ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Merry Christmas, ya filthy animal!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

look


Iris Valentine nie zaczęła nowego roku w sposób… spektakularny. Właściwie od dłuższego czasu nie była w formie, a właściwie każdą wolną chwilę spędzała w szpitalu biorąc więcej dyżurów niż powinna. Poza tym? Właściwie nie miała życia poza szpitalem i to chyba zaczęło być po niej widać. Zdała sobie sprawę, że musi być nieznośna, gdy jedna z pielęgniarek zasugerowała ją, że powinna coś zrobić ze swoim życiem. I naprawdę nigdy nie przypuszczała, że dojdzie do tego, że energiczna pięćdziesięciolatka umówi ją na randkę w ciemno ze swoim znajomym, którego na pewno by polubiła. Valentine szczerze w to wątpiła i w pierwszej chwili potraktowała to jako żart – nie miała najmniejszej ochoty korzystać usług samozwańczej swatki. Znajomy jednak został przedstawiony w samych superlatywach, chodzący ideał… a sama kobieta była przy tym szalenie męcząca, więc w końcu się poddała.
Zgodziła się na randkę w ciemno, co za idiotyczny pomysł.
Powtórzyła to sobie jeszcze parę razy w taksówce oraz przynajmniej dwa razy przed wejściem do lokalu. Przez moment nawet chciała się odwrócić na pięcie i po prostu wyjść, napisać krótką wiadomość, że coś jej wypadło i przełożą to na inną okazję. Najlepiej nigdy.
Nie jesteś tchórzem, Valentine.
Wzięła więc głębszy oddech, poprawiła sukienkę i weszła do środka, starając się zlokalizować swoją dzisiejszą randkę. Chodzący ideał. Zlokalizowała go dość szybko i była zaledwie parę stolików od mężczyzny, który w rezultacie ani trochę nie przypominał człowieka z opowieści pielęgniarki. Iris była w stanie zignorować fakt, że był starszy niż przypuszczała, niższy niż przypuszczała, że czas nie był dla niego łaskawy i zrobiły mu się zakola… nie była aż tak płytka. Nie mogła jednak zignorować faktu, że był burakiem. Zatrzymała się na ułamek sekundy obserwując interakcję mężczyzny z kelnerką i cóż… właśnie wyzywał młodą dziewczynę od najgorszych, bo przyniosła mu nie ten alkohol, który powinna. Chyba zdążył już wypić o kilka drinków za dużo, bo zrobił się czerwony na twarzy i prawie się popluł, gdy podniósł głos.
Już miała się wycofać, gdy podniósł wzrok i spojrzał w jej kierunku. Widziała w jego spojrzeniu moment, w którym się zastanawiał, czy ona to faktycznie ona, czy to na nią tu dzisiaj czekał… i już zaczął podnosić się ze swojego miejsca, żeby się z nią przywitać.
Zadziałała instynktownie. W ułamku sekundy rzuciła spojrzeniem po najbliższych stolikach i zauważyła samotnie siedzącego mężczyznę – rozpromieniła się na jego widok i postanowiła odegrać rolę swojego życia. Przynajmniej przez kilka najbliższych minut.
- Hej, Skarbie. Wybacz, że tyle musiałeś na mnie czekać. – rzuciła pogodnie, pochylając się do Mavericka i sięgając jego policzka, muskając go ciepłem swojego oddechu – Pięć minut – szepnęła i nie czekając na jego reakcję – usiadła naprzeciwko. Odrzuciła do tyłu włosy, pochyliła się nad stolikiem i wbiła spojrzenie w zapewne mocno zdezorientowanego mężczyznę, którego wybrała na swojego bohateraMam nadzieję, że twoja randka spóźni się jeszcze chwilę, bo nie chcę robić ci kłopotów, ale proszę… – kącik ust mimo wszystko drgnął jej w rozbawieniu, bo zdawała sobie sprawę, że to i d i o t y c z n e. Miała jednak nadzieję, że zrozumie. Tym bardziej, że zaledwie ułamek sekundy później przy stoliku pojawił się… ekhm, chodzący ideał z czerwonymi policzkami i odrobinę niewyraźnie zapytał – Irene? – i nawet nie ukrywał, że zmierzył Valentine wzrokiem. Dziewczyna ściągnęła mocniej brwi i pokręciła lekko głową – Przepraszam, chyba mnie pan z kimś pomylił. – rzuciła spokojnie i nawet nie kłamała, bo nawet nie zapamiętał jej imienia! Mężczyzna jednak nie wydawał się przekonany i zaczął coś bełkotać pod nosem zamiast po prostu odejść.


Maverick Cormier
40 y/o
For good luck!
190 cm
pilot w randze kapitana | loty VIP
Awatar użytkownika
some memories never leave your bones. like salt in the sea; they become a part of you.

- and you carry them.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby mógł, wymazałby ostatnie godziny z pamięci.
Nic nie zapowiadało tragedii, która nadeszła nieproszona i skutecznie wzburzyła spokój nie tyle ostatnich dni, co i lat. Wrócił ze słonecznego Dubaju ledwie dobę temu, spędziwszy pięć dni w oczekiwaniu na powrót na kanadyjską ziemię. Interesy pasażera pozostawały poza granicami zainteresowania pilota, który spędził swój czas głównie na zwiedzaniu miasta, które zdążył już poznać; marzył o powrocie do własnego łóżka, a gdy ten moment w końcu nadszedł – nie potrafił zasnąć. Zwykle jetlag nie wpływał na niego zbyt mocno, bo Maverick zdążył przyzwyczaić się do częstych zmian czasowych, ale teraz było inaczej – niepokój, który odczuwał od początku roku tylko się nasilił.
Wkrótce miała być przecież rocznica; zbrodnie ojca zawsze ponownie wypływały wtedy na powierzchnię. Zawsze chociaż jeden samozwańczy znawca kryminalistyki przypominał o tych wydarzeniach w podcastach; zawsze pojawiały się nowe artykuły pseudo-dziennikarzy, którzy chcieli zyskać swoje pięć minut poprzez rozpamiętywanie cudzej tragedii.
Praktycznie nie widział się z Cece, która spędzała długie godziny w sądzie, a potem poświęcała czas na kolejne odkryte hobby; zdążył już pogubić się w zawiłościach jej pasji. Joga, pływanie, karaoke? Nie był już nawet do końca pewien jakiemu zajęciu jego żona poświęca swój czas wolny; i jeśli miał być ze sobą zupełnie szczery, to przestał dociekać detali już od miesięcy. Ich życie toczyło się dalej w stabilnym rytmie rutyny; praca-dom, krótkie okresy urlopów, które starali się dostosować. Dzieciaki były już dorosłe, dom uginał się pod naporem narastającej ciszy – a Maverick nie robił kompletnie nic, by to zmienić.
To zapewne czyniło z niego kiepskiego męża i jeszcze gorszego partnera, ale jego siły do walki o związek – który z zewnątrz wydawał się przecież idealny – znacznie osłabły.
I kiedy był gotów na spędzenie kilku nadchodzących dni tak, jak zawsze – otrzymał telefon.
Numer nie powiedział mu niczego, a gdy odebrał, usłyszał automatyczną wiadomość; to połączenie pochodzi z jednostki penitencjarnej i podlega nagrywaniu oraz… – nawet nie odsłuchał do końca. Rozłączył się z mocno bijącym sercem, czując, że niedawno zjedzony posiłek podchodził mu do gardła.
Nie, to niemożliwe, po tylu latach…
Czuł, jakby się dusił; bez chwili zawahania wyszedł z domu, niewiele nawet myśląc nad kierunkiem spontanicznego spaceru. Nawet nie wiedział, kiedy kroki zaprowadziły go do Miller Tavern, gdzie bywał w miarę często; bez zastanowienia zajął stolik i zaczął zamawiać alkohol w marnej próbie odzyskania samokontroli. Upił pierwszy łyk whisky z lodem, walcząc z pokusą, by nie opróżnić szklanki jednym haustem; odetchnął głębiej i pogrążył się w ponurych rozmyślaniach na temat przeszłości, która w końcu go dogoniła.
Usłyszał stukot obcasów, który skutecznie przerwał ciąg myśli; podniósł spojrzenie na olśniewającą piękność, która niespodziewanie zagadnęła do niego tak, jakby byli razem – i nim zdążył odpowiednio zareagować sugerując pomyłkę, usłyszał jej cichutką prośbę. Maverick uśmiechnął się szeroko do nieznajomej, postanawiając ciągnąć grę dalej.
- Hej kochanie, nic nie szkodzi, warto było czekać – rzucił na tyle entuzjastycznie, by osoby przy najbliższych stolikach z pewnością usłyszały tą wymianę zdań. – Wszystko w porządku? – zagadnął ciszej, nachylając się ku kobiecie; w niebieskich tęczówkach zalśniła troska, a spojrzenie zaraz przesunęło się po zebranych w poszukiwaniu źródła zagrożenia. Nieznajomy mężczyzna – wyraźnie podpity i naburmuszony – sam podszedł bliżej kobiety, wyraźnie doszukując się w jej twarzy znajomych rysów.
I wszystko stało się jasne.
- Wybacz kolego, ale chyba pomyliłeś z kimś moją żonę – położył stanowczy nacisk na dwa ostatnie słowa; wyprostował się bardziej na krześle, mierząc nieznajomego spojrzeniem. – Sugeruję się oddalić, bo za chwilę możemy porozmawiać inaczej.
Padło kilka bełkotliwych przekleństw, które Maverick puścił mimo uszu; obserwował mężczyznę, dopóki ten nie wrócił na swoje miejsce, rozglądając się i zaraz zamawiając kolejnego drinka. Cormier odetchnął, skupiwszy uwagę na nowej towarzyszce.
- Nieudana randka czy dziwny zbieg okoliczności? – zagadnął, nie kryjąc rozbawienia; wyciągnął ku kobiecie dłoń, gdy był pewien, że natręt nie patrzył. – Maverick. A ty to zapewne… Irene?


Iris Valentine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
drama llama
Kopiarstwa i używania AI, o reszcie będę informować w razie potrzeby
31 y/o
For good luck!
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Merry Christmas, ya filthy animal!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie było dla niej normalne. Żadna z rzeczy, które się dzisiaj wydarzyły – nie były dla niej normalne. Nie chodziła na randki w ciemno, a właściwie w ogóle nie chodziła na randki i na pewno nie dawała sobie wmawiać jakiejś koleżance, że powinna. I zdecydowanie nie zaczepiała zupełnie obcych mężczyzn w barach.
Przesunęła spojrzeniem po twarzy Mavericka, gdy pochylił się nad stolikiem w jej kierunku, a kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, gdy przez jej myśl przeszła jedna szalona myśl. Może powinnaś? Był przystojny, nawet jeśli w jego oczach odbijało się sporo zmęczenia i czegoś, czego nie potrafiła nazwać, ale chyba odrobinę ją zainteresowało. Pokręciła lekko, ledwie zauważalnie głowa, bo właściwie… nie wiedziała? Generalnie nie było w porządku, ale jednocześnie wiele zależało od niego.
Czy pozwoli sobie na chociaż parę minut gry w marnej komedii klasy B?
Odetchnęła z ulgą, gdy w to poszedł i przejął kontrolę nad sytuacją. Śmieszny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa, gdy została nazwana żoną, ale na moment nie wyszła z roli. Na porzuconego mężczyznę spojrzała nawet z lekkim współczuciem i gdy już odchodził rzuciła, że bardzo jej przykro.
Nie było jej przykro, wróciła spojrzeniem do swojego towarzysza. Zagryzła lekko wargę i pokręciła głową, śmiejąc się przy tym, bo to było tak głupie… tak głupie, że sama nie mogła w to uwierzyć. Jednak zadziałało!
- Iris. – poprawiła, ściskając męską dłoń i ładnie się do niego uśmiechnęła – I jestem ci winna drinka, a jeśli pozwolisz mi tu jeszcze przez chwilę posiedzieć to więcej niż jednego. – rzuciła swobodnie, poprawiając się wygodniej na krześle, zakładając nogę na nogę i znowu pochylając się trochę bardziej nad stolikiem. W końcu byli małżeństwem – nie musieli krzyczeć do siebie z bezpiecznej (i przyzwoitej) odległości – A on… – ponad ramieniem Mavericka spojrzała na mężczyznę, który wyklikiwał coś nerwowo na telefonie. W tym samym momencie jej torebka zawibrowała, ale zupełnie to zignorowała. Nawet nie zerknęła w jej kierunku. – Randka w ciemno. Strasznie głupi pomysł, a dodatkowo chyba stwierdzam, że znajoma z pracy jednak mnie nie lubi. – bo naprawdę uważała, że ktoś taki mógłby nadawać z nią na jednych falach? Że mogliby jakkolwiek spędzić miło czas? Że coś mogłoby z tego być? Aż ją wzdrygnęło, gdy pomyślała, że ta czerwona zapijaczona twarz mogłaby chcieć ją pocałować. – Nie lubię być tak bardzo w tyle z drinkami, to psuje całą zabawę! – dodała pół żartem, pół serio, bo na pewno to nie był to jedyny powód, chociaż faktycznie starszy mężczyzna zdecydowanie przesadził z zapijaniem ewentualnego randkowego stresu.
Często ratujesz damy w opałach, Maverick? - zupełnie automatycznie zerknęła też w kierunku jego dłoni, żeby sprawdzić, czy faktycznie miał żonę.


Maverick Cormier
40 y/o
For good luck!
190 cm
pilot w randze kapitana | loty VIP
Awatar użytkownika
some memories never leave your bones. like salt in the sea; they become a part of you.

- and you carry them.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na ustach mężczyzny pojawił się pełen uznania uśmiech, którego nie potrafił – a może nie chciał? – ukryć. Nieznajoma z wprawą podchwyciła podrzucony przez niego małżeński scenariusz i wczuła się w rolę od razu. Wypadała bardzo naturalnie, jakby faktycznie to ona była jego żoną od wielu już lat; był pewien, że nie wzbudzali żadnych podejrzeń jako szczęśliwa para. Natręt szybko zrezygnował i Maverick nie mógł powstrzymać się od tego, by zerkać na niego co jakiś czas. Nie wynikało to z ciekawości; oceniał możliwe zagrożenie, bo niedoszła randka jego nowej towarzyszki najwyraźniej szybko zapijała smutki. Alkohol działał na ludzi różnie; inni byli weseli i zrelaksowani, innych dopadała agresja; sam Mav należał do pierwszej kategorii.
Nie mógł też nadziwić się, że tak niecodzienna sytuacja przytrafiła się właśnie jemu. Nigdy raczej nie widział siebie w roli rycerza na białym koniu, sprawnie unikając problematycznych sytuacji, bo tych miał już dosyć w czterdziestoletnim życiu; a mimo tego, taki zbieg okoliczności okazał się zbawienny. Był w stanie odciąć się od chaosu myśli i paniki, którą czuł wcześniej, gdy tylko zawędrował do baru; teraz liczyła się tylko chwila obecna.
I bardzo wdzięczne towarzystwo.
- Iris – powtórzył jej imię z rozmysłem, zupełnie jakby chciał sprawdzić jego brzmienie z własnych ust; skinął kobiecie głową i zaraz zaśmiał się cicho, słysząc kolejne słowa. – To raczej ja powinienem stawiać tobie, żeby trochę umilić ci traumatyczny wieczór – znaczącym ruchem głowy wskazał na jej niedoszłego partnera.
Oparł przedramiona na stoliku, by z wygodniejszej pozycji móc pochylić się bardziej w jej kierunku; ze skupieniem słuchał opowieści, nie mogąc powstrzymać się przez znaczącym uniesieniem brwi.
- Cóż, Iris, nie chcę cię martwić – lekkim gestem przywołał kelnerkę, którą dostrzegł za plecami kobiety. – Ale wygląda na to, że faktycznie koleżanka z pracy za tobą nie przepada. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że umówiła cię z kimś takim przez przypadek – i nie miał na myśli tylko aparycji mężczyzny; raczej chodziło mu o fakt wylewania za kołnierz i przekręcenia jej imienia. Takie sytuacje z góry zapowiadały bolesną porażkę, ale intuicja Iris jej nie zawiodła i pomogła szybko podjąć decyzję. – No to opowiadaj, czym tak bardzo zaszkodziłaś niedoszłej przyjaciółce?
Na dźwięk jej słów roześmiał się ze swobodą, której nie czuł… Już od bardzo, bardzo dawna; w niebieskich tęczówkach zalśnił cwany błysk, gdy podchwycił jej grę.
- Hobbystycznie w każdy czwartek – zażartował, zaraz jednak skupiwszy uwagę na nadchodzącej kelnerce.
- Dobry wieczór, co podać?
- Dla mnie to samo, a dla pani cokolwiek sobie zażyczy – gdy zamówienia zostały złożone i ponownie zostali sami, Maverick przeniósł spojrzenie na Iris, i wyraźnie spoważniał. – Nie mam co prawda żadnego prawa pouczać, ale randki w ciemno to trochę… kłopotliwy pomysł. Ciężko mi uwierzyć, że nie znalazłaś nikogo odpowiedniejszego do spędzenia dzisiejszego wieczoru.

Przemawiał łagodnie i słowa były komplementem, a nie próbą moralizowania i osądzania wyborów; był zwyczajnie ciekaw, dlaczego nowa znajoma – szalenie przecież atrakcyjna – skorzystała z szalonego pomysłu, który skończył się fiaskiem. Jego spojrzenie podążyło za jej, odnajdując złotą obrączkę na jego palcu; wyraźny znak tego, że był w istocie żonaty.
Na krótki moment spojrzał kobiecie w oczy;
Przecież tylko rozmawiamy, prawda?


Iris Valentine
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
drama llama
Kopiarstwa i używania AI, o reszcie będę informować w razie potrzeby
31 y/o
For good luck!
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Merry Christmas, ya filthy animal!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby ktoś jej zapytał dlaczego wybrała akurat ten stolik – nie potrafiłaby odpowiedzieć. Nie miała czasu się zastanawiać, podjęła decyzję impulsywnie w ułamku sekundy i mogła tylko mieć nadzieję, że nie skończy się to jeszcze większym bałaganem niż mogło. Nie miała przecież pewności, że nie wybuchnie z tego awantura, prawda? Nic takiego się nie wydarzyło. Mogła się rozluźnić i po prostu się przekonać, popłynąć z prądem.
Jej imię w jego ustach brzmiało zaskakująco wdzięcznie, a w jej spojrzeniu pojawił się błysk, gdy tylko wspomniał o umilaniu jej czasu. Kącik ust drgnął jej ponownie w kierunku uśmiechu.
- Czyli sugerujesz, że ten wieczór może nie być wcale taki zły jak się pierwotnie wydawało? – z nim… z nim mógł nie być taki zły. Wbijała spojrzenie w męską twarz, sunęła po niej uważnie, studiowała. I była ciekawa! Naprawdę była go ciekawa… i dlaczego pomagał nieznajomym w tak abstrakcyjnych sytuacjach? Mało tego, że im pomagał – zupełnie naturalnie przedłużył tą interakcję.
- I nie szalałabym z nazywaniem jej swoją przyjaciółką… jest ode mnie z jakieś dwadzieścia lat starsza i uparcie twierdzi, że nie można ze mną wytrzymać. Może jest w tym trochę prawdy, ale nie wiem, czego się spodziewała teraz… po takim wieczorze miałabym mieć lepszy humor? Mało prawdopodobne. – w grę wchodziła jeszcze zazdrość, zawiść, chęć pozbycia się Iris z oddziału… ewentualnie zwykła nieświadomość. Gdzieś tam z tyłu głowy miała to, że kobieta mogła nie być świadoma tego jak jej znajomy zachowuje się w tak stresujących sytuacjach jak randki w ciemno. Nie chciała być aż tak źle nastawiona do świata.
Tym bardziej, że miała szczęście i akurat był czwartek!
Zaśmiała się krótko, a gdy przy ich stoliku pojawiła się kelnerka – poprosiła dokładnie o to samo, co zamówił Maverick, zdając się na jego gust. Kelnerce poświęciła zaledwie ułamek sekundy, większość uwagi jednak skupiając na mężczyźnie. Tak… obrączka. Z jednej strony wiedziała, że to powinien być dla niej sygnał, powinna się jak najszybciej ewakuować. Nawet tylko rozmowa mogła być problematyczna i dla kogoś w tym układzie krzywdząca. Z drugiej strony jednak siedział sam w całkiem ekskluzywnym barze, nie spieszył się i nie chciał się jej jak najszybciej pozbyć. To nie jej odpowiedzialność.
Ona chciała się tylko dobrze bawić.
- Kto powiedział, że nie znalazłam nikogo odpowiedniejszego? – odbiła piłeczkę, wytrzymując presję męskiego spojrzenia, nie pozostawiając złudzeń, że mówiła o jego towarzystwie. To była jej dzisiejsza randka w ciemno – Jeśli oczywiście podejmiesz to wyzwanie, że podobno ciężko ze mną wytrzymać. – i dlatego tak bardzo potrzebowała randki, towarzystwa i wyjścia z domu. Faceta. Żenujące, że ktoś pomyślał, że męskie towarzystwo poprawi jej humor – Jesteś psychopatą, Mav? Jeśli siedzisz tutaj samotny, przystojny i chętny do stawiania drinków przypadkowym dziewczynom w opałach, które być może nieświadomie wpadły w twoje sidła to… pamiętaj, że mam szkolenie wojskowe. Potrafię się bronić. – zakończyła, nawet na moment nie odwracając od niego spojrzenia i nie ukrywając swojego rozbawienia. I cóż… nie wyglądała na kogoś, kto potrafił się bronić – szczególnie w tej króciutkiej sukience i niebotycznie wysokich szpilach. Oczekiwała, że ten fragment również mógł potraktować jako żart.



Maverick Cormier
ODPOWIEDZ

Wróć do „Miller Tavern”