„Niebo nie nauczyło mnie, jak zostać"
STATUS: AKTUALNE | 07.01

Szukam kobiety, z którą zerwałem, choć to ja byłem tym, który odszedł. Szukam jej nie dlatego, że wierzę w powroty, ale dlatego, że są historie, których nie da się zamknąć bez wypowiedzenia ich na głos. Minął ponad rok odkąd się rozstaliśmy, a ja nadal latam. Nadal jestem pilotem Air Canada. Nadal wybieram ster samolotu, niebo i życie, które nigdy nie zatrzymuje się na dłużej w jednym miejscu. I właśnie dlatego ją straciłem.
Ostatni raz widziałem ją w Toronto. W mieście, które było dla niej domem, a dla mnie zawsze tylko jednym z punktów na mapie. Toronto było świadkiem wszystkiego: naszego początku, naszych prób, jej cierpliwości i mojego odejścia. Może wciąż chodzi tymi samymi ulicami. Może zmieniła trasę, żeby nie mijać miejsc, w których byliśmy razem. Może nauczyła się już nie patrzeć w niebo, gdy słyszy dźwięk samolotu.
Poznaliśmy się przypadkiem, jakby los nie miał wobec nas żadnych planów. Deszczowy dzień, mała kawiarnia niedaleko Union Station, kilka godzin do mojego kolejnego lotu. Wszedłem tam tylko na chwilę, w mundurze, z głową pełną procedur i rozkładów. Ona siedziała przy oknie, sama, z kubkiem kawy, której nie piła. Zapytała mnie, czy zawsze wyglądam tak, jakbym zaraz miał zniknąć. Uśmiechnąłem się. Od pierwszej chwili widziała mnie lepiej, niż ja widziałem siebie.
Zaczęliśmy rozmawiać. Bez wielkich deklaracji. Bez obietnic. Powiedziałem jej, że latam. Nie powiedziałem, że latanie zawsze będzie ważniejsze. Zakochała się w wersji mnie, która była obecna, uważna, spokojna. W tej, która pojawiała się między lotami. Nie wiedziała, że ta wersja ma bardzo ograniczony czas trwania.
Byliśmy razem dwa lata. Dwa lata jej życia podporządkowanego mojej nieobecności. Przyloty były intensywne, pełne bliskości, jakbyśmy próbowali nadrobić wszystko naraz. Odloty — coraz trudniejsze. Walizka przy drzwiach stała się symbolem czegoś, czego ona coraz bardziej nie chciała akceptować. Ja wracałem. Ona czekała. I oboje udawaliśmy, że to wystarczy.
Kochaliśmy się. Naprawdę. Ale miłość nie zawsze wygrywa z tym, kim się jest. Ona potrzebowała stabilności, wspólnego życia, obecności. Ja potrzebowałem nieba, steru w dłoniach, odpowiedzialności, ciszy nad chmurami i załogi, która była moją drugą rodziną. Kiedy w końcu postawiła mi wybór, nie zrobiła tego z zazdrości ani z gniewu. Zrobiła to, bo była zmęczona byciem tą, która zawsze czeka.
Wybrałem samolot. Bez dramatów. Bez krzyków. Wybrałem życie, którego nie potrafiłem i nie chciałem zmienić. W tym momencie zerwaliśmy. To był koniec, nawet jeśli wypowiedziany spokojnie. Złamałem jej serce, bo powiedziałem jej prawdę o sobie i nie cofnąłem się ani o krok.
Później pojawiły się plotki. Że ją zdradzałem. Że w innych miastach było więcej niż praca i hotele. Może były chwile, których nie potrafię dziś obronić. A może ludzie zawsze potrzebują prostych wyjaśnień dla cudzych decyzji. Prawda jest taka, że nawet bez zdrady ją zawiodłem. Bo nigdy nie była dla mnie pierwszym wyborem.
Minął ponad rok od naszego zerwania. Ona została w Toronto. Ja nadal latam. Codziennie biorę odpowiedzialność za setki ludzi, sprowadzam maszyny bezpiecznie na ziemię i myślę o tym, że w jednej sprawie nie potrafiłem wylądować. Szukam jej nie po to, by wrócić do tego, co było. To się skończyło. Szukam jej, bo chcę, żeby wiedziała, że jej serce nie zostało złamane bez znaczenia. Że pilot, który wybrał ster, pamięta kobietę, którą zostawił na ziemi.
— Asa Rutherford
kapitan Air Canada
Więcej szczegółów ustalimy na PW.
Szukam również pan do romansów aktualnych, jak i tych z przeszłości - dowodów jego nielojalności .