Ich praca nie była ciężka jedynie pod względem fizycznym, ale często również mentalnym. Pomijając drastyczne widoki, z którymi musieli się mierzyć - dużym obciążeniem były dla nich właśnie także trudne decyzje, które musieli podejmować pod presją czasu, właściwie w ułamkach sekundy. Zależały od nich nie tylko losy poszkodowanych, ale również ich samych. Nie było miejsca na wahania, na przemyślenia wszystkich za i przeciw, a tym bardziej nie było miejsca na błędy. Riley, choć chciała pomóc mężczyźnie i dopilnować, że wyjdzie z tego wszystkiego cały i zdrowy, to wiedziała też, że w rękach ratowników medycznych będzie bezpieczny, a pod gruzami nadal ktoś mógł czekać na ich ratunek. To było najrozsądniejsze wyjście z sytuacji i jedyny plan, którego powinni się trzymać.
Przyłapała się na tym, że przez chwilę uśmiechała się lekko, obserwując wymianę zdań między Earlem a Teddy. Strażaczka już od samego początku w swoich interakcjach z mężczyzną pokazała jak ciepła i opiekuńcza potrafi być. Wystarczyło kilka prostych słów i gestów, które niemalże zdołały rozczulić Riley. Musiała przyznać, że Darling była w tym od niej o niebo lepsza. Umiała bez trudu złapać kontakt z ludźmi, a także podziałać na nich uspokajająco. Były równie skuteczne na akcji, ale to przy Teddy, poszkodowani czuli się bezpieczniejsi, co wcale nie dziwi.
Była wdzięczna, że pomoc nadeszła akurat w tamtym momencie, bo inaczej pewnie utknęły by tam z Earlem na dłużej. Z drugiej strony jednak napięcie między nią a Donovanem nadal było wyraźnie wyczuwalne. Pomimo wszelkich zapewnień Teddy o tym, że Jett był „naprawdę w porządku”, to mocno zraził do siebie nową koleżankę i zamiast przyznać się do błędu i zmienić coś w swoim zachowaniu, nadal traktował Riley tak, jakby nie tylko zastąpiła tragicznie zmarłego strażaka w ich jednostce, ale była też odpowiedzialna za jego śmierć. Absolutnie nie rozumiała uprzedzeń Donovana, ale nie brnęła w to, bo z drugiej strony niespecjalnie zależało jej na jego sympatii. Mieli razem pracować i już. Nic poza tym.
Nie podobało jej się oczywiście to, że tak się rządził. Rozdzielenie się na dwójki, tak jak do tej pory i tak jak zasugerowała sama Darling, również i jej wydawało się lepszym pomysłem. Nie mogły mieć pewności ile jest prawdy w jego słowach i czy rzeczywiście takie wytyczne dostał od Younga, ale postanowiła, że nie będzie się z tym kłócić, nie w tych okolicznościach.
Włączając ponownie latarki, posłusznie i bez słowa ruszyła za kobietą, by zaraz dorównać jej kroku. Na pytanie skinęła tylko głową, choć nie do końca rozumiała skąd ta troska i czemu cokolwiek miałoby być nie w porządku. Mieć jednak przy sobie kogoś, kto co rusz upewnia się, że kompletnie nie sfiksowałeś w środku akcji, było miłym uczuciem.
—
Nie wiem czy powinnam, Teds. Ty na pewno nie powinnaś wypowiadać się w imieniu was wszystkich — odpowiedziała, bez głębszego namysłu i obejrzała się szybko przez ramię na strażaków, którzy powoli przemierzali korytarz, sprawdzając dokładnie każdy zakamarek. Nie musiała mówić tego na głos. To oczywiste, że miała na myśli Jetta, który unikał jej jak ognia, chyba że byli zmuszeni współpracować - co ostatnio zdarzało się częściej niż by pewnie tego chciał. I vice versa.
—
Wiem co próbujesz zrobić i… po prostu nie próbuj, okej? — przystanęła, ściszając głos na tyle, by tylko ona była w stanie ją usłyszeć.
Nie miała nic przeciwko temu, by pograć z nimi w kosza, a wręcz brzmiało to kusząco, szczególnie że nie miały dużo okazji do tego, by spotkać się poza remizą. Z drugiej strony jednak potrafiła wyczuć doskonale jeśli gdzieś nie była mile widziana i dokładnie tak czuła się przy Donovanie. Nie żeby jakoś ubolewała z tego powodu!
—
Ale jeśli po prostu chciałaś widywać mnie po pracy, to wystarczy powiedzieć, Darling — mruknęła z lekkim uśmieszkiem, trącając ją przy tym łokciem —
Wiesz, ja też nic nie rozumiem z tego sportu, ale chętnie poszłabym pooglądać bandę wysportowanych lasek, biegających za piłką… czy za czym to tam się biega w rugby — parsknęła cicho, sugerując, że gdyby Teddy chciała wybrać się ponownie na mecz, to Riley z przyjemnością by jej potowarzyszyła.
Zamilkła nagle, gdy zaczęły mijać kolejne, zniszczone rzędy siedzeń. Światło jej latarki napotkało coś co moglo być kawałkiem ubrania albo - co gorsze - uwięzioną, zmiażdżoną częścią ciała.
—
Czekaj, mam coś — rzuciła, już klęcząc blisko, by móc zajrzeć głębiej. Latarka w dłoni wspomagała tę przyczepioną do kasku, by wkrótce odkryć widok, którego Riley zdecyduje się oszczędzić Theodorze. Zastygła na chwilę, wzmacniając uścisk dłoni na źródle światła i przesuwała je powoli po zmarłej już kobiecie. Najpierw zauważyła jej wciąż otwarte oczy - spojrzenie, choć zdawałoby się, że utkwione w Davis, tak jednak totalnie nieobecne. Dopiero później dostrzegła krew, która sączyła się z ust i zdążyła zastygnąć już na policzku. A na końcu metalowe pręty, wbite w klatkę piersiową i brzuch. Pokręciła tylko głową i zacisnęła usta nim ostrożnie podniosła się z ziemi.
—
Nie patrz. Nie żyje. Idziemy — krótki, wyraźny komunikat. Ruszyła dalej, nasłuchując, jednak jedyne co docierało do jej uszu do odgłosy pracujących wokół strażaków i medyków. Korytarz robił się coraz ciaśniejszy, a ona powoli godziła się z myślą, że w tym sektorze raczej nie znajdą już nikogo żywego. Gdy osunięta w pobliżu nich betonowa płyta i wątłe elementy nad ich głowami nagle zadrżały niebezpiecznie, cała czwórka jednogłośnie stwierdziła, że najwyższa pora się stamtąd ulotnić.
KONIEC
teddy darling