Przerażało ją to. Ale wcale nie w taki sposób, jak myśli o Daltonie, czy tym co się stało, kiedy to przerażenie przejmowało kontrolę, zalewało strachem i paraliżowało całe ciało, wywołując atak paniki. To przy Madoxie było inne. Przyjemne. Sprawiało, że z jednej strony bała się, że w przy nim już nie potrafiła się pohamować, że życie by za niego oddała, a z drugiej zaś ekscytowało, przyśpieszało bicie serca i sprawiło, że była szczęśliwa. Bo była. Była przy nim kurewsko szczęśliwa.
Szczególnie, kiedy spędzali takie chwile, jak ta. Kiedy w końcu mogli być sami. Rozmawiać o rzeczach przyziemnych, jak te pieprzone musy, gdzie Pilar chodziło o pyszne czekoladowe z malinami, a Madox myślał, że o owocowy szajs, które przyniósł mu Eric. Jak kiedy mogli przekomarzać się o to, czy Stewart była w stanie kiedykolwiek mieć dość deserów w postaci Noriegi. Oczywiście, że by nie mogła. Bo przecież ona nie mogła się nim nasycić. Nigdy. Wiecznie było jej mało. Nawet w momentach, kiedy ledwo łapała powietrze w płuca, kiedy on doprowadzał ją na skraj, a jej ciało drżało z rozkoszy — nawet wtedy miała wieczny niedosyt.
Zupełnie jak teraz, kiedy wymieniali się czułymi pocałunkami, przeplatając języki z dymem, który mieszał się między ich ustami i rozprowadzał po ciele, przynosząc jeszcze większe ukojenie. Kiedy on powiedział, że to też jego najlepszy blant w życiu. Kiedy wdarł się w końcu pod materiał
Chciała czuć go wszędzie. Dotykać gdzie tylko się stało. Być w kilku miejscach jednocześnie. Nienawidziła być daleko od jego ust, a jednak niesamowitą satysfakcję sprawiał jej moment, gdy sunęła po jego nagiej klatce piersiowej mokrym językiem, a jego ciemne oczy, były wpatrzone tylko w nią. Tak czarne i wygłodniałe. S p r a g n i o ne.
Gdyby ktoś teraz zrobił zdjęcie jego twarzy, z tej właśnie perspektywy, jej oczami, Pilar chyba wywołałaby to sobie na formacie A1 (jeszcze większym niż prezent od Melani) i powiesiła nad łóżkiem. Tylko wtedy z tego łóżka wcale by nie wychodziła, wpatrzona w jego obłedną twarz i to spojrzenie, które samo w sobie sprawiało, że przez jej plecy raz po raz przebiegał elektryzujący prąd.
Wariowała na punkcie jego rozgrzanej skóry — całowała ją i gryzła, chociaż kiedy z jego ust padła dosadna komenda, nawet chwili nie czekała, by ją spełnić. Wszystko by dla niego zrobiła. Poderwała się do góry i już po chwili zachłannie załowała jego usta. Zatracała się w obłędnym słodkim smaku, pomieszanym z tym marihuany.
— Lo que quieras — Co tylko chcesz, wydyszała pomiędzy pocałunkami, a jęknięciem, które opuściło jej gardło, gdy złapał ją mocno za pośladki i przycisnął do swojego ciała. Sama Pilar docisnęła się do niego jeszcze bardziej, dosłownie przywierając do rozgrzanej klatki piersiowej. Chciała go czuć dokładnie, całą sobą.
Tylko nie mogła.
Przeszkadzała jej w tym wciąż opadająca na ramiona koszulka.
Dlatego nawet nie czekając na jego inicjatywę, opuściła na moment dłonie, by złapać za materiał i zrzucić go przez głowę. Cisnęła ją gdzieś za siebie. I chciała kurwa Bogu, że nie na bok, bo tam jeszcze żarzyła się pozostałość po skręcie. Wypalając dziurę w kanapie. Całe szczęście spalili go prawie do końca, bo jeszcze tylko w dzisiejszym dniu pełnym wrażeń brakowało im pożaru do całego bingo. Nawet by pewnie tego nie zauważyli, bo on już na nowo kradł powietrze z jej ust. Już o wiele bardziej intensywnie, mocno, zachłannie. Jakby całą tą tęsknotę za sobą nawzajem przelewali teraz w gorących pocałunkach.
— Háblame, Madox — Mów do mnie, Madox, rzuciła na ostatnich oparach powietrza, odsuwając się na moment i spoglądając w jego piękne, ciemne oczy. Jej dłoń, która wcześniej gładziła szorstki policzek, przesunęła się nieco niżej, na żuchwę, wciskając kłąb dłoni w szyję, podczas gdy kciuk zadarł jego podbródek w górę. — ¿Qué deseas? — Czego pragniesz? Zapytała bezpośrednio, zaciskając nogi na jego udach. Była gotowa dać mu wszystko. Bo sama chciała, ale też w formie wdzięczności za to, jak pięknie o nią tego dnia walczył. Jak nie poddał się, kiedy zrobiło się ciężko i niewygodnie; kiedy odepchnęła go od siebie, a on sukcesywnie nie odpuścił. Wszystko by mu teraz dała. Całą siebie. I jeszcze więcej.
Madox A. Noriega