ODPOWIEDZ
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
owner, nail stylist at Atelier N°9
Awatar użytkownika
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji1os (bio), 3os (reszta)
czas narracjiprzeszły
postać
autor

3.
Nie spodziewała się, że tak szybko zatęskni za domem.
Wyjazd Zelli do Vancouver trwał jedynie ponad miesiąc, natomiast taka ilość czasu wystarczyła jej w zupełności, by tylko utwierdzić się w swoim przekonaniu, że Toronto zawsze będzie dla niej czymś więcej. Wcześniej nie miała okazji wyjeżdżać na dłużej. Były to raczej wypady drobne, krótkie, niepozwalające na roztrząsanie tak poważnej kwestii jaką było poczucie przynależności. Może też zwyczajnie nie chciała jej rozgrzebywać po latach życia w niezbyt łatwym domu, z którego przy pierwszej lepszej okazji odeszła. Ale nawet upływu czasu, nawet mimo tego całego trudu, który doświadczyła, nie potrafiła zostawić wszystkiego za swoimi plecami. Czuła się wręcz, jakby bez tego całego bagażu życiowego była zwyczajnie pusta, nijaka.
Być może dlatego też wróciła na stare śmieci dużo szybciej niż przewidywała.
Ostatnie formalności z lokalem otwieranym w Vancouver były już dopięte, co też umożliwiało jej szybsze pożegnanie się z tamtym miastem. Jeszcze kilka dni przed wyjazdem miała jeszcze wątpliwości, myśli, żeby może zostać tutaj dłużej, dopilnować wszystkiego, spróbować się oswoić lepiej z nowym miejscem. Już wtedy była jednak świadoma faktu, że to nie miało sensu. Że prędzej czy później wróci tutaj, nawet nie czując, że w ogóle stąd wyjechała. I jej słowa się sprawdziły.
Z momentem, w którym weszła do swojego poprzedniego mieszkania, wiedziała że wróciła do domu. To był tylko kolejny, jasny sygnał. Żadnych przeprowadzek, długich, kilkumiesięcznych wyjazdów. Tu czuła się najlepiej, nawet mimo przeciwności losu, które za każdym razem wystawiały ją na ciężkie próby.
Nie czekała z niczym. Do pracy wróciła od razu, do życia towarzyskiego również. Nic dziwnego, bo w końcu to dawało jej też sens życia. Dodatkowo cieszyła się niezmiernie, bo z okazji jej powrotu mogła umówić się z bratem, który znalazł chwilę czasu na to, by wpaść do niej i pogadać. Od czasu rozmowy o meblach wymieniali wiadomości jedynie sporadycznie, a przez nagły wyjazd Zella nawet nie podesłała mu zdjęć nowych mebli, które kupiła wtedy na Black Friday. A to jego przecież pytała wtedy o radę, choć finalnie i tak zdecydowała się na zakupy stacjonarne, nie chcąc ryzykować dostawy bez ważnych elementów czy innych, słynnych dostawowych problemów.
Dzień przed przyjazdem Percivala wysprzątała całe mieszkanie, a kilka godzin przez jego przybyciem zajęła się kuchnią. Mieli dzisiaj wspólnie gotować, a przynajmniej taki był generalny zamysł. Co z tego wyjdzie - nie miała pewności. Najwyżej skończą z dowozem jeśli pół kuchni zostanie wysadzona w powietrze, a jedzenie zostanie zwęglone.

Percival Gardner
Lin (shad0wlin_)
kierowanie moją postacią bez mojej zgody
46 y/o
NARRATORSKI PIESEK
182 cm
adwokat/partner w kancelarii Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

#8
Nie był najlepszym bratem.
Nie było mu do tego miana nawet blisko, choć przez całe życie sprawiał wrażenie osoby, która trzymała tę ferelną rodzinę w ryzach, jakby bez niego miała rozpaść się na milion małych kawałeczków. I pewnie by się rozpadła… Mimo że przez lata starał się oddzielać grubym murem od swojego pochodzenia, nie mógł wymazać z życia wszystkiego, a już z pewnością nie rodzeństwa, z którym łączyło go więcej ciężkich wspomnień niż z kimkolwiek innym na świecie. Unikał ich, skutecznie i mniej skutecznie, próbując ułożyć sobie to życie na własnych zasadach, ale oni nie dali mu o sobie zapomnieć. W szczególności najmłodsza z Gardnerów, która swoją obecność zaznaczała przy każdej możliwej okazji. Nie miał jej tego za złe – telefonów, sms-ów, zawziętych prób spotkania się z nim. Udawanie, że z patologiczną przeszłością nie miało się nic wspólnego, było po prostu o wiele łatwiejsze.

Skończyły mu się wymówki. Przy ostatnim sms-ie prawie jej napisał, że poniedziałkowy wieczór spędza z Gigi, ale w porę do niego dotarło, że Zella z jego żoną miała przecież całkiem dobry kontakt. Poza tym, mógł sobie udawać, grać obojętnego – tak naprawdę sam chciał ją zobaczyć. Upewnić się, że po powrocie do miasta niczego jej nie brakowało.
Kupił butelkę dobrego wina, białego, półwytrawnego, lekkiego. Jakiegoś z lepszej półki. Zjawił się punktualnie o umówionej godzinie, wszedł trochę jak do siebie, a trochę jak „pan wszystko oceniający”. Czyli jak zwykle. Szybki buziak w policzek, objęcie ramieniem; nie był najlepszy w wyrażanie tych prawdziwych uczuć.
Poszedł za nią do kuchni i zajął się otwieraniem wina. Charakterystyczne pyknięcie uwolniło z butelki cytrusowo-winny zapach.
Uprzedzam, że nic się nie zmieniło, dalej kiepsko gotuję — rzucił, wyjmując z górnej szafki dwa kieliszki. Właściwie sam się obsłużył. Pamiętał też, że wspominała coś o wspólnym gotowaniu, a raczej jej gotowaniu, bo Percy w kuchni potrafił co najwyżej przeszkadzać.
Co jemy? — spytał, nalewając im wina. Podał siostrze jeden kieliszek, przyglądając się jej nieco uważniej. Wyglądała jak Zella, ale mógłby przysiąc, że chyba trochę bledsza, chyba chudsza… — Marnie wyglądasz. W Vancouver źle karmią? — Upił łyk alkoholu. Lekka uszczypliwość w głosie maskowała faktyczną troskę.

Zella Gardner
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
owner, nail stylist at Atelier N°9
Awatar użytkownika
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji1os (bio), 3os (reszta)
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Żadne z nich nie było ani idealnym dzieckiem, ani tym bardziej rodzeństwem, mając (nie)przyjemność dorastania w patologicznym środowisku. Z konsekwencjami każdy radził sobie jak mógł, może niekoniecznie w zdrowy sposób, ale nikogo nie powinno to dziwić. Zelli również daleko było do ideału. W jej przypadku ten coping mechanism funkcjonował na zasadzie przetrwania w grupie, nie samodzielnie. Chociażby chciała, nie umiała zbyt długo przetrwać z daleka od najbliższych. Być może była to jedna z jej wad, że tak starała się za wszelką cenę utrzymywać kontakt z rodziną, nawet jeśli wiązało się to z bolesnymi wspomnieniami czy ich konsekwencjami. Zawsze miała z tyłu głowy zdanie, że przecież przetrwali to wszystko razem. Przynajmniej w jakimś sensie.
Szanowała jednak granice i nigdy przesadnie ich nie przekraczała. Nawet, jeśli jakieś wymówki nie zawsze brzmiały przekonująco. Bardzo jednak cieszyło ją to, że w ostateczności Percival przystał na spotkanie, zjawiając się w jej mieszkaniu. Oczywiście nie miała nic przeciwko temu, by sam się rozgościł. Jej dom to jego dom i tak dalej. Natomiast radość, jaka jej towarzyszyła w tym momencie, była wręcz podwójna. Będąc w Vancouver, była jeszcze dalej od bliskich niż zazwyczaj, przez co jej tęsknota tylko się potęgowała. A to był tylko kolejny plus, który przemawiał za jej powrotem w stare, może niezbyt dobre, ale wciąż znajome strony.
Słysząc jego słowa, uśmiechnęła się tylko pod nosem, kierując swoje kroki do jednej z kuchennych szafek, z zamiarem wyciągnięcia potrzebnej jej patelni i kilku innych rzeczy.
Spokojnie, poradzimy sobie. Ja ogarnę, ale musisz mi chociaż pomóc pokroić składniki. Albo podać miskę. — odparła, nie kryjąc się nawet z faktem, że nie zamierzała pozwolić mu siedzieć i czekać na gotowe. Odłożyła wyciągnięte przedmioty na blat, jednocześnie odwracając się w kierunku brata.
A masz na coś szczególną ochotę? Wstępnie myślałam o czymś niewymagającym, może makaron tagiatelle z wędzonym łososiem i jakimiś warzywami? — przy tym nie było żadnej większej filozofii, a tym samym jej kuchnia raczej nie powinna pójść z dymem. — Chyba, że wolisz coś z innym mięsem, wtedy też coś wymyślę. — dodała po krótkiej chwili, przyjmując kieliszek od brata z cichym „dziękuję” w odpowiedzi. Sama w diecie nie stosowała mięsa poza rybą, ale nie była tą osobą, która narzucała koniecznie swoje nawyki innym.
Tam karmiłam się głównie pośpiechem i pracą, może dlatego tak wyglądam. — mruknęła w odpowiedzi, a drobny uśmieszek na jej twarzy był widoczny ledwie przez parę sekund, zanim podniosła kieliszek do ust by napić się odrobiny wina. Zaraz potem wzruszyła ramionami, odstawiając naczynie na blat kuchenny i kierując się w stronę lodówki. To była prawda, była zbyt mocno zajęta. Możliwe, że wpłynęło to na jej nawyki żywieniowe, które dopiero teraz wracały do normalności.

Percival Gardner
Lin (shad0wlin_)
kierowanie moją postacią bez mojej zgody
46 y/o
NARRATORSKI PIESEK
182 cm
adwokat/partner w kancelarii Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Z krojeniem sobie poradzę, o ile… — Zaśmiał się. — Nie będziesz mi wytykać grubości kawałków. — Upił kolejny łyk wina. — Robiliśmy kiedyś z Gigi tatara na kolację, niby nic, nie? Przygotować mięso, doprawić, no i pokroić składniki… — Uniósł brwi na samo wspomnienie względnie normalnego wieczoru, który za sprawą zbyt grubych kawałków przerodził się w kolejną bezsensowną kłótnię. — Zgadnij kto potem sam jadł tego tatara, bo wszystko było pokrojone nie tak, jak miało być. — Odchrząknął. Z perspektywy Gardnera wyglądało to właśnie w ten sposób: on kroił, Gigi narzekała. Część opowieści ze swoim niepotrzebnym wzburzeniem jakoś zawsze mu gdzieś umykała. A wystarczyło zamienić jego nieumiejętność gotowania w jeden wielki żart. — Ale my… — Już miał dodać „my teraz zresztą wiecznie się kłócimy”; w ostatniej chwili urwał, zdając sobie sprawę z tego, że wcale nie chciał o tym myśleć – tym bardziej rozmawiać. Prawie machnął ręką. — Może być tagliatelle, może być łosoś. — Raptownie zmienił więc temat. Wybór jedzenia był znacznie bezpieczniejszy, choć szczerze powiedziawszy było mu też wszystko jedno, co zjedzą.
Wolał skupić się na tu i teraz. Po raz pierwszy od dawna. Gdyby Georgina to widziała, dopiero miałaby być o co zła. Źle pokrojone warzywa to przy obecności męża w jej życiu malutki pikuś.
„Tam karmiłam się głównie pośpiechem i pracą, może dlatego tak wyglądam”.
Mhm… właśnie widzę.
Gdy Zella podeszła do lodówki, Percy rozejrzał się po wnętrzu mieszkania widocznego z kuchni. Nie pamiętał kiedy ostatnio ją odwiedził.
Wszystko w porządku? — rzucił zza ramienia — Tak ogólnie? — i podszedł do framugi, o którą się oparł. Patrzył po meblach, próbując zgadnąć, które były nowe. — Szybko wróciłaś. — Zerknął w jej kierunku, obserwując jak krząta się przy blacie.
Wyjazd siostry nie był dla niego wielkim zaskoczeniem. Układała sobie życie, radziła sobie. I nagle wróciła; szybciej niż się spodziewał. Coś mu w tym nie pasowało. Mógłby to uczucie porównać do ciszy przed burzą.

Zella Gardner
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
owner, nail stylist at Atelier N°9
Awatar użytkownika
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji1os (bio), 3os (reszta)
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słuchaj… Dopóki to jest zjadliwe, to mogę zjeść nawet jedzenie w kształcie klocków Lego. — parsknęła, nie kryjąc nawet swojego rozbawionego uśmiechu. Zrobiła sobie krótką przerwę na kolejny łyk wina, po czym wróciła do kuchennych przygotowań, w międzyczasie słuchając uważnie historii Percivala. Zmarszczyła delikatnie brwi, kiwając zauważalnie głową w trakcie mycia naszykowanych uprzednio naczyń. Pewnie i tak coś jeszcze im będzie potrzebne, ale to ogarnie na bieżąco. — Wiesz, ja bym akurat zjadła. Najwidoczniej Gigi chciała też zjeść ładniejszy posiłek. Czasami dla ludzi ma to większe znaczenie. — tu wzruszyła ramionami, odkładając wszystko na bok i otrzepując dłonie z wody. Sięgnęła po kuchenny ręcznik oraz po ścierkę, by dobrze przetrzeć jeszcze naczynia. Obróciła się wtedy w kierunku Percivala, a na jej twarzy zakwitł lekko zaintrygowany wyraz. — Ale wy co? — mruknęła, unosząc jedną z brwi ku górze, tym samym pokazując, że bez odpowiedzi raczej nie odpuści. Zella była dość wścibska, choć kwestie, w których sobie na to pozwalała, były dość wybiórcze. I zależne od jej humoru czy zainteresowania. Westchnęła jedynie, gdy jej brat zmienił temat, chwilowo wycofując swoje działa, ale już planowała wrócić do tego tematu później. — Super! Łososia przyrządziłam już wcześniej, więc chociaż jedną rzecz mamy z głowy. — aż klasnęła w dłonie na samą myśl o tym. Zajmą się zatem ugotowaniem makaronu oraz pokrojeniem warzyw. Jej kuchnia mogła pozostać zatem bezpieczna, o ile to ona zajmie się dopilnowaniem wody.
W reakcji na odpowiedź na jej opłakany wygląd jedynie uśmiechnęła się pod nosem, nie przerywając tym razem wyjmowania składników z lodówki. Choć, nie wiedzieć czemu, kolejne pytania pełne troski sprawiły, że nie do końca wiedziała, jak ma się czuć.
Jest okej. — jej odpowiedź była zdawkowa, co mogła w razie potrzeby obronić swoim skupieniem na obecnie wykonywanej czynności. Zaraz jednak wzruszyła ramionami, przerywając tym samym spacer od lodówki do blatu. — Powiem szczerze, że… Vancouver to nie to samo co Toronto. I chyba zaczęło mi to doskwierać. — nie wyjaśniało to wiele, ale sama do końca nie była pewna, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło. Wiedziała natomiast jedno. Tutaj czuła się lepiej, nawet mimo wszystkiego, co spotkało ją na terenie tego samego miasta. Czyżby jakaś udziwniona wersja syndromu Sztokholmskiego? Kto wie.

Percival Gardner
Lin (shad0wlin_)
kierowanie moją postacią bez mojej zgody
46 y/o
NARRATORSKI PIESEK
182 cm
adwokat/partner w kancelarii Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Zjeść ładniejszy posiłek…
Odchrząknął tylko, samemu mocząc usta w winie. Obawiał się, że niestety nie była to kwestia wizualna, a raczej tego, że Gigi ostatnio uwielbiała dorzucać do pieca, co skutecznie przyprawiało go o kolejne stany wkurwienia. Potrafili się pokłócić o kompletną głupotę, nawet jeśli nic wcześniej nie wskazywało, że cokolwiek było źle. Percy uwielbiał tak sobie wszystko tłumaczyć: przecież nic się nie działo! Na samą myśl, że mieliby znowu wałkować ten sam temat zahaczający o to, czy naprawdę mu zależało, czuł mdłości. Od tego zazwyczaj się zaczynało: on coś robił (albo właśnie nie robił), ona nie potrafiła powstrzymać się przed komentarzem, on z kolei go przemilczeć. Jedynym plusem niedawnego spięcia był fakt, że skończyło się seksem. I też nie dałby sobie ręki uciąć, czy nie głównie dzięki alkoholowi, który wcześniej wypili. Ale ile można było się kłócić… Nic dziwnego, że czasami wolał nie wracać do własnego domu.
„Ale wy co?”.
Nic… — mruknął bardziej do siebie niż do niej.
Żałował, że w ogóle zaczął ten temat. Totalnie niepotrzebnie według niego, choć dobrze byłoby raz na jakiś czas wyrzucić z siebie coś bardziej szczerego niż rzeczy, które działy się w pracy. Standardowo, ale to był cały Percy, skryty jak zwykle.
Przeszedł obok stołu, zatrzymując się przy kuchennym blacie, o który oparł się pośladkami. Upił kolejny łyk wina, a później postawił kieliszek obok siebie, splatając dłonie na piersi. Jakoś nie był przekonany, że to „jest okej” brzmiało pewnie. Zupełnie jakby słyszał samego siebie. Zawsze było przecież okej.
Niezbyt przekonujące. — Uniósł jedną brew. — Na pewno tylko o to chodzi? Że Vancouver to nie to samo co Toronto? — Trochę naciskał, ale im bardziej to robił, tym bardziej miał wrażenie, że u niej wcale nie było dobrze. — Widziałaś się już z Wendy? — spytał o nią, bo przypuszczał, że ich spotkanie z całego rodzeństwa było najbardziej prawdopodobne, najszybsze. — Nie chcę cię męczyć, ale widzę, że coś jest nie tak. Jeśli nie dowiem się od ciebie, dowiem się od niej. — Wzruszył ramionami. Tego też nie był pewien, łudził się tylko, że może zadziała. — Daj te warzywa, zacznę kroić.

Zella Gardner
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
owner, nail stylist at Atelier N°9
Awatar użytkownika
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji1os (bio), 3os (reszta)
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W reakcji na słowa brata Zella jedynie uniosła nieznacznie brew, nie odrywając się od aktualnie wykonywanej czynności. Prawda była taka, że była jedynie osobą trzecią, nieznającą sprawy od samej podszewki. Mogła widzieć nawet, że coś minimalnie nie gra, jest jakiś zgrzyt, choć równie dobrze to mogło być nic. I tak miała to już do siebie, że lubiła się interesować tym, czym zdecydowanie nie powinna. Ale walczyła, nawet w chwili obecnej, bo już cisnęło jej się parę pytań na usta. Z drugiej strony nie chciała również, by nagle z tego przyjemnego, wspólnego gotowania wyszło coś zupełnie innego. Zella dopiero co wróciła do miasta, a w jej planach z pewnością nie było irytowanie brata. Chciała spędzić z nim czas w sposób pozytywny… Przynajmniej na tyle, na ile się dało.
Słuchaj, Percy… Wiesz, że ja nie naciskam. Ale jak coś możesz ze mną pogadać jak tylko będziesz potrzebował. — przypomniała mu ostrożnie, rzucając mu jedynie pobieżne spojrzenie, z którego ciężko było cokolwiek wyczuć. Mimo wszystko to był jej brat. Jeśli się krępował, miał jakieś obiekcje, ona była od tego, by przypomnieć mu o fakcie, że byli rodziną. Mimo wszystko. I mogli mówić sobie wszystko. A przynajmniej Zella tak uważała.
Aż przymknęła oczy, słysząc o braku przekonania ze strony brata. Faktycznie musieli być bardziej podobni niż im się wydawało. Ona z udawaniem, że wszystko gra, a on z drążeniem tematu. To był chyba przepis na klasycznego Gardnera.
Po części tak. A po części… sama nie wiem. Chyba jeszcze do tego nie doszłam. — ona tym razem postawiła na prawdomówność. Miała udawać, że wszystko ma już poustalane i poukładane? Niekoniecznie. — Nie, ale prawdopodobnie umówimy się na Anty-walentynki niedługo. A co? — dopytała, tym razem przygotowując już wszystko na stole. Warzywa, miska, deska i noże były już właściwie naszykowane. — Jestem po prostu zmęczona. I, jak klasyczna kobieta, nie wiem co mi doskwiera. Przynajmniej na razie. — naprawdę nie widziała w tym aż takiej filozofii. — Jasne, masz. I nie przejmuj się czy kroisz drobno czy nie, mi naprawdę na tym nie zależy.

Percival Gardner
Lin (shad0wlin_)
kierowanie moją postacią bez mojej zgody
46 y/o
NARRATORSKI PIESEK
182 cm
adwokat/partner w kancelarii Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Kolejny pomruk z jego strony miał być odpowiedzią na stwierdzenie, że gdyby tylko potrzebował, zawsze mógł z nią porozmawiać. Wiedział o tym – z całego rodzeństwa to właśnie z Zellą w pierwszej kolejności omawiał poważne rzeczy, zwłaszcza jeżeli chodziło o sprawy związane z rodziną, bo tych osobistych wolał unikać. Typowo. W oczach Percy’ego najmłodsza siostra paradoksalnie była najbardziej odpowiedzialna, czego nie mógł powiedzieć o Wendy, która potrafiła przyprawić go o zawał kilka razy w miesiącu, o ile zapracowany pan adwokat łaskawie odebrał telefon.
Zauważył lekką irytację w postaci przymkniętych powiek, nie dając jednak pozbawić się czujności. Sam nieznacznie zmrużył oczy, przysłuchując się temu, co mówiła. Właściwie mógł się spodziewać podobnej odpowiedzi, prawda? Zella była młoda. Wciąż miała czas, by ułożyć sobie przyszłość – i mimo obaw starszego brata, szło jej naprawdę całkiem nieźle. Zresztą, nie każdy miał parcie, żeby w wieku trzydziestu lat zamknąć swoje życie w ślicznym, sterylnie zabezpieczonym pudełeczku. A jego życie przez wiele lat takie właśnie przypominało. Było nienaruszone, idealne. Na zewnątrz i w środku. Z a p l a n o w a n e. Perfekcyjne do porzygu. Aż wreszcie (kto by się spodziewał!) zaczęło się chrzanić.
„Po części tak. A po części… sama nie wiem”.
Rozbawiło go to. Wtedy pomyślał, że może faktycznie nie miał się o co martwić. Z drugiej strony, uwielbiał przesadzać i snuć własne teorie, taki już był. Tej przesady i dociekliwości nauczyło go bycie najstarszym. To on kiedyś robił za ojca (czasem nawet i matkę) bandy dzieciaków, nad którą ktoś przecież musiał czuwać. Zawsze się martwił, nawet jeśli wylewnie tego nie okazywał.
No dobra. Jak się już dowiesz — zerknął na nią wymownie — i będziesz czegoś potrzebowała… to jestem. — Mina Gardnera momentalnie przybrała poważny wyraz; między brwiami pojawiła się widoczna bruzda. — A o Wendy pytam, bo dawno jej nie widziałem. — Kiwnął głową, nie wnikając za bardzo w głębsze znaczenie anty-walentynek. Domyślał się. — Przy okazji sobie pogadacie. Ja nie muszę o wszystkim wiedzieć — dodał, unosząc dłonie w geście poddania; dorzucił swoje ostatnie trzy centy do tematu powrotu Zelli. — Poza tym, ktoś musi sprawdzić jak ten mały szajbus sobie radzi. Czy nie trzeba gasić jakiegoś pożaru. — Znowu się uśmiechnął, tonem głosu zdradzając, że trochę żartował… a trochę nie.
Zgarnął w dłoń kieliszek i przesunął się w stronę przygotowanego stanowiska. Upił mały łyk alkoholu, zanim zabrał się za krojenie tych cholernych warzyw. Nie pamiętał kiedy ostatnio korzystał z kuchni. W ich domu rządziła w niej Maria – starsza, zaufana pani – która głównie sprzątała, ale od czasu do czasu również gotowała.
„I nie przejmuj się czy kroisz drobno, czy nie, mi naprawdę na tym nie zależy”.
Nie zamierzam — potwierdził. — Najwyżej wyjdą z tego wielkie kloce. Przeżyjemy. — Wzruszył ramionami, sięgając po pomidora.

Gdy wszystko było już pokrojone, w miarę drobno jak na niego (postarał się!), podsunął pełną miskę siostrze, wytarł dłonie w ścierkę i rozejrzał się raz jeszcze po mieszkaniu. Makaron bulgotał w garnku, a z patelni unosił się zapach podsmażanego łososia. Zaburczało mu w brzuchu.
I jak, dorwałaś coś na tym Black Friday? Stacjonarnie, online?

Zella Gardner
she
nie lubię postów tworzonych przez AI; jednostronnej inicjatywy; brania wszystkiego zbyt personalnie i nieodróżniania postaci od gracza
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
owner, nail stylist at Atelier N°9
Awatar użytkownika
It’s no use going back to yesterday, because I was a different person then.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji1os (bio), 3os (reszta)
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W sumie to nawet sama Zella nie miała bladego pojęcia, czemu teoretycznie to ona była jedną z tych bardziej odpowiedzialnych. Zazwyczaj najmłodsza pociecha była najbardziej rozwydrzona, a ona przeczyła temu na każdym kroku. Miała już swój własny biznes i nawet nieźle radziła sobie sama. Może była to „wina” takich, a nie innych warunków życiowych. Kto wie.
Miała też zaskakująco dobrą cierpliwość do życia, choć ta też powoli zdawała się kruszyć. Nie tak, by było to widoczne gołym okiem, ale sama była już tego świadoma. Doskwierał jej brak partnera, kogoś, w kim mogłaby znaleźć oparcie. W dobie „silnych i niezależnych” kobiet miała jednak dodatkową rezerwę, która nawet mimo braku szczęścia w tym aspekcie życiowym popychała ją do przodu. I bardzo dobrze. Potrzebowała motywacji, chociażby po to, by skupić się w pełni na prężnie rozwijającej się karierze.
Nie lubiła natomiast zbytnio zwierzać się najstarszemu bratu, też przez nieumyślnie nabyte przyzwyczajone. Pewnie miała cały czas z tyłu głowy to, że kiedyś to on im ojcował i matkował jednocześnie, a ona niewiele mogła zrobić jako najmłodszy berbeć. Mogła jedynie trzymać język za zębami, by nie przeciążać już tej szali. Co prawda nie zawsze to robiła, bo gdy było naprawdę źle to nauczyła się faktycznie wyrzucać rzeczy ze swojego wnętrza, ale w tym wypadku nie było to nic przesadnego. Przynajmniej na razie.
Haha, dobrze. Bardzo doceniam. I będę pamiętać. — najpierw jej usta wygięły się w lekkim rozbawieniu, tylko po to by ustąpić nieco bardziej poważnej mimice twarzy. Pewnie ostatecznie nie będzie chciała go obciążać, bo doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, iż brat był zabiegany. Tak samo, jak i ona ostatnimi czasy. — O, to co powiesz na spotkanie we trójkę w jakiejś niedalekiej przyszłości? A jeśli nie to zdzwońcie się, bo Wendy na pewno z chęcią by z tobą pogadała. — tego właściwie nawet nie musiała przytaczać. — Nie martw się, dopytam ją o pożary. Ewentualnie sama się w jakiś nieumyślnie właduję. — parsknęła, trochę wtórując żartobliwości brata.
Nic nie szkodzi. Najwyżej będziemy mieć ten, no… Minecart? Na talerzu. — oczywiście, że przekręciła nazwę Minecrafta, bo nigdy w tą grę nie grała. Słyszała o niej sporadycznie, więc to tylko przemawiało bardziej za jej niewiedzą. Ona i ten rodzaj gierek to dwa różne światy, szczerze powiedziawszy.
Tak, miałam chwilę to podjechałam do sklepu stacjonarnie. Udało mi się wybrać parę rzeczy. — najpierw z względnym uznaniem pokiwała głową na widok pokrojonych warzyw, by zaraz potem je wziąć i przystąpić do kolejnego kroku w przygotowaniu dania. Dużo do zrobienia nie zostało, więc wkrótce pewnie będą mogli zasiąść do stołu.

Percival Gardner
Lin (shad0wlin_)
kierowanie moją postacią bez mojej zgody
ODPOWIEDZ

Wróć do „#11”