-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
No kurwa.
Lubił Daltona. Nawet czasami wychodzili razem na piwo po zmianie. Traktował go trochę jak syna, którego nigdy nie miał, bo jego ukochana Dolores dała mu trzy córki i żadnego mężczyzny. Ale i tak je kochał. Całą swoją rodzinę kochał i zrobiłby dla nich wszystko. Dlatego tym bardziej ruszyła go ta sprawa. Bo przecież w końcu jego córki również kiedyś urosną, będą chodzić na imprezy, a tam czaili sie tacy potencjalni zwyrole jak Dalton. Kurwa. I to jeszcze policjant. Człowiek, któremu jako obywatel powinno sie właśnie ufać najbardziej.
Jeśli to wszystko okaże się prawdą…. tylko jakich on jeszcze dowodów potrzebował? Przecież to, co Martinez znalazła w telefonie Nicka było wystarczające, by go obciążyć i wsadzić za kraty na kilka lat. Tylko co potem? Co jak już odsiedział swój wyrok? Jak potem puścić takiego zwyrola to na wolność? Dlatego potrzebowali więcej. Potrzebowali zrobić z tego cały case i upewnić się, że Dalton za to beknie. W sądzie jak i na komendzie, kiedy już go dorwą. Oczywiście przy wyłączonych kamerach.
Do tego wszystkiego potrzebował Madoxa. Nie chciał mu ufać, ale nie miał przecież wyjścia. W końcu jako jedyny rozpracował tą sprawę, wiedział gdzie są zdjęcia, a przede wszystkim to on uratował Stewart. Gdyby nie Madox, Pilar najprawdopodobniej by już nie żyła, albo została zgwałcona. Oba scenariusze kurewsko okropne.
Aż splunął na ziemię, kiedy już wysiedli przed domem, który należał do Daltona. Nie było to nic specjalnego — zwykły szeregowiec, w którym mieszkały może z cztery inne rodziny. Eliot trzasnął drzwiami i przeszedł dookoła, czekając aż Madox łaskawie do niego dołączy. Jeden oddział policji już był na miejscu, a kiedy zauważyli, że przyjechał ich przełożony, od razu wysłali praktykanta, by zdał raport.
— Mieszkanie było zamknięte, ale ekipa rozpracowała zamek — zaczął, nabierając w płuca masę powietrza, jakby miał już w głowie przygotowany cały tekst do wyrecytowania. — Podejrzanego nie było w środku, ani żadnych śladów, żeby wrócił do domu po tym jak zbiegł. Udało nam się znaleźć jego laptop. Jest zabezpieczony hasłem. Zawiadomiliśmy informatyków, mają to rozpracować w przeciągu godziny — dziwnie słuchało się o Daltonie jako podejrzanym. Zawsze były to ciężkie chwile, kiedy ktoś z nich okazywał się szczurem lub sam wykonywał poważne wykroczenia. Pokazywało to tylko, że nikomu nie można było ufać i psychopaci potrafili chować nawet za najpiękniej zdobionymi odznakami.
— Dzięki, Tom, znikaj — machnął ręką na praktykanta, jakoś niespecjalnie się nim interesując. Może jeszcze gdyby powiedział mu coś ciekawego, a nie najbardziej oczywiste kurwa fakty… może wtedy byłby warty uwagi. Zamiast tego sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę papierosów.
— Palisz? — spojrzał na Madoxa. Oczywiście, że kurwa palił. Kto by nie palił po takim dniu? Pozwolił mu się poczęstować, a potem sam umieścił jednego w ustach i odpalił. Zaciągnął się mocno. Paradoksalnie to zawsze pozwalało mu oczyścić głowę. Wypuścić razem z dymem cały ten chaos i jakoś sobie wszystko uporządkować.
— Skąd wiedziałeś, że Dalton ma te zdjęcia? — spytał w końcu. Eliot nie był debilem ani ślepcem. Na pierwszy rzut oka było widać, że Noriega był dziwnie zaangażowany w tą sprawę. — I skąd wiedziałeś, że on jej coś dosypał? Że ją uprowadził? — mógł się domyślać, ale z drugiej strony był przecież realistą. Opierał swoje wnioski na faktach, a nie domysłach. Szczególnie takich, które za nic nie trzymały się kupy. — Nie wiem, czy to dobry pomysł, że tu jesteś — znowu się zaciągnął. — Jeszcze zaraz się okaże, że współpracowaliście — prychnął żałośnie i wypuścił z płuc wielką smugę dymu. Oczywiście nie uważał tak, ale z drugiej strony jakim cudem Noriega była aż tak dobrze doinformowany? Już jedna osoba dzisiaj wbiła im nóż w plecy — wcale by się nie zdziwił, gdyby Madox był kolejny. Chociaż podskórnie wiedział, że to chodzi o nia. Widział to jeszcze na komisariacie, kiedy Madox ciągle, jak jakaś zdarta płyta pytał jak się czuła Stewart. Nic innego go nie interesowało. I teraz chyba też. Chociaż może jeszcze Dalton.
Eliot rozejrzał się dookoła, upewniając sie, że wszyscy już byli w środku, a oni jako jedynie znajdowali się przy samochodzie. Zgarnął ostatniego, wielkiego bucha do płuc i spojrzał na Noriegę.
— Wiesz, że nie możesz go zabić? — wbił spojrzenie w jego ciemne oczy. — Szukamy go, żeby wsadzić go do pierdla, Madox. Nie tobie wydawać sądy — jego ton był poważny. Mogli sobie tutaj żartować i gdybać, ale Eliot swoje wiedział i przede wszystkim znał to spojrzenie. Chęć zemsty. Walczył z tym aż za dużo razy w swojej karierze, by tego nie poznać. I teraz widział to wszystko w Noriedze. — A teraz chodźmy sprawdzić, czy znajdziemy w środku coś sensownego.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale gdzie?
Madox cały czas zastanawiał się i wertował w pamięci to ich ostatnie spotkanie, czy Dalton mógł powiedzieć coś, co naprowadziłoby ich na jego trop?
Czy widział coś w jego samo...
Ta zapalniczka w jego aucie, którą przekładał w palcach.
Coś na niej było, jakieś miejsce, tylko co?
Już się zamierzył, żeby ruszyć prosto do wejścia, ale pojawił się Tom z raportem i Noriega słuchał go. Stał z boku i słuchał. Tylko, że to wszystko wiedzieli, kiedy tutaj jechali, że Daltona tu nie będzie, nie wracał by tu, nie był głupi. Musiał się gdzieś zaszyć, przeczekać. Gdzieś, gdzie na pewno nie będą go szukać. Madox przestąpił z nogi na nogę, kiedy Eliot odesłał praktykanta, już chciał go zapytać na co czekają, ale najwidoczniej Eliot chciał porozmawiać.
Za mało jeszcze im powiedział?
Tak. Bo przecież jeszcze wcale nie powiedział najważniejszego, skąd on się tam wziął, jaki on miał w tym wszystkim udział. Cały czas dawał im tylko poszlaki, kolejne tropy obciążające Daltona, dziewczyna ze stacji, właściciele motelu, chłopaki z policji. Tylko, że chłopaki z policji mogli powiedzieć akurat, że on też się wtedy interesował Stewart, pytał o nią i Daltona i dlaczego im nic nie powiedział? A co miał im powiedzieć, że ich kumpel porwał Pilar?
Westchnął ciężko i wziął jednego papierosa, obrócił go w palcach. Ta zapalniczka Daltona, ta jebana zapalniczka.
- Eliot kojarzysz... - zaczął i już miał go o to zapytać, czy kojarzy te zapalniczki z widoczkami. On miał taką z Toronto, ale ta Daltona na pewno miała inny obrazek. Tylko, że w tym momencie Eliot zapytał go o te zdjęcia, a Noriega wyciągnął dłoń po zapalniczkę, żeby sobie też odpalić papierosa. Przechwycił ją, chowając do kieszeni, jakoś tak odruchowo, ale Eliot nawet się nie upomniał, patrzył na niego wyczekująco.
Przez chwilę zastanawiał się co ma mu powiedzieć, ale Eliot był jednym z nielicznych, którzy przecież znali jego słodką tajemnicę, miał mu kłamać? Zmyślać coś na poczekaniu? Zaciągnął się mocno papierosem.
- Widziałem je - rzucił zgodnie z prawdą, a Eliot w pierwszej chwili spojrzał na niego, jakby on rzeczywiście był w to zamieszany. A przecież nie był.
Był? Był bardzo. Eliot pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo. Przejechał palcami po jasnych włosach, robiąc kilka kroków w przeciwnym kierunku. Znowu zaciągnął się papierosem. Powinien mu powiedzieć, czy nie? Przecież nie powinien utrudniać śledztwa, no i Eliot był jego...
- Napisała mi, że coś jest nie tak, połączyłem kropki, a on ją wczoraj namawiał na tą imprezę, to była zaplanowana akcja Eliot, on to wszystko zaplanował - Madox znowu się nakręcał, zostawił tego papierosa między wargami, a ręce wcisnął w kieszenie policyjnej kurtki, bo już go znowu nosiło. Już nie chciał tutaj stać, tylko czegoś poszukać, czegokolwiek, co mogła ich zaprowadzić do Daltona, skoro on to już wcześniej planował. Czy jako gliniarz miał też kryjówkę na wypadek, gdyby wszystko się posypało?
Mógł mieć.
Jeszcze raz zaciągnął się papierosem trzymając go w zębach, ale finalnie pstryknął go w jakąś zaspę.
- Pojebało cię Eliot - rzucił, kiedy ten zasugerował, że zaraz się okaże, że współpracowali. Chociaż czy teraz Eliot nie powinien się już spodziewać wszystkiego? Może powinien, skoro nagle się okazuje, że zdradził Dalton, ten, którego on traktował jak syna. A Madox, ten, który miał się od policji trzymać z daleka, prowadził jakieś prywatne śledztwo, no i do tego zbratał się z policjantką, bardziej niż powinien. Eliot nie był głupi też już połączył kropki. Gorzej, że uważał, że Noriega w tym momencie robił wielką głupotę. Kolejna osoba do listy, która uważała, że go pojebało.
Ale przecież pojebało, na jej punkcie, Pilar.
Znowu przestąpił z nogi na nogę, bo już miał dość tego pierdolenia. Dalton może w tym czasie się chować tak, że nigdy go nie znajdą.
Tylko wtedy Eliot powiedział to wiesz, że nie możesz go zabić, a Madox podniósł na niego spojrzenie. Wiedział, przecież wiedział o tym doskonale. On się tak wiecznie odgrażał, że kogoś zapierdoli, że może rzeczywiście wszyscy myśleli, że jemu by to przyszło z jakąś łatwością?
Może dzisiaj zatłukł by tego Daltona, gdyby nie przyjechała policja. Ale przecież na co dzień on nie był mordercą. Był narwany, impulsywny, uwielbiał się bić, nie raz pobił kogoś w Emptiness. Ale zabić?
- Przecież wiem - rzucił znowu przestępując z nogi na nogę. Wiedział. Ale czy jakby teraz dorwał Daltona, to by go nie zabił? Nie rozpierdoliłby mu łba?
Tego nie wiedział.
Nie wiedział, czy umiałby się powstrzymać, czy gdyby miał okazję, szansę, to nie zemściłby się za to co jej zrobił.
Jako Madox z Emptiness na pewno by to zrobił, może nawet nie własnymi rękami, pociągając za odpowiednie sznurki, ale jako Madox w tej policyjnej kurtce?
Znowu wcisnął ręce do jej kieszeni.
Skinął głową i ruszył za Eliotem.
Dom Daltona nie wyróżniał się niczym szczególnym. Panował tu porządek, równo poukładane na blacie kubki, kanapa z równiutko ułożonymi poduszkami i buty postawione przy drzwiach tak, jakby ktoś to robił z linijką w ręce. Za czysto, za sterylnie.
I tylko ten dywan jakiś zawinięty, kiedy Madox się o niego potknął, gdy szedł do kuchni. Nie przejął się zbytnio, bo jego spojrzenie już padło na drzwi lodówki, gdzie magnesem w kształcie serduszka przymocowane było zdjęcie Daltona z Pilar. Z jakiejś imprezy, albo wycieczki, oboje pozowali na nim z uśmiechami. I chociaż Madox się skrzywił, bo coś go ścisnęło w środku... Był jej przyjacielem, kiedyś. To jednak to nie było to czego szukali. Znowu schował ręce do kieszeni i przeszedł przez to mieszkanie, kiedy Eliot rozmawiał z technikami, znowu potknął się o ten dywan.
- Co z tym jebanym dywanem? - podwinął go butem, i od razu zobaczył jakąś rysę na panelach, nacięcie. Szarpnął ten dywan do góry, odsłaniając podłogę. W jednym miejscu panele były cięte i teraz źle dopasowane. Madox już do nich sięgnął chcąc je podważyć, tylko, że odsunął go Eliot.
- Noriega na bok - zamiast niego do schowka już sięgał jakiś technik w rękawiczkach, i chociaż Madox zrobił krok w tył, to jednak spojrzenie utkwił w podłodze, znowu wcisnął ręce do kieszeni kurtki.
Okazało się, że trafili w dziesiątkę, bo pod podłogą Dalton zrobił sobie skrytkę, a tam zdjęcia Stewart, jeszcze więcej zdjęć... Jakieś jej rzeczy, pamiątki, które Nicka Dalton musiał zbierać już od jakiegoś czasu. I kiedy technik wyciągnął kolejne zdjęcia i podał je Eliotowi, to Madox zacisnął palce na tej zapalniczce, którą przechwycił. Przełożył ją w palcach. Jednak gdy technik wyjął z pod podłogi jakąś bieliznę, która należała do Pilar, to Madox się odwrócił, kopnął jakiś kubeł obok stolika i chciał rzucić tą zapalniczką gdzieś przed siebie, bo już nie mógł wytrzymać, tylko...
Spojrzał na ten rysunek.
- Co to jest? - odwrócił się do Eliota, który już stał za nim, który już nawet zaczął coś, żeby się uspokoił. Elito uniósł jedną brew patrząc na niego dziwnie. No przecież zapalniczka.
Madox podszedł bliżej, żeby mu ją pokazać, ten rysunek, który na niej był.
- Co to jest? - powtórzył i Eliot chyba dopiero załapał o co mu chodzi.
- To takie miejsce nad jeziorem Ontario, można tam połowić ryby i... - nie skończył bo Madox już oddawał mu zapalniczkę.
- Dalton miał taką samą - stwierdził i chyba chciał dodać coś jeszcze, ale wtedy jakiś inny technik, z tego rozwalonego przez Noriegę kubła, wygrzebał jakiś paragon.
- To też nad jeziorem Ontario, jest jakiś adres - powiedział podnosząc go wyżej. Madox wbił ciemne tęczówki w Eliota.
- Gdzie to jest? - zapytał, a Eliot przez chwilę się zastanawiał, czy mogło tak być. Opowiadał o tym miejscu Daltonowi, cisza, spokój, można się zaszyć, odpocząć od zgiełku miasta, połowić ryby, ale mało kto wie o tej miejscówce, bo on odkrył ją przez przypadek. Kompletny przypadek.
Czy teraz też przez taki sam przypadek Madox mógł wpaść na to miejsce? Na kryjówkę Daltona?
- Dwie godziny drogi stąd... - chciał dodać coś jeszcze, ale Madox już znowu obszedł go dookoła.
- Jadę tam - rzucił stając przed Eliotem.
- Nawet nie wiesz gdzie masz jechać! - warknął Eliot, ale Madox czuł, że tam. Czuł, że właśnie tam...
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Eliot cały czas ze sobą walczył, czy powinien dalej angażować Noriegę w rozwój sprawy. Widział przecież jego reakcje, widział jak bardzo wciągnięty był w dorwanie Daltona i sam już nie był pewien, czy kiedy Madox go nie zobaczy, to czy go najzwyczajniej w świecie nie zatłucze. O ile go w ogóle znajdą.
Jezioro Ontario było dość… dalekim strzałem, biorąc pod uwagę, że Dalton nie miał przecież swojego samochodu, dlatego jeśli będzie on nietrafny, będą mieć potem gruby problem, żeby go w ogóle znaleźć.
No bo jak to teraz będzie?
Czy Dalton w ogóle planował przyjść jutro do roboty jak gdyby nigdy nic?
Czy udawałby, że wszystko jest okej?
Czy wiedział, że go ścigali? Że już wyszła na jaw niewinność Noriegi?
Skoro Nick okazał się zdrajcą, nie można było obstawiać, że ktoś już nie dał mu cynku. Szczególnie, że nie było go w szpitalu i kompletnie rozmył się w powietrzu, nie odbierał telefonów ani nie było z nim kontaktu. Musiał więc coś wiedzieć.
Eliot jeszcze raz przeszedł się wzdłuż tego schowka w podłodze i zaglądając technikowi przez ramię przyjrzał się zdjęciom. Kurwa, przecież to musiało trwać już od dłuższego czasu… i ta bielizna. Przetarł zmęczoną od nadmiaru emocji twarz. Wciąż nie mógł uwierzyć, że nikt z nich nie zauważył, że Nick miał zapędy psychopatyczne. Każdy po prostu myślał, że trzymają się z Pilar blisko, przyjaźnią, kiedy w rzeczywistości on miał na jej punkcie czystą, chorą obsesję. Pojebane.
Znowu zrobił kółko. Musieli działać. Już teraz. A biorąc pod uwagę, że komendanta nie było dzisiaj na służbie, to do niego należała decyzja, co dalej. Spojrzał jeszcze raz na Noriegę. Czy mógł mu ufać? Nie dałby sobie ręki uciąć, ale z drugiej strony, jego desperacja by dorwać tego drania mogła okazać się przydatna. Zgubna również, ale przecież ich praca ciągle opierała się na kalkulacji i podejmowaniu ryzyka.
— Noriega — rzucił krótko, poprawiając kurtkę. — Ładuj się do auta. Jedziesz ze mną nad to jezioro — oznajmił. Nawet nie pytał, bo przecież doskonale wiedział, że Madox i tak znalazłby sposób, żeby się tam znaleźć, że wcale by go nie posłuchał, że ma zostać na miejscu. Był zbyt zaangażowany w tą sprawę i do tego miał zbyt mocny charakter, żeby się poddać. Zupełnie jak Pilar, pomyślał sobie przelotnie. Byłby pewnie równie świetną gliną. Ale tego już mu nie powiedział i po prostu ruszył do wyjścia.
— Poruczniku Eliot! — odezwał się jeden z technicznych, przywołując go do siebie do sypialni Daltona.
Eliot odwrócił się do Madoxa i cisnął w jego stronę kluczykami.
— Idź do auta — poprosił. — Przyjdę do ciebie za dosłownie minutę — skinął głową na potwierdzenie swoich słów. Eliot również nie chciał już marnować czasu. Trzeba było sprawdzić to przeklęte jezioro i odnaleźć Daltona.
Szybkim krokiem przeszedł do sypialni, gdzie pod materacem jeden z techników znalazł kolejny plik zdjęć. O wiele gorszych zdjęć. Eliot aż złapał więcej powietrza w płuca.
— Ja pierdole — tylko tyle był w stanie z siebie wydusić, kiedy jego oczy przesunęły się po fotografiach przedstawiających… Pilar w łóżku. Śpiącą. Najprawdopodobniej w swoim mieszkaniu. W samej bieliźnie. W środku nocy. Serce mu przyśpieszyło, a oddech stał się płytszy. Kurwa. Przecież oni mieli do czynienia z jeszcze większym psycholem niż to się wszystkim mogło wydawać.
Zostawił technikom większość plików, zabrać ze sobą jedynie trzy z nich. Mieli wystarczająco dowodów, a on potrzebował mieć coś, cokolwiek, jeśli przyszłoby mu stoczyć rozmowę lub jakąkolwiek formę konfrontacji z Daltonem. Tak gdyby chciał się wszystkiego wypiąć.
Wyszedł z mieszkania i skierował się do auta. Noriega już siedział w środku, całe szczęścia na miejscu pasażera. Chociaż jemu nie odpierdalało.
— Jestem — wcisnął się za kierownicę i nachylił, by szybko wcisnąć zdjęcia do schowka. Starał się to zrobić w wystarczająco ekspresowym tempie, by Madox nawet nie zwrócił na to uwagi, ale przecież Noriega nie był debilem. Od razu posłał mu pytające spojrzenie. — To nic — rzucił pod nosem i już zabrał się za odpalanie samochodu. Czekała ich długa droga, chociaż jeśli włącza syrenę byli w stanie skrócić czas podróży o połowę. Na ten moment ulice były puste, więc nie było takiej potrzeby. Może potem na autostradzie.
— Słuchaj… skoro tyle wiesz… — zaczął, zaciskając palce na kierownicy. Ciągle walczył ze sobą, czy powinien pokazywać Madoxowi te zdjęcia, skoro on i tak już był taki nerwowy. — Wiesz może czy Dalton miał wjazd do mieszkania Stewart? — to pytanie było na tyle randomowe, że oczywistym było, że Noriega zaraz będzie chciał wiedzieć skąd ono wynikało. Przecież to byłoby zbyt proste, jakby mu po prostu kurwa odpowiedział.
— Dobra chuj. Zobacz do schowka — powiedział w końcu, dołączając się do ruchu na głównej ulicy. Czekał w spokoju aż Madox sięgnie w docelowe miejsce i dał mu nawet kilka dłuższych chwil na przetrawienie tego, co tam zobaczył. — Wygląda na to, że wchodził do jej mieszkania, kiedy spała… — ledwo mu to przeszło przez gardło. Myśleć to jedno, a jednak kiedy wypowiadało się te słowa na głos, kiedy one przestawały być jedynie hipotezami a kurwa faktami, aż robiło się człowiekowi niedobrze. Bo skoro Dalton bywał w jej mieszkaniu kiedy spała, mogło to znaczyć też wiele innych rzeczy. Aż przycisnął z tego wszystkiego na gazie i włączył w końcu ten przeklęty kogut.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Madox musiał się przejść, krążył po tym sterylnym salonie w kółko, jak dziki kot w klatce, potrzebował cokolwiek, tylko jakiegoś tropu, żeby się zerwać, żeby ruszyć. Bo przecież nie mógł tutaj stać, nie mógł już tego słuchać, na to patrzeć.
Już zamierzył się do wyjścia, jedzie z policja, albo jedzie sam. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz działałby na własną rękę, najwyżej by go później...
Co mu mogli zrobić, kiedy zawsze sami odsyłali go do brudnej roboty. Eliot jednak oznajmił, że jedzie z nim nad jezioro i chociaż Madox jeszcze się zawahał, bo może lepiej jednak byłoby samemu, to finalnie skinął głową. Lepiej z Eliotem niż z Quentinem, albo jakimś innym kumplem Daltona.
Kiedy techniczny zatrzymał Eliota, to Madox też stanął, przez moment chciał iść z nim, bo skoro to coś ważnego, to może on też powinien wiedzieć? Ale porucznik rzucił mu klucze, złapał je, od razu schował do kieszeni, nawet otworzył usta, żeby jeszcze dyskutować, finalnie jednak ruszył do samochodu.
Przez chwilę rozważał to, czy go nie zawinąć, nie ruszyć jednak w pojedynkę, ale przecież Eliot wiedział więcej niż on, miał pod sobą ludzi, jeśli oni coś znajdą, to będą informować go na bieżąco, Elito był mu potrzebny.
Wsiadł na siedzenie pasażera i zapiął pas, od razu zapiął pas, tak jak wiecznie powtarzała mu Pilar. Wyciągnął telefon i nawet przez chwilę rozważał, czy nie zadzwonić do Lopeza, żeby zapytać jak się mają sprawy w szpitalu, ale do auta już wsiadał Eliot. Od razu jego spojrzenie padło na te zdjęcia, które komisarz pakował do schowka, uniósł jedną brew.
- Nic? - to mu się wydało podejrzane, a ręce go świerzbiły, żeby tam zajrzeć. Kolejne zdjęcia. Tylko co przedstawiały. Oparł głowę o zagłówek, adrenalina cały czas krążyła w żyłach, chociaż mieszała się z tymi lekami przeciwbólowymi, które mu podali, tworzyła jakąś dziwną mieszankę, która działała trochę jak koks, pobudzenie i jakieś dziwne uczucie, że możesz wszystko. Zero bólu. Chociaż pod skórą cały czas go gryzło to, żeby dorwali Daltona. Muszą go dorwać. Żeby zgnił za kratami.
Tak?
Miał zgnić za kratami, bo przecież Madox nie mógł go zabić. A jednak w kaburze pod kurtką miał broń, która dostał od Eliota.
Kiedy komisarz się odezwał wbił w niego ciemne tęczówki, widział po jego twarzy, że coś jest nie tak, ale tego pytania się nie spodziewał.
Czy Dalton miał wjazd do mieszkania Stewart?
Aż sięgnął do tego schowka, to co tam kurwa było?
Nawet nie czekał na to pozwolenie, chociaż je dostał, w momencie, w którym jego palce zacisnęły się na klamce schowka, Elito powiedział, żeby tam zajrzał. Szarpnął od razu, złapał te zdjęcia, aż wypuścił głośno powietrze z płuc, kiedy zobaczył na nich Pilar, w jej mieszkaniu, na jej własnym łóżku, w samej bieliźnie, w środku nocy. Przełożył te zdjęcia w palcach, które zacisnął na nich tak mocno, że pobielały mu knykcie. Serce waliło mu w piersi jak szalone, a oddech przyspieszył.
Pierdolony Nick Dalton, chory pojeb.
Tego już nie dało się opisać w inny sposób.
Nie dało się też już nad tym zapanować, chociaż Noriega się starał, starał się jeszcze nie pokazywać po sobie jaki jest wściekły, ale wszystko się w nim gotowało. Wrzucił te zdjęcia do schowka i trzasnął nim mocno. Nie chciał na nie patrzeć. Jedyne o czym teraz myślał, to żeby dorwać Daltona.
- Musiał dorobić sobie klucze... nie wiem... przecież go nie wpuszczała, o niczym nie wiedziała - rzucił i zacisnął palce na drzwiach, mocno. Robiło mu się niedobrze kiedy o tym myślał, o Daltonie, który tak po prostu wchodził do jej mieszkania, gdy ona spała. Jak ona mogła tego nie zauważyć? Jak on mógł tego nie zauważyć?
Nikt kurwa nie zauważył.
- Mieliście go kurwa pod nosem i nikt nie zauważył, że jest z nim coś nie tak... - tym razem spojrzał na Eliota z jakimś wyrzutem. Ścigali psychopatów, rozpracowywali ich, a nie zauważyli, że z jednym z nich piją sobie poranną kawkę?
Eliot zmarszczył brwi.
- Przecież znasz Daltona, to normalny facet, zawsze grzeczny, ułożony, nikt by go nie podejrzewał... - Madox też go nie podejrzewał. Dalton był dla niego zawsze jakiś niegroźny. Głupi. Nieszczęśliwie zakochany, ale przecież nie zrobiłby jej krzywdy...
Tylko teraz okazało się, że wcale nie miał z tym problemu, z nachodzeniem jej w nocy, z grzebaniem w jej rzeczach. Co jeszcze robił?
Zastukał palcami w drzwi. Nawet przez chwilę chciał zapytać, czy nie da się szybciej, ale się nie dało. Eliot cisnął samochód do deski.
Może byli już w połowie drogi, nie rozmawiali za wiele, bo każdy z nich chyba wciąż trawił to wszystko we własnej głowie, kiedy zadzwonił telefon Eliota. Odebrał go opierając go sobie na ramieniu, przytrzymując nim przy uchu.
- Dobra. Wyślijcie. Niedługo będziemy na miejscu. Wyślijcie też posiłki - krótka rozmowa, ale Noriega znowu wbił w niego ciemne ślepia, czekał na wyjaśnienia - mają adres, odblokowali komputer Daltona, wszystko usunął, ale ściągnęli informatyka, znalazł jakieś zamówienie na domek, nad jeziorem Ontario, od wczoraj... - pozostawało tylko pytanie, czy Dalton rzeczywiście tam pojechał, ale chyba oni oboje mieli przeczucie, że tak. Kiedy Eliot dostał w wiadomości adres, Madox od razu wpisał go w nawigację.
Domki nad jeziorem Ostatnia Przystań.
Ostatnia Przystań znajdowała się w lesie. Z jednej strony ciche jezioro Ontrio, z drugiej drzewa, które nie rosły tutaj gęsto. Leśne polany rozciągały się w oddali, teraz obsypane białym puchem. Przy szosie stało porzucone auto, samochód z wypożyczalni z Toronto, co było widoczne na naklejkach na szybach z numerem telefonu do wypożyczalni. Nawet nie musieli tam dzwonić, żeby wiedzieć, że to Dalton. Zresztą teraz nie było na to czasu.
Ślady na śniegu prowadziły od samochodu przez te rozwlekłe polany, w kierunku majaczących w oddali domków. Ledwo widocznych na tle mroźnego jeziora. Temperatura powietrza spadła, każdy oddech zamieniał się w biały obłok, z nieba zaczął sypać śnieg, gęsty, ziemny, siekający odsłonięte policzki i dłonie. Elito zostawił samochód dalej, za zakrętem. Tak, żeby Dalton go nie widział.
Przecież nie wiedzieli, czy on tam na nich nie czeka.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie tak.
Wszystko było kurwa nie tak!
A przecież to miał być taki miły wieczór. Mieli się razem zabawić z Pilar, kochać się całą noc — on mówiłby jej jak bardzo ją kocha, a ona krzyczałaby jego imię, dochodząc głośno, drżąc pod nim, wielbiąc go. Tak by było. Czuł to. Widział to przecież w jej spojrzeniu, w sposobie, w jaki jej ciało reagowało na jego dotyk, jakie było w r a ż l i w e i spragnione. Bawiliby się całą noc, a przecież to nie było wszystko, co miał dla niej zaplanowane. Przecież to miało przeciągnąć się na weekend, mieli skończyć nad jeziorem, w domku, który on na tę okazję specjalnie wynajął. Miało być tak miło…
I wtedy pojawił się pierdolony Noriega i wszystko spierdolił.
Dalton nigdy nikogo tak nienawidził, jak jego. Nigdy nie chciał czyjejś śmierci bardziej niż Madoxa. Jeszcze w szpitalu przysiągł sobie, że Noriega beknie za to, co zrobił. Jeszcze nie wiedział dokładnie jak, jakimi sposobami ani jak sie do niego dostanie, ale za punkt honoru postawił sobie władowanie mu kulki w łeb. Tym razem celnie. Prosto kurwa między oczy.
Bo to wszystko była jego wina. Gdyby nie przyjechał do motelu, wszystko z Pilar poszłoby gładko, nikt nie miałby o niczym pojęcia. Razem ze Stewart uciekliby nad jezioro i każdy byłby zadowolony. A przynajmniej on i Pilar. A to było najważniejsze. Reszta mogła się pierdolić.
Zamiast tego wszystkiego pierdolić musiał się sam Nick i to z ucieczką ze szpitala. Bo kiedy wszystko się wyjebało, bardzo szybko doszedł do wniosku, że była to z pewnością kwestia czasu, kiedy policjanci z baru potwierdzą, że to on wyprowadził Stewart z baru, zanim to on stanie się poszukiwanym, a nie bohaterem całej tej eskapady. Musiał wiać. Przynajmniej na jakiś czas, dopóki nie wymyśli, jak wyciągnąć Pilar ze szpitala.
Sam przed wyjściem ukradł jakieś ciuchy z kosza na brudne pranie, który pielęgniarka akurat postawiła blisko widy, a potem już poszło gładko — wypożyczył samochód u kumpla, któremu kiedyś pomógł z zaginioną córką, a potem pojechał prosto na komendę w Whitby, gdzie z pewnością jeszcze nie słyszeli o całym zdarzeniu, bo niby jak i kiedy? Tam wcisnął im jakiś kit o wielkiej akcji i pościgu za gwałcicielem i mordercą, o tym jak zgubił broń, bo działał przecież pod przykrywką… i po pięciu minutach wyszedł z komendy ze świeżutkim, naładowanym pistoletem, zastępczym telefonem oraz ciepłą kurtką. A potem już prosto nad jezioro, do domków Ostatnia Przystań.
Wątpił, że jeszcze dzisiaj ktoś zaszczyci go swoją obecnością, ale przecież musiał być przygotowany. Nie był głupi. Jeśli policja go szukała, z pewnością w którymś momencie wylądują w jego domu, a tam miał przecież paragony z rezerwacji i swój komputer z historią przeglądania. Dobrze że chociaż wszystkie zdjęcia Pilar miał na chmurze, więc spokojnie mógł je usunąć z każdego miejsca na ziemi.
Domek nie był duży — mała drewniana chatka tuż przy jeziorze ze średniej długości pomostem tuż obok, który teraz zasypany był bialutkim śniegiem. Śniegu to wszędzie było w cholerę. Ledwo drzwi do środka otworzył, bo dzisiaj nikt tutaj nie odśnieżał, a przecież sypało bez przerwy. Wszedł do chatki i pierwsze co zrobił, zabrał się za rozpalenie kominka. Potem oczywiście próbował dodzwonić się do szpitala, podać za męża Stewart, dowiedzieć się gdzie leżała, jaki był jej stan. Może nawet pozwoliliby mu z nią porozmawiać? Tak bardzo za nią tęsknił… jednak na marne. Bo recepcjonistka powiedziała, że takie rzeczy można było tylko i wyłącznie osobiście, po pokazaniu dowodu osobistego. Kolejna do dodania na listę do odstrzału.
Ciągle myślał o Pilar. Chciał ją mieć już przy sobie. Posprawdzał w necie, ile trzyma się po obserwacją osoby po podobnych substancjach, chcąc wiedzieć, ile miał jeszcze czasu nim podejmie próbę, żeby ją odbić. Może przebierze się za pielęgniarza? Albo lekarza? Może wywiezie ją karetką tu albo gdzieś dalej, może nawet za granice? Na pewno chciałaby z nim jechać, gdyby wszystko jej wytłumaczył. Gdyby powiedział jej, jak bardzo ją kocha i jak wiele dla niej zrobił. Aż zacisnął mocniej palce na spluwie na samą myśl.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gorzej było z Noriegą, bo Madox był Madoxem, przecież on nigdy nie brał udziału w takich akcjach, nie do tego był szkolony. I teraz też, on chciał już. Wejść tam z bronią, na oślep, żeby kurwa dorwać tego Daltona. Jakby był sam to pewnie by to zrobił, nie myślał wcale, działał na czuja, na tego swojego farta. Tylko, że fart też mógł się kiedyś skończyć...
A jednak całe szczęście Eliot studził jego zapędy.
- Noriega kurwa, myśl, jak cię szkolili? To nie jest klub - syknął, kiedy Madox zasugerował, że tam po prostu wejdą. No chyba nie.
- Dobra... to jak? - poddał się, chociaż go nosiło. Skręcało w środku, chociaż nie mógł wytrzymać, to postanowił posłuchać się Eliota.
Plan był prosty, jeden wejdzie od tyłu, drugi od frontu, mieli przewagę, przecież mieli pierdoloną przewagę, ich było dwóch, dwie bronie wycelowane prosto w Nicka. Jakby Dalton spróbował strzelić, to drugi by go zastrzelił. Chociaż Eliot wciąż powtarzał, że broń to konieczność, wytykał Madoxowi gdzie ma strzelać, żeby unieruchomić Daltona, nie zabić. Nie chcieli go zabijać.
Chcieli, obaj chcieli, bo Eliot też po tych zdjęciach z mieszkania Stewart najchętniej wpakował by Nickowi kulkę prosto w łeb, ale przecież nie był jakimś zbirem, był policjantem. A Madox...
Jego zawsze ciężko było rozgryźć, bo on cały czas balansował gdzieś na granicy tych dwóch światów. Z jednej strony był posłuszny, zdobywał informacje, z drugiej wiecznie coś odpierdalał, i jak tu mu ufać?
Musiał mu zaufać. Skoro już byli tutaj we dwóch, musieli sobie zaufać.
Wiatr dudnił w okna chatki, śnieg był gęsty, pogarszał widoczność, do chatki zbliżyli się bez problemu. Ostre płatki osadzały się na ich brwiach, na brodzie Madoxa, na wąsach Eliota, ręce z zimna kostniały, a jednak zaciśnięte były na broni, tak na wszelki wypadek. Ale czy Dalton miał pistolet? Martinez znalazła ten jego pod łóżkiem.
Madox był pewny, że miał, załatwił sobie. On by tak zrobił, załatwił broń. Eliot musiał się z nim zgodzić. Nick Dalton nie był głupi. Popierdolony, szalony, chory, ale nie głupi.
Robił w policji tyle lat, że musiał się spodziewać, że po niego przyjdą, może nie, że tak szybko.
Na pewno nie, że oni.
Chociaż... czy nie czekał na Madoxa?
Czy nie chciał mu rozwalić łba?
Jedna kulka między oczy.
O ile oni nie chcieli go zabić
Elito wysłał Madoxa od tyłu, bo on był pierwszy do odstrzału, zresztą był zbyt narwany, zbyt impulsywny, żeby postawić go przed drzwiami. Sam stanął przy tych frontowych. Nie wiedział, czy Daltona popierdoliło do tego stopnia, że od razu będzie do niego strzelał. W końcu... Nick Dalton był dla niego jak syn. To on ćwiczył z nim strzelanie, do niego Nick przychodził po radę, on go nawet kilka razy zaprosił do siebie na obiad. Ale przecież z Stewart też się przyjaźnili. I jak to się skończyło?
Musiał jednak zaryzykować, musieli wejść do środka. Wykorzystać element zaskoczenia, szybko, sprawnie, jak w szturmówce.
Madox okrążył chatkę, znalazł tylne wejście, zasypane śniegiem drzwiczki, z niewielką szybką przez którą widział pustą kuchnię. Daltona nigdzie nie było widać. Szarpnął za klamkę, zamknięte, ale jeśli wybije tą szybkę, to może je łatwo otworzyć. Tylko... tego nie dało się zrobić po cichu.
Druga opcja to było przestrzelenie zamka. Jeszcze głośniejsze, ale szybsze.
Jakby to wyczuli, jakby te pierdolone przyspieszone uderzenia serca, które pompowało w żyłach krew ze zdwojoną siłą, im się zgrały, ale praktycznie w tym samym czasie...
Madox strzelił w zamek, na szóstkę, tak, że rozwalił go od razu, pchnął drzwi i wszedł do środka, wdarł się do kuchni.
A Eliot kopnął z całej siły w drzwi frontowe, stary, zdezelowany zamek puścił, kurwa, nawet zawiasy puściły, jakie drzwi mają takie chatki. No właśnie takie, które teraz leżały w drzazgach na podłodze, a Eliot wszedł do środka celując bronią.
Nick Dalton był w potrzasku...
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
O jej pięknych, ciemnych słowach, którymi tak świadomie zarzucała zawsze w jego towarzystwie, by jeszcze bardziej go skusić, o jej obłędnych, czekoladowych oczach, w które mógłby wpatrywać się godzinami, o jej bajecznym ciele, które doprowadzało go do szału. Ta naga, gorąca skórą, w którą dzisiaj mógł wbić swoje palce, zostawić jej kilka śladów na pamiątkę, chociaż przecież w planach miał o wiele więcej — chciał ją gryźć, lizać, drapać i szarpać. Wszystko chciał z nią robić.
Wracał myślami ciągle do tych dwóch razów, które razem mieli. Do sposobu, w jaki jej piersi unosiły się i opadały, gdy go ujeżdżała, jak jej pełne wargi wyduszały z siebie urywane jęki, które zakorzeniły się mu pod skórą do tego stopnia, że nawet teraz jak o tym myślał, dostawał gęsiej skórki.
Nawet nie wiedział w którym dokładnie moment się rozluźnił. Te wszystkie napięte mięśnie, które raz po raz sie spinały na myśl o niej w końcu się zrelaksowany, chociaż przecież akurat między nogami czuł już to narastające pożądanie. Aż pożałował, że usunął zdjęcia z chmury, teraz przynajmniej mógłby sobie na nie popatrzeć, kiedy…
Nawet nie dokończył myśli, bo w domku wybrzmiał strzał pomieszany z donośnym hukiem i nim Dalton zdążył się odwrócić, drzwi już z impetem pierdolnęły o podłogę. Całe szczęście, że miał przy sobie broń. Że kurwa rozkminił to wszystko i wiedział doskonale, że ktoś tu w końcu przyjdzie, że ktoś rozpracuje tą całą układankę i chociaż nie spodziewał się tego aż tak szybko, był przecież gotowy. Może nawet bardziej gotowy niż mogło się spodziewać, bo nim w ogóle jego oczy namierzyły kto właściwie stał u progu jego drzwi, ręka zadziałała pierwsza.
Oddał strzał.
Na oślep.
Nie mógł przecież ryzykować, że ten ktoś będzie pierwszy.
Liczył, że to będzie Noriega.
Że tym razem zaskoczy go swoją zwinnością i strzeli bez zawahania. Naprawi swój błąd z motelu, kiedy pozwolił mu się zagadać. Bo przecież pozwolił. Dał mu gadać o Stewart, zmyślić te wszystkie bajeczki o jej złym samopoczuciu, spróbować wjechać mu na ambicje, wszystko, żeby go tylko rozproszyć. I tylko dlatego Noriega jeszcze żył. Ale już niedługo. Już w tym momencie był postrzelony.
Tylko jak się szybko okazało, to wcale nie był Madox.
Bo Nick Dalton w przypływie chwili i skoku adrenaliny tak naprawdę postrzelił swojego dobrego przyjaciela. Człowieka, który był dla niego jak ojciec. Który brał go na strzelnice, uczył gdzie i jak wymierzyć, który kurwa zaprosił go na jebaną wigilię dwa lata temu, bo Nick nie mógł pojechać do własnej rodziny. I teraz ten sam ojciec leżał na podłodze i łapał się za… udo. Bo Dalton strzelił na oślep i kurwa chwała Bogu, bo gdyby wymierzył wyżej, Eliot pewnie dostałby w serce. Broń mu wypadła, poleciała gdzieś pod komodę, a krew zaczęła zalewać drewniane deski.
— Eliot!? — rzucił zaskoczony, otwierając szerzej oczy. I nawet chciał do niego podejsć, sprawdzić, upewnić się, że jakoś z tego wyjdzie. Może nawet by go opatrzył? Tylko że nim Dalton wykonał jakikolwiek ruch, druga postać już celowała w niego z broni.
Dokładnie ta, którą oryginalnie chciał zastrzelić.
Pierdolony, zasrany Madox Noriega.
Człowiek, przez którego on i Pilar nie byli właśnie razem. Tutaj. W swojej epickiej miłości. Bo Noriega też miał obsesje na punkcie Pilar. Też chciał ją tylko dla siebie. Dalton doskonale o tym wiedział. I może dlatego, znowu postanowił rzucić wszystko na jedną kartę?
— Już jej nie ma w szpitalu — rzucił szybko. — Moi ludzie już ją wyprowadzili — kłamał. Oczywiście, że kłamał, bo przecież nie miał żadnych ludzi, nie miał kurwa nikogo, kto mógłby mu pomóc, oraz nie miał pojęcia, co tak naprawdę działo się w szpitalu, ale przecież musiał zaryzykować. Dokładnie tak, jak Madox musiał przecież dać temu chociaż sekundę myśli. Zawahać się. Podważyć jego słowa. To musiało być przecież silniejsze od niego, to pół sekundy nieuwagi… które Nick wykorzystał od razu.
Przekręcił dłoń z bronią i strzelił.
Tylko tym razem jego cel zrobił unik, zdążył się schować za framugą drzwi i kula zamiast trafić mu prosto w łeb, wbiła się w drewno, pozostawiając pod sobie jedynie kolejne huczenie w uszach Daltona. On sam zaraz po zeskoczył do parteru i schował się za kanapą.
— Niepotrzebnie tu przyjechałeś, Noriega — krzyknął, nawet się nie wychylająć. — Bo tym razem nie pozwolę ci wyjść żywym.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chciał się skupić, musiał się skupić, bo musiał dorwać Daltona, ale wciąż i wciąż gryzło go to, co z nią, czy była bezpieczna...
Pewnie dlatego dał mu się rozproszyć, na ten jeden ułamek sekundy się zawahał.
Ale jacy jego ludzie? Dalton musiałby mieć cała armię, żeby nie dość, że zmylili dwóch policjantów, to jeszcze Lopeza, czterech ludzi Madoxa.
Zawahał się, na moment opuścił broń, a przecież od razu miał oddać strzał. Eliot leżał na podłodze, krwawił, Madox jeszcze nie wiedział skąd. Ale przecież skąd by to nie było, on już miał prawo strzelać, rozbroić Daltona. Celował w ramię, nie w łeb, nie w serce, po prostu w ramię, żeby wypuścił broń. Takie były przecież chyba procedury, ramię, noga, nie śmiertelny strzał. I chociaż Madox był wściekły, to chciał iść za tym, za tym co należało zrobić, a nie jakaś ślepą furią. Zemstą.
Tylko, że się zawahał, tylko, że jego myśli na tej jeden moment, jedno dzikie uderzenie serca w piersi, odpłynęły do Pilar, tam właśnie, gdzie to jego serce rwało się cały czas.
Dalton to wykorzystał, strzelił, Madox zdążył schować się za framugą, chociaż kula przeleciała mu koło ucha. Mało brakowało.
Kucnął, zszedł na nogach niżej chowając się za ścianą, ale Dalton zrobił to samo, za kanapą.
Słowa Daltona wypełniły ciszę, rozniosły się echem w tym pokoju, do którego przez rozwalone drzwi wdzierał się z zewnątrz chłód, śnieg i wiatr.
Madox wiedział, że Dalton nie żartuje, że tym razem nie da się zagadać, będzie strzelał na oślep.
Wiedział to chyba też Eliot, bo próbował się odezwać, cicho, łagodnie.
- Nick... nie rób tego... - zaczął.
- Zamknij się Eliot! - warknął Dalton, nie chciał tego słuchać. Nie chciał zabić Eliota, ale nie chciał go słuchać... On chciał tylko zabić Madoxa, tego śmiecia, który miał obsesję na punkcie Pilar. Jego Pilar.
Noriega wyjrzał zza futryny, kiedy Eliot zwrócił uwagę Daltona, ale skurwiel chował się za kanapą. Nie było jak w tej chwili oddać strzału. Musiał czekać na odpowiedni moment, na swoją szansą. A on przecież nie umiał czekać... Ale teraz, kiedy na szali leżało to, czy oni złapią Daltona. Był gotowy nawet czekać do usranej śmierci.
- Nick to wszystko da się... - spróbował znowu Eliot.
- Zamknij mordę Eliot! - Dalton był już skołowany. Postrzelił swojego mentora. Nie chciał tego.
On tylko chciał...
Nie panował już nad sobą, szybkie spojrzenie w kierunku rozwalonych drzwi, do których zaraz się wyrwał. Wypadł na zewnątrz. Tutaj nie miał szans ustrzelić Noriegi, nie kiedy Eliot będzie mu cały czas pierdolił. Mieszał w głowie.
Madox też wyrwał się do przodu, strzelił, ale kula zginęła gdzieś w panującej na dworze zamieci. Nie wiedział czy trafił, chyba nie...
W pierwszej chwili padł na kolana przy Eliocie, przyciskając mu do rany w udzie, z której lała się krew, jakąś szmatę, którą znalazł obok.
- Trzeba to... - zaczął.
- Idź! - warknął Eliot, który już odpinał swój pasek i wyciągał go ze spodni.
- Ale... - próbował jeszcze Madox bo chciał mu pomóc, bo nie mógł go przecież zostawić.
- Wiem co mam robić... Idź za nim Noriega, kurwa! - Eliot chyba naprawdę wiedział, co robić, bo już po chwili okręcał swoje udo paskiem, ponad raną. Madox skinął głową. Musiał iść. Chciał. Bo przecież musiał dorwać Daltona. Nie mógł mu znowu pozwolić uciec, nie kiedy on wciąż i wciąż był zafiksowany na Pilar. Kiedy, kurwa, on już myślał o tym jak wyciągnąć ją ze szpitala. I chociaż Madox przecież wiedział, że on nie ma tych swoich ludzi, że teraz by mu to nie poszło tak łatwo, to nie mógł ryzykować jej bezpieczeństwa. Nie mógł pozwolić, żeby ten psychopata szalał na wolności.
Ostrożnie wyszedł na zewnątrz spodziewając się, że Nick może na niego czekać. Ale nie czekał. Tylko skąd on miał wiedzieć gdzie on poszedł? Śnieżyca szalała, przed chatką było już tyle śladów, które oni wcześniej zrobili...
Gdzie ten Dalton?
Krew.
Dopiero świeże ślady szkarłatu na tym białym puchu zwróciły jego uwagę. Czyli Dalton dostał. Nie bardzo, bo wciąż się przemieszczał, ale krwawił. Czerwień kontrastowała na białym śniegu. I Madox ruszył tym śladem.
W kierunku jeziora.
Widział Daltona, ale był za daleko, żeby do niego strzelać. Za daleko, żeby się na niego rzucić.
- Dalton! - krzyknął, ale ten nawet się nie obejrzał, powłócząc nogą parł na przód. W stronę zamarzniętego jeziora. Z uporem szaleńca, pomiędzy śnieżycą, która rozkręcała się na dobre.
Uciekał?
Liczył, że uda mu się uciec?
A może chciał wyprowadzić Noriegę na otwartą przestrzeń?
Kiedy wszedł na pomost odwrócił się, oddał strzał, ale Madox się schował. Schował się za pobliskim drzewem.
Sam też opowiedział strzałem, ale w tym czasie Dalton zsunął się z pomostu na zamarznięte jezioro.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
I nawet teraz, kiedy sunął już po śnieżnych zaspach, przesuwając się raz po raz, przekładając większość ciężaru ciała na prawej nodze — bo przecież w lewą dostał kulą — zastanawiał się, czy Madox faktycznie za nim wyjdzie. Czy będzie na tyle głupi, żeby go gonić. Ale okazało się, że był. Pierdolony Noriega.
Jakim cudem on w ogóle był w stanie się tak szybko przemieszczać, po tym jak dostał w ramię, jak prawie wykrwawił się po wizycie w motelu? Wytrwały śmieć.
Ale przecież nikt nie był niezniszczalny i Dalton głęboko wierzył w to, że w końcu mu się uda. Że któraś z tych kul, które walił na oślep za siebie w końcu go trafi. Tylko że wcale nic nie szło po jego myśli.
A to oznaczało jedno — musiał improwizować.
Wbiegł na pomost ignorując ból w łydce, licząc, że adrenalina pociąganie go dalej.
Odwrócił się energicznie by sprawdzić, czy on wciąż był za nim.
Był.
Oddał kolejny strzał.
Pudło.
Nie był dokładnie pewien ile miał jeszcze naboi, ale z pewnością nie dużo. Musiał być bardziej rozważny. Zachować coś na czarną godzinę. Dlatego nie myśląc dużo, osunął się po pomoście na zamarznięte jezioro. Lód zaskrzypiał mu pod butami, ale wcale się nie złamał. Był na tyle gruby, że nawet nie pojawiło się pojedyncze pęknięcie.
Ruszył przed siebie.
Śnieg prószył mu w oczy. Nic nie widział. Jedynie słyszał walące w piersi serce, które odbijało się nawet w jego skroniach. Już nie myślał o Pilar — o jej pięknych, ciemnych włosach, wielkich oczach i pełnych ustach — teraz myślał o Noriedze i sposobie, by znaleźć drogę ucieczki i przy okazji sprawić, że Madox wyląduje w jeziorze.
Dlatego kiedy był już w odpowiedniej odległości, odwrócił się na moment i oddał strzał. Chybiony, ale przecież o to mu chodziło. Bo tym razem Nick nie celował a Madoxa… a w lód przed nim. Lód, który zaraz zaczął energicznie pękać, tworząc setkę pajęczynek, stając się wręcz niemożliwy do przejścia. Nie bez ryzyka wpadnięcia do wody, zmuszając tym samym Noriegę, by odbił w bok i ruszył okrężną trasą. To dało mu kilka sekund przewagi. A przecież w tak dynamicznej sytuacji, w jakiej się znaleźli, te kilka sekund było na wagę złota.
Zyskał przewagę.
Leciał przed siebie jak głupi.
Tak leciał, że nawet nie zauważył nieco cieńszej tafli, przysypanej świeżym śniegiem.
Lód gruchnął w sekundę, chowając się pod wodą, a razem z nim noga Daltona. Sygnął głośno, czując jak traci równowagę, jednak ostatkami sił przeniósł ciężar ciała na postrzeloną stopę, by przytrzymać się na powierzchni.
Woda była lodowata. Mroziła skórę w ułamku sekundy i chociaż Nick finalnie wyciągnął nogę z jeziora, przez moment miał wrażenie, że kompletnie stracił w niej czucie.
Nie miał pojęcia ile trwało to jego podnoszenie się do pionu, jednak miał nadzieję, że nie wystarczająco długo, żeby Madox za ten czas zdążył go dogonić.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale ono też chyba kiedyś musiało się wyczerpać?
Dużo rzeczy mu się zawsze układało, los podsuwał mu je pod nos, jak ten dywan, jak tą zapalniczkę, którą trzymał w rękach w samochodzie Daltona, ten paragon, który wypadł z kubła, który on kopnął. Wszystko to doprowadziło ich tutaj. Szybko. Zanim jeszcze zdążyli się zastanowić czy to dobry kierunek.
Ale Madox to czuł, że jest dobry. Bo on też dużo zawdzięczał temu swojemu wyczuciu, czuciu może?
Teraz też czuł, że Dalton łatwo się nie podda. Czy miał jeszcze jakiekolwiek szanse? Przecież niedługo zjawi się tutaj więcej policji. Cała masa policji, która przecież nie pozwoli mu uciec, ale na razie Madox był sam i musiał go zatrzymać.
Dalton strzelał na oślep, Noriega odpowiedział mu może raz?
A przecież on nigdy nie umiał wyczekać, nie umiał być cierpliwy, dzisiaj był. Dzisiaj podszedł do tego na chłodno. Chociaż przecież serce wciąż pompowało krew szybko, mocno, paliła gdzieś pod skóra. Paliła go też myśl, że powinien go zapierdolić. Za to co zrobił Pilar, Nick Dalton powinien beknąć. A teraz jeszcze postrzelił Eliota...
Czy potrzeba było jeszcze więcej za?
Madox więcej nie potrzebował. Ale wiedział, że stąd go nie trafi, zwłaszcza, że Dalton osunął się już na lód, na grubą taflę jeziora Ontario, na którym dzieciaki o tej porze roku grywały w hokeja. W którym rybacy ryli przeręble, żeby łowić ryby. Lód musiał być gruby.
Noriega niewiele myśląc też wylądował na lodzie. Stabilnie. Kontynuował pościg...
Tylko, że w pewnym momencie Nick znowu strzelił i chociaż Madox w pierwszej chwili myślał, że to kolejna chybiona próba, że to znowu strzał na oślep, to lód przed nim pokrył się drobnymi pajączkami, gdy przecięła go kula.
Powinien szukać innej drogi, powinien może zawrócić. Albo okrążyć Daltona, ale... czy miał na to czas? Czy Dalton mu wtedy nie ucieknie?
Zwłaszcza, że ruszył przed siebie jak głupi, a już po chwili noga mu się zapadła. I Madox to widział, widział jak Nick Dalton zatrzymał się w miejscu. Kilka długich kroków, tyle ich dzieliło. Jeszcze jedno spojrzenie na pękającą mu pod stopami taflę, a później może on liczył na tego swojego farta? Na to, że szczęście go nie opuściło i ruszył przed siebie.
Eliot leżał na podłodze, zacisnął na nodze powyżej krwawiącej rany pasek, zatamował krew, nie mógł wstać, ale czołgając się po podłodze przesuwał się do drzwi. Nic nie widział, na zewnątrz szalała śnieżyca, wiatr dął od strony jeziora, a wirujące w powietrzu, ostre płatki utrudniały widoczność. Dopiero po chwili do jego uszu dotarł dźwięk syren policyjnych, zagłuszony przez wyjący wiatr. Potem w oczy uderzyły go blędujące się ze sobą światła... Czerwone. Niebieskie. Odbijające się na śniegu. Samochody policyjne nie mogły podjechać pod samą chatkę, ale było ich dużo, a później dużo sylwetek wyłaniających się z zamieci.
Eliot spiął się w sobie, ostatkiem sił złapał się za framugę drzwi, pomachał do policjantów.
- Tutaj! Są na jeziorze! - zawołał.
Lód pod Noriegą zaczął pękać, zapadać mu się pod stopami, ale przecież był już tak blisko Daltona. Nie mógł go puścić, nie mógł pozwolić mu uciec. Wymierzył... w udo, chciał go uziemić, zatrzymać, nie zabić.
Madox nie był mordercą.
Chociaż wszyscy pewnie uważali inaczej. Nawet Eliot tak uważał, że on nie będzie umiał nad sobą zapanować, że przyszedł tutaj, żeby zabić Daltona. Ale nie chciał go zabijać, chciał go tylko zatrzymać...
Tylko w momencie, w którym on strzelił, z bliska, w którym udało mu się wycelować tak, żeby boleśnie ugodzić Daltona w udo, żeby już dalej nie mógł iść, zupełnie jak Eliot. To lód pod stopami Noriegi trzasnął złowieszczo, a już po chwili się załamał. Pokruszył.
A Madox wylądował w tej kurewsko zimnej wodzie. Poczuł jakby milion małych igiełek wbijał mu się w całe ciało. A on przecież tak nienawidził igieł. Zimno było przeszywające do kości, w sekundzie ogarniało każdą żywą tkankę, każdą komórkę ciała. Sprawiało ból. Ból, który paraliżował. Ale Noriega starał się wypłynąć, byle tylko zaczerpnąć w płucach powietrze. Powietrze, którego on przecież wcale nie zdążył nabrać, bo mimo wszystko tego się nie spodziewał. Wypuścił je z płuc razem z tą kulą wycelowaną w Daltona.
Nawet nie wiedział czy go dosięgnęła...
Nie wiedział też gdzie ma płynąć, jak płynąc, jak poruszać rękami i nogami, w tym paraliżującym zimnie. I kiedy myślał już, że mu się udało to jego palce zderzyły się z zimną lodową taflą, był pod lodem.
Policjanci znaleźli Eliota, ktoś przy nim został, na miejsce wezwali już karetki i straż pożarną. Oddział ruszył w kierunku jeziora. Ich śladami, krwistą drogą, którą podążał Nick Dalton i śladami Noriegi. Do pomostu.
W oddali, na lodzie, majaczyły jakieś postaci. Jedna strzeliła. Druga upadła, ruszała się, ale leżała na lodzie. Nagle lód trzasnął, załamał się, i ten pierwszy wylądował w wodzie. Ktoś ruszył na pomoc. Ostrożnie. Dwóch innych policjantów, z dwóch stron zachodziło Nicka Daltona, który leżał w kałuży krwi, krew kwitła na lodzie czerwienią, a Nick Dalton wciąż trzymał broń, ale czy teraz miał jakiekolwiek szanse?
To koniec... Płuca go paliły żywym ogniem, a pięści uderzały o lód, na próżno...
Przed oczami stanęło mu całe Medellin. Całe życie w ogóle. To jak przyjechał do Kanady, jak próbował się to dziesięć lat temu nawrócić, a potem i tak wylądował na ulicy. Zawsze, kurwa, lądował na ulicy, wśród najgorszych zbirów, bo może do nich pasował? Bo może wcale nigdy nie był dobry?
Ale trochę był. Trochę chciał być, dla niej.
Starał się, on naprawdę ostatnio się starał. Ale co z tego, kiedy tutaj miał się skończyć?
Przed oczami stanęła mu Pilar, której przecież obiecał, że zaraz do niej wróci. Której jeszcze tylko zdążył powiedzieć to Te Amo, które wyszło prosto z serca. Serca, które tak się do niej rwało jak szalone, a które teraz jakoś dziwnie zwalniało. Nie wróci?
Ale przecież to się nie mogło tak skończyć...
Może znowu wrócił ten jego fart? Bo kiedy Madox myślał, że to koniec, to ten lód, z którym przed chwilą walczył, zaczął pękać. Ustąpił pod jego palcami, udało mu się wyciągnąć do góry dłoń. Dłoń, na której zacisnęły się czyjeś palce.
Pilar Stewart