-
Probablemente ambos -
prawdopodobnie oba, rzucił znowu strzelając oczami, bo z jednej strony skoro już zaczęli to trzeba było doprowadzić to do końca, takiego zdania był Madox, że nagle cudowanie nie ozdrowiał przecież w samolocie, w pierwszej klasie. Chociaż może takie rzeczy się zdarzały, kiedy wyglądało się przez to ładne okno, w tym wygodnym fotelu z masażem, z szampanem w ręce i buzie widziało w tym tęczu? No ale przede wszystkim to chodziło o ten moment i pryskający nastrój. Chociaż u nich nastrój to się trochę zmieniał jak w kalejdoskopie, jakby po prostu nie potrafili ani na moment stanąć w miejscu, tylko wciąż szukali jakiś wrażeń. Bo może tak właśnie było?
Stewardessa rzeczywiście popatrzyła na niego z jakąś litością w spojrzeniu, ale później to tak trochę krzywo, kiedy on znowu wpatrywał się intensywnie w Pilar, tylko, że tego to już Noriega nie zauważył, no bo właśnie jego ciemne tęczówki utkwione były w twarzy Stewart, bo chyba jasno dali do zrozumienia, że nic już nie potrzebują? Oprócz siebie. Chociaż to brzmiało trochę może zbyt wzniośle, ale dobrze sobie radzili we dwójkę po prostu.
Chociaż może Madoxowi się tak tylko wydawało, bo nagle się okazało, że gówno wie, ale może w zasadzie to była prawda, bo gówno wiedział co siedziało w Pilar, gdzieś tam w środku, za tymi pięknymi uśmiechami, które mu sprzedawała, za tymi tekstami, które sobie rzucali. Gówno o niej wiedział. Dlatego jej powiedział, że mu przykro. Każdej innej osobie na świecie po takim wyznaniu też by to powiedział, bo tak wypadało. Przykro mi, dwa słowa które może i gówno znaczą, ale są na swoim miejscu w takich sytuacjach.
Chociaż... było mu autentycznie przykro, kiedy tak nagle przygasła, kiedy odwróciła się do szyby, bo czuł, wiedział, bo Madox nie był głupi, a zresztą czytanie ludzi opanował do takiej perfekcji, że ciężko było coś przed nim rzeczywiście ukryć, że chyba tym swoim tekstem trafił jakąś strunę jej duszy, której wcale nie chciał ruszać, bo zdecydowanie wolał, żeby ona mu dzisiaj grała jakaś wesołą melodię, salsę na przykład.
Nic nie powiedział tylko na nią patrzył, ale nie tak intensywnie jak wcześniej, jakoś łagodnie. Podniósł kieliszek z szampanem i na moment zawiesił nawet spojrzenie na tym złotym trunku, bąbelkach, które osiadły na ściankach kieliszka, jakby były jakieś interesujące. Nie były, interesująca była Pilar, nawet ten jej ból, którym się z nim podzieliła. Słuchał jej znowu ze spojrzeniem ciemnych tęczówek zawieszonym na jej twarzy, miękko.
Mógł sobie to wszystko wyobrazić, tylko Madox Noriega z tymi swoimi kuzynami, z tym złym, wściekłym ojcem, gdzieś tam w tle, z tym przynależeniem do jakiegoś gangu, to chyba stał po tej drugiej stronie barykady. I bardziej to on te dzieciaki gnębił, nie myśląc wtedy wcale o tym, co mogły przeżywać. Dzieci w ogóle nie są miłe, w ogóle nie liczą się z konsekwencjami i jakby ta empatia w nich też była dość głęboko zakopana, a przynajmniej u Noriegi była. On się dopiero później jej uczył, może bardziej w tym teatrze niż na ulicy, bo na ulicy panowało prawo dżungli, przetrwał i wygrał silniejszy, jak w bidulu. Jeśli nie nauczyłaby się bić, to może w końcu wylądowałaby za tym oknem?
On też musiał się nauczyć bić, tylko może kierowały nim inne pobudki, bo nie obrona, a raczej atak. Zupełnie inne pobudki. Patrzył jej w oczy z myślą, że może byli trochę podobni, a jednak też różni, zupełnie. Bo Pilar była dobra, chciała się bronić, chciała bronić słabszych, a on tych słabszych chciał zniszczyć, żeby umocnić swoją pozycję.
Może teraz mu się to trochę odmieniło, kiedy już tak nie musiał o to walczyć, kiedy prowadził ten swój klub i był tam osobą decyzyjną, ale... czy gdyby musiał kogoś zabić, żeby pokazać tam swoją pozycję, to by tego nie zrobił?
Może by zrobił. Może nawet powieka by mu nie drgnęła.
Drgnęły za to kąciki jego ust kiedy to powiedziała, że teraz ona leje tych silniejszych, bo przez myśl mu przeszło, że czasem prawdziwe bohaterstwo rzeczywiście rodzi się przechodząc przez piekło. Ale prawdziwe kurestwo też...
Dzieciństwo jednak dużo w nas kształtuje, a czasami podobne przejścia mogą zaprowadzić nas na zupełnie różne tory. Może ich właśnie zaprowadziły na różne? Pchnęły w zupełnie innych kierunkach.
Po tym koksie chyba naszło go na jakieś takie depresyjne myśli, na głębokie przemyślenia, rachunek sumienia. Bo kurwa, nagle pożałował, że kiedyś wcale o tym nie myślał, co czują inni ludzie. A teraz trochę starał się myśleć, czasem nawet mu to wychodziło. Chociaż i tak wciąż mu jeszcze brakowało do jakiegoś wrażliwca społecznego. Wciąż jeszcze czasami nie wiedział jak reagować i wszystko chował pod żartem, albo pod słowami, które według jakiś ustalonych norm były na miejscu. Przykro mi - było.
Nie wiedział za bardzo co ma zrobić i co powiedzieć w tej sytuacji, pogłaskać ją po włosach mówiąc, że jest świetna? Bo była. Przeszła przez to wszystko i teraz jeszcze potrafiła z tego wyciągać najlepsze lekcje, imponowała mu tym.
Wypuścił z płuc powietrze ze świstem, postanowił zmienić temat. Wrócić do tego tatuażu, do nastroju, który panował między nimi przed chwilą. I może nawet mu się udało, chociaż gdzieś z tyłu głowy wciąż myślał o tym wszystkim, co mu powiedziała. Chociaż później to troszkę zaczął też o tym tatuażu, a jego spojrzenie zatrzymało się gdzieś na jej biodrach.
-
To teraz będę się cały wyjazd zastanawiał jak sobie na to zasłużyć - rzucił i podniósł wzrok na jej twarz, też się pochylił w jej kierunku, ale też tylko odstawił kieliszek, pusty już zresztą, na stolik, a później opadł na oparcie fotela. Na to wspomnienie o tatuażu między piersiami to już uniósł obie brwi.
-
Ale ten powinnaś mi pokazać tak, jak ja Tobie lwa - puścił jej oczko, oczywiście, że sobie ten tatuaż wyobraził, chociaż przecież kompletnie nie wiedział jak wygląda. Patrzył na nią cały czas, więc kiedy pokazała miejsce kolejnego tatuażu, to tylko uśmiechnął się delikatnie, już sam nie wiedział, który z tych tatuaży najbardziej go interesuje.
Znowu chciał się trochę przysunąć do Pilar, ale zamiast tego poderwał się z miejsca jakby był opętany, bo znowu nad nimi stała ta stewardessa z tacą, na której miała dwie parujące zupy, tylko jedna, kurwa, właśnie wylądowała na Madoxie. Całe szczęście, że on tak sobie pół leżał na tym fotelu, to ten talerz wylądował mu na brzuchu. No i całe szczęście, że to była jakaś zupa krem ze szparaga, bo zanim jeszcze zdążyła wsiąknąć w materiał jego zajebistej koszulki, to Madox zdążył ją z siebie zrzucić.
-
Ja pierdolę! - wyrwało mu się, ale w końcu miał tureta. A stewardessa stała obok z jakąś taką dziwną miną, w której mieszało się przerażenie, ale też pewien rodzaj satysfakcji. Może i Noriega szybko zareagował, ale zupa była gorąca i i tak na brzuchu pod tym tatuażem z napisem Medellín pojawiła się czerwona plama. Pięknie.
-
O Jezu, przepraszam, bardzo przepraszam, potknęłam się i... - zaczęła się tłumaczyć stewardessa, ale o co ona się mogła potknąć, o własne nogi chyba tylko?
Pilar Stewart