Madox też spojrzał na tego całego Smitha i w zasadzie był mu wdzięczny, że jednak nic do niego nie powiedział, zmarszczył brwi starając się dopatrzeć tej sztucznej szczęki, ale nie było jej za bardzo widać, poza tym kolejne słowa Cherry sprawiły, że jego ciemne tęczówki znowu zatrzymały się na jej twarzy.
-
To jakieś określenie w wyższych sferach? Byłaś moją świnią Charity Marshall? - jedna brew skoczyła do góry, a kąciki jego ust uniosły się mimowolnie, bo tak absurdalnie to brzmiało. Ale przecież Madox nie byłby sobą, gdyby o to nie zapytał, zwłaszcza, że dzisiaj Cherry wyglądała jak taka prawdziwa dama.
Chociaż to rozprawianie na temat byczych jąder do damy pasowało średnio, a jednak sprawiało, że Noriega czuł się przy niej zdecydowanie luźniej, jakby ten cały bankiet trochę zszedł z tonu, kiedy nawet Charity Marshall chowała naturalny uśmiech za swoją filigranową dłonią.
-
No... nie brzmi to zachęcająco, jeść w ogóle czyjekolwiek jądra - znowu te jego ciemne oczy odszukały jej brązowych, a w tych jego zapaliły się jakieś wesołe ogniki, bo te rozmowy schodziły na trochę dwuznaczne tory -
ale lepsze niż wątróbka - wróg numer jeden Madoxa Noriegi - wątróbka. Żeby tylko Stewart nie wpadło nigdy do głowy, żeby ją gotować... Ale najpierw to w ogóle musiałaby się nauczyć gotować.
Obejrzał się przez ramię, kiedy Cherry wskazała, która blondynka je nosi, całe szczęście Madox nie gustował w blondynkach i jakoś odruchowo próbował tylko jakiegoś syfu od brunetek, uf. Aż odetchnął z ulgą, a później znowu odwrócił się do Cherry.
-
Jestem Ci winny drinka, pod koniec imprezy mógłbym je pomylić z jakimiś nagetsami, czy czymś - aż wywrócił oczami, bo kto podaje bycze jądra w panierce? Bogole, a kto.
Na jej kolejne słowa, że
to zależy od orkiestry nabrał powietrze w płuca i już miał powiedzieć, że powinni w takim razie zaprosić jakąś latynoską, ale ugryzł się w język.
-
Tango ujdzie - co prawda Madox to był mistrzem salsy, ale tango w Medellin zajmowało też specjalne miejsce, to była Kolumbijska stolica tanga, nic więc dziwnego, że Madox musiał też je umieć, może nawet Cherry będzie miała okazję sprawdzić? Jak orkiestra oczywiście je zagra.
Stanął w miejscu kiedy kazała mu zaczekać, a kiedy zrobiła krok w jego kierunku, nie ruszył się nawet na centymetr, nawet delikatnie pochylił się w jej stronę. Oblizał spierzchnięte wargi, kiedy poprawiała mu muchę, a spojrzenie zawiesił na jej błyszczących oczach.
-
No i co? Wyglądam jak latynoski James Bond? - uniósł jedną brew. A potem to już chwycił pewnie pod ramię jej dłoń, przesunął palcami po wierzchu jej ręki. A kiedy wspięła się na palce, żeby odezwać mu się do ucha, to aż na nią zerknął z ukosa. Charity Marshall proponowała mu włamanie?
-
Podmienili Cię Marshall? Ty i włamanie? Czy to jakaś podpucha i chcesz mnie po wszystkim zakuć w kajdanki? - mruknął zbliżając twarz do jej policzka, pochylając się nad jej uchem. Kiedy powiedziała, że nikt tutaj nic nie je, to aż otworzył usta, żeby zapytać po co tu w takim razie przychodzą i co później robią z tym całym jedzeniem, ale zainteresowała go tym włamaniem i się zamknął. Zerknął we wskazanym miejscu, na te butelki, a później na Marshall. Zrobił duże oczy i wystawił czubek języka spojrzeniem prześlizgując się po jej sylwetce. A potem przejechał dłonią po swoim dobrze skrojonym fraku.
-
I gdzie ją to niby schowam Marshall? Zobacz jak to dobrze na mnie leży - nawet się obrócił, żeby zaprezentować się jej z tyłu, rzeczywiście fraczek leżał na nim zajebiście. Sięgnął ręką do tej jej rozkloszowanej sukienki.
-
Ty to musisz schować pod kiecę, a ja udaję idiotę, jestem w tym mistrzem... - rzucił i puścił do niej oczko, a zanim zdążyła zareagować, odpowiedzieć, to Madox jeszcze się na nią obejrzał -
daj czadu Cherry - a potem to już odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Odszedł może na kilka kroków, a później przeszedł koło jakiejś pary, eleganckiej kobiety w podeszłym wieku, która oczywiście zawiesiła na nim oko i jej męża, tylko, że kiedy mijał tego męża, to jakoś tak się zatoczył i wpadł na niego.
-
Przepraszam... - rzucił i chciał sięgnąć do mężczyzny, żeby dotknąć jego ramienia, ale ten się szarpnął i walnął Madoxa łokciem w bok. W ten jebany bok, na którym on miał ranę po postrzale, Noriega aż syknął...
W każdych innych warunkach, zawsze, by mu się odwinął, ale nie tutaj na tym eleganckim balu. Zareagowała na szczęście żona faceta, która zaraz wyciągnęła do Madoxa swoje szpony pytając czy nic mu nie jest. Nawet dobrze się złożyło. Noriega pokręcił energicznie głową, że nie, ale zaraz złapał się za policzek.
-
Santa Madre, moja soczewka, gdzieś mi tutaj wypadła soczewka... Nic nie widzę! - rzucił spanikowanym tonem i wystawił do przodu dłoń, tylko, że akurat ta stara baba nadziała się na nią swoją bujną piersią, a Madox aż wypuścił z płuc powietrze ze świstem.
Kurwa.
Mąż damulki się na niego zamachnął, ale Noriega się uchylił, a potem już upadł na kolana niby szukając swojej soczewki. Już ta staruszka mu pomagała, a jej mąż wpadł w jakąś kelnerkę, zamiast w Madoxa i wylał na siebie kilka kieliszków szampana. Zrobiło się
zamieszanie.
Nie tak to miało wyglądać, ale musiało to Cherry wystarczyć, bo teraz rzeczywiście wszyscy zerkali w ich stronę, a Madox na czworaka odsuwał się coraz bardziej od tej starej raszpli, która znowu przysuwała się do niego.
Zerkał też w kierunku Cherry i miał nadzieję, że jej to wyjdzie jakoś sprawniej niż jemu.
Oby.
glina cherry