-
Może już wcześniej? Zawsze wychodziłem z założenia, że to nie jest Twój typ, bo Ty wolisz trochę bardziej... grzecznych chłopców - powiedział i on też spojrzał w te jej ciemne oczy, w których teraz znowu widział ten ogień. Przecież widział go w jej spojrzeniu już wcześniej, zdawał sobie też sprawę z tego jaka jest
szalona, jaka jest
narwana, ale mimo wszystko na początku tej ich znajomości, to Madox by chyba nie wpadł na to, że tak straci dla niej głowę. Dla policjantki? Przecież ona stała po stronie prawa, a on po zdecydowanie drugiej. Może nie był typowym gangusem, ale jednak... Ta piwnica pod Emptiness robiła z niego chyba jeszcze
gorszego człowieka, niż się wszystkim wydawało. chociaż prawda jest taka, że on spędzał tutaj naprawdę mało czasu. Goście bawili się sami, aczkolwiek on im to miejsce zapewnił.
-
Teraz to już spodziewam się na tej liście wszystkiego Pilar - bo już zdążył ją trochę poznać, to Medellin przecież otworzyło zupełnie nowe perspektywy, i Madox już wiedział, że Stewart nie była taka
grzeczna. A nawet nie była typowym psem. Bo przecież on ją tam wprowadził w sam środek gangsterskiego wesela, w ten świat kokainy na złotych tacach, broni ukrytej pod drogimi marynarkami, a ona... Wsiąknęła, nie marudziła mu nawet chwili, chłonęła jego świat. Chociaż...
będąc przy tym sobą, buntowniczą, butną, sprawiedliwą, dobrą.
Pilar w tej Kolumbii pokazała mu się z tak różnych stron... A do tego każda go w pewnym sensie urzekła, kupiła w całości. Wszystkie jej zalety, wszystkie wady, to wszystko, co mu pokazała, co mu dała. Nikt mu nie dał tyle, co ona, tam w tym
dzikim Medellin. A on jej się odwdzięczył tym samym. I teraz też, kiedy tak go kleiła, to przecież mógł się zbuntować. Nawet przez chwilę chciał, no ale prawda jest taka, że on dla niej by wszystko zrobił, kulkę dla niej przyjął, to te ręce też pozwolił sobie skrępować, bez gadania...
No dobrze, tylko trochę sobie pogadał, a potem nawet westchnął ciężko, kiedy powiedziała, że
jakoś to wytrzyma, bo on wcale nie wiedział jak. Była tak blisko, a on nawet nie mógł jej dotknąć, przesunąć opuszkami po tej gorącej skórze, wbić w nią palców, aż pokręcił głową.
-
Dios nos ayude -
boże dopomóż, rzucił melodramatycznie, teatralnie wręcz i opadła głową na materac, ale zerknął na nią z ukosa.
Brakowało mu tego dotyku, tego, że nie mógł się do niej wyrwać, zbliżyć, a jednak kiedy pozwoliła mu zadecydować o tej sukience, to serce zabiło mu jakoś szybciej, a może to sprawiły te jej uda, po których przeszedł prąd, Madox to poczuł, kiedy je na nim zacisnęła. I znowu odruchowo się szarpnął, jakby nie pamiętał wcale, że te jego ręce są unieruchomione. Wypuścił mocno z płuc powietrze przez nos, aż znowu ta rana zaszczypała, gdy jego klatka piersiowa z tym tatuażem lwa uniosła się do góry i opadła.
-
Así que tengo que comprarte otro y llevarte a algún lugar donde usen vestidos -
czyli muszę ci kupić następną i zaprosić cię gdzieś, gdzie ubiera się sukienki, dla Madoxa to było proste. A okazja oznaczała jedynie to, że ona na co dzień nie chodziła jednak w tych sukienkach... Chociaż do Emptiness w nich przychodziła, jak to do klubu. Przecież on doskonale pamiętał tę sukienkę, w której przyszła, gdy tańczyli salsę, aż pożałował, że już wtedy...
Ale może to dobrze, że on przy niej nie wyrwał tak do przodu, że pozwolił temu wszystkiemu się rozwinąć w jakimś odpowiednim momencie, i miejscu może, z dala od Toronto.
Bo w Toronto oni przecież nie mieli prawa bytu, miało ich nie być.
A jednak byli.
A Madox to był w nią tak zapatrzony, znowu szarpnął taśmy i znowu opadł na materac zrezygnowany.
-
Mierda - mruknął, ale kiedy kazała mu się zachowywać, to nawet się nie poruszył, chociaż te ciemne tęczówki zatrzymał na moment na jej twarzy -
kneblowanie też jest na liście tych twoich fantazji? - zapytał, chociaż to już chyba dzisiaj spełniła, kiedy wkładała mu w zęby ten zakrwawiony pasek. A on jej tak grzecznie na to pozwalał, teraz też leżał grzecznie, gdy ściągała z siebie sukienkę, no musiała to zrobić, bo jakby go tak skłamała, to chyba by się obraził.
Tak, Madox by się obraził.
Czy on w ogóle znał takie uczucie?
Chociaż teraz troszeczkę chyba je poznawał, kiedy tak go skręcało, jak ona tak p o w o l i pozbywała się tej sukienki.
Za wolno.
A później jeszcze go prowokowała i kiedy tak zakręciła na nim biodrami, to on wypchnął te swoje do przodu, bo aż znowu go coś ścisnęło, że on te ręce miał związane. I nawet przez chwilę to rozważało to, żeby zamiast kazać jej szyć, to rzucić jej zupełnie inne polecenie, nakierowane bardziej na zapięcie jego spodni. I teraz to na pewno kazałby jej je rozpinać szybko. Bo przez całe ciało przeszedł mu dreszcz, z jednej strony przyjemny, każda
żywa tkanka była jej spragniona. Z drugiej... Kurwa, że on nie mógł jej mieć.
Kiedy jej gorące, pełne wargi dotknęły jego torsu, tego lwa, to on znowu się szarpnął, znowu się spiął.
-
Pilar... - wyszeptał tylko, bo oddech miał już płytki, urywany. WARIOWAŁ.
Tak bardziej jej chciał, jak chyba nigdy... Jak cały czas w tym Medellin, tylko tam wcale nie musiał się ograniczać, a tutaj... tutaj powstrzymywała go ta srebrna taśma. Pierdolona srebrna taśma, jak Madox ją tak lubił, to teraz ją znienawidził w jednej chwili.
Wszystkie mięśnie mu się spięły, zwłaszcza te na brzuchu, kiedy schodziła po nim pocałunkami, na ten tatuaż z napisem
Medellin, i niżej, a kiedy szczypnęła go zębami, a później poczuł na skórze jej ciepły, mokry język, to aż wyrwał się do przodu, tyle ile mógł. Odrobinkę.
-
Empieza por favor -
zacznij, proszę, teraz to on ją prosił, i mógłby ją naprawdę w tej chwili błagać, bo już był na nią tak nakręcony, już to jego spojrzenie było zupełnie czarne, dzikie, pełne pożądania -
Pilar... - rzucił zawiedziony, kiedy się od niego odsunęła. Naprawdę za-wie-dzio-ny.
Dlatego, kiedy ona znowu wylądowała na łóżku, mimo tych narzędzi, mimo tego, że teraz mieli robić coś zupełnie innego, to on szarpnął ją do siebie tą nogą.
-
Te lo ruego -
błagam Cię, rzucił, wcale się nie przejmując tym jej wkurwionym spojrzeniem, bo ono też go kręciło. Zła Pilar też mu się bardzo podobała. Taka wkurwiona.
Chociaż do czasu, bo jak zacisnęła palce na tej jego nabrzmiałej już męskości, to aż syknął i zaraz poluzował ten uścisk, bo w tym momencie to to miejsce było naprawdę czułe, bo kurwa tak bardzo chciało poczuć ją, że aż Madox znowu wyrwał się do przodu. Chciał ją ugryźć, ale była za daleko, a poza tym już zaczęła się zbierać, więc on mógł sobie tylko kłapnąć zębami w powietrzu, a potem strzelić oczami w ten podwieszany sufit z czerwonymi lampami.
-
Desagradable -
wstręciucha, wycedził przez zęby, ale nawet na nią nie spojrzał. Dopiero kiedy zaczęła szukać tej igły, to ciemne tęczówki zjechały z sufitu na pościel.
-
To co? - zapytał, bo on jednak liczył, że nie znajdzie tej igły i wrócą do tematu taśmy, albo zszywek.
Ale... znalazła. A Madox od razu się skrzywił, od razu spiął i wbił w ten materac, jakby chciał się w nim schować, kiedy ta igła błysnęła w jej dłoniach. A jak powiedziała to, że
teraz będzie tylko boleć, to aż wypuścił z płuc powietrze ze świstem, bo to wcale nie pomagało.
-
Powinnaś mnie trzymać za rękę, przytulać do piersi, jak te wszystkie pielęgniarki w Medellin, kiedy mnie kłuły - mruknął i przesunął się ciałem w jedną stronę materaca uciekając od niej. Ale kiedy siadła obok, to oczywiście, że zaraz dosunął się do niej, bo jednak to jego ciało było jej tak złaknione, tej jej bliskości.
Ile on by dał, żeby móc teraz sięgnąć do jej szyi, do karku, albo do tego policzka, da którego lepiły się te brudne od krwi, piękne, kasztanowe kudły. Zamiast tego ona jednak sięgnęła do jego twarzy, wbił w nią te ciemne oczy, w których wciąż był ogień, ale też... strach?
Już na pewno nie to dzikie pożądanie.
-
Te estoy escuchando... cariño -
słucham Cię..., mruknął, i teraz to może rzeczywiście by jej posłuchał, bo przecież widział w jej oczach, że żarty już się skończyły. A później poczuł to w tym dzikim, zachłannym pocałunku, w takim, który wyrwał z płuc ostatni dech, takim, który chciał jeszcze przeciągnąć sięgając do niej głową, a jednak finalnie opadł nią na materac. I rzeczywiście jeszcze czuł na języku jej smak, jej ciepło na swoich wargach, kiedy zrywała szybko te plastry, kiedy wyciągała z rany gaziki. Może tylko raz się wzdrygnął i zamknął na moment oczy, kiedy znowu grzebała w tej ranie. Oblizał spierzchnięte wargi i odwrócił głowę na drugi bok, bo jednak wcale nie chciał na to patrzyć, na
igłę, którą przecież poczuł. Poczuł jak to
maleńkie gówno wbija mu się w skórę i naprawdę musiał ze sobą walczyć, żeby się jej znowu nie odsunąć, albo, żeby nie zrzucić jej z łóżka jednym kopniakiem, nie objąć jej znowu nogami i nie przyciągnąć do siebie.
Dopiero kiedy zapytała o Ruby, to przeniósł na nią wzrok, to najpierw te jego ciemne oczy wylądowały na jej sylwetce, a później na jej twarzy. Na jej dużych, błyszczących oczach, które teraz w takim skupieniu wpatrywały się w jego bok.
-
Powinienem ją zajebać - powiedział odnośnie tej Ruby, już dawno temu powinien to zrobić, ale nie zrobił. Ale liczył, że ona mu się przyda.
Może teraz też jeszcze mogła?
Mogła coś powiedzieć o tym całym szefie?
-
Mam jej kurewsko dość, ale jak ją puszczę to ona... Ona za dużo wie - stwierdził i spuścił spojrzenie na jej usta, na język, który wystawiła w tym pełnym skupieniu -
a według Ciebie co powinienem z nią zrobić? - zapytał i kurwa... Sam się sobie zdziwił, bo przecież Madox nigdy nie pyta nikogo o zdanie. Przecież on się nigdy nikogo nie radzi, tylko działa, nie przejmuje się nikim i niczym. W normalnych warunkach, to on by rzeczywiście tą Ruby zatłukł, rozwalił jej łeb o to biurko w swoim gabinecie. Tylko odkąd miał przy sobie Stewart, to wcale nie były takie normalne warunki.
Bo kurwa...
On przy niej chciał być
trochę lepszy, chciał być taki, żeby ona znowu mu kiedyś powiedziała, że może jest...
dobry?
Lepszy niż się wszystkim dookoła wydaje.
Dla niej chciał być.
-
Puścić ją? Albo może wysłać ją gdzieś poza miasto? - aż sam się nad tym zastanowił -
chociaż najchętniej rozwaliłbym jej łeb, za to, że w Ciebie celowała - nie za to, że go postrzeliła, a teraz Stewart musiała go szyć, tylko za to, że celowała do Pilar. A jakby tak on nie zdążył zareagować, jakby stał dalej. I znowu musiał się bardzo postarać, żeby się nie spiąć, zamknął nawet na moment oczy, bo naprawdę chciał się jej nie poruszyć, ale ta Ruby też go wyprowadziła z równowagi. Jej temat w ogóle.
-
A co Ty zrobisz z Daltonem? I z Wyattem? - wypalił nagle. Chociaż może nie powinien też o nich mówić? Bo jednak Pilar musiała się skupić, ale z drugiej strony, to oni go w tej chwili mniej wkurwiali niż Ruby. A jednak może to też nie był najlepszy temat do szycia?
Może oni to jednak teraz powinni porozmawiać o tym, co sobie jutro zjedzą na śniadanie, ryż z jajkiem na przykład.
loca chica