Poderwałam się na równe nogi i poprawiłam brzeg sportowej koszulki, zestawionej z legginsami. Doskoczyłam do okna, sięgając wzrokiem ku niebu. Do którego z bogów powinnam składać modły? Który z opiekuńczych duchów mnie teraz wysłucha, kiedy ja, biedna, muszę mierzyć się z tak straszliwą sytuacją?! Powinnam sięgnąć do najwyższej instancji, do kosmosu, całego wszechświata!
— Galen! — zawołałam, mając nadzieję, że mój głos dosięgnie kuzyna, nawet jeśli będzie na drugim końcu mieszkania. Tutejsze przestrzenie miały setki metrów, więc wcale bym się nie zdziwiła, gdyby nie dość, że był za daleko, to jeszcze słuchał muzyki, albo rozmawiał przez telefon. Kimże jednak jestem, by się poddawać? — GAAAALEEEN! — Tak, teraz musiał mnie usłyszeć, innej wersji zdarzeń nie dopuszczałam do świadomości. To niemożliwe, by był zajęty jakimiś biznesowymi sprawami, Galen może i zarządzał potężną firmą, obracającą milionami dolarów, ale właśnie dlatego nie musiał przynosić roboty do domu. Na takim szczeblu miał od tego ludzi i wystarczyło, że kontrolował ich co jakiś czas, sprawdzając, jak idą postępy, samemu mając czas na własne zainteresowania. A przynajmniej tak chciałam widzieć pracę biznesmena, pozbawioną wielkich trosk.
Odstąpiłam kilka kroków od okna, jeszcze jednym krytycznym spojrzeniem omiatając bałagan, jaki powstał w szale poszukiwań i westchnęłam ciężko, wychodząc z pokoju, by znaleźć kuzyna.
— Widziałeś moje łyżwy? — spytałam płaczliwym tonem, odnajdując go wreszcie. — Nigdzie nie potrafię ich znaleźć. — Mogłam to olać, mieć głęboko w poważaniu byle przedmiot, który można było kupić w dowolnym sklepie sportowym. Ale te były sprawdzone, przetestowane, moje ulubione i nie chciałam ot tak się poddać.
Galen L. Wyatt