-
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjiprzeszłyczas narracjitrzecioosobowapostaćautor
Tym razem o wiele płynniejszym, przede wszystkim jednak — ruchem p e w n i e j s z y m, rozluźnił przedramię. Wyprostował nawet rękę, wyciągając dłoń przemyślanym gestem, tak, jakby odprowadzał nieznajomą o tych parę kroków. Testował jednocześnie zarówno siłę własnego nacisku, jak i kierunek, w którym się odsuwała, samemu cofając się o mały krok. Wydało mu się to naturalne. Przecież większość mężczyzn, których dotychczas obserwował, to robiła.
Beaulieu uważnie, ale z ciekawością obserwował kobietę — trochę badawczo, a trochę łagodnie. Dostrzegał ciągle wyprostowaną, ciągle uśmiechniętą młodą dziewczynę. Brzmiało to niczym myśl bez faktograficznego potwierdzenia, niemniej jednak Elena sprawiała wrażenie, jakby doskonale tutaj pasowała. Po części przypominała mu resztę krzątających się nieopodal kobiet, po części — wręcz przeciwnie. Wyróżniała się c z y m ś. C z y m ś nie do końca zidentyfikowanym, niesprecyzowanym, co przyprawiało mężczyznę o ból głowy, a w szczególności — o dezorientację sensoryczną, taką, którą odczuwał każdą komórką ciała.
Wahał się, zanim odpowiedział.
— Obowiązek — odruchowo dotknął dłonią karku, dość mocno pocierając palcami twardą, wystającą kość — a właściwie to konsekwencja nieprzemyślanej zgody — doprecyzował, opuszczając wreszcie rękę. Jak nic pasowałoby powiedzieć: mea culpa, uderzyć się w pierś, przyznając jednocześnie do własnego błędu.
Rzeczywiście to byłoby s e n s o w n e.
Jednak Beaulieu trudno coś "sensownego" zrozumieć, a co dopiero przyjąć ot, bez kwestionowania, zadawania jakichkolwiek pytań. Od zawsze wyróżnia przecież wyłącznie dwa rodzaje sytuacji: funkcjonalne oraz niefunkcjonalne, natomiast w momentach takich jak ten, łączących oba wymienione pojęcia, zaczynały się poważne problemy. Chociaż więc mógł — a już z pewnością powinien — winić wyłącznie siebie, mało prawdopodobne, czy kiedykolwiek to robił. Jeszcze raz zwyciężyła po prostu ciekawość poznawcza. Wrodzona potrzeba obserwacji, przede wszystkim — uczenia się. Właśnie uczenie się, głównie poprzez obserwację, tłumaczyło wiele nieodczytanych zmiennych, a Theodore czasami bywał naprawdę zaciekawiony ludźmi, szczególnie ich opiniami. (Prawdę mówiąc, zdarzało się to stosunkowo rzadko, dlatego mężczyźnie tym trudniej było zrozumieć, dlatego tak bardzo zainteresował się akurat Eleną).
Beaulieu tym razem wcisnął obie dłonie w kieszenie, bo dzięki temu wiedział, co ze sobą robić. Prościej mówiąc: minimalizował ryzyko wystąpienia nieprzewidywalnych zmiennych, takich jak chociażby nieproszony dotyk, jednocześnie usilnie o czymś myśląc. Marszczył przez chwilę brwi, zanim wreszcie — z ciekawością — odważył się zerknąć na Elenę. “N o r m a l n y” człowiek przyglądał się oczom rozmówców, Theodore jednak wędrował spojrzeniem wzdłuż i wszerz większej części kobiecego oblicza. W którymś momencie uspokoił wzrok, skupiając się na małym, prostym nosie dziewczyny.
— Wspomniała pani o poruszeniu… — odezwał się po chwili — ...dlatego interesuje mnie, który element filmu uznała pani za decydujący. Warstwę wizualną? Narrację? Obie prowadzą do zupełnie odmiennych ocen — zauważył. Dopiero w tym momencie, wciąż z nieskrywaną ciekawością, wbił badawczy, skupiony wzrok w brązowe oczy rozmówczyni. Naprawdę chciał zrozumieć. Początkowo więc zerknął na Santorini, jakby sprawdzając, czy wciąż słucha tego, co mówi, czy wciąż j e s t — tutaj, obok — potem jednak…
Opanowany. Spokojny. Prawie że obojętny — taki najczęściej był. Niemniej jednak teraz chętnie wszedł w interakcję z drugim człowiekiem. Nie do końca to rozumiał. A przecież cieszył się schematami, logicznymi wyborami strukturalnymi, a przede wszystkim — konsekwencją działań. Ale w swoim zachowaniu na próżno tego wszystkiego szukał.
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Skromność nigdy nie była jej wrodzoną cechą - była czymś, co musiała przyswoić, umiejętnością, którą szlifowała pod okiem surowej matki. Proszenie się o komplementy było wszak żałosne, ich należało w ciszy i cierpliwości wyczekiwać.
- Werbalne zobowiązania to łańcuch i kula w obecnym świecie - odrzuciła krótko, jej usta wygięły się w pełnym zrozumienia uśmiechu.
Gdyby nie jego manieryzmy, wzrok błądzący po głośnych, otaczających ich ludziach, mogłaby rzec, że Beaulieu również do tego świata pasował. Jego wysublimowany zawód brzmiał istotnie, na przystojną twarz spoglądało się z łatwością, dobrze skrojone ubranie wtapiało się w resztę eleganckiego tłumu. Świadomość tego, że unikał takich przyjęć i miejsc niespodziewanie tchnęła w jej myśli odrobinę żalu.
Skromność sprawiała, że Santorini z łatwością rozwikłałaby zagadkę własnej wyjątkowości gdyby mogła otworzyć jego czaszkę i zerknąć do środka.
Miejsca takie jak to, w którym byli, były schematyczne. Każde przyjęcie z grubsza podążało tymi samymi ścieżkami, poczynając od dekoracji i grającej w tle muzyki, aż po zachowanie zgromadzonych tu gości. Większość osób podążała za tłumem kompletnie nieświadomie - każde przyjęcie wydawało się inne, każda okazja równie szczególna i warta celebracji. Przyjmowali zaproszenia z tych samych powodów, ze strachu przed ominięciem czegoś istotnego, wypadnięciem z towarzyskich kręgów, z chęci pokazania się w nowej kreacji czy z nowym sukcesem przyczepionym do własnego nazwiska.
Elena dostrzegała ubite ścieżki schematów, świadomie postanawiając na nie wkroczyć.
Czerpała przyjemność z powtarzalności, z widoku tych samych twarzy i tych kompletnie obcych. Z przerwy we własnej rutynie, możliwości założenia czegoś eleganckiego, uwieszenia się ramienia kogoś przystojnego. Robiła to jednak w sposób, na swój sposób, wykalkulowany.
Co mogłaby dostrzec jedynie osoba, która rozumowała w podobny sposób - tyle, że gdy Santorini z gracją lawirowała na powierzchowności tego typu spotkań, Theodore wydawał się w nich tonąć.
Jego pytanie sprawiło, że kobiecy wzrok stał się zamyślony, nieobecny. Cofnęła się duszą do wnętrza ciemnej, kinowej sali i miękkiego obicia jej fotela. Miała w sobie wystarczająco obiektywizmu by dostrzec toksyczność więzów prezentowanych na ekranie. Rodzina, której perypetie ukazywał reżyser, była pełna napięć, wewnętrznych konfliktów i oczekiwań, które zdawały się zupełnie nieaktualne w dzisiejszych, progresywnych czasach.
- Trudno mi wskazać jeden element, który wyróżniał się od innych - odparła po dłuższej chwili, świadoma tego, że brakowało jej wiedzy, by móc rozmawiać na równym gruncie z filmowym krytykiem. Zawahała się, krzyżując ręce na klatce piersiowej. - Film pachniał dla mnie domem.
Theodore S. Beaulieu
-
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjiprzeszłyczas narracjitrzecioosobowapostaćautor
“N i e f u n k c j o n a l n e”, przemknęło mu przez myśl, ale…
Tym razem uważał to za niewystarczające.
— Domem — powtórzył bardzo powoli, cicho, jakby ważąc wypowiedziane słowo, po czym, pomimo niefunkcjonalności tego gestu, pokiwał głową. Wyczuwał brak precyzji w terminologii, w szczególności zaś niemożność połączenia “pachnięcia domem” z którąkolwiek ze swoich kategorii poznawczych, niemniej jednak i tak uśmiechnął się ledwie widocznie. — Bardzo interesujące określenie.
Odetchnął głębiej, chcąc powiedzieć coś jeszcze, ale zrezygnował. Chwycił zamiast tego, co sam ledwie zauważył, materiał białej koszuli, podciągając rękaw nieco wyżej, po czym zsunął dłoń wzdłuż wytatuowanego przedramienia. Ręka zatrzymała się w połowie, niepewnie i trochę nerwowo ściskając odsłoniętą skórę, zanim zsunęła się jeszcze niżej. Dość mocnym ruchem złapał swój nadgarstek.
Wyprostował się.
— Osobiście odebrałem go jako chłodny. Technicznie poprawny. Dobrze zarysowany wątek główny… — odezwał się cicho, niespiesznie, pochylając jednocześnie głowę w bok, jakby znalazł się o krok od odgadnięcia największych tajemnic wszechświata. Z pewnością tak właśnie się czuł, zmienił więc kąt percepcji, chcąc dostrzec więcej. Nieważne, czy dotychczas skutecznie bronił “własnego” porządku, czy nie — wszystko, co znał, wydawało się niewystarczające. Bo teraz, ni stąd, ni zowąd, wyszło na jaw coś, co trzeba było uświadomić sobie dawno temu: jest coś więcej. Niezawodna — jak dotąd — metoda, pozwalająca Beaulieu oceniać poszczególną kinematografię w identycznych kryteriach, co dawało jednocześnie bardziej obiektywną i logiczną ocenę, mimo wszystko okazała się niepełna.
N i e p e ł n a!
Przyglądając się ścianom, słowem — nieokreślonemu punktowi ponad barkiem Santorini, Theodore wyglądał tak, jakby przez chwilę mówił bardziej do siebie, szczególnie z brwiami ściągniętymi w wyrazie głębokiego zamyślenia. Dopiero po chwili rozluźnił mięśnie, w tym twarz, po czym, z równie dużą ciekawością, zerknął wreszcie na dziewczynę.
Milczał, zanim...
— Do tej pory nie sądziłem, że film może wywołać takie skojarzenia — powiedział trochę szybciej, jakby decydował się to zrobić w tym momencie — bo jakby zrezygnował, to nigdy by się nie odważył. Theodore trochę się interesował, trochę — obawiał. Elena wprowadzała dotąd nieuwzględnioną zmienną. Wstrzymał oddech na chwilę, nawiasem mówiąc bardzo krótką, prawie niezauważalną. Głowił się, czy film służy za nośnik, czy pretekst tego wrażenia, ale widocznie myśl okazała się nieistotna, nieoptymalna — dlatego niewypowiedzianemu pytaniu pozwolił po prostu zniknąć. Ot, trochę tak, jak niecierpliwym gestem odgania się natrętną muchę. Jeżeli zechce, i tak wróci. Wtedy ją przeanalizuje.
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Film, który wgniótł jej ciało w miękkie siedzisko fotela faktycznie pachniał dla niej domem - choć nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Była specjalistką w kategorii odsuwania niechcianych emocji daleko od siebie, upychania ich do szuflady, daleko poza blask światła jej samoświadomości, jednak miało to swoją cenę.
Santorini również nie znała się na emocjach.
Może nie w ten sam sposób, w który zdawał się mieć z nimi problem Theodore. Nie miała problemu z odczytywaniem energii innych ludzi, dostrzeganiu subtelności ich mimiki, pęknięć w przywdziewanych przez nich maskach. Jej wzrok jednak zawsze spoglądał naprzód, niezdolny do spojrzenia w g ł ą b. Gdy jej oczy stały się szkliste w mrocznym wnętrzu kinowej sali, nie miała do końca pojęcia dlaczego jej myśli sięgały z powrotem, do ciepłych, Włoskich nocy na innym kontynencie.
W nozdrzach czuła jednak ten fantomowy zapach - zapach domu, którego człowiek nigdy nie czuje w nim mieszkając, zauważając go dopiero gdy go opuści.
Ale Beaulieu również miał rację. Próżno było szukać na ekranie ciepła ogniska domowego, które powinno mu towarzyszyć. Nie, zamiast niego bił z niego chłód - ten sam, który, być może, przyczyniał się bezpośrednio do jej skojarzenia. Jej dom był jednocześnie ognisty i pełen pasji, jak i zimny, wyrachowany.
Dwie rzeczy mogły funkcjonować ze sobą jednocześnie.
Wzruszyła mimo tego ramionami, uśmiechając się w sposób, w który uśmiechała się osoba przyznająca do błędu. Nie musiała udawać, że nie wie zbyt wiele o kinie - nie wiedziała. Przyznanie krytykowi racji było znacznie prostsze niż choćby podjęcie próby rozwikłania skomplikowanego zagadnienia dotyczącego tego, co oznaczało dla niej słowo d o m.
- Może ma pan rację - odrzuciła lekko, chwytając kosmyk włosów, który wymknął się z upięcia i wsadzając go z powrotem za ucho.
Jej wzrok, mimowolnie, prześlizgnął się na męskie ramiona, po wzorach tuszu osadzonych na odsłanianej przez białą koszulę skórze. Tatuaże były czymś, co nigdy nawet nie przeszłoby jej przez myśl w kontekście jej samej. Abstrahując od innych pobudek, z racji jej zawodu byłoby to niewskazane, lub dość uciążliwe. Przed próbami kostiumów i występami obserwowała niektóre swoje koleżanki, spędzające kilkanaście lub kilkadziesiąt minut na przykrywaniu wzorów kryjącym podkładem, który następnie zmywały czystym alkoholem. W głowie zawsze miała karcące spojrzenie własnej matki, jej ostre słowa krytykujące potencjalne oszpecenie własnego, idealnego ciała.
Nigdy jednak nie przeszkadzały jej one u mężczyzn, o czym dodatkowo przekonała się zapatrując na moment na jego rękę.
- Ja też nie - odpowiedziała, po krótkiej chwili zwłoki gdy jej spojrzenie znów przeniosło się w górę. - Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że ekran może mieć taką moc. Preferuję... bardziej bezpośrednią sztukę. Taką, którą można odczuć na własnej skórze, której częścią można się stać siedząc na widowni.
Splotła dłonie ze sobą za plecami, posyłając mężczyźnie kokieteryjny uśmiech.
- Może powinien pan kiedyś wybrać się do teatru - zagadnęła, bujając się lekko na zwieńczonych obcasami butach, jakby jej stopy same rwały się do tańca.
Theodore S. Beaulieu
-
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjiprzeszłyczas narracjitrzecioosobowapostaćautor
— Być może — odezwał się powoli, o dziwo, bez kategorycznego odrzucenia niesprawdzonej propozycji. Chwilę milczał. Zastanawiał się, co powiedzieć, dokładnie ważąc formujące się zdania. Równocześnie z a p a m i ę t y w a ł wszystkie, najmniejsze nawet ruchy i drgnięcia. Wsunięcie pasma lśniących włosów za ucho, niezbyt szeroki, ale przyjemny uśmiech, a także przesunięcie środka ciężkości — uważał to za ważne, niekoniecznie wiedząc, skąd wzięło się to niefunkcjonalne poczucie ważności. Odczuwał jednak przemożną potrzebę z a p a m i ę t a n i a wszystkiego.
Mimo to, zamiast odpowiedzieć tym samym — zamiast uśmiechnąć się, zażartować, dotknąć poufale bądź trochę poflirtować z rozmówczynią — Theodore po prostu wznowił przerwaną wypowiedź, tak, jakby odczuwał wewnętrzny przymus wytłumaczenia, skąd wzięło się niepewne “być może”. Czuł się teraz niekomfortowo z sobą samym: wcześniej milczał, teraz — mówił.
— Rozumiem — odezwał się dopiero po paru sekundach — dlaczego można chcieć takich doświadczeń. Teatr oferuje ciało, głos, obecność, jednak wszystko staje się niekontrolowanymi zmiennymi. Kino — ponownie lekko ściągnął brwi — jest dużo bardziej przewidywalne. Istnieje tutaj dystans, kadr, montaż i zatrzymanie emocji w ramach wizualnych.
Uniósł wzrok, tym razem obserwując Elenę dużo uważniej niż chwilę wcześniej.
Jeszcze raz się zawahał.
— Najpierw musiałbym wiedzieć, czego dokładnie się spodziewać — wytłumaczył równie ostrożnie, ale wciąż dużo bardziej otwarcie niż dotychczas. Otworzył usta, chcąc dodać coś więcej, zawahał się jednak, słysząc głos obcego mężczyzny.
— Proszę pana — Theodore ledwie odwrócił się w kierunku nieznajomego — takie bujanie to oficjalnie zaproszenie. Trzeba poprosić partnerkę do tańca. Ostrzegam: jak pan się nie zdecyduje, za mną już ustawia się kolejka.
Beaulieu minimalnie napiął mięśnie barków, ściągnąwszy brwi, a następnie odruchowo zerknął ponad ramieniem rozmówcy. Niezależnie od tego, co mówił o “kolejce”, zebrani dookoła ludzie wciąż interesowali się jedynie sobą bądź najbliższymi rozmówcami. “Niepotwierdzone sformułowanie, prawdopodobnie żart”, odnotował mimowolnie, jednak zamiast się kłócić — bez słowa zerknął na Elenę.
— Nie będzie takiej potrzeby — odpowiedział pospiesznie, o wiele szybciej, niż robił to zazwyczaj. Bez przemyślenia czegokolwiek, zaskakując tym samym samego siebie. Od pewnego czasu reagował, zanim pomyślał, a wcześniej — myślał, zanim reagował.
Cholera…
Wyciągnął dłoń, mniej więcej w połowie wahając się jedynie przez ułamek sekundy, niemożliwy do policzenia w myślach, po czym powoli spojrzał w dół. Głowił się, jak odpowie — zgodzi się? odsunie? — dopiero teraz rozumiejąc, co on sam zamierzał zrobić. Mimowolnie napiął więc mięśnie barków, trzymając wyciągniętą rękę z rozsuniętymi, rozluźnionymi palcami, gotów zarówno na dotyk, jak i cofnięcie się.
Wreszcie podniósł wzrok.
Obserwował Elenę trochę pytająco, a trochę z ciekawością, przyglądając się swoimi oczami oczom młodej kobiety.
Widział zmienną, której jeszcze nie rozumiał, ale którą chciał poznać.
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ba! Przewidywalność niejednokrotnie rujnowała jej doświadczenia. Częścią magii baletu było dla niej doświadczanie go po raz pierwszy. Do dziś pamiętała moment, w którym zabrano ją do teatru, a w powietrzu po raz pierwszy rozbrzmiała muzyka Czajkowskiego. Adrenalinę, która pojawiła się w jej ciele, wychylonym lekko do przodu, łaknącym w stronę sceny, pląsających na niej tancerzy. Tej magii nie zdołała uchwycić teraz, w dorosłym życiu, w którym zajmowała się tym profesjonalnie. W żywym spektaklu dostrzegała jego poszczególne elementy, zakończenie pierwszego aktu i rozpoczęcie następnego. Gdy widownia zachwycała się romantycznym tańcem dwójki kochanków, ona chłonęła kolejne części pas de deux, w głowie porównując je z wersjami, które tańczono w jej teatrze.
Czasem tęskniła do tych niewinnych czasów, w których wiedza i świadomość nie zaburzały jej percepcji - ale jednocześnie pamiętała swoją tęsknotę, potrzebę uczestnictwa, którą spełniała od ostatnich lat.
- W takim razie może spodobałby się panu balet - odparła, słowami, które cisnęły jej się na usta od samego początku. Wbrew jej własnemu powiązaniu ze sztuką, starała się nie wkładać zbyt wiele przejęcia do swojego głosu, brzmiąc niemal nonszalancko. - Każda sztuka klasyczna zamyka się w tych samych ramach. Muzyka, opowiadana historia, scenariusz, obsadzone role... - wymieniła, ignorując ukłucie z tyłu głowy, które sprzeciwiało się takiemu s p ł y c a n i u tematu. - Każdy teatr wprowadza swoje modyfikacje, ale z reguły są niewielką wariacją względem oryginału. Szkielet pozostaje ten sam.
Nieznany głos wyrwał ją z bańki baletowego świata, w który wkroczyła wraz z prowadzoną przez nich konwersacją. Jej brwi mimowolnie uniosły się w górę, jakby dopiero zdała sobie sprawę ze swojego bujania, jak i z muzyki grającej w tle. Wydawała się nienachalna, klasyczna, typowa dla takich przyjęć. Nastrajała do spokojnego tańca, do skrócenia dystansu, czemu oddawała się część gości - ta, która nie tkwiła pod ścianami, oddając się rozmowie, konsumpcji przekąsek i sączeniu alkoholu.
Jej usta odruchowo wygięły się w przepraszającym uśmiechu - jakby to jej winą była zaczepka obcego mężczyzny, wywołana tym, że przykuła jego uwagę. Pragmatyzm podpowiadał jej, że nie miała żadnego wpływu na to, w jaki sposób reagowali na nią inni ludzie, ale jednocześnie znała wpojoną jej wartość skromności w oczach społeczeństwa.
Jej wzrok powoli odwrócił się od nieznajomego, wracając do jej rozmowy z Beaulieu... po czym zatrzymał się na wyciągniętej w jej stronie ręce. Jej brwi uniosły się lekko w górę, zaskoczone tym prostym, jakże pasującym do otoczenia gestem.
Krytyk filmowy nie wydawał się być c z ę ś c i ą tego otoczenia, nie z własnej, nieprzymuszonej woli. Taniec był pewnym wyrazem intymności, z którym nawet uczęszczający na takie przyjęcia chętnie mężczyźni niejednokrotnie mieli problem.
Mimo tego, coś w jej wnętrzu podskoczyło w górę, uradowane stojącą przed nią możliwością.
- Czy to własna chęć, czy obowiązek? - spytała z rezerwą, choć jej dłoń niemal automatycznie uniosła się w górę, sięgnęła do jego. - Nie musi się pan przejmować tym, co mówią inni. Nie dbam o takie rzeczy.
W innym miejscu byłoby to kłamstwo - ale nie w tym. W tym nie czuła, by musiała udowodnić cokolwiek przed zgromadzonymi wokół gośćmi.
Theodore S. Beaulieu
-
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjiprzeszłyczas narracjitrzecioosobowapostaćautor
Zareagował dopiero po paru sekundach.
— Obowiązek… — odezwał się cicho, trochę wbrew sobie, trochę nieświadomie. Wzniósł w ostatniej sylabie intonację, co sugerowało bardziej pytanie, zamiast planowanego stwierdzenia faktu. Milczał. Badał. Szukał w myślach znaczenia usłyszanych słów. Obowiązek to przymus, obligatoryjność, w szczególności — czasami niezbyt miła konieczność zrobienia czegoś. Chęć to inna semantyka. Odmienna konotacja.
Prawdę mówiąc, im dłużej myślał, tym bardziej prolongował ciszę.
Ciągle słyszał jednak te same słowa.
“Czy to własna c h ę ć, czy o b o w i ą z e k?”
— Chęć — odezwał się cicho, ostrożnie, dokładnie ważąc każde wypowiadane słowo, po czym dodał głośniej oraz pewniej: — Zdecydowanie chęć, nawet jeśli wygląda jedynie na konsekwencję nieprzemyślanej decyzji.
Uśmiechnął się, niewymuszenie, ledwie widocznie, ale wystarczyło — bezwiednie rozluźnił większość mięśni.
— Niemniej jednak, skoro ma pani ochotę — odzywał się dalej, wprost, w charakterystyczny dla siebie, bardzo szczery i trochę nieostrożny sposób — chętnie sprawdzę, czy umiem tańczyć. Ale od razu uprzedzam: moje dane empiryczne na ten temat są poważnie ograniczone.
Wciąż się uśmiechał, a kiedy to robił — ni stąd, ni zowąd chował się gdzieś chłód widoczny zarówno w zachowaniu pełnym rezerwy, jak i rzeczowym, oszczędnym słownictwie, co prawie odmieniło oblicze krytyka.
Theodore wolną dłonią potarł kark.
Mocno docisnął palce, uziemiając się w rzeczywistości jednym ruchem.
Bodźce, takie jak głośne rozmowy, przenikające się z muzyką, uderzyły mężczyznę prawie jednocześnie. Wówczas zaczął rozumieć także istotę, jak również prawdziwą semantykę swoich słów, uświadomił sobie to jednak o wiele za późno, aby cokolwiek z tym zrobić. Gdyby reagował jednak tak, jak reagował dotychczas, tak, jak powinien, już dawno by zauważył coś ważniejszego. Coraz mocniej — coraz bardziej świadomie — gdzieś w głąb spychał bolącą, niewygodną myśl. Obawę związaną z możliwym zakończeniem rozmowy? Obawę związaną z możliwością stracenia E l e n y? Jak niedorzecznie to brzmi? Wiedział jedno: uczucie zbiegło się ze słowami nieznajomego, a Beaulieu odczuwał znajome, niewytłumaczalne ukłucie gdzieś w piersi. Oddech zwolnił. Mięśnie odruchowo się napięły.
Theodore powoli, naprawdę bardzo niespiesznie przesunął spojrzeniem wzdłuż dłoni — od ramienia, poprzez przedramię, aż po twarz Santorini. Do tej pory to, co robił, uważał wyłącznie za funkcjonalne — rękę wyciągnął
Theodore chwycił Elenę trochę mocniej, domykając własną dłoń, po czym odprowadził dziewczynę kawałek dalej, na prowizoryczny parkiet. Wykonał pół kroku, przysuwając się bliżej, a także ustawiając się tak, aby zachować względną symetrię względem partnerki. Mimo to zawahał się w połowie drogi. Trwało to dosłownie chwilę, a Theodore zreflektował się w mgnieniu oka — dostrzegał bezpieczeństwo, pewność, stabilność, podniósł więc dłoń. Ominął widoczną, smukłą talię, układając rękę miękko, lekko, ale jednocześnie pewnie na jej plecach.
Pochylił głowę, chwilę przyglądając się swoim stopom.
— Rzadko tańczę — odetchnął głębiej, po czym wyprostował się, pozwalając, aby parę kosmyków czarnych, zaczesanych włosów opadło mu na czoło — dlatego proszę mnie śmiało poprawiać.
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Utrzymywaniem pozorów zajmowała się praktycznie z a w o d o w o.
Szczerość, która pojawiła się w jego mimice chwilę później pomimo jej pierwotnych odczuć wywołała w niej odrobinę ulgi. W końcu nie m u s i a ł pragnąć porwać jej do tańca żeby mogła z nim potańczyć, ale jakże lepiej było, skoro c h c i a ł to zrobić?
- Tańca nie trzeba umieć - odparła melodyjnie, pewniej chwytając jego dłoń teraz, gdy zadeklarował zabranie jej na parkiet i jej obawa o bycie nachalnym zniknęła. - Cóż, nie takiego.
Balet wydawał jej się najmniej swobodnym tańcem ze wszystkich.
Na deskach teatru muzykalność była tylko jednym z elementów, o których musiała pamiętać. Każdy krok miał znaczenie, każdy kąt utworzony przez jej ramiona posiadał swoją nazwę w języku francuskim, w którym czuła się biegła. Wszystko w nim było zaplanowane, ściśle kontrolowane - i nawet, gdy widownia zachwycała się nad jej wirującą w piruetach sylwetką, doszukując się w nich nieokiełznanej pasji i szaleństwa, ona myślała jedynie o poszczególnych elementach.
Punkcie w przestrzeni, do którego z fiksacją powracała spojrzeniem po każdym obrocie by nie wypaść ze swojego środka ciężkości.
Bucie, przemieszczającym się po parkiecie pod wpływem jej ruchów - oceniając, czy nie przemieszcza się zbyt mocno, trzymając go w ryzach.
Ale to nie był teatr. Muzyka, która płynęła z któregoś kąta pomieszczenia nie była doskonale jej znaną melodią, w której podświadomie wychwytywała zmiany i bity. Wirujący wokół nich ludzie nie dbali o żadne zasady, kręcili się w miejscu, stąpali z nogi na nogę z uśmiechami na ich twarzach. Lubiła ich swobodę, p o d z i w i a ł a ją - ponieważ dla niej, swoboda była czymś, o czym również musiała w tańcu myśleć aktywnie.
- Taniec trzeba przede wszystkim czuć - dodała, gdy jego dłoń znalazła się na jej talii, gdy zwrócili się ku sobie odnajdując puste miejsce na zatłoczonym parkiecie. - Pomoże, jeśli nie podepcze mi pan butów - zakończyła, mrugając ku niemu łobuzersko.
A później pozwoliła się prowadzić.
Rozkoszując się melodią, porywającą ich do tańca, zatraciła świadomość otaczających ich ludzi. Skupiła się na ruchach, na bliskości jego ciała, ciemnych kosmykach włosów wymykających się starannemu uczesaniu.
Nie do końca świadoma tego, że Theodore zagrzebywał się w jej podświadomości.
- Jest pan intrygujący, panie Beaulieu - rzuciła na wydechu, przy którymś obrocie, który wyniknął naturalnie z płynącej wokół muzyki. - Nie mogę pana rozgryźć.
Theodore S. Beaulieu
-
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona / jejtyp narracjiprzeszłyczas narracjitrzecioosobowapostaćautor
Od zawsze z łatwością dostrzegał strukturę, wyłapując jednocześnie tempo, metrum, frazowanie, a także powtarzalność piosenek. Zamiast więc prowadzić samemu, walcząc z potrzebą kontroli, on pozwalał prowadzić siebie — poszczególnym utworom, taktom, oddechom. Wiedział, gdzie się zatrzymać, gdzie zrobić krok, a gdzie przyspieszyć bądź zwolnić. Dość umiejętnie odczytywał metrum, a także akcent metryczny, wykorzystując do tego charakterystyczne przedtakty. Całe sekwencje, składające się głównie z taktów mieszanych, widział teraz jakby przed sobą — ale jako muzyk, w szczególności jako perkusista, pianista oraz gitarzysta, umiał odczytać intencję utworu.
Dlatego wyczuwając muzykę domykającą jeden takt, w odpowiednim momencie podniósł rękę, pozwalając obrócić się Elenie, co uczyniła z niemałym wdziękiem. Potem instynktownie, pewnie, ale jednocześnie nienachalnie, zmniejszył dzielącą ich odległość. Tym razem zatrzymał dłoń o centymetr wyżej, niż początkowo zamierzał, dotykając szczupłej talii. Zamiast się cofnąć — sprawdzał. Testował granicę. Trochę mocniej napiął więc mięśnie w ramionach, po czym odczekał parę sekund, jakby chciał upewnić się, czy Elenie to odpowiada. Czy reakcja okazała się o p t y m a l n a.
Dopiero po chwili się rozluźnił.
Theodore pochylił głowę, prawie dotykając policzkiem miękkich, pachnących włosów.
— To "rozgryzanie", o którym pani mówi… — odezwał się cicho, niskim, przyjemnym dla ucha głosem. Otworzył usta, ale od razu zacisnął wargi w węższą kreskę. Zamrugał dwukrotnie, odetchnął raz, a potem drugi, licząc w myślach do dwóch, aby odzyskać kontrolę. Bez większych efektów. Właściwie to bez jakichkolwiek efektów, gorszych czy lepszych. Gdyby usunąć okoliczności, takie jak taniec, muzykę,
Milcząc, Theodore wpatrywał się w bliżej nieokreślony punkt.
Bez zbędnego mrugania obserwował białą ścianę, gdzieś daleko ponad głową Santorini, jakby szukając prostych odpowiedzi na najważniejsze (a jednocześnie: najtrudniejsze) pytania wszechświata. W rzeczywistości jednak usilnie myślał o tym, w jaki sposób sformułować następne zdanie. Wiedział, co by powiedział zazwyczaj, w normalnych okolicznościach. Parę możliwości od razu przemknęło mu przez głowę — logicznych, gotowych do użycia, prostych. S k l a s y f i k o w a n y c h. Odrzucił jednak wszystkie. Nie wiedział, co to oznacza, wiedział jedynie, że było to n o w e uczucie.
Milczał dłużej, niż wypadało.
Wyglądało to trochę tak, jakby nagle stracił wątek, w rzeczywistości oddawał się jednak temu, czego doświadczał. Temu, jak o n a reagowała. Czy dotyk, zarówno słabszy, jak i mocniejszy, uważa za przyjemny, czy się odsuwa. Czy oddycha miarowo, czy przyspiesza tempo. Czy napina mięśnie, czy się rozluźnia. Dopiero teraz uświadomił sobie bowiem parę istotnych rzeczy: a) stał bardzo blisko i b) wcale mu to nie przeszkadzało.
— Pani uwaga — spróbował od nowa z braku lepszego określenia — jest rozpraszająca.
Uśmiechnął się nieznacznie, tak samo ledwo widocznie jak wcześniej, ale trochę bardziej niezręcznie. Wciąż lekko pochylał głowę, trzymał się jednak na tyle daleko, aby redukować niechciane zmienne, takie jak ewentualne wplątanie się luźno wypuszczonych pasm z upięcia w parodniowy, twardy zarost. Podobne sytuacje są niefunkcjonalne.
Oddychając zaskakująco spokojnie, równo oraz miarowo, wciąż pochylał się nad Eleną. Prowadził tak, jak prowadził dotychczas — pewnie, powoli, ale także z ogromną ciekawością. Prowadził, głównie mając na uwadze muzykę, niemniej jednak poruszając się w zgodzie z niemal podświadomie odczuwaną “intencją” utworu, ułatwiał taniec kobietom. Tym razem całą uwagę poświęcał partnerce: jej oddechom, ruchom, naciskowi dłoni — obserwował w s z y s t k o. Dlatego okazał się dobrym partnerem.
— Balet. — Zamiast walczyć z muzyką, próbując przekrzykiwać trzykrotne uderzenie, potem pauzę i akcent przesunięty o pół taktu, mówił ciszej, spokojnie, w czym pomagało mu nieprzerwane pochylanie się nad Eleną. Wciąż pamiętał, jak ożywiła się, kiedy wspomniała o balecie. Chciał dowiedzieć się w i ę c e j. — Dlatego tak dobrze reaguje pani na tempo?
Elena Santorini
-
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Byli ci, którzy nieszczególnie polubili się z parkietem, a w tańcu poszukiwali okazji ku intymności. Ich intencje nie sięgały do wirowania w rytm muzyki, zwykle kończyły się na porwaniu partnerki do tańca - odciągnięcia jej od baru, przy którym stała. Na okres co najmniej jednej piosenki mieli ją dla siebie - z czego korzystali, bujając się lekko na lewo czy prawo, zagadując poprzez głośną muzykę by dowiedzieć się czegoś więcej od swojej partnerki.
Znacznie gorszym sortem bywał jednak ten, który z parkietem lubił się za dobrze. Żywiołowy partner potrafił być pewną rozrywką tak długo, jak miał jakąkolwiek świadomość drugiej osoby. Niejednokrotnie trafiali jej się królowie parkietu, którzy byli jednak zbyt zapatrzeni na samych siebie by dostrzec, że druga osoba niekoniecznie odnajduje się w ich tempie. Ci mieli skłonność do wielu obrotów, do szarpania kobiecą ręką na lewo i prawo w nagłych zmianach kierunków. Tych preferowała po paru drinkach, po których była skłonna wybawić inne dziewczyny od tej wątłej przyjemności - a raczej wybawić siebie od patrzenia, jak tracą równowagę i niemal przewracają się na parkiecie, ciągnięte w każdym kierunku.
Po Beaulieu spodziewała się rezerwy. Mało obszernych ruchów, z rodzaju tych na pięćdziesiąt procent, w których różnicę między bujaniem się z nogi na nogę a prawdziwym tańcem stanowiło kilka zamaszystych obrotów. Już pierwsze chwile, które spędzili na parkiecie skutecznie zaprzeczyły jej pierwszemu wrażeniu.
Kto by pomyślał, że introwertyczny krytyk filmowy może dobrze tańczyć?
Przyglądała się mu z ciekawością, instynktownie reagując na każdy ruch - ruch, który dało się przewidzieć, do którego mogła się dostosować. Wiele osób czuło muzykę na różne sposoby, niejednokrotnie w trakcie utworu zmieniając rytm, w którym się poruszali. Potrafili wirować w akompaniamencie basów w tle tylko po to, by w refrenie poruszać się do wokalu. Theodore wyczuwał jedną, spójną linię melodyczną trwającą przez całość piosenki - coś, co natychmiast doceniła, ponieważ i ona zwykle tańczyła właśnie do niej.
Nie spostrzegła nawet, gdy jej ramiona odprężyły się nieco, ciało rozluźniło - nawykłe do dostosowywania się do drugiego człowieka, teraz zostało puszczone luzem, bowiem wirowali w tym samym tempie.
Kąciki jej ust uniosły się w górę pod jego czujnym spojrzeniem. Czy taniec, czy to bliskość mężczyzny namalowała jej policzki cieniem różu - tego, którego nie nakładała pędzlem, a który pojawiał się w naturalny sposób. Ekscytacja zagnieżdżała się w jej trzewiach, to charakterystyczne uczucie lekkości, od których jej krok robił się jeszcze bardziej sprężysty.
- A może zwyczajnie jestem dobrą tancerką? - odbiła piłeczkę, choć jego trafne spostrzeżenie zmieniło jej lekki uśmiech w szeroki, pełen uciechy i zadowolenia. Balet poniekąd nadal był niszową sztuką, znacznie bardziej niż kino. Mało kiedy ktoś odgadywał to, czym się zajmowała, ale jeśli mogła powiedzieć jedno o poznanym krytyku filmowym, była to jego niewiarygodna spostrzegawczość.
Melodia muzyki z wolna dobiegała do końca gdy Santorini obróciła się, kierowana przez ruchy mężczyzny. Kilka kosmyków jej włosów zawirowało, uwalniając się z jej koka.
- Powinien pan kiedyś zobaczyć, jak tańczę na scenie - dodała zadziornie, zerkając na niego przez ramię gdy muzyka zwróciła ją ku niemu plecami. - Zaznajomić się ze sztuką inną niż ta z kinowego ekranu.
Muzyka umilkła, powoli powracając do odgłosów tła. Ludzie wokół nich zatrzymali się, a Santorini poszła w ich ślady.
- Miło było pana poznać, panie Beaulieu. - skinęła głową w kulturalnym geście, nim wycofała się, w stronę tłumu otaczającego parkiet, gotowego ją pochłonąć. - Do zobaczenia przy następnej okazji.