ODPOWIEDZ
35 y/o
WILLIAM
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Ten cały blackout był męczący w chuj, ale na szczęście wszystko powoli wracało do normy. Po trzech tygodniach całkowitej ciemności, w niektórych częściach miasta ponownie pojawiał się blask. Otworzono także moją kancelarię, bo każdy kolejny dzień, kiedy biura pozostawały zamknięte przynosił ogromne straty. Zresztą po prawie miesiącu mroku, rozrób oraz wszechobecnej degrengolady prawnicy, w tym ja, mieli ręce pełne roboty. Oczywiście godziny otwarcia kancelarii wciąż były mocno okrojone, ale swoje trzeba odjebać, szczególnie, że niektóre sprawy stanęły w miejscu na zbyt długo. Niemniej do biura postanawiam dostać się rowerem, komunikacja miejska wciąż kuleje, a na drogach panuje wcale niemniejszy chaos bo sygnalizacja świetlna w wielu miejscach nadal nie działa tak jak powinna. Co prawda jest już dosyć chłodno, ale przynajmniej przestało padać, chociaż nawierzchnia pozostaje mokra i śliska. Pedałuję sobie ile sił w nogach, na słuchawkach Queen, Freddie Mercury śpiewa o rowerach, więc tak jakby tematycznie. Jestem już blisko, właściwie do budynku, w którym mieści się kancelaria zostało jedno skrzyżowanie. Ping! Dostaję wiadomość, więc opuszczam spojrzenie na ekran telefonu, żeby zobaczyć kto to i prawdę mówiąc nawet nie patrzę na drogę, tym bardziej na światła, które i tak nie działają. Wjeżdżam na pasy i nagle...
ŁUP! ŁUBUDU! KRACH!
...
...
...
Uderzam o maskę samochodu i chwała wszystkim znanym mi bogom za to, że mam kask, bo czuję, że łeb byłby rozjebany. W uszach mi huczy, kiedy turlam się z maski na asfalt, mój rower leży gdzieś obok, pedały wciąż się kręcą, chociaż z sekundy na sekundę coraz wolniej. Słyszę różne głosy, ale dochodzą do mnie jakby z oddali, albo jakbym znajdował się pod wodą, a inni na powierzchni. Mrugam kilka razy, powoli odzyskując ostrość widzenia, chociaż nie rozpoznaję żadnej z twarzy, które w tej chwili się nade mną pochylają. Widzę za to stertę latających wokół papierów, białych kartek wypełnionych poufnymi danymi moich klientów, bo przy uderzeniu aktówka, którą wiozłem ze sobą wystrzeliła w powietrze, zamki najwidoczniej nie wytrzymały. Kurwa, ja pierdole. Słyszę swój przyspieszony oddech we wnętrzu własnej głowy, a kiedy pierwsze uderzenie adrenaliny zaczyna słabnąć to czuję ból. Najpierw wszędzie, w całym ciele, potem kumuluje się głównie w prawej ręce i nieprzyjemnie pulsuje. Próbuję podnieść się do siadu, wspierając właśnie na niej, ale nic z tego, przeszywający impuls sprawia, że spomiędzy moich warg wydobywa się krzyk, który z kolei szybko przeradza się w niewybredną wiązankę przekleństw. Kończyna zaczyna puchnąć w zastraszającym tempie. Ajjj!...

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Volpe Rossa
173 cm
Good girls go to heaven And bad girls never die
Awatar użytkownika
The night is young
And so am I
Velvet gun
On my thigh
Witch bitch
Born to bite
Born to live
Born to fly
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

- Mamo, prowadzę…
- Musisz mi wysłać zdjęcie wnuka! Antonio nie może się doczekać lotu. Niczym się nie przejmuj zatrzymamy się w hotelu. Dobrze się odżywiasz? Zrobiłaś Natillas? Jak byłam w ciąży z tobą, to dziennie to jadłam. Ciągnęło mnie do słodyczy, ale ty masz chłopca. Przywiozę ci słone przekąski. Ciocia pyta, kiedy ślub? Wiesz, powinnaś to przemyśleć, kochanie.
- Mamo, nie zamierzam…
- Nieślubne dziecko, to grzech. Ojciec powinien wychowywać syna…
- Tak jak tata… mnie?
- A ten mężczyzna, z którym się spotykasz? Wygląda na sympatycznego. Może go namówisz? W miesiąc zaplanujemy mały ślub, a brzuszek masz mały.
Nie wiem, po co w ogóle się odzywam, skoro moja mama od godziny prowadzi monolog. Najpierw styrała mnie pierdolona Jessica i jej idealny mąż Paul w szkole rodzenia, a teraz to… Najgorsze było to, że nawet nie mogłam się rozłączyć, a Antonio co kilka minut wysyłał mi wiadomości z podziękowaniami za to, że mama ma zajęcie. Wielki kurwa plan. Chłop wyjebał z domu po pierścionek zaręczynowy, a ja muszę znosić słowotok matki, która chce mnie wcisnąć w białą suknię i sprzedać komukolwiek kto ma paróweczkę między nogami. Gdyby było to takie proste, to już sama byłabym w drodze do salonu sukni ślubnych. A póki co wszystko wskazuje na to, że to moja mama znowu wyjdzie za mąż. Przynajmniej tym razem za normalnego faceta.
- Udekorujemy całą salę w piwoniach. To dalej twoje ulubione kwiaty?
- Mamo! – nie zdzierżę tego na trzeźwo. Próbuję nawet tych oddechowych technik, ale ktoś tutaj kogoś ostro rżnie na kasę, bo to nie działa. Junior kopie mnie po brzuchu. Matka trajkocze. Zwariować można. Sięgam do torebki, która leży na miejscu pasażera i szukam dłonią tych imbirowych cukierków na zgagę. Moja dłoń ląduję w jakiejś mazi. Kurwa wylał mi się fat oil z Nyxa do ust.
Oderwałam wzrok od jezdni tylko na sekundę.
JEB…
Coś ciężkiego uwaliło się na maskę, a ja gwałtownie wcisnęłam hamulec.
- O Boże…
- Nie wymawiaj imienia Pana… O Boże córeczko, co tam się dzieje?! Jesteś cała?! Już jedziemy na lotnisko.
- O Boże… Potrąciłam kogoś!
- O Boże… Ale tobie nic nie jest?
- No nie…
- Boże kurwa dzięki. Mój wnuczek… Uciekaj stamtąd! Żyje? Dobij go, żeby nie było świadków…
- O Boże mamo to William!
- William?! Przejechałaś mojego niedoszłego zięcia?!
Mama dalej się produkuje, a ja wypierdalam z tego samochodu. Słabo mi się robi, kiedy dociera do mnie, że te zwłoki na ulicy to naprawdę on. Wygląda jak debil w tym swoim kakakasku. Rower leży na chodniku. Rama trochę się wygięła, ale to mój najmniejszy problem. Klękam ze łzami w oczach przed nim i badam puls. Mruga. Ujmuję jego twarz w dłonie i coś do niego pierdolę w amoku. Kurwa nie wiem, co mam robić. Czuję pieprzoną ulgę, gdy powoli wstaje. Krzyk… Znowu robi mi się słabo.
- Pokaż… - łagodnie do niego mówię i ujmuję delikatnie jego rękę. Ostrożnie ściągam z jego ramion kurtkę i wstrzymuje oddech. - Nie wygląda to dobrze. Zabiorę cię do szpitala. Wstaniesz? – ktoś w końcu mi pomaga podnieść Williama z asfaltu. Dyskutuję przez telefon z ratownikiem medycznym. Wciskam do bagażnika jego rower. Ni chuja nie wejdzie, więc linką go zabezpieczam przy barierkach. A potem latam jak pojebana, zbierając papiery, które porozrzucały się po drodze. Moja mama zaś dalej trajkocze już tym razem do Williama. A ja jestem o krok od ataku paniki. Pieprzone światła. Pieprzony Blackout. Pieprzony błyszczyk i Patel. Przez chwilę nawet myślę, że zrobił to celowo. Wszystko po to, żeby mnie pozwać.

William N. Patel
Verdsa
I'm crazy but whatever Yeah that's just rock and roll
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Financial District”