrzucić tego na temperaturę w mieszkaniu.
-
I nie patrz tak na mnie - mruknąłem. -
Sam zacząłeś. - Zrobiłem pół kroku w tył, ale tym razem nie uciekłem od razu do salonu. -
A jeśli chodzi o te całe słuchanie rzeczy, których nie chcę mówić... - zacząłem. -
Nie rozpędzaj się. - Wsadziłem dłonie do kieszeni. -
Nie dostaniesz wszystkiego jednego wieczoru. Mam swoją reputację do utrzymania.
Przez chwilę patrzyłem w bok. Mógłbym na tym skończyć i pewnie powinienem był. Tylko, że po tym, co powiedział wcześniej nie chciałem znowu całkowicie się zamykać. Nie chciałem oczekiwać od niego szczerości, jeśli sam zamierzałem za każdym razem chować się za żartami.
-
Ale mogę ci powiedzieć jedną rzecz - dodałem ciszej. Wziąłem jeszcze głębszy oddech. -
Przez tydzień zastanawiałem się kilka razy, czy nie zmienisz zdania. Nie o dzisiejszym spotkaniu, tylko o nas. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i zmarszczyłem lekko brwi.
-
Wiem, że to głupie, bo pisaliśmy i wszystko było normalnie. Nie dałeś mi też żadnego powodu, żebym tak myślał. Ale tydzień to dużo czasu, zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ma za dużo wolnych chwil i zdecydowanie za dużo myśli. - Parsknąłem cicho. -
Zwłaszcza ktoś taki jak ja.
Nie chciałem robić z tego wielkiego wyznania. Nie chciałem też, aby zabrzmiało to tak, jakbym oczekiwał zapewnień za każdym razem, kiedy przez kilka dnia się nie widzieliśmy. Wiedziałem jednak, skąd brał się ten strach. Ludzie lubili mnie oglądać na filmikach. Mogłem wyciąć nudne fragmenty i zostawić tylko tę wersję siebie, którą chciałem pokazać. W rzeczywistości byłem trudniejszy. Bardziej drażliwy i czasem zwyczajnie męczący.
-
Po prostu myślałem, że może miałeś wystarczająco dużo czasu, żeby dojść do wniosku, że to wszystko jest bardziej skomplikowane niż potrzebujesz - przyznałem. -
Albo, że ja jestem bardziej skomplikowany. - Zacisnąłem na moment usta. -
Więc kiedy powiedziałeś, że siedziałeś przed domem i nie mogłeś się zebrać, żeby zapukać, to chyba trochę mi ulżyło. - Uśmiechnąłem się delikatnie. -
Oczywiście nie cieszy mnie twoje cierpienie. Aż takim dupkiem nie jestem. Chodzi mi tylko o to, że dobrze wiedzieć, że nie tylko ja zachowuje się przez to wszystko jak idiota.
Przez chwilę stałem nieruchomo, patrząc na niego, a potem uznałem, że powiedziałem już zdecydowanie za dużo jak na jeden wieczór. Wystarczyło tej całej dojrzałości emocjonalnej. Jeszcze trochę i naprawdę zacząłbym się martwić, że coś jest ze mną nie tak. -
Dobra koniec poważnych rozmów - oznajmiłem.
Złapałem go za koszulę i pchnąłem lekko w stronę kanapy. Tym razem nie zamierzałem się zastanawiać, czy powinienem zachowywać się spokojniej. Nie chciałem też znowu zostawiać między nami niepotrzebnego dystansu. Miałem go w swoim mieszkaniu po całym tygodniu czekania i wiedziałem już, że nie wyjdzie za kilka godzin tylko dlatego, że będzie mu głupio zostać dłużej.
Sana ta świadomość poprawiła mi humor bardziej niż chciałem przyznać. Usiadłem obok i bez większego zastanowienia sięgnąłem do guzików jego koszuli. -
Nie ekscytuj się - mruknąłem od razu. -
Po prostu muszę sprawdzić, czy faktycznie ta cała kofeina nie zaczęła już płynąc ci bezpośrednio w żyłach.
Rozpiąłem kilka pierwszych guzików, starając się zachować poważną twarz, chociaż doskonale wiedziałem, że moja wymówka była idiotyczna. Prawda była znacznie prostsza. Chciałem być blisko. Przesunąłem palcami po rozchylonym materiale koszuli, a potem ułożyłem się wygodniej i położyłem głowę na jego odkrytej klatce piersiowej. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo byłem zmęczony całym tygodniem. Głównie miałem dość swoich myśli i ciągłego sprawdzania telefonu. Męczyło mnie też to dziwne oczekiwanie, które nie znikało nawet wtedy, kiedy ze sobą pisaliśmy. Teraz wreszcie go nie czułem.
Przymknąłem oczy i przesunąłem dłonią po jego mięśniach. -
Tak jest lepiej - powiedziałem cicho. Nie wiedziałem, czy chodziło mi o tę konkretną pozycje, o jego obecność, czy po prostu wszystko na raz. Chyba nie musiałem tego precyzować.
Przez moment milczałem, pozwalając sobie po prostu leżeć bez konieczności robienia czegokolwiek. Dziwnie łatwo było mi przy nim zapomnieć, że zazwyczaj nie umiałem siedzieć spokojnie. Zawsze musiałem czymś zajmować ręce, mówić, żartować albo sprawdzać telefon. Teraz nie potrzebowałem żadnej z tych rzeczy.
-
I tak w ogóle... - odezwałem się po chwili. -
Naprawdę się cieszę, że zostajesz. - Uniosłem lekko głowę, ale po chwili znowu ułożyłem ją wygodnie na jego klatce piersiowej. -
To znaczy, nie przyzwyczajaj się za bardzo. Nadal mogę cię wyrzucić, jeśli będziesz chrapał albo zabierzesz mi całą kołdrę - dodałem. -
Ale dobrze wiedzieć, że nie będę musiał za kilka godzin znowu patrzeć na to, jak wychodzisz.
Przełknąłem ślinę. To ostatnie zdanie zabrzmiało bardzo szczerze i takie właśnie miało być. -
Brakowało mi ciebie, więc teraz zamierzam trochę nadrobić. - Objąłem go mocniej ramieniem i zamknąłem oczy. -
Poza rtm sam powiedziałeś, że nie masz żadnego powodu, żeby wychodzić, więc teraz już za późno. Zostałeś oficjalnie zatrzymany do rana. - Uśmiechnąłem się pod nosem. -
I chyba pierwszy raz w życiu naprawdę cieszę się z tego, że ktoś nie zamierza ode mnie szybko wracać do domu.
Reeve LeBlanc