Dzień przed walentynkami czy w walentynki, jaka to była różnica? Ledwie kilku godzin, zanim się obejrzymy będzie wiosna. A przynajmniej tak sobie powtarzałem, bo miałem już dosyć tych przejmujących mrozów -
Zrobiłem je - co ona mnie miała za jakiegoś amatora, co zamawia żarcie na imprezę? Jestem pieprzonym masterchefem, pół dnia spędziłem w kuchni, w czasie kiedy Peach wiązała kokardki i kleiła serca -
Poza tym to na pewno nie przez krewetki, zeżarłem ich z pół kilo i nic mi nie jest - coś innego musiało zaszkodzić moim gościom, co? Pewnie nigdy się nie dowiem, ale na pewno nie krewetki. Owoce morza zawsze kupowałem w jednym, sprawdzonym miejscu i byłem pewien, że pochodziły ze statku, który ledwie wczoraj rzucał kotwice na głębokich wodach - totalnie świeżutkie. Potem wzruszam ramionami, bo na szczęście nie jesteśmy w sądzie i nie muszę odpowiadać na to pytanie, w sumie nie chciałem się z nią dzielić swoimi dolegliwościami, których nota bene nie miałem. Jak ktoś prowadził taki tryb życia jak ja i miał kopę siana w banku, to badał się regularnie dla własnego komfortu psychicznego. Wychodzimy z mieszkania i nagle pojawia się ona - stara Patelowa była dosłownie jak hiszpańska inkwizycja, nikt się jej nie spodziewał. Przez moment nie dowierzam, odwracam się powoli i gapie w milczeniu na własną matkę, a ona na mnie. Wciąż mam na głowie czerwony kapelusz z wielkim rondem, w łapie flaszka wina, na stopach kapcie, Charlotte zaś w tej sukience i makijażu wygląda jak konkretna sucz i brakuje tylko smyczy, żebyśmy wyglądali jak wyciągnięci z parady dla fetyszystów -
Co ty tu robisz o tej godzinie? - pytam -
A gdzie ojciec? - nie wierzyłem, że wypuścił ją samą o tej porze i bardzo nie chciałem, żeby gdzieś tu był. Na szczęście mama macha ręką -
Musiał jechać załatwić coś w kancelarii, poprosiłam go żeby mnie do ciebie podrzucił to prawie po drodze - ni chuja nie było po drodze, właściwie miejsce, w którym pracował mój stary znajdowało się po drugiej stronie miasta, tylko przecież nie umiał jej odmówić -
Jane mówiła, że ciężko pracuje? - powtarzam, w takim razie Jane właśnie załatwiła sobie kolejne dwa tygodnie nadgodzin, prosiłem ją nie raz, żeby nie plotkowała z moją matką, bo wisi na telefonie i klienci nie mogą się dodzwonić. Odbieram od niej siatkę i zaglądam do środka, a tam serniczek i -
Ooo, zrobiłaś spagetti! Dzięki - cieszę się jak dziecko, ten makaron nawet nie stał obok włoskich dań, ale był naprawdę wyjątkowy, jedyny i niepowtarzalny smak maminego sosu pomidorowego -
Musimy to zjeść - zwracam się do Charlotte, pokazując jej duży słoik po brzegi wypchany sosem, może nie dzisiaj, ale totalnie musiała spróbować. Mama po raz kolejny zaprasza nas do siebie, więc rzucam z automatu -
Nie, nie, Charlotte nie może w niedzielę, ma ważniejsze rzeczy do roboty, mówiłem ci, że przyjdziemy jak będzie mogła - truje mi dupę od sylwestra, a ja od sylwestra się wykręcam, że niby Kovalski nie ma czasu. Ja w sumie wcale nie chciałem odpuszczać, lubiłem jeść obiad z rodzicami, mama była świetną kucharką, a ojciec nie zawsze był taki skurwiały jak ostatnio, potrafił się wyluzować wśród najbliższych. Przy Charlotte na pewno nie będzie umiał, była mu całkowicie obca, poza tym z konkurencji -
Ale nie wypowiadaj się za nią, poza tym co może być ważniejsze niż obiad u przyszłej teściowej, prawda skarbie? - najpierw mnie strofuje, a potem zwraca się do Lotty i jej perlisty śmiech wypełnia każdy zakamarek kamiennej klatki schodowej. Wywracam oczami, licząc na to, że moja domniemana umiłowana stanie po mojej stronie i ściemni, że ma już inne plany. Jakoś sobie nie wyobrażam żeby chciała jeść obiadki z moją rodzinką -
No dobrze chodźcie się przywitać - podchodzi bliżej i najpierw ściska mnie rzucając coś w stylu
śmierdzisz papierosami, a potem tuli też Charlotte i obrzuca ja spojrzeniem od góry do dołu -
Ładny strój - bo raczej nie ubranie, może i była wyluzowana, ale wciąż jednak dama, dla kogoś takiego jak moja matka to co Kovalski miała na sobie nadawało się co najwyżej na karnawał. I zaiste byliśmy przecież w karnawale. Proponuje żebyśmy weszli do środka a ja się cały spinam, bo okej, mieliśmy bliską relacje, wiedziała, że grzecznym chłopcem przestałem być w podstawówce, że palę i piję, ale kompletnie nie zdawała sobie sprawy (albo bardzo skutecznie to wypierała), że na imprezach w moim mieszkaniu prochy latały wokół na złotej tacce, a kibel wyglądał gorzej niż na Woodstocku w '99. Była przyzwyczajona do tej pedantycznej wersji mnie, która układa buty w idealnie równym rzędzie i prasuje majtki, te wersje, która się kurwi nawet nie biorąc za to pieniędzy, chciałem jak najdłużej utrzymywać w tajemnicy. Na szczęście Kovalski ratuje mnie z opresji i w tym momencie byłem jej naprawdę wdzięczny. Zapraszam obie panie gestem ręki, żeby szły pierwsze, wchodzimy do mieszkania Charlotte i obydwoje razem z moją matką rozglądamy się z zaciekawieniem dookoła -
O jakie słodziaki, no chodźcie się przywitać - pochyla się żeby pogłaskać psiaki i ja też to robię, lubię takie małe pimpusie chociaż z kotami zawsze miałem lepszy vibe -
Pokroisz nam sernika? - zwraca się do mnie, co najmniej jakbym miał znać każdy zakamarek tego mieszkania, ale kiwam głową i patrzę na Lotte żeby mnie może jakoś pokierowała. Świetnie, teraz będę przez kolejne dwie godziny usługiwał dwóm babom. Koncept może brzmiał nawet interesująco, ale praktyka miała wyglądać inaczej. Coś tu zdecydowanie poszło nie tak.
Charlotte Kovalski