Zaburzenia osobowości; krew; opis wypadku.
Uderzenie przyszło niespodziewanie, choć w gruncie rzeczy nie powinno jej dziwić. Poczuła piekący ból rozlewający się po policzku, a głowa odruchowo odskoczyła w bok. Przez krótką chwilę nie zrobiła absolutnie nic. Nie uniosła ręki, nie odsunęła się, nawet nie spojrzała na Deana. Siedziała nieruchomo, z twarzą zwróconą w stronę bocznej szyby, jakby próbowała zrozumieć, co właściwie przerwało jej dotychczasowy stan. Dopiero po kilku sekundach przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka, badając miejsce, w którym uderzenie pozostawiło nieprzyjemne pieczenie.
Bolało.
To było pierwsze, co zdołała zarejestrować bez większego wysiłku. Nie krzyk Deana, nie jego gwałtowne ruchy, nie nawet słowa, które powinny mieć teraz jakiekolwiek znaczenie. Ból był prosty, namacalny i nie wymagał interpretacji. W przeciwieństwie do wszystkiego, co wydarzyło się przed chwilą. Miała wrażenie, że ktoś brutalnie wyrwał ją z miejsca, w którym czuła się niemal doskonale, tylko po to, żeby wrzucić ją z powrotem do rzeczywistości, która okazała się znacznie mniej przyjemna od wyobrażeń. A przecież jeszcze przed momentem wszystko było takie piękne. Tak przerażająco piękne.
Powoli odwróciła głowę w stronę Vanberga. Jej spojrzenie było nieobecne, choć tym razem nie wynikało to już z całkowitego odcięcia od otoczenia. Patrzyła na niego z pewnym rodzajem niezrozumienia, jakby nie potrafiła pojąć, dlaczego właściwie tak bardzo się zdenerwował. Przecież nie zrobiła tego specjalnie. A przynajmniej nie w taki sposób, w jaki można było to sobie wyobrazić. Nie planowała konkretnego zderzenia, nie wybrała tego mężczyzny, nie znała jego nazwiska ani historii. Nie wiedziała nawet, czy miał rodzinę, która czekała na niego w domu. Był po prostu człowiekiem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Człowiekiem, który na kilka sekund stał się częścią jej chorej fantazji.
Tylko że to nie była już fantazja.
Przeniosła wzrok na przednią szybę. Czerwone krople wciąż znajdowały się na szkle, nieruchome, rozproszone w przypadkowych miejscach. Niektóre były niewielkie, niemal niezauważalne, inne tworzyły większe smugi, które pod wpływem światła nabierały głębokiego, niemal czarnego odcienia. Isobel przyglądała im się z uwagą, której nie potrafiła w sobie zdusić. Nie musiała nawet szczególnie się wysilać, żeby ponownie zobaczyć tamten obraz. Wystarczyło zamknąć oczy. Roztrzaskana głowa, poklejone włosy, nieruchome ciało. Wszystko dokładnie tak, jak sobie wyobrażała. Jakby ktoś wziął jej myśli i przeniósł je bezpośrednio do rzeczywistości, nie zawracając sobie głowy pytaniem, czy ktokolwiek powinien do tego dopuścić.
Pokręciła lekko głową.
— Nie drzyj się tak — mruknęła w końcu, a jej głos zabrzmiał dziwnie płasko, niemal beznamiętnie. Nie było w nim ani wcześniejszej złośliwości, ani typowej dla niej agresji. Przypominał raczej wypowiedź kogoś, kto właśnie przypomniał sobie, jak się mówi. Nie miała pojęcia, co właściwie powinna teraz zrobić. Powinna wysiąść? Podejść do mężczyzny? Sprawdzić, czy jeszcze oddycha? Zadzwonić po pomoc? Każde z tych pytań wydawało się absurdalnie odległe, jakby dotyczyło kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto potrafił zachować się odpowiedzialnie, podejmować racjonalne decyzje i rozumiał, że istnieją sytuacje, w których nie należy po prostu siedzieć w samochodzie i podziwiać śladów krwi na szybie.
A ona siedziała.
W dodatku wcale nie potrafiła przestać o nich myśleć.
Zacisnęła palce na materiale spodni, próbując przywrócić sobie choćby pozory kontroli. Niepokój zaczynał powoli wypierać wcześniejsze odurzenie, ale nie przybierał postaci wyrzutów sumienia. Nie odczuwała nagłej potrzeby przeproszenia człowieka, którego potrąciła, ani nie miała ochoty rozpamiętywać tego, że prawdopodobnie właśnie odebrała komuś życie. Zamiast tego zaczęła zastanawiać się nad czymś znacznie bardziej niepokojącym. Nad tym, jak łatwo było przekroczyć granicę, którą jeszcze kilka minut wcześniej uważała za element własnej wyobraźni. Jak niewiele brakowało, żeby myśl stała się czynem. I jak niewiele wysiłku kosztowało ją to, by w pierwszej chwili nie poczuć niczego, co powinno powstrzymać ją przed zachwytem. Całe miesiące terapii. Rozmowy, ćwiczenia, próby rozpoznawania impulsów, zanim zdążyły przejąć nad nią kontrolę. Wszystkie te pieprzone zalecenia, które miały uczynić z niej człowieka zdolnego do funkcjonowania bez nieustannego balansowania na granicy katastrofy. Miała się zatrzymywać. Myśleć. Analizować konsekwencje. Miała nauczyć się odróżniać to, co pojawiało się w jej głowie, od tego, co rzeczywiście mogła zrobić. I przez jakiś czas nawet jej się to udawało. Przynajmniej tak sądziła.
Teraz jednak siedziała w samochodzie, z krwią obcego człowieka na przedniej szybie i mężczyzną, który właśnie musiał ją uderzyć, żeby w ogóle do niej dotrzeć.
Przemilczała sytuację.
Nie wiedziała, co chciała powiedzieć. Że nie chciała? Że nie planowała? Że nie pamiętała dokładnie momentu, w którym przestała kontrolować własne zachowanie? Wszystko brzmiałoby jak żałosna próba usprawiedliwienia czegoś, czego usprawiedliwić się nie dało. Co gorsza, sama nie była przekonana, czy rzeczywiście chciałaby się usprawiedliwiać. Nie potrafiła przecież zaprzeczyć, że przez ułamek sekundy pragnęła zobaczyć dokładnie to, co teraz miała przed oczami. Nie mogła udawać, że widok krwi napawał ją obrzydzeniem, skoro wciąż odczuwała dziwną, niemal dziecięcą ciekawość. Spojrzała w końcu na Deana, tym razem nieco przytomniej. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo był zdenerwowany. Jego twarz, napięta szczęka, gwałtowne ruchy. Wszystko wskazywało na to, że sytuacja dotknęła go znacznie mocniej, niż zdążyła sobie uświadomić. Przez moment zastanawiała się, czy to strach, czy zwyczajna złość. Może jedno i drugie. Nie potrafiła jednak odczytać tego tak łatwo, jak zazwyczaj. Sama była zbyt zajęta próbą poskładania własnych myśli.
— Widziałam go — mruknęła, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że powinna wyjaśnić cokolwiek.
— Widziałam, że tam był. I to tyle. A teraz nie żyje. Przecież nikt mu nie kazał wsiadać po pijaku na rower — dodała nieco chłodniej, wracając spojrzeniem do krwi rozbryźniętej na szybie.
Nie było to wyznanie ani nawet próba przerzucenia odpowiedzialności. Po prostu stwierdzenie faktu, który w jej głowie nabierał coraz większego znaczenia. Widziała rowerzystę. Widziała, jak tracił równowagę. Wiedziała, że mogła zwolnić, skręcić, zatrzymać samochód. Miała wystarczająco dużo czasu, żeby zareagować. A mimo to pozwoliła, by wydarzyło się coś, czego konsekwencji nie potrafiła teraz nawet właściwie nazwać. Przesunęła dłonią po policzku, ostrożnie dotykając miejsca, w które ją uderzył. Dopiero wtedy na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.
— Mogłeś po prostu mną potrząsnąć, idioto. To by pomogło — zabrzmiało to niemal zwyczajnie. Jakby oboje nie siedzieli właśnie w samochodzie, którym przed chwilą potrącili człowieka. Jakby największym problemem pozostawał bolący policzek, a nie ciało leżące kilka metrów dalej. Odwróciła wzrok w stronę pobocza. Próbowała dostrzec coś, co mogłoby potwierdzić, że mężczyzna nadal żył. Jakikolwiek ruch, drgnięcie, najmniejszy znak, że nie wszystko zostało już przesądzone. Śmierć była czymś ostatecznym, a ona nie lubiła pozostawać z pytaniami bez odpowiedzi. A miała kilka pytań. Pytała głównie o to, czy faktycznie umierał.
— Chodź, sprawdzimy, czy faktycznie nie żyje — to było chyba najbardziej rozsądne zdanie, jakie wypowiedziała od dłuższego czasu. Zaczynała docierać do niej myśl, że nie będzie mogła sobie wmówić, że nic się nie stało. Jedno przewinienie oznaczało kłopoty. I musiała liczyć na Deana i wierzyć, że jej nie wyda, chcąc uratować swój tyłek. Wytoczyła się z samochodu, podtrzymując się o ramę drzwi. Czuła się
słabo, trochę tak jakby właśnie przeżyła zajebiście dobry orgazm, albo cholernie ciężką grypę. Przełykając ślinę, zatrzasnęła za sobą drzwi, podchodząc do leżącego na poboczu ciała.
Przykucnęła tuż obok, przyglądając mu się z zaciekawieniem i sięgnęła palcami do stygnącej kałuży. Krew wciąż była ciepła pod palcami i tak cholernie lepka... I Isobel nie wiedziała, co powinna dalej zrobić. Nie przywykła do ratowania cudzego życia. Zamiast tego, wolała przykucnąć i poprzyglądać się mężczyźnie, z którego powoli uchodziło życie, jakby to właśnie TA reakcja była tą naturalną, odruchową, wbudowaną w bycie człowiekiem. — Zakopiemy go?
Dean Vanberg