-
dancing till i'm dead
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wybrałby do pomocy Boltona, ale on, jako geniusz od brawurowego rodzicielstwa, dosłownie poprzedniego dnia postanowił się wspinać z córką na drzewo, co skończyło się nogą w gipsie i całkiem dobrymi żartami, które jeszcze pewnie długo będą mu zatruwać życie po powrocie z chorobowego.
Transport miał być dzisiaj, a on na jednostce miał okrojony, choć wcale nie gorszy wybór.
Przeszedł się więc po jednostce, odnajdując swoją potencjalną partnerkę w zbrodni. I do potencjalnej przepukliny.
— Teddy słuchaj. Mam dla ciebie na dzisiaj świetną rozrywkę — zaczął, zerkając jeszcze raz, krótko, na swój telefon. — Bolton, jak słyszałaś, sobie złamał nogę, a to on miał mi pomóc, ale to nawet lepiej. Wydajesz się idealna do tej roboty. — I jedyna, która została w jednostce na ten moment, która miała być dobrym zastępstwem dla spadającego z drzewa kolegi z brygady. Nie powiedział tez tego z przekąsem, a wręcz z teatralnością i przerysowaniem, którym miał zaznaczyć, jak wspaniała miałaby być w tym, o czym mówił.
— Oglądałaś kiedyś jeden z tych programów o — chrząknął wymownie — otyłych ludziach, którzy szukają pomocy i jeżdżą na operacje wycięcia żołądka i tak dalej? — Nie czekał na odpowiedź, tylko ciągnął dalej, by szybciej dobrnąć do sedna. — A kojarzysz te sceny, gdzie tych — kolejny raz odchrząknął znacząco — otyłych ludzi musi dźwigać cały zastęp straży pożarnej albo ratowników? No więc, tak się składa, że to twój szczęśliwy dzień. — Rozłożył dłonie na boki i wykonał słynne jazz hands, akcentując tym samym wyniosłość i prestiżowość wydarzenia, na które właśnie zamierzał świadomie ją skazać.
Ukłonił się zaraz potem lekko, jakby właśnie ogłosił listę zwycięzców na oscarowej gali, a nie fakt, że będą taszczyć trzystukilogramowego pacjenta z trzeciego piętra. I pewnie dlatego jego mina zdradzała coś pomiędzy autentycznym współczuciem a ogromną potrzebą udawania, że to zajebisty pomysł. W dodatku taki, z którego nie do końca był sposób na wyłganie się, bo praca to praca. Nie mogli dostawać zawsze i wszędzie pożarów do gaszenia, nawet jeśli nazwa sugerowała, że tym faktycznie się zajmowali.
W rzeczywistości, przez większość czasu, zajmowali się absolutnie wszystkim, tylko właśnie nie pożarami.
teddy darling
-
i can take you higher
oh, oh, oh, i'm on fire
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dlatego oczy zaświeciły jej się, kiedy Harrison przyszedł do niej z propozycją, mogłoby się zdawać, nie do odrzucenia. Jednak mina szybko jej zrzedła, kiedy usłyszała, o co konkretnie chodziło.
— Serio? — oparła się biodrem o szafkę i skrzyżowała ramiona na piersi, przechylając głowę z pobłażliwym spojrzeniem. — To jest ta twoja świetna rozrywka? — parsknęła pod nosem, ale czy w zasadzie miała jakiś inny wybór, biorąc pod uwagę fakt, że większość ich kolegów albo miała połamane nogi, albo wciąż przebywało na ponoworocznych urlopach? Troy naprawdę nie wybrać sobie gorszego momentu na spadanie z drzewa. — Mój kręgosłup cię za to znienawidzi — ostrzegawczo wymierzyła w Harrisona palcem. Wystarczyło tylko spojrzeć na niego, a potem na nią. Jak widać jej równouprawnienie kończyło się wtedy, kiedy trzeba było zwlec grubasa z dziesiątego piętra.
Cmoknęła, odpychając się od blatu i zaczęła krążyć po pomieszczeniu, zastanawiając się nad jego propozycją nie do odrzucenia.
— Ale poczekaj — przystanęła w miejscu i ściągnęła brwi. — Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteśmy sami? Donovan i Young pojechali odetkać kanalizację na południu, a reszta zmiany jest rozrzucona po mieście jak konfetti po paradzie równości. Jak to sobie wyobrażasz, co? — przeniosła na niego wzrok. — Wąska klatka, brak windy, a my mamy do dyspozycji dwie pary rąk i dobre chęci — zatrzymała się przed Harrisonem. Nawet jeśli oboje staną na rzęsach, fizyki nie da się oszukać. Wystarczył jeden zły chwyt, a wtedy będą mieć trzech pacjentów, a nie jednego. — Dobra, niech stracę. Zbieraj się — zadecydowała, jednocześnie akceptując swoje przeznaczenie. Jeśli Darling miała zginąć w taki sposób, to najwyraźniej było jej to pisane.
Sięgnęła po swój hełm, po czym złapała za ten należący do Jaxa i cisnęła nim w kumpla.
— Wisisz mi rehabilitację. Albo urnę. I to nie byle jaką — zastrzegła natychmiast, żeby czasami nie zafundował jej jakieś żałosnej, ceramicznej wydmuszki z promocji. — Tylko taką porządną. Z symbolem straży, oczywiście. Żeby było wiadomo, że poległam na służbie, a nie przy znoszeniu grubasa — Teddy skinęła głową, aby umocnić wypowiedziane słowa i jednocześnie przekonując samą siebie, że cały ten transport to dobry pomysł.
Jax Harrison