022.
put on a mask
everything is
Emptiness pękało w szwach. Kolejna tematyczna impreza ściągnęła na progi klubu masę ludzi, którzy swój wieczór spędzali na upijaniu się drogim alkoholem, doprawianiu mocnymi prochami i pozostawianiu siódmych potów na parkiecie.
Maddie po raz kolejny tego wieczoru wracała na salę główną w towarzystwie dwóch ochroniarzy, po tym jak wyjebali awanturującego się faceta za drzwi. Typ rozwalił cztery szklanki i prawie pobił jedną z barmanek, bo odmówiła pójścia z nim do kibla. Nic nowego. Tego typu rzeczy zdarzały się porzadku dziennym w Emptiness, chociaż ostatnio coraz częściej, dlatego chwała Noriedze za to, że zwiększył ilość goryli w klubie. Szczególnie że w ostatnim czasie szefa było coraz mniej w robocie. Pierwsze wizyta w szpitalu, kiedy wszystko było na jej głowie, a potem ciągle musiał coś załatwiać na jakiś komisariatach, z pierdoloną policją. Tak samo jak tego wieczoru, kiedy nie wiedzieć dlaczego, znowu zostawił ją samą. Mówił coś o odebraniu jakiegoś samochodu od mechanika, a potem jeszcze czymś? Maddie nie miała pojęcia. Nie słuchała go za dobrze, kiedy jej to tłumaczył, ale miałą nadzieje, że w końcu zaszczyci ich swoją obecnością. Szczególnie że na podeście tuż obok DJki tańcowała jego laska.
Maddie nigdy nie przepadała za Stewart, głównie dlatego, że była z policji, ale kiedy pojawiła się w życiu Noriegi na dłużej, to już jej sympatia spadła poniżej zera. Sprowadzała kłopoty. Madox chodził przez nią rozkojarzony, zaniedbywał pracę i nagle zmienił priorytety. Dla kobiety. Kurwa żałosne.
Chciała się w to nie wtrącać, naprawdę chciała, ale kiedy Pilar nagle przeskoczyła na jeden ze stołów razem z jakąś inną blondynką, zbierając wokół siebie masę napalonych typów, Maddie już nie wytrzymała. Złapała za telefon i wybrała numer Madoxa.
— Kiedy będziesz? — krzyknęła, przyciskając komórkę do ucha, podczas gdy w dłonie już złapała szklankę i zaczęła nakładać do niej kostki lodu. — Nic się nie wyjebało, po prostu pytam kiedy będziesz… — nie miała zamiaru mówić mu o tym przez telefon. Wolała, żeby sam sobie przyszedł i zdecydował, co zrobić z tematem, ale kiedy on zaczął jej pierdolić, że jeszcze czegoś nie skończył, westchnęła głośno i podniosła wzrok na stół, na którym teraz już były jeszcze dwie inne laski. — Dobra, kurwa, słuchaj. Stewart tu jest, znowu zalana w trupa i… — musiała przerwać, bo jeden z goryli machnął na nią ręką. — Już idę — krzyknęła do niego, a zaraz potem przycisnęła mocniej telefon ramieniem. — Muszę kończyć, ale uwierz mi, chcesz ją stąd zabrać.
Pilar faktycznie była w Emptiness już któryś raz w przeciągu ostatniego tygodnia. Praktycznie każdą zmianę w pracy kończyła przy barze. Na komisariacie oczywiście na moment wstrzymali wszystkie jej śledztwa i przekazali je Beckowi, żeby mogła odpocząć, a kiedy tłumaczyła im, że ostatnie co chcę, to odopoczywać i będzie chodzic do pracy czy tego chcą czy nie… dali jej papierkową robotę. Papierkową. Kurwa. Robotę. Dla niej. Dla kurwa śledczej. Ale robiła, bo co innego mogła, skoro to było zarządzenie z góry? No tylko kiedy siedziała cały dzień przy biurku, nie potrafiła tak po prostu nie myśleć o tym wszystkim co sie stało. Znowu narastały w niej te pieprzone ataki paniki, które od momentu opuszczenia szpitala wracały do niej przy każdej chwili słabości. Doprowadzało ją to do szału. I właśnie dlatego znalazła ucieczkę w alkoholu. Bo kiedy piła, nie myślała. Proste. Pierwszy stopień do alkoholizmu zaliczony.
Oczywiście wszystkie jej drogi prowadziły do Emptiness. I to wcale nie dlatego, że chciała, a bo w każdym innym miejscu bała się zamówić drinka. Nawet kilka razy spróbowała, ale finalnie wcale go nie piła i wychodziła. A czemu, to już chyba łatwo się domyślić. Dlatego padło na Emptiness. Ufała obsłudze, a świadomość, że to wszystko było Madoxa tylko dodawał jej spokoju. Co nie zmienia faktu, że nawet tutaj kiedy je dostała, zerowała wszystko na raz, by przypadkiem nie zostawić szklanki do połowy pełnej. I takim sposobem po kilku kolejkach była w tym ulubionym stanie nieważkości, gdzie nie liczyło się nic tylko muzyka i świetna zabawa.
Również tego wieczoru było już kompletnie spruta, jednak wciąż z gracją poruszała się na parkiecie. Bo muzyka też była taką rzeczą, która ściągałą z niej nieprzyjemne myśli, wyciszałą. Chociaż ta dzisiejsza była tak energiczna, że zamiast wyciszać, buzowała w jej żyłach i napędzała biodra do odpowiednich ruchów.
Nie miała pojęcia jak skończyła na tamtym stole w jednej z loż, tuż obok parkietu. Chyba ktoś ją przeniósł razem z inną blondynką, a potem nie wiedzieć kiedy zrobiło się ich cztery. Tańczyły, ocierały się o siebie, a dookoła wianuszek ludzi skandował, by pościągały ciuchy. No przecież świetna zabawa!
Madox A. Noriega