ODPOWIEDZ
27 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
182 cm
właściciel studia tańca oraz instruktor MK Dance Studio
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

“Chuja wiesz o prowadzeniu samochodu”.
To jedno zdanie wypowiedziane do nieodpowiedniej osoby zmieniło nudny dzień w przeżycie, które wielu nazwałoby traumatycznym. Dla Deana zaś było czymś nowym, ale nie takim, by nie mógł sobie z tym poradzić, śpiąc w nocy spokojnie. Zapewne stan psychiki oraz podejście do świata odegrały w tym potężną rolę, ale tego chłopak nie miał zamiaru omawiać z żadnym psychologiem.
Co go podkusiło, by rzucić wyzwanie tak skrzywionej mentalnie dziewczynie? Masochizm, uzależnienie od adrenaliny, albo chęć udowodnienia jej, że istnieją rzeczy, w których dobra nie była?
Zdecydowanie.
Podpuszczał ją i sprawiało mu to niewyobrażalną radochę. Patrzenie, jak się miota, wprawiając w ruch trybiki w swojej główce, starając się wymyślić odpowiednią ripostę. Jak obmyśla plan, byleby tylko dopiec Vanbergowi, zadając najboleśniejsze rany - fizyczne i psychiczne.
Nie tym razem, Słońce. Teraz on był panem sytuacji.
Tuż po tym, jak wywalił do niej z podobnymi słowami, zostawił ją sama. Odchodzenie bez pożegnania było standardem. Nie była na tyle istotna, żeby trwonił jeszcze więcej energii.
Skąd miał wiedzieć, że szybko okaże się, jak namieszane ma ta panna w głowie? Chociaż, czy aby na pewno w głębi ducha nie liczył, że go czymś zaskoczy? Potrafiła dotrzymać mu tempa, pomimo jej wkurwiającego usposobienia.
Byli siebie warci.
Zaledwie kilka godzin później ciemny samochód podjechał pod jego dom, donośnie trąbiąc. Wyszedł na zewnątrz z zamiarem siarczystego przegonienia palanta. Ostatnie, czego potrzebował, to jakiś naszprycowany testosteronem goguś myślący, że cała dzielnica była jego.
Czy dostatecznie ukrył zdziwienie pod maską uśmieszku, kiedy za kierownicą dostrzegł Isobel? Poniekąd.
Nie potrzebował słownego zaproszenia, widział w jej oczach wyzwanie, które aż krzyczało. Czy odważy się do niej dołączyć? Prychnął, zajmując miejsce pasażera. Nawet nie zapytał komu buchnęła samochód; był pewien, że pożyczenie od znajomego nie wchodziło w grę.
-Jestem pod wrażeniem, że w ogóle wiesz, jak się go odpala - rzucił kąśliwie.
Rozejrzał się po wnętrzu. Nie był to najnowocześniejszy sprzęt.
-Nawet złodziejka z ciebie marna. Jak kraść, to coś, co ma wartość - dodał, rozsiadając się w fotelu na tyle, na ile mógł. Był zdecydowanie za wysoki.
-Na komendę czekasz? - zerknął na nią. Skoro już po niego przyjechała, to niech nie stoi dłużej w miejscu, w którym sąsiedzi widzieli wszystko.

Isobel Cameron
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

V.
trigger warning
Wulgaryzmy; misja samobójcza; planowanie morderstwa; zaburzenia osobowości
Wkurwiła się. Nie lubiła, gdy ktoś podważał jej kompetencję, a jeszcze bardziej wkurwiały ją osoby, które uważały, że mają do tego prawo. Isobel Cameron nie miała prawa jazdy. Za kółkiem siedziała kilkakrotnie. Raz, gdy ojciec w akcie miłosierdzia pozwolił jej na przejażdżkę swoim czarnym karawanem — nazywała tak suvy — ku jego zaskoczeniu poszło jej nawet nieźle. Nie spowodowała wypadku, droga była całkiem przyjemna, w razie niewygodnych pytań odpowiadał, że uczy córkę jeździć, ale nikt nie musi się martwić, bo wszystko jest pod kontrolą. Drugi raz był wtedy, gdy znajomy na jednej z imprez po prostu nie podołał i upił się do takiego stopnia, że nie ogarniał rzeczywistości. Nie było jej stać na takse, a kretyn zgubił portfel. Wsiadła do tego samochodu, zawiozła go do domu. Cudem uniknęli patrolu policyjnego, ale Isobel była wkurwiona. Ku szczęściu znajomego, miała wtedy dobry humor i tylko z tego powodu nie wysadziła go na obrzeżach miasta i nie zawinęła mu samochodu.
Trzeci raz był teraz. Zawinięcie samochodu okazało się zaskakująco proste — nie musiała robić tego własnoręcznie. Lewy samochód ogarnęła przez znajomego. Wiedziała, jak postępować, by nie zostawić po sobie podejrzeń. Ludzie, zwłaszcza ci półświatka o gorszym statusie niż gangsterzy czy mafiozi, byli w stanie zrobić wszystko dla zastrzyku gotówki. Po dołączeniu do gangu również musiała działać w ten sposób, żeby się utrzymać. Musiała dowieść swojej wartości, a skoro miała już ten etap za sobą, wykorzystywała słabości uliczników o niższej randze. Ciemny samochód z fałszywymi tablicami rejestracyjnymi? Musiała przyznać, że chłopak się postarał. A ona dzięki temu mogła podjechać tym wypasionym autem pod dom Deana — kretyna, który rzucił jej wyzwanie. Specjalnie zatrąbiła kilka razy z rzędu. Wychyliła głowę przez szybę, waląc otwartą dłonią o klakson, jakby była opętana. Księżniczka w końcu wyszła zza drzwi, a Isobel posłała Deanowi złośliwy uśmieszek. Miejsce pasażera było wolne, wystarczyło wsiąść.
— Zaraz stąd wypierdolisz. Zamknij ten ryj i się kurwa trzymaj — wywróciła oczami, odpalając samochód.
Poluzowała sprzęgło, nacisnęła gaz… A auto wyrwało dość mocno przed siebie, wyrywając pasażerów do przodu. Czy Cameron była dobrym kierowcą? Nie. Dawanie jej samochodu przypominało misję samobójczą. Ulice nie były zatłoczone, mogła więc pruć po tej drodze, przekraczając dość mocno prędkość. Isobel była pochłonięta obserwowaniem drogi, nie zwracała nawet uwagi na Deana siedzącego obok, choć jego obecność w tym aucie, była niemalże namacalna. Nim się zorientowała, przekroczyli dopuszczalną prędkość. Kilkakrotnie ktoś zatrąbił, gdy chamsko próbowała wyminąć trzy jadące za sobą samochody — i miała szczęście, że nie szarżowała dalej, bo przy jednej z wysepek stał patrol. Policja ich nie zatrzymała.
— Wiesz, że teraz mogłabym przypierdolić z rozpędu w drzewo i w tym momencie nas zabić? Zdechłbyś tutaj jak pies i rozłożył się w rowie — zapytała, obgryzając zadartą skórkę przy kciuku prawej dłoni i zerknęła w stronę Deana. Przeszło jej to przez myśl, owszem. Już nieraz planowała samobójstwo, miała za sobą próbę, ale teraz miałaby na koncie zarówno samobójstwo, jak i morderstwo — przecież rozpędzony samochód nadawał się na tę misję idealnie. W spojrzeniu Cameron tlił się ten niebezpieczny ogień sugerujący, że właśnie coś planowała. Drzewa mijane przez samochód, dramatycznie szybko zostawały w tyle. Kilkakrotnie, z pełną premedytacją traciła kontrolę nad samochodem, luzując dłonie na kierownicy — zdecydowanie igrała ze śmiercią, narażając ich na wypadek.

Dean Vanberg
Blueberry/Kasia
Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
27 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
182 cm
właściciel studia tańca oraz instruktor MK Dance Studio
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Prowokowanie ludzi było niemal tak samo uzależniające jak zielsko, które palił. Uwielbiał patrzeć, jak usilnie zastanawiają się, czy byli gotowi przekroczyć postawione wcześniej granice. Zrobić coś wbrew sobie, uskuteczniając głęboko skrywane fantazje o przeżyciu czegoś naprawdę ekscytującego. Obserwowanie, jak się miotali nakręcało go jeszcze bardziej wyzwalając w nim chorą ekscytację. Niemal zawsze bowiem okazywało się, że prowokowana osoba kapitulowała, odchodząc. Ten żal, poczucie bezradności i porażki. Jak miałby z tego zrezygnować?
I chociaż podobne akcje pokazywały, że ludzie z natury byli słabi, tak prawdziwej adrenaliny dostarczało rzucanie wyzwanie komuś, kto był zwyczajnie chory psychicznie; pozbawiona hamulców istota skłonna do zrobienia wszystkiego w imię udowodnienia, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych.
Kimś takim z całą pewnością była Isobel. Pojebana do reszty psycholka, która podpaliłaby roczne dziecko, zwęglonymi zwłokami karmiąc dwulatka, jeśli tylko ktoś podrzuciłby jej ten chory pomysł. Przy tym powiedzenia, że nie umie prowadzić było niczym pieszczota.
-Kochana, doskonale wiemy, że przyjechałaś tu po to, żeby mi zaimponować. Nie wywalisz mnie stąd, bo kto inny będzie później opowiadał, jak wjebałaś się w śmietnik? - odpowiedział równie grzecznie, co współtowarzyszka. Działali na siebie jak płachta na byka, a oddziaływanie było wyjątkowo wybuchowe. Jeszcze trochę, a będzie niczym wybuch elektrowni na Fukushimie.
Zapiął pasy zdając sobie sprawę z jej niepoczytalności. takim ludziom w żaden sposób się nie ufało i z dozą dystansu traktowano wszystkie zapewnienia.
-No kurwa mówię, zero jakiegokolwiek pojęcia - skomentował, kiedy ostro nimi szarpnęło. Jeśli kiedykolwiek jakiś egzaminator podpisze jej certyfikat zdanego prawka, Vanberg go odnajdzie i postawi na środku drogi tuż przed nadjeżdżającą Isobel. Wtedy może zda sobie sprawę, że nie należy rozdawać licencji niczym żetonów w chipsach.
-Jesteś równo pojebana, stawiam, że wielu cię tak komplementowało - obrócił w jej stronę głowę, przy okazji odnajdując w kieszeni skręta, którego wcześniej przygotował. - Spoko, przypierdol. Pokaż jakim jesteś tchórzem, że bardziej wolisz się rozwalić, zamiast przyznać, że prowadzenia to nie twoja broszka - wzruszył ramionami. w tym momencie dorównywał jej psychozą, ale jego ocena sytuacji często była skoszona. Nie sądził, żeby ich rozpłaszczyła na drzewie. A jeśli? W razie konieczności zareaguje, obracając kierownicą tak, by cała siła uderzenia została przyjęta przez jej stronę.
Zapalił skręta, zaciągając się nim. Potrzymał dym w płucach, ostatecznie wolno go wypuszczając.
-Jak będziesz grzeczna też dostaniesz - powiedział, okazując łaskę. mogłaby dla przykładu trzymać trochę pewniej kierownicę. - Starasz się ukołysać mnie do snu, Cameron? - zainteresował się, bo żywcem miotało nimi niczym podczas szatańskiego opętania.

Isobel Cameron
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
Zaburzenia osobowości; brutalne opisy; romantyzowanie śmierci



U Isobel działał przede wszystkim impuls, który pozbawiał ją jakichkolwiek hamulców. Raz rzuconemu wyzwaniu zamierzała podołać, niezależnie od tego, czy było bezpieczne czy niekoniecznie. Wjechanie w drzewo, śmietnik? Zarówno o jedno, jak i drugie można było się rozbić. Pędzenie kradzionym samochodem przez ulicę z niemalże dwusetką wyciągniętą na prędkościomierzu? To aż prosiło się o wypadek samochodowy. Miała farta, że po drodze nie mijali patrolów policyjnych, bo ta przejażdżka skończyłaby się szybkim zgarnięciem, a Isobel byłaby wkurwiona. Zwłaszcza tym, że zostałaby złapana. Nie lubiła, gdy ktoś lub coś krzyżowało jej plany. Nie wiedziała nawet dokąd jadą, ani w jaki sposób skończy się to przyjemne popołudnie. Na razie siedziała za kierownicą, znosząc obecność Deana, na którą świadomie się zgodziła.
— Poprawka. Przyjechałam tu, bo mi się nudzi — nie dla jego towarzystwa, bo Dean był równie bezczelny i drażniący, co ona. Może miał trochę bardziej poukładane w głowie i jeszcze na czymś mu zależało. W przeciwieństwie do Isobel, która po prostu gnała na złamanie karku, całkowicie pozbawiona jakiegokolwiek instynktu przetrwania. Bo jej było wszystko jedno, czy dojadą do celu, czy rozpierdolą na drzewie. Nie miała nic do stracenia. Podobnie jak nie zamierzała odpowiadać na zaczepki, typu pokaż, jakim jesteś tchórzem — jeśli miała strzelić samobója, to tylko na własnych zasadach. W dodatku sama, bez dodatkowej widowni, zwłaszcza widowni, która wizualnie przypominała mężczyznę siedzącego obok.

Każde mocniejsze szarpnięcie sprawiało jej cholerną satysfakcję. Nie zamierzała zdawać egzaminu na prawo jazdy, więc nie musiała się tym przejmować. Znała podstawy, znaki drogowe rozróżniała, ale prawda była taka, że wypuszczenie ją na ulicę mogłoby się zakończyć masowym mordem. Byłaby jednym z tych kierowców, którzy pod wpływem impulsu wjeżdżają na teren masowych imprez i powodują wypadki śmiertelne. I była z siebie cholernie dumna, bo nic nie schlebiało jej bardziej jak przyznawanie, że jest pojebana. Nie była normalna, to na pewno i uważała to za największą zaletę swojej pokręconej osobowości. — Nie wiem kto bardziej. Wsiadłeś do samochodu z narwańcem ze szpitala psychiatrycznego, który w każdej chwili może cię zabić. Jeśli jara cię to, że jestem popierdolona, to wiedz, że to co teraz widzisz to tylko część moich zalet — rzuciła, unosząc kąciki ust w zjadliwym uśmiechu. To nie tak, że była dumna z tej swojej odsiadki w szpitalu, ale nie widziała sensu z kryciem się z tą oczywistością. Nie udawała nawet, że żałowała tego pobytu, nie próbowała nikomu wmówić, że miała wyrzuty sumienia, gdy dotarło do niej, za co ją przymknęli — po prostu świetnie radziła sobie z udawaniem, a wymuszenie kilku łez było bardzo proste.
— Do snu wiecznego — odcięła się, świadomie ignorując wzmiankę o byciu grzeczną i dzieleniu się skrętem.
Kilkadziesiąt metrów przed nimi chwiejnie sunął rowerzysta. Mężczyzna wyraźnie nie panował nad torem jazdy. Raz zbliżał się do osi jezdni, raz niebezpiecznie uciekał ku poboczu, jakby z każdą kolejną sekundą coraz bardziej przegrywał walkę z własną równowagą. Nawet z tej odległości nietrudno było domyślić się, że alkohol miał z tym zachowaniem sporo wspólnego. Co zrobiłby rozsądny kierowca? Prawdopodobnie by zwolnił i miał na uwadze to, że mężczyzna mógł w każdej chwili wpaść pod rozpędzony samochód. Co zrobiła Isobel? Nie zwolniła. Z trudem natomiast powstrzymała się przed dodaniem gazu. Liczyła na to, że po wyjechaniu na środek, uda jej się uniknąć zderzenia.
— Brakowało nam pijanego debila, który mógłby się rozpaść pod kołami — westchnęła z rozczarowaniem, zmniejszając rozsądnie prędkość.

Mężczyzna, tracąc panowanie nad rowerem, wjechał prosto pod rozpędzony samochód. Nieprzyjemny huk przeciął ciszę, czyniąc ją cięższą od gęstniejącego powietrza. Zderzenie trwało kilka sekund, kilka sekund, w którym czyjeś serce się zatrzymało, a zbierająca się pod nieruchomym ciałem krew, zaczęła szpecić asfalt. Dołek, który przyczynił się do utraty równowagi przez rowerzystę, zaczęła wypełniać szkarłatna ciecz. Wgłębienie przypominało niewielkie naczynie, które powoli zaczynało się przelewać. Auto zatrzymało się kilka metrów dalej, ustawione pod lekkim kątem do jezdni. Z pękniętej chłodnicy sączył się płyn, a spod pogiętej maski unosiły się cienkie smugi pary. Powyginany rower spoczywał na asfalcie niczym sterta poskręcanego metalu; jedno z kół obracało się jeszcze siłą rozpędu, z każdym obrotem coraz wolniej, aż w końcu niemal bezgłośnie zamarło. W samym centrum wydarzenia leżał mężczyzna. Jego oczy zachodziły pośmiertną mgłą, spojrzenie zastygło w zaskoczeniu. Nie zdążył spojrzeć w oczy śmierci, lecz wraz z chwilą, w którą uchodziło z niego życie, pojawiło się zaskoczenie. Z rozbitej głowy, sączyła się krew. Półdługie, przerzedzone włosy, kleiły się do twarzy, oblepione posoką. Dramatyczny widok śmierci. Prawdziwe dzieło sztuki, krwawa masakra, która wyszła spod pędzla doświadczonego żniwiarza. Sprawczyni wypadku stanęła nad ciałem. Obeszła je kilka razy dookoła, szturchając leżące na ziemi ciało, jakby sprawdzała, czy naprawdę nie żył… Przykucnęła w rozkroku, przegarniając palcami poklejone włosy. Szatański uśmiech wykwitł na jej twarzy, jak ciernisty kwiat, gotowy przyczepić się do wszystkiego, co wydawało się idealną pożywką do karmienia swojej chorej żądzy...


Widziała to oczami wyobraźni. To był impuls, któremu uległa. Odłączyła się od rzeczywistości na rzecz pognania do świata fantazji. Nim zdążyła wrócić do normalności, było już za późno. Huk, trzask. Wszystko zgodnie z tym, co sobie wyobraziła. Różnicą było tylko to, że wraz z chwilą uderzenia, wgniotło ją w fotel i wciąż nie wysiadła z samochodu. Nie wiedziała, czy Vanberg cokolwiek do niej mówił. Nie słyszała go, nie czuła dotyku. Zamknięta w świecie wyobraźni, straciła kontakt z rzeczywistością. Emocje przetoczyły się przez nią z siłą skalnej lawiny, uderzając w każdy czuły punkt jej ciała i umysłu.


Satysfakcja.


Podniecenie.



Obawa.


Niepewność.



Zachwyt.



Chciała ujrzeć śmierć tego człowieka. Z obserwatora stała się przyczyną. Słyszała szumy dookoła, dziwne dźwięki. Z początku tylko szumiały jej w uszach. Obrazy, które widziała, mieszały się ze sobą, tworząc abstrakcyjną mozaikę. Widziała śmierć, widziała krew, widziała tego człowieka pod kierownicą. Zaciśnięcie dłoni na kierownicy pomogło nawiązać jej kontakt z rzeczywistością. Gładka, skórzana struktura, po której przesunęła opuszkami odrętwiałych palców, uświadamiając jej, że wciąż była w samochodzie. Czoło miała oparte o kierownicę. Po uniesieniu jej otworzyła szerzej oczy. Zniekształcony obraz nie pomagał, lecz krople krwi rozrzucone losowo po przedniej szybie, uświadomiły jej, co się właśnie stało.
To nie był tylko atak psychotyczny.
To była rzeczywistość.
Nie spojrzała na Deana, nie wysiadła z samochodu. Przeczesała palcami włosy, zaczesując włosy do tyłu i złapała głęboki oddech, próbując opanować przyspieszone bicie serca. Wpatrywała się w ślady na szkle, jakby była nimi oczarowana. Podziwiała je ze szczerą fascynacją. Całe miesiące terapii poszły się pierdolić. Przecież miała unikać widoków i zachowań, które ją nakręcały. Miała przede wszystkim myśleć.

Krew jest taka piękna.


Dean Vanberg
Blueberry/Kasia
Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
27 y/o
ZAANGAŻOWANA FOCZKA
182 cm
właściciel studia tańca oraz instruktor MK Dance Studio
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Jedno było pewna - Isobel była pojebana, ale pojebany był również Dean, skoro w ogóle się z nią zadawał, nie mówiąc już o tym, że z własnej woli wpakował się z nią do samochodu, wcześniej prowokując. Znał ją na tyle by wiedzieć, że ta podróż nie mogła skończyć się dobrze i albo on wróci z siniakami albo innymi ranami, albo ona skończy martwa gdzieś w przydrożnym rowie tuż po tym, jak zaczną na poważnie walczyć między sobą. coś podobnego nie miało jeszcze miejsca, ale zdaniem Vanberga była to tylko kwestia czasu, biorąc pod uwagę ich charaktery oraz podejście do świata. Chociaż tancerz nie bił się z kobietami, nawet ich nie policzkując (chyba, że jakaś pinda wyskakiwała na niego z tymi swoimi sztucznymi pazurami starając się przeorać mu twarz), tak dla Cameron zrobiły osobisty wyjątek. Proszę, właśnie tak destrukcyjnie działała na niego jej sama obecność, wyzwalając wszystko to, co najgorsze. Stawiał, że przy żadnej innej pannie nie przyszłoby mu do głowy coś podobnego.
-Jesteś na tyle kreatywna, że poradziłabyś sobie z nudą na milion innych sposobów, więc przestań okłamywać samą siebie. Potrzebujesz widowni, bo kto później opowiadałby o twoich wyczynach? - skomentował z pewnością, która malowała się również na jego przystojnej twarzy. Ona myślała swoje, a on swoje wiedział i gdyby miał obstawiać, uznałby, że to właśnie jego stwierdzenia bardziej pokrywały się z pracą. Był jednak pewien, że Isobel nie przyznałaby mu na głos żadnej racji, wypierając się dosłownie wszystkiego.
Patrzył uważnie na drogę, raz po raz zerkając na siedzącą obok dziewczynę, gotów złapać za kierownicę, gdyby faktycznie odjebało jej bardziej, niż zazwyczaj i postanowiła pokusić się o samobójstwo, tym samym pozbywając się i jego. Na to nie mógł pozwolić, miał jeszcze zbyt wiele rzeczy do zrobienia. A sądząc po tym, jak laska szarpała kierownicą, Dean był pewien, że w jednym ułamku sekundy mogliby znaleźć się na drzewie, gdyby tylko podjęła taką decyzję. Gorzej, niż z ułomnym dzieckiem, doprawdy.
-Uwielbiam wygrywać, ale w tej kategorii oddam ci koronę. Nikt nie przebije tego, co odpierdala się w twojej głowie. Ja uwielbiam adrenalinę, nakręca mnie. Ty za to kochasz zniszczenie. I właśnie to nas od siebie odróżnia, Cameron - wzruszył ramionami, lecąc chwilę później na drzwi, kiedy ponownie szarpnęła kierwonicą, aż samochodem zarzuciło. - Szkoda, że nie mam choroby lokomocyjnej, bo z chęcią bym się na ciebie zrzygał - rzucił do niej, zerkając na jej sylwetkę z ukosa. Serio, takich powinno się zamykać w szpitalu psychiatrycznym na stałe, a nie pozornie leczyć i wypuszczać do porządnego społeczeństwa. Szkoda, że w tym wszystkim Isobel faktycznie miała rację - on też musiał być poroniony, skoro tu z nią siedział.
-Romantycznie. Czyli rozumiem, że umrzemy w swoich ramionach, niczym bohaterowie romantycznego dramatu? - skomentował. Stawiał, że było wiele takich par, chociaż nigdy nie zagłębiał się w ten rodzaj literatury. Lubił książki, ale taka tematyka wydawała mu się zwyczajnie płytka.
Niespodziewanie przed nimi, na poboczu, pojawił się pijany kierowca, którego rower raczej prowadził, niż on jego. W tym momencie w głowie Deana powinna pojawić się czerwona lampka, znak ostrzegawczy czy cokolwiek, co zaczęłoby krzyczać, żeby zatrzymał pojazd i odebrał Isobel kluczyki, samemu siadając za kółkiem. On jednak zupełnie to zignorował, jakby naiwnie do wniosku dochodząc, że chociaż raz dziewczyna zachowa się jak cywilizowany człowiek. Niestety, nic takiego nie miało miejsca, dlatego zaledwie kilkanaście minut później, widząc jak niebezpiecznie zbliża się w stronę pijaczka, musiał sięgnąć w stronę kierownicy. Niestety, nad pedałem gazu nie miał władzy, dlatego walkę przegrał, niczym w zwolnionym tempie patrząc, jak ciało niewinnego człowieka, którego jedyną zbrodnią było wypicie dzisiaj za dużo, przelatuje przez maskę.

-POPIERDOLIŁO CIĘ?! - ryknął na nią, ale zdawała się go nie słuchaj, jakby w amoku. Pojebana, ona była zwyczajnie pojebana. Potrząsnął nią, starając się opanować bijące serce. Czy ona właśnie zabiła człowieka?! - Cameron, do kurwy nędzy - warknął, a kiedy nie zadziałało, zwyczajnie sprzedał jej liścia, żeby oprzytomniała. - Potrąciłaś człowieka, dociera to do ciebie?!
Najrozsądniej byłoby teraz wezwać karetkę - wiedział o tym. Niestety, w tej chwili rozsądek miał najmniej do powiedzenia i kiedy oni znajdowali się w samochodzie, niemal ze sobą walcząc, ten biedny pijany rowerzysta wykrwawiał się wolno na poboczu.

Isobel Cameron
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
Zaburzenia osobowości; krew; opis wypadku.
Uderzenie przyszło niespodziewanie, choć w gruncie rzeczy nie powinno jej dziwić. Poczuła piekący ból rozlewający się po policzku, a głowa odruchowo odskoczyła w bok. Przez krótką chwilę nie zrobiła absolutnie nic. Nie uniosła ręki, nie odsunęła się, nawet nie spojrzała na Deana. Siedziała nieruchomo, z twarzą zwróconą w stronę bocznej szyby, jakby próbowała zrozumieć, co właściwie przerwało jej dotychczasowy stan. Dopiero po kilku sekundach przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka, badając miejsce, w którym uderzenie pozostawiło nieprzyjemne pieczenie.


Bolało.


To było pierwsze, co zdołała zarejestrować bez większego wysiłku. Nie krzyk Deana, nie jego gwałtowne ruchy, nie nawet słowa, które powinny mieć teraz jakiekolwiek znaczenie. Ból był prosty, namacalny i nie wymagał interpretacji. W przeciwieństwie do wszystkiego, co wydarzyło się przed chwilą. Miała wrażenie, że ktoś brutalnie wyrwał ją z miejsca, w którym czuła się niemal doskonale, tylko po to, żeby wrzucić ją z powrotem do rzeczywistości, która okazała się znacznie mniej przyjemna od wyobrażeń. A przecież jeszcze przed momentem wszystko było takie piękne. Tak przerażająco piękne.
Powoli odwróciła głowę w stronę Vanberga. Jej spojrzenie było nieobecne, choć tym razem nie wynikało to już z całkowitego odcięcia od otoczenia. Patrzyła na niego z pewnym rodzajem niezrozumienia, jakby nie potrafiła pojąć, dlaczego właściwie tak bardzo się zdenerwował. Przecież nie zrobiła tego specjalnie. A przynajmniej nie w taki sposób, w jaki można było to sobie wyobrazić. Nie planowała konkretnego zderzenia, nie wybrała tego mężczyzny, nie znała jego nazwiska ani historii. Nie wiedziała nawet, czy miał rodzinę, która czekała na niego w domu. Był po prostu człowiekiem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Człowiekiem, który na kilka sekund stał się częścią jej chorej fantazji.

Tylko że to nie była już fantazja.

Przeniosła wzrok na przednią szybę. Czerwone krople wciąż znajdowały się na szkle, nieruchome, rozproszone w przypadkowych miejscach. Niektóre były niewielkie, niemal niezauważalne, inne tworzyły większe smugi, które pod wpływem światła nabierały głębokiego, niemal czarnego odcienia. Isobel przyglądała im się z uwagą, której nie potrafiła w sobie zdusić. Nie musiała nawet szczególnie się wysilać, żeby ponownie zobaczyć tamten obraz. Wystarczyło zamknąć oczy. Roztrzaskana głowa, poklejone włosy, nieruchome ciało. Wszystko dokładnie tak, jak sobie wyobrażała. Jakby ktoś wziął jej myśli i przeniósł je bezpośrednio do rzeczywistości, nie zawracając sobie głowy pytaniem, czy ktokolwiek powinien do tego dopuścić.
Pokręciła lekko głową.
— Nie drzyj się tak — mruknęła w końcu, a jej głos zabrzmiał dziwnie płasko, niemal beznamiętnie. Nie było w nim ani wcześniejszej złośliwości, ani typowej dla niej agresji. Przypominał raczej wypowiedź kogoś, kto właśnie przypomniał sobie, jak się mówi. Nie miała pojęcia, co właściwie powinna teraz zrobić. Powinna wysiąść? Podejść do mężczyzny? Sprawdzić, czy jeszcze oddycha? Zadzwonić po pomoc? Każde z tych pytań wydawało się absurdalnie odległe, jakby dotyczyło kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto potrafił zachować się odpowiedzialnie, podejmować racjonalne decyzje i rozumiał, że istnieją sytuacje, w których nie należy po prostu siedzieć w samochodzie i podziwiać śladów krwi na szybie.

A ona siedziała.
W dodatku wcale nie potrafiła przestać o nich myśleć.

Zacisnęła palce na materiale spodni, próbując przywrócić sobie choćby pozory kontroli. Niepokój zaczynał powoli wypierać wcześniejsze odurzenie, ale nie przybierał postaci wyrzutów sumienia. Nie odczuwała nagłej potrzeby przeproszenia człowieka, którego potrąciła, ani nie miała ochoty rozpamiętywać tego, że prawdopodobnie właśnie odebrała komuś życie. Zamiast tego zaczęła zastanawiać się nad czymś znacznie bardziej niepokojącym. Nad tym, jak łatwo było przekroczyć granicę, którą jeszcze kilka minut wcześniej uważała za element własnej wyobraźni. Jak niewiele brakowało, żeby myśl stała się czynem. I jak niewiele wysiłku kosztowało ją to, by w pierwszej chwili nie poczuć niczego, co powinno powstrzymać ją przed zachwytem. Całe miesiące terapii. Rozmowy, ćwiczenia, próby rozpoznawania impulsów, zanim zdążyły przejąć nad nią kontrolę. Wszystkie te pieprzone zalecenia, które miały uczynić z niej człowieka zdolnego do funkcjonowania bez nieustannego balansowania na granicy katastrofy. Miała się zatrzymywać. Myśleć. Analizować konsekwencje. Miała nauczyć się odróżniać to, co pojawiało się w jej głowie, od tego, co rzeczywiście mogła zrobić. I przez jakiś czas nawet jej się to udawało. Przynajmniej tak sądziła.
Teraz jednak siedziała w samochodzie, z krwią obcego człowieka na przedniej szybie i mężczyzną, który właśnie musiał ją uderzyć, żeby w ogóle do niej dotrzeć.
Przemilczała sytuację.
Nie wiedziała, co chciała powiedzieć. Że nie chciała? Że nie planowała? Że nie pamiętała dokładnie momentu, w którym przestała kontrolować własne zachowanie? Wszystko brzmiałoby jak żałosna próba usprawiedliwienia czegoś, czego usprawiedliwić się nie dało. Co gorsza, sama nie była przekonana, czy rzeczywiście chciałaby się usprawiedliwiać. Nie potrafiła przecież zaprzeczyć, że przez ułamek sekundy pragnęła zobaczyć dokładnie to, co teraz miała przed oczami. Nie mogła udawać, że widok krwi napawał ją obrzydzeniem, skoro wciąż odczuwała dziwną, niemal dziecięcą ciekawość. Spojrzała w końcu na Deana, tym razem nieco przytomniej. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo był zdenerwowany. Jego twarz, napięta szczęka, gwałtowne ruchy. Wszystko wskazywało na to, że sytuacja dotknęła go znacznie mocniej, niż zdążyła sobie uświadomić. Przez moment zastanawiała się, czy to strach, czy zwyczajna złość. Może jedno i drugie. Nie potrafiła jednak odczytać tego tak łatwo, jak zazwyczaj. Sama była zbyt zajęta próbą poskładania własnych myśli.
— Widziałam go — mruknęła, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że powinna wyjaśnić cokolwiek. — Widziałam, że tam był. I to tyle. A teraz nie żyje. Przecież nikt mu nie kazał wsiadać po pijaku na rower — dodała nieco chłodniej, wracając spojrzeniem do krwi rozbryźniętej na szybie.
Nie było to wyznanie ani nawet próba przerzucenia odpowiedzialności. Po prostu stwierdzenie faktu, który w jej głowie nabierał coraz większego znaczenia. Widziała rowerzystę. Widziała, jak tracił równowagę. Wiedziała, że mogła zwolnić, skręcić, zatrzymać samochód. Miała wystarczająco dużo czasu, żeby zareagować. A mimo to pozwoliła, by wydarzyło się coś, czego konsekwencji nie potrafiła teraz nawet właściwie nazwać. Przesunęła dłonią po policzku, ostrożnie dotykając miejsca, w które ją uderzył. Dopiero wtedy na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.

— Mogłeś po prostu mną potrząsnąć, idioto. To by pomogło — zabrzmiało to niemal zwyczajnie. Jakby oboje nie siedzieli właśnie w samochodzie, którym przed chwilą potrącili człowieka. Jakby największym problemem pozostawał bolący policzek, a nie ciało leżące kilka metrów dalej. Odwróciła wzrok w stronę pobocza. Próbowała dostrzec coś, co mogłoby potwierdzić, że mężczyzna nadal żył. Jakikolwiek ruch, drgnięcie, najmniejszy znak, że nie wszystko zostało już przesądzone. Śmierć była czymś ostatecznym, a ona nie lubiła pozostawać z pytaniami bez odpowiedzi. A miała kilka pytań. Pytała głównie o to, czy faktycznie umierał.
— Chodź, sprawdzimy, czy faktycznie nie żyje — to było chyba najbardziej rozsądne zdanie, jakie wypowiedziała od dłuższego czasu. Zaczynała docierać do niej myśl, że nie będzie mogła sobie wmówić, że nic się nie stało. Jedno przewinienie oznaczało kłopoty. I musiała liczyć na Deana i wierzyć, że jej nie wyda, chcąc uratować swój tyłek. Wytoczyła się z samochodu, podtrzymując się o ramę drzwi. Czuła się słabo, trochę tak jakby właśnie przeżyła zajebiście dobry orgazm, albo cholernie ciężką grypę. Przełykając ślinę, zatrzasnęła za sobą drzwi, podchodząc do leżącego na poboczu ciała.
Przykucnęła tuż obok, przyglądając mu się z zaciekawieniem i sięgnęła palcami do stygnącej kałuży. Krew wciąż była ciepła pod palcami i tak cholernie lepka... I Isobel nie wiedziała, co powinna dalej zrobić. Nie przywykła do ratowania cudzego życia. Zamiast tego, wolała przykucnąć i poprzyglądać się mężczyźnie, z którego powoli uchodziło życie, jakby to właśnie TA reakcja była tą naturalną, odruchową, wbudowaną w bycie człowiekiem. — Zakopiemy go?

Dean Vanberg
Blueberry/Kasia
Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
ODPOWIEDZ

Wróć do „Scotiabank Pond”