Bowie obracał się w
trudnym towarzystwie odkąd tylko pamiętał. Jego świat składał się z muzyki i imprez, a ze względu na swoje pochodzenie i status, zarówno on, jak i jego znajomi, mieli dostęp do dosłownie wszystkiego i nie wahali się, aby z tego nie korzystać. Jedyne, co różniło Bowiego od innych pogubionych, nieodpowiednich osób, było to, że wpadł Jaydenowi w oko. A Jay wpadł jemu. Zazębili się ze sobą, wpadając w wir intensywnych uczuć, w którym złość, zazdrość, pożądanie i przywiązanie przeplatały się ze sobą tak często i intensywnie, że czasami Bowie mylił jedno z drugim. Sam nadużywał alkoholu i narkotyków, co wcale nie było dla niego czymś złym, bo wychodził z założenia, że każdy tak robił, do tego właśnie przywykł. Ojciec z blantem między zębami albo prochami pod nosem i szklanką czegoś mocniejszego w dłoni i matka ze swoimi magicznymi kroplami i kolorowymi pastylkami na każdą okazję. Jego
przyjaciółmi, często były dzieciaki innych bogatych rodziców, którzy żyli w takim samym trybie i pojawiali się tak szybko, jak znikali, a Bowie często nawet nie trudził się, aby zapamiętać ich imiona.
Relacje, które utrzymały się dłużej, niż kilka miesięcy mógłby policzyć na palcach jednej ręki. Nagle jedną z nich stała się znajomość z Jaydenem i to trochę zaburzyło jego skrzętnie pielęgnowany, odkąd pamiętał, obraz świata. Zapamiętał jego imię, potem zapamiętał uśmiech, niewielki tatuaż na jego piersi i pieprzyk na plecach, a pościel zdecydowanie zbyt często zapamiętywała jego zapach.
Był jednak za bardzo zaślepiony, żeby tak naprawdę docierał do niego sens tego wszystkiego. Jego system obronny był tak silny, że nie dopuszczał do siebie myśli, że to mogłoby być coś trwałego. Cały czas w napięciu wyczekiwał końca i przy każdej kłótni, do których często nieświadomie sam doprowadzał, mówił sobie, że miał rację, że przecież tak musiało być i to normalne. Tylko, że Jay za każdym razem wracał. Problem polegał na tym, że Bowie dzięki temu nie zmądrzał, a przynajmniej nie tak szybko, żeby dzisiaj znowu tego nie spierdolić i dodatkowo kompletnie tego nie widząc.
Kompletnie nie zauważył, że Jayden odebrał jego odsunięcie się negatywnie, wręcz przeciwnie. Był święcie przekonany, że ten stoi po jego stronie i mają do wszystkiego takie same podejście. Nawet upewnił się w tym, kiedy sportowiec pomógł mu, odpychając dziennikarza z aparatem, który podszedł zdecydowanie za blisko.
Kolejne słowa rzucane przez dziennikarzy rozwścieczyły go tylko jeszcze bardziej, do tego stopnia, że agresywnie odepchnął jednego z fotografów, a przy tym nie zauważył, że Jay ulotnił się do szatni. Wtrącił komuś z ręki telefon, a potem uniósł dłoń i wystawił do niewielkiego tłumu środkowy palec.
一
Tak wam mogę, kurwa zapozować 一 warknął, ale już odwracał głowę, szukając spojrzeniem Baudeta. Zacisnął zęby, spinając mięśnie szczęki, czując palącą falę irytacji, że mężczyzna zostawił go tutaj samego. Przeklął w myślach, odwrócił się i zbiegł po schodach, prześlizgując się ochroniarzom, którzy skupieni byli na wypraszaniu paparazzi.
Wpadł do szatni, oddychając ciężko, zaraz wbijając wzrok w plecy Jaya. Przesunął kciukiem po wilgotnym kąciku swoich ust, a potem poprawił kurtkę i przełknął ślinę, marszcząc lekko nos w wyrazie niezadowolenia.
一
Co jest, mogłeś dać mi znać, że się zwijasz 一 warknął nieprzyjemnie, a potem rozszerzył oczy w zdumieniu, słysząc jego słowa. Nie miał zielonego pojęcia o co mu chodziło i patrzył tylko ze zmarszczonymi brwiami, jak ten całym sobą wyraża złość, chociaż według Bowiego, tylko on miał prawo być w tej sytuacji zły. Chyba, że chodziło o dziennikarzy.
一
To nie moja wina, że się zlecieli. Nie zaprosiłem ich tutaj 一 dodał, stając w lekkim rozkroku i splatając dłonie na klatce piersiowej. To chyba było oczywiste i powinno do niego dotrzeć. Czekał więc nieprzyjemnie nabuzowany, zbyt wkurwiony żeby podejść bliżej niego. Przekręcił się, obserwując jak ten zamyka drzwi, a potem niezadowolony wraca na swoje miejsce, wymijając go, jakby był powietrzem. Już chciał rzucić coś złośliwego, ale wtedy sportowiec znowu się odezwał.
一
Co? O czym ty… 一 zaczął trochę zbity z tropu, opuszczając dłonie wzdłuż ciała i nabierając powietrza w płuca energicznie przez nos, kiedy Jay kontynuował wypowiedź. Przyglądał się mu, przesuwając językiem po swoich zębach wewnątrz ust, jakby z całych sił powstrzymał się, żeby czegoś nie palnąć. Co on mu teraz wypominał? Co wyliczał?
一
Nagle chcesz wielkich słów i deklaracji? Nigdy nic ci nie obiecywałem 一 powiedział beznamiętnym tonem, patrząc prosto w jego oczy, jakby to, co się działo, nic dla niego nie znaczyło. Prawda była taka, że potwornie się bał, ale nie potrafił się do tego przyznać i jedyną reakcją w takiej sytuacji, jaką znał, jedynym schematem, była ucieczka. Wycofywał się ze wszystkiego, żeby tylko się nie odsłonić. Musiał zranić innych pierwszy, żeby oni nie zranili jego.
一
Przyjaciele? 一 zapytał nagle, unosząc kącik ust w drwiącym uśmiechu. 一
Chyba mierzyłeś za wysoko. Upadek musi boleć 一 dodał, przyglądając mu się badawczo, prawie całą siłę wkładając teraz w to, żeby nie rozpaść się na milion kawałków. Wyciągnął dłoń i pogładził kciukiem policzek chłopaka, przekrzywiając lekko głowę.
一
Ale jesteś dużym chłopcem. Poradzisz sobie 一 dodał lekkim tonem, a jego twarz przypominała okrutną maskę. Nie było śladu po łagodnym spojrzeniu, pełnym oddania i czułości, które rzucał mu w ostatnich miesiącach coraz częściej, nie było beztroskiego uśmiechu, który pojawiał się na jego twarzy pomiędzy delikatnymi pocałunkami, a dotyk nie przypominał tego, kiedy palce zagłębiały się w skórę Baudeta, głaszcząc ochoczo każdy jej fragment, jakby tworzyła najpiękniejsze i najdelikatniejsze dzieło sztuki. Bowie był chłodny i zdystansowany i cholernie żałował, że Jay nie mógł po prostu pozwolić temu wszystkiemu na pozostanie nienazwanym.
jayden baudet