-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nie mogę się doczekać, aż będziemy zmuszać je do oglądania tych wszystkich nagrań. — Przejęła od niej telefon, ale nie zaczęła od razu oglądać. Obczai sobie potem. Skoro już ustaliły, że będą się tym chwalić przed następnymi pokoleniami., to wiedziała, że ma na oglądanie mnóstwo czasu. Zresztą! Na pewno będzie musiała to trochę przyciąć. I dobrać jakąś porządną muzykę, zanim wstawi na Instagrama. To wszystko można ogarnąć potem.
Teraz przyszedł czas na oglądanie przyszłej matki swoich dzieci. Cisnęła deską gdzieś na bok, na ten moment miała jej dość. Śledziła wzrokiem Teddy, która z dużo większą łatwością pruła przez ocean. A jak pięknie łapała fale! Chyba jeździła potajemnie na jakieś coroczne obozy sportowe w miejsce takie, jak te, by móc pewnego pięknego dnia zaimponować Finch. Wychodziło jej to naprawdę doskonale. Nagrała ją, cyknęła kilka fotek, niech strażaczka też się cieszy z takiej pamiątki.
Nagrał się również moment, w którym deska uderza strażaczkę w głowę. April zamarła przerażona, nie mając pojęcia, co się robi w takiej sytuacji. Rzuciła telefon na ręcznik za sobą i podbiegła w stronę wody, już bez tej nieporęcznej deski. Musiała ją przecież natychmiast uratować! Nie zdążyła jednak zamoczyć nawet kolan, gdy zauważyła, że jej partnerka gramoli się z wody o własnych siłach. To ją nieco uspokoiło, bo to przecież bardzo dobry znak. Cofnęła się na brzeg, czekając, aż do niej dołączy.
— Wszystko w porządku? Będziesz żyć? Który mamy rok? Kto napisał Iliadę? Jak ma na imię miłość twojego życia? — dopadła do niej natychmiast i zaczęła oglądać ją z każdej możliwej strony. Wszystkie kończyny miała na miejscu, łeb też jej nie odpadł. Nie leciała krew. Przesunęła ostrożnie palcami po uderzonym miejscu, chcąc się upewnić, że nie doszło do żadnego rozcięcia. Prawdopodobnie skończy się to guzem. Jeżeli tylko Teddy odpowie poprawnie na wszystkie pytania, to może nawet będą mogły uniknąć jakiejś bardzo poważnej operacji na ten jej durny łeb. Do Seattle był kawałek, a przecież do żadnej innej neurochirurg niż Ameria Shepard jej nie zabierze.
— Chodź, usiądź, odetchnij. Chcesz jechać do szpitala? Masz, napij się. Albo zjedz papaję, musisz mieć energię na walkę z chorobą. — Chyba jej się trochę mieszała terminologia. Ale była strasznie zaaferowana. Zaciągnęła Darling na ręcznik i zmusiła ją do usadzenia na nim dupy. Ułożyła obok niej butelkę z wodą, którą od razu też otworzyła. Obok postawiła otwarte pudełko z owocami. Szkoda, że nie wzięły apteczki, tylko jakieś, kurwa, durne mango.
— Nie rób ze mnie wdowy, zanim weźmiemy porządny ślub — poprosiła, klękając na przeciwko. Pogładziła ją po policzku, nadal strasznie smutna i zmartwiona. Przyleciały tu przecież razem, siedząc obok siebie w samolocie. Nie ma opcji, że któraś wróci w luku bagażowym.
Po to jesteś na świecie, by mnie tulić w ramionach. Cuda cuda opowiadać I z miłości konać
-
mam idealny poziom potasu we krwi, nie palę i lubię kino,
i dziś wieczorem chcę się tobą zająć, jakbyśmy nie miały imion
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nic mi nie jest — zapewniła od razu, kiedy Finch zaczęła wokół niej skakać. Było w tym coś ujmującego, że tak się o nią troszczyła, ale Darling miała naprawdę mocną głowę. Kilka lat temu spadł jej na łeb kawałek metalu i nic się nie stało! Co prawda straciła wtedy przytomność na kilka minut, mimo że miała hełm, ale to doświadczenie tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że nie da się pokonać jakiejś żałosnej desce. — Mamy rok, w którym zostałaś moją dziewczyną. Iliadę napisała April, a miłością mojego życia jest Homer. Kurwa, nie. Odwrotnie — pokręciła tą obolałą łepetyną i dała się obmacać, a potem zaciągnąć na ręcznik.
Miała wrażenie, że robi jej się trochę niedobrze, ale szybko stłumiła to uczucie, przekonując samą siebie, że tylko niepotrzebnie się nakręca. Nie była przecież żadną miękką fają! W końcu potrafiła zachować zimną krew w sytuacjach, które dla innych byłyby przytłaczające. Wzięła głęboki, kontrolowany oddech, starając się skupić wyłącznie na ruchach Finch i na tym, co działo się tu i teraz. Pomogło też kilka łyków niesłonej wody, bo tej z oceanu nałykała się wcześniej jak dzika.
— Przestań, nie mam zamiaru umierać — zaśmiała się cicho i ucałowała wnętrze jej dłoni.
Może i lepiej, że April nie miała pełnej świadomości tego, co przytrafiało się Darling w pracy? Gdyby znała wszystkie szczegóły, z pewnością byłaby znacznie bardziej zmartwiona. Niby opowiadał jej o drobnych wypadkach, które ją spotykały, ale unikała wchodzenia w szczegóły, tak aby nie wyolbrzymiać sytuacji i nie nakładać na nią zbędnego stresu.
Chciała zażartować, że gdyby teraz nagle zatrzymało jej się serce, nikt nawet nie mógłby jej uratować przez ten świstek papieru, który kiedyś podpisała, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Dosłownie. Poczuła metaliczny, gorzki smak krwi w ustach, a żart utonął w tym nieprzyjemnym bodźcu.
— Aha, czyli jak weźmiemy ślub, to wtedy już mogę robić z ciebie wdowę? — szturchnęła ją lekko, pakując sobie kawałek papai do ust. — Liczysz na jakiś spadek? Pragnę przypomnieć, że jestem biedną strażaczką. Nawet loft w połowie należy do moich rodziców. Powinnaś lepiej się ustawić, jeśli chcesz mieć z tego jakieś zyski — pouczyła ją, a potem przyciągnęła do siebie, sadzając ją sobie na kolanach.
O, Teddy już wiedziała, co zrobi w konfrontacji z rodzicami April. Kiedy powie im, że kocha ich córkę, a pan Finch zapyta, co ma zaoferowania, to powiem, że nothing, only this - i pokaże im filmik, jak obrywa deską w ten pusty łeb.
— Nie będziemy jechać do żadnego szpitala. To mnie doprowadzi do bankructwa. Wiesz, że średni koszt jednego dnia hospitalizacji kosztuje w USA 4000 dolarów? Umrę biednie, ale godnie. To znaczy, mówiłam ci już, że nie będę umierać. Zjedz sobie papaję, April — powiedziawszy to, wcisnęła jej słodki owoc do tych słodziutkich ust.
Derek Shepherd powiedziałby, że to piękny dzień, żeby ratować życie, ale Syrio Forel z GoT z kolei mówił, że jest jest tylko jedna rzecz, którą mówimy śmierci: nie dziś. I weź bądź tutaj mądra!
pachniesz jak sól i herbata biała
-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Myślisz, że jak walnę cię jeszcze raz, to naprawi ci się wreszcie poczucie humoru? Zawsze chciałam mieć zabawną żonę, więc... — Zastukała paznokciami w deskę leżącą obok, jakby rozważała, czy kolejny cios faktycznie w tej kwestii pomoże. Nie była pewna, czy jest w stanie trzasnąć ją aż tak mocno, żeby się w tym durnym łbie poprzestawiało na właściwie tory i żeby wreszcie zrobiło się wesoło. No dobra, wiadomo przecież, że to też tylko głupie żarty. Nikt tak nie bawił April, jak jej ukochana. A to, że Finch miała wyjątkowo kiepskie i prostackie poczucie humoru, to zupełnie inna kwestia.
Walnęła ją jeszcze raz, jak zaczęła mówić o spadku. Jeżeli deska nie doprowadziła do żadnego wstrząsu, to wystarczy jeszcze kilka tekstów tego typu i doprowadzi ją do tego April. Spadek to ostatnie, na czym jej zależało. Znaczy wiadomo, pieniądze to super sprawa, w końcu uwielbiała je wydawać! Ale nie będzie przecież zabierać z konta Darling. Bo tam nie było aż tak dużo do zabierania.
— Po pierwsze, jakby zależało mi na spadku, to pewnie zostałabym z Andie, nie uważasz? — Miała chyba słabość do dziewczyn z męskimi imionami. Zupełnie jak Karev. Andrea to oczywiście jedna z jej byłych. Miłostka sprzed trzech lat, z którą mogłaby ułożyć sobie życie, gdyby nie uciekła od niej w popłochu, przerażona nudą i stabilizacją, jaka wkradła się w ten wyjątkowo uroczy i spokojny związek. Teraz mogłaby być panią Garrison, słuchającą wykładów teściów, jak prowadzi się porządną firmę z mrożonkami, bo tym właśnie się zajmowali. Andie była dziedziczką potężnej fortuny wypracowanej na mrożonym groszku i kalafiorowej. To niesamowite, jak dobrze dało się na tym zarobić. Finch nigdy więcej nie spotykała się na dłużej z kimś, kto miał takie prawdziwe konto bez limitu. Ach, to były czasy.
— A po drugie, to ja mogę zostać twoją sugar mommy. Mogłabym spełniać wszystkie twoje zachcianki, Księżniczko. — Ucałowała jej skroń, od razu zastanawiając się, jaki prezent mogłaby jej dziś kupić. W końcu też pochodziła z bogatego domu! Trochę zbrzydły jej pieniądze rodziców, ale kiedyś na pewno dostanie po nich jakiś spadek. No i okrutny kapitalizm zbudowany był tak, że typiarze, która zajmowała się ogarnianiem ludzi, którzy z kolei opiekują się na co dzień innymi ludźmi, którzy z kolei zarabiają na tym, że robią z siebie kretynów w internecie, płacono zadziwiająco sporo. Tyle, co powinno się strażaczce, pielęgniarce albo innemu, kurwa, górnikowi. Miała co wydawać na swoją słodką Teddy.
— Nie ucisza... — dodałaby pewnie coś więcej, gdyby nie zaklejono jej ryja słodkim owocem. Mruknęła tylko niezadowolona, przeżuwając ten dodatkowy zastrzyk witamin. Wywróciła oczami, zgadzając się tym samym, że nie będzie jej ciągać teraz do lekarzy. Najwyżej później pobawią się w doktora.
— To może chociaż odpuść sobie już dzisiaj balansowanie na granicy życia i śmierci? — zasugerowała po przełknięciu owocu. Nie ma co kusić losu! Przecież nie wyjeżdżają stąd jutro, znajdzie jeszcze mnóstwo czasu na jazdę.
Kręcisz mnie jak jointa. Popiół i dym, sativa euforia
-
mam idealny poziom potasu we krwi, nie palę i lubię kino,
i dziś wieczorem chcę się tobą zająć, jakbyśmy nie miały imion
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dobrze, że Finch nie chciała jej oskubać z tych żałosnych zaskórniaków. Co ona by sobie za to kupiła? Waciki? Niby Darling co miesiąc starała się odkładać coś na koncie oszczędnościowym, ale nie była to jakaś diametralna suma i przeważnie żyła sobie od pierwszego do pierwszego. Najważniejsze, że była zdrowa i szczęśliwa!
— Z Nudziarą Andie? — powtórzyła po niej, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że mogłaby się z nią równać. Też nie była jakoś szczególnie rozrywkowa i co najwyżej mogła zagwarantować April ciągłe niepokoje, kiedy ryzykowała własne życie, ratując innych ludzi. To zawsze jakaś atrakcja! — Wtedy przyłaziłabym do ciebie z każdym guzem, żebyś robiła mi okłady z mrożonek — stwierdziła i nawet pokiwała obolałą łepetyną, chcąc potwierdzić wypowiedziane słowa.
Finch mogła żyć sobie spokojnie i dostatnio, bez większych zmartwień, w świecie, w którym rachunki płaciły się same, a lodówka nigdy nie świeciła pustkami. Ale najwyraźniej wolała życie na krawędzi, u boku spłukanej strażaczki, która do tej pory konsekwentnie nie umawia się z nikim, kto faktycznie miał pieniądze. Zresztą, jej historia randkowa mówiła sama za siebie. Zwykle były to ratowniczki medyczne, równie biedne jak ona, żyjące od dyżuru do dyżuru. Czasem trafiła się dyspozytorka, niewiele lepiej opłacana, za to z taką samą dawką stresu. Nawet informatyczka policyjna, z którą spotykała się jakiś czas temu, tonęła w spektakularnych długach.
— Nie możesz być moją sugar mommy. Jesteś młodsza — zauważyła słusznie. Poza tym April zarabiała lepiej, ale też nie aż tak dobrze, żeby móc roztrwaniać oszczędności na każde widzimisię. Do tego musiałaby użyć pieniędzy swoich rodziców, a Darling nie chciała nawet o tym słyszeć. Nie, dopóki ci jej nie pokochają. Albo przynajmniej zaakceptują, bo z tą miłością od teściów nieco się zapędziła. — Ale ty rozumiesz, że ja wszystko mam i niczego więcej nie potrzebuję? — upewniła się, cmokając ją w policzek.
Już chciała dodać, że złapie jeszcze dwie fale i na dziś daje sobie spokój z surfowaniem, ale zrezygnowała, widząc zatroskaną minę swojej dziewczyny. No dobra, nie będzie narażać jej na kolejne zmartwienia. Tych będzie miała mnóstwo, kiedy Teddy wróci do pracy.
— Oddajmy te przeklęte deski i chodźmy gdzieś — zaproponowała i podniosła się z miejsca, trzymając April w ramionach. A to nie był byle jaki wyczyn! Przynajmniej miały gwarancję, że z równowagą Darling wszystko było w jak najlepszym porządku. — Zjedzmy coś porządnego. Owoce są super, ale to źródło samych węglowodanów. A potem musimy się napić Okolehao. Albo rumu? Hawaje przecież słyną z rumu! Jeszcze mnie na to stać — oznajmiła i przypomniała sobie, że przecież musiały się rozliczyć za loty i apartament! Na to też było ją stać. Poniekąd.
wczoraj myślałem, że już nigdy nie będę się w stanie zakochać i odejdę tak zimny, jak poprzedni listopad
-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Dramatyzujesz z tą nudziarą. Po prostu była.. dojrzalsza. No i miała zajebiste usta, pamiętasz? I zawsze mnóstwo szpinaku w zamrażarce. — Westchnęła do tych uroczych wspomnień. Może nawet bardziej do szpinaku niż do tych ust? Andie była tą typiarą, której laski brały zdjęcie do zakładów medycyny estetycznej, mówiąc, że chcą to, bo przecież Angelina Jolie jest już niemodna. Ale co Finch po tamtych ustach, skoro wolała te, które miała Darling? Zapas darmowych mrożonek był dużo ciekawszy niż ciało byłej.
— Oj, przecież w ogóle nie o to chodzi! Pasowałabym na sugar mommy. I to nie chodzi o rzeczy, których potrzebujesz, tylko o takie, na jakie masz zachcianki. Musisz przyjąć dużo więcej lekcji niż się spodziewałam. — Pokręciła głową jak zmęczony nauczyciel, który już w pierwszym tygodniu września wie, że jest w dupie z materiałem. Miała uczyć ją życia i radości w trakcie tych wakacji, a tu proszę. Wychodzi na to, że Darling miała braki w elementarnej wiedzy.
— Potrzebujesz przyspieszonego kursu robienia sobie dobrze — dodała, uśmiechając się przy tym łobuzersko. Mogła jej to zagwarantować zarówno w formie dosłownej, jak i metaforycznej. W końcu miała dziś za sobą trening! Prawdziwa z niej mistrzyni. Do sprawiania sobie przyjemności podchodziła tak poważnie, jak strażaczka do aktywności fizycznej. Mogły edukować się nawzajem. April radziła sobie z deską już całkiem nieźle, teraz pora na jakiś progres u Teddy.
Pisnęła zaskoczona tym nagłym uniesieniem. Chyba nigdy się nie przyzwyczai, jak silna i zręczna była jej wybranka. I też nigdy nie przestanie czerpać z tego przyjemności, bo – jak już wiemy – jest w tym profesjonalistką.
— Dobrze, chętnie się nabzdryngolę z tobą czymkolwiek tylko chcesz — obiecała radośnie. Ona to jednak miała dobre serce i była gotowa zrobić dla Teddy wszystko! Złota dziewczyna, nie ma to tamto. Nie miała pojęcia, czym jest Okolehao i podejrzewała nawet przez moment, że strażaczka ją wkręca, zmyślając jakąś nazwę na poczekaniu. Ale to nic. Mogła pić nawet czysty spirytus, jeśli z jakiegoś dziwnego powodu sprawi jej to radość.
Kiedy tylko postawiła ją na piasku, przylgnęła do niej na nowo. Objęła ją mocno w pasie i przykleiła się do niej, wtulając twarz w jej wilgotną skórę. Wyglądało na to, że nie miała zamiaru się odsuwać. Sterczały na środku plaży w tych koszmarnych piankach, ale przestało jej to przeszkadzać. Zastygła, wtulona w swoją partnerkę na kilka długich chwil.
— Kocham cię, wiesz? — Stanęła na palcach, żeby móc wyszeptać jej to prosto do ucha. Teddy nie musiała na nią nawet patrzeć, bo szeroki uśmiech dało się wręcz słyszeć w jej tonie. Mówienie tych słów sprawiało jej masę radości, a przecież dzisiaj jeszcze nie padły. Pierwsze i tak pewnie były najsłabsze, trochę jak pierwszy naleśnik.
— No chodź. Dajmy tym pieprzonym turystkom szansę na ślinienie się do ciebie. — Odkleiła się wreszcie. Pozbierała ich rzeczy oraz te wszystkie wypożyczone graty. Oddały, co trzeba i wreszcie mogły zdjąć z siebie te dziwactwa i założyć coś normalniejszego. No teraz to już na pewno wszystkie kobiety na Hawajach zwariują dla jej Teddy. Mężczyźni pewnie też, ale ich to akurat jebać.
Jesteś jedna na sto, bo to małe miasto
-
mam idealny poziom potasu we krwi, nie palę i lubię kino,
i dziś wieczorem chcę się tobą zająć, jakbyśmy nie miały imion
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Ale ja nie mam żadnych zachcianek — odparła natychmiast beztroskim tonem. Bo i czego właściwie mogłaby chcieć taka Darling? Była kobietą prostą w swoich potrzebach. Wystarczyło ją nakarmić, przelecieć i już była szczęśliwą i zadowoloną z życia. — To ja jestem od spełniania twoich potrzeb — dodała, unosząc figlarnie jedną brew, z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który jasno sugerował, że mówi dokładnie to, co ma na myśli. — A ty jesteś od tego, żeby robić mi dobrze — doprecyzowała w jednym, bardzo konkretnym sensie. To uczciwa wymiana, prawda?
Teddy nie chciała być zasypywana prezentami. A już na pewno nie bez okazji. No dobrze, czasem mogła zrobić wyjątek, ale tylko symbolicznie. Jeśli o czymś marzyła, potrafiła zadbać o to sama. Nie spała na pieniądzach, jasne, ale już nie popadajmy w paranoję!
— Możesz się napierdolić, a potem zaniosę cię do domu — oznajmiła z dumą, jakby wygłaszała plan doskonały i absolutnie niepodlegający negocjacjom.
W końcu chyba już dawno obie ustaliły, że Darling była silna i zwinna. Do tego miała wyjątkowo mocną głowę, zahartowaną latami spędzonymi z chłopakami z jednostki, gdzie nikt nie obchodził się delikatnie z alkoholem. A jeśli ktoś miał wynieść April z knajpy przerzuconą przez ramię jak worek ziemniaków, to właśnie Teddy.
Plan był prosty - upić Finch hawajskimi trunkami, żeby szybko uderzyły do głowy i zrobiły swoje. Wtedy April będzie łatwiejsza! Jakby teraz już taka nie była. Ale halo, halo! Kto tu w ogóle mówił o urzynaniu się do nieprzytomności, jak jakieś żulice spod sklepu? Przecież to miała być degustacja alkoholi. Kulturalna. Z małych kieliszków. Z komentarzami o aromacie, posmaku i nutach owocowych. Nawet jeśli po trzecim drinku te nuty zaczną się mylić z czystym etanolem.
Gdy padło wyznanie miłości, Darling poczuła, jak jej żołądek autentycznie wykonuje salto w tył. Czuła tą miłość całą sobą. W sercu, w dłoniach i w każdym drgnieniu mięśni. A jednak te słowa, od których miękły jej kolana, wciąż były dla niej zaskoczeniem.
— Ja ciebie też — ujęła jej twarz w swoje dłonie i uśmiechnęła się promiennie. — Całym ogniem — dodała, obejmując ją ramieniem. Totalnie zignorowała komentarz o śliniących się turystkach. Co jej po nich, jak miała swoją April, poza którą nie widziała świata?
Pewnie znów trochę prześwitywały im ubrania od mokrego bikini, ale tym razem miały na sobie coś więcej niż koszulki, więc mogły śmiało wyruszyć w miasto. Zatrzymały się przy pierwszym barze niedaleko plaży, gdzie Teddy od razu zamówiła im wspomniane zestaw ośmiu szotów okolehao.
— To alkohol destylowany z korzenia ti. Czasem też z melasy. Smakuje trochę jak ziołowy lek na gardło, a niektórzy mówią, że wypicie kieliszka przy specjalnej okazji przynosi szczęście i ochronę przed złymi duchami — wyjaśniła, unosząc swoje szkło w geście toastu. — W sumie, to nie wiem, czy faktycznie tak jest. Chyba to właśnie wymyśliłam — wzruszyła ramionami, chociaż mogła wcale tego nie mówić, bo Finch i tak uwierzyłaby jej we wszystko. Obie łykały zmyślone ciekawostki, jak gęsi kluski. — Za co pijemy? — dopytała, przystawiając swój kieliszek do kieliszka April. Toast musiał być konkretny, w końcu nie codziennie pije się okolehao!
wszystkie trasy w głowie prowadzą do ciebie