ODPOWIEDZ
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
the world was on fire, and no one could save me but you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spokojne popołudnie w remizie zostało brutalnie przerwane nagłym, wysokim dźwiękiem alarmu. Davis dopiero zaczynała zmianę, gdy dostali zawiadomienie o pożarze stadionu, ale od razu ruszyła na dół, w stronę wozów, wiedząc, że nie ma czasu do stracenia. Łapiąc po drodze hełm i kurtkę, znalazła się u celu, nim jeszcze komunikat dobiegł końca. Niewiele z niego wyłapała, skupiona bardziej na tym, by w pełni umundurowana i gotowa, stawić się jak najszybciej do wyjazdu.
Po drodze, już znacznie uważniej wsłuchiwała się w informacje spływające do nich przez radio i które zaraz były jeszcze powtarzane przez dowodzącego. W akcję zaangażowano wszystkie sąsiadujące z obiektem jednostki - w tym sto trzydziestą drugą - a niektóre z nich zdążyły już przybyć na miejsce, by zacząć nierówną walkę z żywiołem. Sznur wozów ich ludzi pędził jeszcze przez ulice miasta, dając o sobie znać przeszywającym uszy sygnałem. Z dala zobaczyć już mogli płonący stadion i kłęby dymu, a Riley miała wrażenie jakby już w tamtej chwili mogła poczuć jak nieprzyjemnie wgryza się w jej płuca. Young, w porozumieniu z innymi dowódcami, rozdzielał zadania, kierując ludzi z poszczególnych wozów do kilku różnych wejść stadionu, nim jeszcze opuścili swoje kabiny. Wszyscy mieli pomagać w wyprowadzaniu poszkodowanych, a nie wiedzieli jeszcze jaka dokładnie była ich liczba. Mogli tylko podejrzewać, jako że akurat w tym czasie, na stadionie odbywało się jakieś sportowe wydarzenie - tego szczegółu strażaczka już nie zarejestrowała.
Na miejscu, została przydzielona do konkretnego sektora - tego, w którym trybuna niestety zdążyła już runąć. Davis i kilkoro innych strażaków - w tym między innymi Darling - mieli kierować się do wejścia “C”. Przez kilka sekund patrzyła prosto w ogień, który z niesamowitą prędkością rozprzestrzeniał się i pochłaniał kolejne części obiektu. Stadion zdecydowanie pamiętał lepsze czasy, chociaż była pewna, że nawet najnowsza konstrukcja nie byłaby w tej sytuacji bezpieczna i prędzej czy później pożar doprowadziłby do zawalenia budynku. Metalowe elementy przy tej temperaturze wyginały się niczym plastelina, a szyby - nawet te najbardziej termoodporne - pękały jak mydlane bańki.
Rozpoczynała się walka, nie tylko z płomieniami, ale i z czasem.
Davis, rusz się do kurwy nędzy! — usłyszała za sobą krzyk jednego z kolegów, na co od razu rzuciła się w stronę wyznaczonego wejścia.
Nie mieli nawet chwili na obmyślenie konkretnego planu, odpowiedniej strategii - wchodzili tam niemalże na oślep, mając na celu po prostu ratunek. W środku widoczność była mocno ograniczona, zaledwie do kilku metrów przed nimi. Od razu rozdzielili się w dwójki - obstawili wejście, wyprowadzając zdezorientowane i przerażone ofiary, które o własnych siłach znalazły do nich drogę, czy też wynosząc tych poważniej rannych. Teddy i Riley wraz z kolejną parą - Donovanem i Salingerem, ruszyły w głąb, w stronę zniszczonego sektora, by odnaleźć pozostałych. Byli świadomi tego, że część została uwięziona pod gruzami. Nie mieli jednak pewności, czy ktokolwiek to przeżył. Im dalej się przesuwali, tym bardziej temperatura stawała się nie do zniesienia, a gęsty dym utrudniał dostrzeżenie czegokolwiek.
Idźcie z drugiej strony! Patrick i ja spróbujemy przedostać się tędy — usłyszała tuż obok głos Jetta. Zniknęli, gdy tylko zdążyła mu przytaknąć. Zniknęła także Darling, która miała być tuż za nią. — Teddy?! Odbijamy w prawo!


teddy darling
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
30 y/o
REKORD SKOCZNI
167 cm
strażaczka toronto fire station 132
Awatar użytkownika
i can take you higher
oh, oh, oh, i'm on fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

026.
Bywały dni, które od samego początku wydawały się podejrzanie ciche. Teddy zawsze wtedy miała nieprzyjemne wrażenie, że coś się wydarzy. Nie potrafiła przewidzieć co ani kiedy, a jednak miała taką pewność. Lata pracy w straży nauczyły ją, że katastrofy rzadko dają jakiekolwiek ostrzeżenia.
Wezwanie w jednej chwili wyrwało całą jednostkę z tej złudnej ciszy. Alarm poderwał wszystkich na nogi, a remiza natychmiast wypełniła się szelestem zakładanych mundurów. Teddy zbiegła po schodach i dopiero w połowie drogi dotarło do niej, że zapomniała hełmu. Zaklęła pod nosem i już miała wsiąść do wozu, kiedy drogę zastąpił jej Young. Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby wiedziała, że nie ma szans się wymigać. Odesłał ją z powrotem na piętro, stwierdzając, że musi być nienormalna, jeśli sądzi, że dopuści ją do jakiejkolwiek akcji bez pełnego umundurowania. Teddy przewróciła oczami, ale zawróciła, bo wiedziała, że ma rację. W tej pracy hełm niejednokrotnie decydowały o życiu albo śmierci. Lepiej nie dawać losowi dodatkowych powodów.
Z komunikatu wywnioskowała, że mają do czynienia z pożarem stadionu, na którym odbywał się mecz futbol kanadyjski, co odgórnie oznaczało, że w wydarzeniu brało udział na mnóstwo ludzi, w tym całe rodziny z dziećmi. Teddy wiedziała jednak, że nie miała do czynienia z czymś, co przerastało jej możliwości.
Kiedy dotarli na miejsce, pozostałe jednostki też już tam były. Nie było czasu na kurtuazję i zbędne pogawędki. Plecak ciążył jej na ramionach, gdy ruszyli w wyznaczone miejsce. Sektor C, sektor C... Tylko sektor C już nie istniał. Został po nim sam gruz. Jak oni mieli się tam dostać? Została nieco z tyłu, próbując przedostać się przez zgliszcza, ale tędy na pewno nie zdoła przejść, choćby skały srały i mury pękały.
Zaraz do ciebie dołączę! — krzyknęła do Davis. W tym samym momencie wyminął ją jakiś strażak z innej jednostki. Poprawił hełm i rzucił Darling przez ramię krótki spojrzenia.
Raczej nie ma zbyt dużo rannych, same trupy, powodzenia! — poinformował krótko i tyle go widziano.
Teddy potrząsnęła głową, jakby chciała wyrzucić z głowy te mało optymistyczne słowa. Skręciła w prawo i dopadła do Riley. Między zawalonymi trybunami dostrzegła niewielki otwór. Szpara jest na tyle mała, że przeciętny mężczyzna nie mógłby się zmieścić, ale para smukłych kobiet już tak.
Pójdę przodem — oznajmiła, nawet nie czekając na odpowiedź Davis. Tutaj nie ma czasu na dyskusje. Ściągnęła plecak i złapała się betonowej krawędzi. Najpierw jedna noga, później druga. Na razie nie miała za dużo czasu na ocenę sytuacji, ale chyba nawet nie musi patrzeć, żeby wiedzieć, że to istna masakra. — Och, kurwa — stęknęła, gdy już znalazła się po drugiej stronie. Pochyliła się i zajrzała przez otwór. — Podasz mi plecak? Zmieści się? — Teddy zmarszczyła brwi i odchrząknęła.
Dym między zgniecionymi trybunami wydawał się coraz gęstszy. Zdążyła jednak zakodować, że miejsca było wystarczająco, aby móc się wyprostować i swobodnie poruszać. Jeśli ktoś tutaj był i nie został przygnieciony przez metalowe elementy trybun, mógł jednak przeżyć.
Jett? — nacisnęła guzik w krótkofalówce, łącząc się z kumpel. — Słyszysz mnie? — w odpowiedzi usłyszała trzaski i piski. Kurwa mać. — Donovan, tu Darling? Czy mnie słyszysz? Odbiór — dalej nic. Rozejrzała się po otoczeniu — powyginane belki, zawalone konstrukcje i tony metalu leżące jedne na drugich jak rozsypane zapałki. To wiele wyjaśniało. Metal potrafił skutecznie tłumić sygnał radiowy, szczególnie w takich warunkach Krótkofalówka mogła działać, ale fale zwyczajnie nie miały jak się przebić.
Szarpnęła plecak, który podała jej Davis, po czym wyciągnęła do niej rękę, chcąc pomóc jej przedostać się na drugą stronę.
Z tymi twoimi długimi nogami może to trochę potrwać— rzuciła, uśmiechając się pod nosem. Nie no, bez jaj. Ogarnij się, Teddy, to nie jest czas i miejsce ma flirty.

riley davis
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu
30 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
strażaczka Toronto Fire Station 132
Awatar użytkownika
the world was on fire, and no one could save me but you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mimo że zjawili się na miejscu błyskawicznie, to jeszcze zanim dotarli, kilka zastępów zdążyło zacząć już walkę z żywiołem. Przez swoje dziesięć lat pracy w straży, Riley widziała naprawdę wiele i zdecydowanie nie były to widoki dla ludzi o słabych nerwach, jednak niektóre rzeczy i tak nie przestawały jej zadziwiać. Każda sekunda miała znaczenie w starciu z ogniem, który siał spustoszenie w zastraszającym tempie i był tak nieprzewidywalny. Płomienie pochłaniały obiekt z taką prędkością, że można było odnieść wrażenie, że tego wszystkiego nie podtrzymuje konstrukcja ze stali, a z tektury. Na pierwszy rzut oka wydawać się mogło, że są wobec pożaru bezsilni - zniszczenia były tak wielkie. Ale nadal, to tylko budynek, a oni spieszyli tam przede wszystkim po to, by ratować ludzkie istnienie. Na to jeszcze nie było za późno - takiej myśli się trzymała.
Zdezorientowana nieobecnością partnerki, już miała się cofać, ale słysząc jej wołanie, trochę się uspokoiła. Cieszyła się, że to właśnie z nią miała pracować. Momentami pewnie było widać, że w Riley zostało coś jeszcze z dawnej, szczeniackiej rywalizacji, ale i tak, jeśli miała z kimś kroczyć w głąb płonącego stadionu - to najlepiej z Teddy. Ufała jej, a w tym zawodzie to dosyć istotne. Darzyła ją większym zaufaniem niż kogokolwiek innego w jednostce. Nie dlatego, że była kobietą. Nie dlatego, że znała ją dłużej, a koledzy jeszcze się oswajali z Davis. I nawet nie dlatego, że Darling ją pocałowała. Po prostu już dawno temu połączyło je coś wyjątkowego - coś, co mocno wykroczyło poza koleżeństwo, czy profesjonalną relację.
Nie, nadal nie potrafiła do końca tego zdefiniować.
Nie tylko dym utrudniał widoczność - w środku było ciemniej niż się spodziewała. Poruszały się ostrożnie, wzdłuż wyznaczonego sektora, by znaleźć odpowiednie miejsce - odpowiednio duże i przede wszystkim bezpieczne - by móc dostać się do środka, pod zawaloną część. Przejście które zauważyła Theodora, było naprawdę niewielkie, ale wydawało się być pozbawione ryzyka, jako że strażacy zdołali odciąć już tę sekcję od ognia.
Skinęła tylko głową i także od razu ściągnęła swój ciężki plecak, do którego przypięta była również butla z tlenem. Przeciśnięcie się przez taką szczelinę graniczyło z cudem, a tym bardziej w kombinezonach i z całym ekwipunkiem na plecach.
Mam nadzieję, bo jeśli plecak nie przejdzie, to ja na pewno też nie — stwierdziła, mało optymistycznie, po czym schyliła się i zajrzała do środka, poprawiając małą latarkę na hełmie. Najpierw ostrożnie podała Darling plecaki z niezbędnym sprzętem, a potem przez chwilę obserwowała jej nieudane próby połączenia się z Donovanem, równocześnie oceniając swoje szanse na przejście przez otwór, który był zdecydowanie za mały, by mogła to zrobić… z gracją. Po chwili jednak chwyciła się dłoni towarzyszki i z jej pomocą przedostała się na drugą stronę - nie bez trudu.
Racja… lubię je, ale niezbyt mi się przydają w takich momentach. Poszłoby znacznie lepiej, gdybym była słodkim maleństwem — mruknęła, trochę jednak rozbawiona jej uwagą. Pewnie rzuciłaby jeszcze w odpowiedzi jakiś błyskotliwy, flirciarski komentarz na temat nóg Teddy albo tego jej zgrabnego tyłka, na którym lubiła czasem zawiesić wzrok. Na szczęście w porę się na tym przyłapała, bo przecież nie czas i miejsce — Z drugiej strony, filigranowa Riley nie wyniosłaby stąd na plecach dorosłego typa — zaraz po tym trafnym spostrzeżeniu, spojrzała za siebie, ponownie na szczelinę, przez którą weszły. Dotarło do niej, że jeśli znajdą rannych pod gruzami, największym wyzwaniem będzie przetransportowanie ich na powierzchnię. Miała tylko nadzieję, że do tej pory znajdą inną drogę wyjścia, a może nawet nadejdą posiłki w postaci chłopaków z ich zastępu.
Cicho. Słyszałaś? — przerwała nagle rozmowę, sięgając do bocznej kieszeni swojego plecaka po dodatkową latarkę. Na szczęście im głębiej szły, tym dymu było mniej, a temperatura przestawała być tak nieznośna jak zaraz przy wejściu. Beton który pękł i osunął się w tym miejscu tworzył solidną izolację. Nie wyglądał też tak, jakby groziło mu kompletne zawalenie, ale temu wrażeniu akurat nigdy nie powinno się w pełni ufać. Szły dalej, by dostać się do poszkodowanych, a prowadził ich jedynie słaby, ledwo słyszalny, dźwięk kaszlu.
Tam! Widzę coś pod siedzeniami — wskazała nagle na miejsce, na które dodatkowo kierowała strumień światła i od razu ruszyła w tamtą stronę. Tym co dostrzegła okazały się być buty. Poruszały się, co uznała za dobry znak. Kaszel przybrał na intensywności. — Wyciągnięmy cię stąd! Tylko spokojnie! — krzyknęła, ale w odpowiedzi usłyszały tylko to samo, uporczywe chrząkanie.


teddy darling
mów jak chcesz
angielskie wyjścia
30 y/o
REKORD SKOCZNI
167 cm
strażaczka toronto fire station 132
Awatar użytkownika
i can take you higher
oh, oh, oh, i'm on fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wspólnymi siłami udało im się wciągnąć Davis na drugą stronę. Chwilę to potrwało, ale kiedy już stanęły twarzą w twarz, Teddy uśmiechnęła się do niej. Żadna nie była chucherkiem, a sprzęt i umundurowanie też niczego nie ułatwiało. To oczywiste, że z innymi posturami nie zdołałyby dźwigać wielu kilogramów. Dla Darling równouprawnienie nie kończyło się wraz ze zniesieniem kogoś z ostatniego piętra dziesięciopiętrowego budynku i chociaż zwykle mogła liczyć na pomoc kompanów, przede wszystkim liczyła na siebie i swoje umiejętności.
Gdyby usłyszała komentarz na temat swojego tyłka, pewnie zaśmiałaby się wewnętrznie. Riley widywała ją zwykle w szerokich spodniach, które nijak nie podkreślały figury. Co innego, jeśli zerkała na nią w sztani, kiedy się przebierały. Teddy też zerkała, musiała się do tego przyznać z duszą na ramieniu.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale kiedy partnerka uciszyła ją i zaczęła nasłuchiwać, Darling również zamieniła się w słuch, żeby zlokalizować źródło dźwięku. Ruszyła za nią, zaciskając w ręce latarkę, a kiedy strumień światła z latarki Davis padł na obuwie, przyklęknęła, żeby lepiej wymacać obsuniętą konstrukcję. Od razu stwierdziła, że bez usunięcia kawałku betonu nie zdołają wydostać poszkodowanego, a to wiązało się z ryzykiem zawalenia. Szansa, że nic się nie stanie była równa z zagrażającym niebezpieczeństwem.
Riles — zaczęła, wskazując podbródkiem na gruzowisko. Pod zwałami betonu, gdzie znajdowała się ofiara zdarzenia; stłumione jęki i urywane oddechy nie pozostawiały wątpliwości, że był to mężczyzna. — Możemy to podważyć — dodała po chwili, mierząc wzrokiem niestabilną konstrukcję. Rozejrzała się w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby posłużyć za prowizoryczne podpory. — Ale najpierw trzeba zabezpieczyć ten obszar. Jeśli coś jeszcze się osunie, wszyscy możemy tu utknąć albo co gorsza, zginąć. Tej możliwość jednak nie brała pod uwagę.
Przykucnęła ponownie, ostrożnie odsuwając drobniejsze kawałki gruzu, po czym podniosła się z kolan. Przeszła kawałek, oświetlając latarką zadymioną przestrzeń. Miała nadzieję, że pozostali strażacy uporają się z ogniem na tyle, żeby ten nie zaczął pochłaniać tej części zawalonego sketora.
Spróbujmy z tymi metalowymi prętami — zaproponowała, zbierając porozrzucane żelastwo. Rdzawe pręty wystawały spod fragmentów betonu jak połamane żebra; chwytała je jeden po drugim, testując ich wagę i wytrzymałość. — Jeśli dobrze je zaklinujemy, powinny chwilowo utrzymać ciężar — stwierdziła, a kiedy spod gruzu znów wydobył się kaszel, Teddy pochyliła się i wyciągnęła ręki, żeby dosięgnąć nogi poszkodowanego. — Hej, spróbujemy cię stąd wyciągnąć. Jak masz na imię? — zapytała z nieukrywaną troską, nieco potrząsając stopą mężczyzny.
Earl — odparł zachrypniętym głosem.
Cześć, Earl. Jestem Teddy. A strażaczka, która wcześniej do ciebie mówiła, to Riley. Jesteśmy ze sto trzydziestej drugiej jednostki. Dostrzegasz na sobie jakieś obrażenia? — dopytała Darling. Mężczyzna poruszał nogami, a to był dobry znak. Pytanie, czy jak jak nie zdejmą z niego betonowej płyty, nie zaczną wypływać z niego narządy wewnętrzne.
Nie wiem — wymamrotał Earl. — Chyba nie. Ale strasznie boli mnie klatka piersiowa.
Oddychaj spokojnie, zaraz się zobaczymy — zapewniła i wstała, schylając się po pręt. Kątem oka spojrzała na Davis. — W porządku? — upewniła się, jak na prawdziwą partnerkę przystało. Wzajemna troska w zespole była podstawą udanych akcji.

riley davis
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Fire Station 132”