Był beznadziejnie rozstrojony, jak gitara zamknięta w szafie, na której nie grał od miesięcy. Z jednej strony bardzo się bał, czuł się jak wystraszone zwierzę zapędzone w kąt; nie miał pojęcia co będzie dalej, co powiedzą jego rodzice, co będzie z jego karierą, którą przecież chciał pewnego dnia rozwinąć, a teraz… Teraz nie miał pojęcia czy powinien w ogóle pokazywać się gdzieś publicznie. Jednocześnie bał się kolejnych podobnych sytuacji. A co, jeżeli przez ten filmik więcej osób nada sobie prawo, żeby postępować z nim w ten lub podobny sposób? Albo żeby znęcać się nad nim na żywo lub w sieci? Bowie był bardzo lekkomyślny, czasami arogancki i raczej sprawiał wrażenie kogoś, po kim wszystko spływa i faktycznie zazwyczaj nie przejmował się otoczeniem, ale wszystko miało pewne granice. Tym razem poczuł się na poważnie zagrożony, w dodatku był tak słaby, że wszystko wydawało się kilka razy gorsze, niż było w rzeczywistości.
Z drugiej strony przez otępienie i silnego kaca starał się trochę stać z boku i patrzeć na wszystko w taki sposób, jakby wcale go nie dotyczyło. To była mieszanka, nad którą nie potrafił zapanować i momentami wszystko mu się mieszało, a jedyna stała, która w jakiś sposób przytrzymywała go przy ziemi, to obecność Jaydena. Gdyby nie on, to sam nie wiedział co stałoby się z nim wczoraj i jak poradziłby sobie z tym dzisiaj, czy w ogóle by sobie poradził. Znowu pomyślał o rodzicach, którzy pewnie dalej do niego wydzwaniali nie wiedząc co właściwie się stało. Był bardzo samolubny nie chcąc z nimi rozmawiać, ale po prostu nie był w stanie przez to teraz przechodzić. Obawiał się też, że niedługo mogą przyjechać tutaj osobiście, to byłaby uzasadniona interwencja.
Pokręcił powoli głową, bo już sam powoli się w tym wszystkim gubił. Wiedział co powiedział wtedy, podczas kłótni, i to, że sobie nic oficjalnie nie obiecywali było faktem, ale to chyba była też wymówka, bo czy naprawdę potrzebowali deklaracji? Przecież byli parą, byli w związku, to tylko Bowie zachowywał się, jakby niby było inaczej, bo bał się stracić wolność, jednocześnie bojąc się utracić na poważnie Jaya i próbował trzymać przy sobie obie rzeczy naraz, co ostatecznie musiało się przecież wykoleić. Nadszedł czas, żeby się zdecydował. Od roku był wierny i to sam z siebie i to też dało mu do myślenia. Dwa tygodnie bez Jaya dały mu do myślenia i fakt, że wczoraj ten nie wahał się, żeby przyjechać dał mu do myślenia.
Każde gwałtowne rozstanie i fakt, że jak nie był z nim, to coraz bardziej się gubił dawały mu do myślenia. Rozpadał się coraz częściej i czasami nienawidził tego uczucia, ale nie tak bardzo, jak nienawidził być bez niego. Czasami miał myśli, o których nikomu nie mówił, bo zwyczajnie nie potrafił. Otępiały szukał czegokolwiek, co sprawiłoby, że znowu by coś poczuł; wsiadał za kółko albo na motor żeby pobawić się w pirata drogowego, skakał z imprezy na imprezę, pijąc, ćpając i udając, że wyrywanie innych ludzi i wpychanie im języka do gardła to właśnie to, co lubi. Prawda była taka, że już nic nie dawało mu takie haju, jak bliskość Baudeta, jak jego zapach, smak jego ust i czuły dotyk ciepłych dłoni.
一
Przepraszam 一 szepnął, kiedy z palcami wplecionymi w jego włosy, przymknął na chwilę oczy w chwili bliskości, kiedy dotknęli się czołami i otarli delikatnie nosami. Był tak zmęczony, że sprawiło mu to na tyle dużą przyjemność, że mógłby teraz usnąć. Nie mógł jednak, szczególnie słysząc kolejne słowa, które sprawiły, że otworzył oczy i spojrzał na chłopaka z większej odległości, trochę tak, jakby przez chwilę nie dowierzał, że po tym wszystkim on naprawdę chciał. Że jego miłość była prawdziwa, że istniała. Im dłużej mówił, proponował nowy start, wyznawał jak mu zależało i że się nie podda, tym bardziej Bowie zaczynał wierzyć, że Jay jest osobą, która naprawdę przy nim będzie. Z resztą czy też tego nie udowodnił? I to nie raz. Już był lepszym partnerem, niż Bowie być może kiedykolwiek będzie, chociaż bardzo by chciał.
Kiedy powiedział mu, że będzie czekał ile trzeba, że to zniesie, muzyk odetchnął głęboko, czując jak mocno bije mu serce. Opuścił dłoń z głowy Jaye, otarł niecierpliwym ruchem łzy, rozmazując je po twarzy i trochę niezdarnie podniósł się, a potem przełożył nogę przez biodra sportowca, usiadł na nim i pochylił się, łącząc ich usta w krótkim, delikatnym pocałunku.
一
Chcę. Wyjedźmy na jakiś czas, tylko we dwoje 一 powiedział cicho i przesunął językiem po wargach, opierając dłonie na ramionach Jaya, który mógł ułożyć się na kanapie trochę wygodniej. Wtedy Bowie zsunął się odrobinę i położył na nim, głowę opierając na ramieniu, zamykając oczy i wtulając usta w zagłębienie w jego szyi. Ciepło i zapach Baudeta koiły jego nerwy. 一
Zabierz mnie do siebie, nie chcę tu teraz być. Tylko za chwilę 一 wymruczał, normując swój oddech i powoli coraz bardziej się uspokajając.
一
Też cię kocham 一 szepnął na granicy snu, odpowiadając na wszystkie deklaracje, obietnice i wyznania, które dzisiaj usłyszał. Powiedział to pierwszy raz, nie tylko do Jaya, ale do kogokolwiek i to było nie tylko wyznanie uczuć, to była obietnica, że postara się, żeby było lepiej. To było przyznanie się do swojej słabości, wyjście naprzeciw strachowi i podziękowanie za wszystko, co Jay dla niego zrobił i co mu powiedział. Po chwili już spał, dużo spokojniej, niż w nocy.
Kilka godzin później, kiedy już się obudził i wziął coś na kaca, wstał żeby spakować do torby sportowej swój laptop, ładowarkę, trochę ciuchów i drobiazgów z łazienki. Chciał to zrobić jak najszybciej, żeby nie natknąć się na starych. Nie sprawdził też telefonu, prosząc Jaya, żeby go wyłączył i przez jakiś czas w ogóle mu nie dawał.
Kiedy zjeżdżali windą na parking, naciągnął na głowę kaptur bluzy a potem zerknął na Jaya i uśmiechnął się lekko, kącikiem warg. Dalej był blady jak ściana, ale przynajmniej utrzymywał się na swoich nogach. Poczuł nawet głód, co było chyba dobrym znakiem i miał nadzieję, że naprawdę coś przełknie, a mdłości, które czuł rano już nie wrócą.
一
Zajedźmy po drodze po jakąś pizze albo burgery 一 odezwał się, zaciskając palce na jego dłoni, co dodawało mu otuchy. Z resztą zawsze lubił bliskość, lubił dotykać i być dotykany, to się nie zmieniło. Przy nim było lepiej, miał wrażenie, że naprawdę będzie lepiej i poradzi sobie nie tylko z problemami w ich relacji, ale i z każdym innym gównem, które przykleiło się do podeszwy jego butów. Przez następne godziny i dni próbował się pocieszać myślą, że najgorsze to chyba już ma za sobą.