28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
169 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Wiesz, że nie oto chodzi — warknęła Charlotte. Nie chodziło o te kwiaty, czy o wino, które miała dostać, tylko o randkę. Normalne, ludzkie wyjście bez żadnych przepychanek, które w żaden sposób nie zostanie przerwane przez nikogo. Miły czas oznaczał seks. Potrzebowała go, naprawdę. Z Williamem miała znaczący problem. Albo darli ze sobą koty, albo urządzali sobie tajski boks mentalnie, albo było święto, którego nie dało się w żaden sposób zignorować takie jak sylwester.
Przestań zachowywać się jak bachor — burknęła, słysząc jego przedrzeźnianie. Zaraz wywróciła teatralnie oczyma. Im dłużej go słuchała, tym bardziej pojawiała się na jej czole żyłka, która zaczynała pulsować. Wraz z kolejnymi słowami, aż prychnęła — bo kurwa byłeś wtedy normalny — miała w sobie tyle dumy, by to przyznać przed samą sobą. Tak, chciała pocałunku, tak podobał się jej, ale to jedno zachowanie potrafiło wszystko przekreślić — potrafiłeś się zachować i nawet jeśli mi się spodobało, to zmieniam zdanie — nie potrafił. Zachowywał się niczym zakochany nastolatek, ciągnący dziewczynę za włosy i podrzucający żabę — z końskich zalotów wyrosłam w wieku trzynastu lat, Patel — mruknęła, tracąc odrobinę rezon. Kiedyś to się jej to może podobało. Takie przepychanki, obrażanie się, ale tak, zdecydowanie z tego wyrosła. Wręcz z niej kipiała zazdrość, która pękała, jak napompowany balonik z kolejnymi słowami Patela.
A może i jestem zazdrosna? — stwierdziła wprost Charlotte. Nie była, na pewno nie o niego, ale chciała mu popsuć psychę. Kilka sekund ciszy, aż w końcu parsknęła pod nosem — i co? — zagadnęła z pięknym uśmiechem na twarzy, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho — łyso Ci teraz, Patel? — spytała, unosząc delikatnie głowę — tylko ja potrafię się do tego przyznać i przy pierwszej, lepszej okazji nie robię z Ciebie jakiegoś zwyrola — kłamstwo, zrobiła, ale liczyła, że Peach niczego nie przekazała. Nawet brokatem z konfetti chciała go zaatakować. Wszystko byle wrócić do prawdziwej wojny między nimi. Więcej od życia nie potrzebowała., zwyczajnie utrzeć mu nosa, żeby choć przez krótką chwilę się zamknął i nic do niej nie mówił.
Przestałam być, jak sam zacząłeś — warknęła. Wcześniej mogła wywiesić białą flagę i wręcz nią pomachać. Nie chciała się z nim widywać, choć momentami łapała się na patrzeniu przez Judasza, byle wiedzieć, czy żyje. Znała jego imprezowy styl życia. Czasami wręcz nie wiedziała, co dokładnie powinna z nim zrobić, w jaki sposób go rozwikłać.
Później już weszła do środka. Tak, było jej przykro. Co by nie powiedzieć, nie planowała zepsucia mu kibla. Los się trochę odwrócił, a i ona miała w sobie odrobinę emocji. Wyrzuty sumienia doskwierały jej niesamowicie. Ale kiedy wręczał jej butelkę wina, bukiet, to aż mrugnęła kilka razy oczami, nie wiedząc, co dokładnie się dzieje.
Nie zachowuj się jak obrażona dzidzia — mruknęła Charlotte, odkładając itemy na blat jakiejś komody. Smród, mróz i ten Will na kanapie. Westchnęła ciężko, usiadła na skraju kanapy, spoglądając na niego smutnymi oczyma — chodź, pójdziemy do mnie — zaproponowała Lotte, kładąc mu dłoń na łydce, by ruszył dupsko — tu albo umrzesz od smrodu, albo od mrozu — jej samej było w pizdu zimno. Nie wiedziała, co było gorsze chłód, czy sraka.
Rusz dupę i przestań robić z siebie ofiarę — nie był nią, no może odrobinę — twój kibel to nie moja wina — kłamstwo, ale tego nigdy się nie dowie. Musiałaby się dobrze naćpać, by mu to przekazać. Zmieszać koks, trawkę i jakieś MDMA, choć z Williamem nigdy nie wiadomo, co się stanie. Może tak zwyczajnie powinna się od niego odciąć — mam makaron z wczoraj i dużo alkoholu... — zaproponowała, marszcząc delikatnie brwi — jezu, czym Cię skuszę? — spytała, poddając się. Zjebała, wiedziała o tym i chciała to jakoś naprawić.
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Było mi w chuj łyso i chyba tylko dlatego nic nie mówię, zresztą mogła to wyczytać z mojej twarzy bo najpierw moja mina wyrażała więcej niż tysiąc słów i to w większości przekleństw, a teraz malowało się na niej tylko jedno - zdziwienie. Może nawet szok. Potem to już mógłbym polemizować, bo sam słyszałem na własne uszy, jak kłamie na temat moich chorób i jeszcze namawia do tego osoby trzecie, ale nic nie mówię, tylko się krzywię jakbym łyknął właśnie ze dwie cytryny. Ten wieczór miał wyglądać zupełnie inaczej, miałem być dyrektorem tego przybytku słodkiej rozpusty, gdzie zebrali się dzisiaj wszyscy lokalni hedoniści. Liczyłem na duże szoty, grube kreski i łatwe dziewczyny, a tymczasem skończyłem z kompletnie zniszczoną łazienką i miną zbitego psa, siedząc w ciszy na kanapie. Obserwuję ją kątem oka, jak odkłada rzeczy i trochę nieśmiało się przysiada. Myślałem, że nie ma sumienia, ale chyba właśnie bardzo doskwierały jej wyrzuty - Do ciebie? - powtarzam. Zerkam na zegarek wiszący na ścianie, zbliżała się północ - Zapraszasz mnie na Walentynki? - unoszę nieznacznie jedną brew - Makaron z wczoraj, łał, brzmi jak kolejna dawka rozwolnienia - a ja już miałem dosyć takich ekscesów - No nie wiem, nie wiem - niby się jeszcze nad czymś zastanawiam, chociaż wolałbym siedzieć na korytarzu niż tutaj, szczerze mówiąc, tam przynajmniej nie waliło aż tak - Właściwie jest coś co mogłoby poprawić mi humor - zaczynam, zakładam nogę na nogę, krzyżując je gdzieś na wysokości kostek, w dłoń chwytam frędzel od narzuty i zaczynam go sobie nawijać na palec. Nie śmiem proponować jej wspólnego sprzątania, chociaż widok Charlotte pochylonej nad muszlą klozetową zdecydowanie poprawiłby mi humor, ale - No wiesz, jesteś sama i ja jestem sam, zaraz będą Walentynki, zero perspektyw na jakiekolwiek randki - chociaż mnie Peach chciała namówić na wspólne wyjście na reformery, nie do końca wiedziałem co o tym sądzić - Masz stary makaron i w chuj alkoholu, nawet się nie lubimy, czy to nie brzmi jak chujowa randa zakończona przygodnym seksem bez zobowiązań? O ile oczywiście nie boisz się chlamydii - wzruszam ramionami. Przez chwilę przyglądam się jej w milczeniu, ale szybko zbieram się do siadu - Żartowałem, chodźmy się najebać, trzeźwość jest w chuj nudna - nie to żebym był czysty jak niemowlaczek, ale alkohol zdążył już ze mnie prawie że wyparować, szczególnie w tym zimnie. Wstaję i zamykam okna, przechodzę się po pokoju, gasząc wszystkie lampy i klaskam w dłonie, żeby wyłączyć też górne światło, miałem takie różne bajery zamontowane w mieszkaniu w sumie chyba tylko dla fazki. Biorę sobie jakieś wino, żeby się nie zmarnowało, bo jutro już nie będzie się nadawać do niczego, niestety, a impreza miała być zdecydowanie dłuższa. Mieliśmy tu balować do rana, a wszyscy wyszli przed dwunastą. Czekam aż pójdzie przodem, bo przecież nie będę jej się na chama ładować do mieszkania, byłem nawet ciekaw jak jest urządzona, jak wyglądało gniazdko Charlotte Kovalski?

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
169 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Czuła się, jak ten zakręcony słoik najlepszego kompotu truskawkowego w piwnicy, kiedy spoglądała na minę Williama. Wygrała tę wojnę. Widziała to w jego oczach. Uśmiechnęła się szeroko, unosząc brodę ku górze, ale później już znajdowała się w jego mieszkaniu. Choć miała mu sporo do zarzucenia, to był jak ten zepsuty pasztet wrzucony prosto do śmietnika. Wszystko przez nią. Mogła po prostu wbić na imprezę, napuścić na niego laseczki i zniknąć bez słowa. Zamiast tego zgotowała mu horror, pewnie dlatego siedziała teraz jak zbity szczeniak na jego kanapie. Mogła być okrutna, nie mieć żadnych barier moralnych, ale na koniec dnia miała uczucia. Zepsuła mu wieczór, łazienkę i pewnie średnio udany seks.
Do mnie — powtórzyła raz jeszcze, robiąc niewinną minę — zapraszam Cię do mnie dzień przed walentynkami — poprawiła go. Walentynki chciała spędzić w inny sposób. Może zaprosi do siebie Devona? On na pewno nie robiłby jej żadnych problemów ze zabawą i przede wszystkim wiedział, gdzie mieszka. — to nie ja zamawiam krewetki z rozwolnieniem — ona jedynie je powodowała, wrzucając odpowiednie tabletki do soku. Gotowała całkiem dobrze, jak na dziedziczkę fortuny. Jakby nianie robiły jej darmowe lekcje gotowania.
Co by Ci humor poprawiło? — dopytała, wpatrując się w niego z nieukrywaną ciekawością — a masz chlamydię, rzeżączkę, kiłę, czy AIDS? — spytała już poważniejszym tonem, spoglądając na zabawę frędzelkiem — wolałabym coś uleczalnego — chlamydia z tych wszystkich chorób nie brzmiała tak źle. Szybkie tabletki i po sprawie. Może... w ramach prezentu urodzinowego powinna mu sprawić zestaw badań na choroby weneryczne? Nie ma nic bardziej romantycznego niż profilaktyka o partnera.
Cudownie — mruknęła, idąc w stronę wyjścia. Czekała na nich cała noc i wielkie, piękne, przeszklone mieszkanie z dwoma psami chmurkami, stojącymi pod drzwiami, by przywitać się z jego właścicielką i nowym gościem. Gdzieś pewnie panował delikatny bałagan, ale większość ludzi nazwałaby go porządkiem. W porównaniu do armagedonu u Patela z pewnością tak było. Uśmiechnęła się szerzej, widząc Williama, zamykającego drzwi. Może ten wieczór nie będzie taki zły?
Billy? Ty tutaj z Charlotte? — nagle usłyszeli delikatny głos i panią Patel, która wpatrywała się w nich cała zainteresowana — co u Ciebie słoneczko? Przyszłam sprawdzić, co u mojego syna. Twoja sekretarka Jane mówiła, że ciężko pracujesz, więc przyniosłam Ci jedzenie — w siatce znajdował się pojemnik z ulubionym daniem Willa oraz sernik, taki bez rodzynek — Skoro jesteście tu we dwoje, to chciałabym Was zaprosić na niedzielny obiad. Tak, wiem, że to po Walentynkach, ale mam nadzieję, że spędzicie je razem i przyjdziecie do nas — wyćwierkała pani Patel, wpatrując się w nich z uśmiechem — możemy wejść do środka? — spytała, pokazując twarzą drzwi do mieszkania Williama. Lotte szybko się wyprostowała i otworzyła drzwi do własnego apartamentu.
Zapraszam do mnie pani Patel, tu będziemy mogli porozmawiać — rzuciła, otwierając szerzej drzwi. Szybko chwyciła za swoje psiaki, by nie rzuciły się z językiem na gości.
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Dzień przed walentynkami czy w walentynki, jaka to była różnica? Ledwie kilku godzin, zanim się obejrzymy będzie wiosna. A przynajmniej tak sobie powtarzałem, bo miałem już dosyć tych przejmujących mrozów - Zrobiłem je - co ona mnie miała za jakiegoś amatora, co zamawia żarcie na imprezę? Jestem pieprzonym masterchefem, pół dnia spędziłem w kuchni, w czasie kiedy Peach wiązała kokardki i kleiła serca - Poza tym to na pewno nie przez krewetki, zeżarłem ich z pół kilo i nic mi nie jest - coś innego musiało zaszkodzić moim gościom, co? Pewnie nigdy się nie dowiem, ale na pewno nie krewetki. Owoce morza zawsze kupowałem w jednym, sprawdzonym miejscu i byłem pewien, że pochodziły ze statku, który ledwie wczoraj rzucał kotwice na głębokich wodach - totalnie świeżutkie. Potem wzruszam ramionami, bo na szczęście nie jesteśmy w sądzie i nie muszę odpowiadać na to pytanie, w sumie nie chciałem się z nią dzielić swoimi dolegliwościami, których nota bene nie miałem. Jak ktoś prowadził taki tryb życia jak ja i miał kopę siana w banku, to badał się regularnie dla własnego komfortu psychicznego. Wychodzimy z mieszkania i nagle pojawia się ona - stara Patelowa była dosłownie jak hiszpańska inkwizycja, nikt się jej nie spodziewał. Przez moment nie dowierzam, odwracam się powoli i gapie w milczeniu na własną matkę, a ona na mnie. Wciąż mam na głowie czerwony kapelusz z wielkim rondem, w łapie flaszka wina, na stopach kapcie, Charlotte zaś w tej sukience i makijażu wygląda jak konkretna sucz i brakuje tylko smyczy, żebyśmy wyglądali jak wyciągnięci z parady dla fetyszystów - Co ty tu robisz o tej godzinie? - pytam - A gdzie ojciec? - nie wierzyłem, że wypuścił ją samą o tej porze i bardzo nie chciałem, żeby gdzieś tu był. Na szczęście mama macha ręką - Musiał jechać załatwić coś w kancelarii, poprosiłam go żeby mnie do ciebie podrzucił to prawie po drodze - ni chuja nie było po drodze, właściwie miejsce, w którym pracował mój stary znajdowało się po drugiej stronie miasta, tylko przecież nie umiał jej odmówić - Jane mówiła, że ciężko pracuje? - powtarzam, w takim razie Jane właśnie załatwiła sobie kolejne dwa tygodnie nadgodzin, prosiłem ją nie raz, żeby nie plotkowała z moją matką, bo wisi na telefonie i klienci nie mogą się dodzwonić. Odbieram od niej siatkę i zaglądam do środka, a tam serniczek i - Ooo, zrobiłaś spagetti! Dzięki - cieszę się jak dziecko, ten makaron nawet nie stał obok włoskich dań, ale był naprawdę wyjątkowy, jedyny i niepowtarzalny smak maminego sosu pomidorowego - Musimy to zjeść - zwracam się do Charlotte, pokazując jej duży słoik po brzegi wypchany sosem, może nie dzisiaj, ale totalnie musiała spróbować. Mama po raz kolejny zaprasza nas do siebie, więc rzucam z automatu - Nie, nie, Charlotte nie może w niedzielę, ma ważniejsze rzeczy do roboty, mówiłem ci, że przyjdziemy jak będzie mogła - truje mi dupę od sylwestra, a ja od sylwestra się wykręcam, że niby Kovalski nie ma czasu. Ja w sumie wcale nie chciałem odpuszczać, lubiłem jeść obiad z rodzicami, mama była świetną kucharką, a ojciec nie zawsze był taki skurwiały jak ostatnio, potrafił się wyluzować wśród najbliższych. Przy Charlotte na pewno nie będzie umiał, była mu całkowicie obca, poza tym z konkurencji - Ale nie wypowiadaj się za nią, poza tym co może być ważniejsze niż obiad u przyszłej teściowej, prawda skarbie? - najpierw mnie strofuje, a potem zwraca się do Lotty i jej perlisty śmiech wypełnia każdy zakamarek kamiennej klatki schodowej. Wywracam oczami, licząc na to, że moja domniemana umiłowana stanie po mojej stronie i ściemni, że ma już inne plany. Jakoś sobie nie wyobrażam żeby chciała jeść obiadki z moją rodzinką - No dobrze chodźcie się przywitać - podchodzi bliżej i najpierw ściska mnie rzucając coś w stylu śmierdzisz papierosami, a potem tuli też Charlotte i obrzuca ja spojrzeniem od góry do dołu - Ładny strój - bo raczej nie ubranie, może i była wyluzowana, ale wciąż jednak dama, dla kogoś takiego jak moja matka to co Kovalski miała na sobie nadawało się co najwyżej na karnawał. I zaiste byliśmy przecież w karnawale. Proponuje żebyśmy weszli do środka a ja się cały spinam, bo okej, mieliśmy bliską relacje, wiedziała, że grzecznym chłopcem przestałem być w podstawówce, że palę i piję, ale kompletnie nie zdawała sobie sprawy (albo bardzo skutecznie to wypierała), że na imprezach w moim mieszkaniu prochy latały wokół na złotej tacce, a kibel wyglądał gorzej niż na Woodstocku w '99. Była przyzwyczajona do tej pedantycznej wersji mnie, która układa buty w idealnie równym rzędzie i prasuje majtki, te wersje, która się kurwi nawet nie biorąc za to pieniędzy, chciałem jak najdłużej utrzymywać w tajemnicy. Na szczęście Kovalski ratuje mnie z opresji i w tym momencie byłem jej naprawdę wdzięczny. Zapraszam obie panie gestem ręki, żeby szły pierwsze, wchodzimy do mieszkania Charlotte i obydwoje razem z moją matką rozglądamy się z zaciekawieniem dookoła - O jakie słodziaki, no chodźcie się przywitać - pochyla się żeby pogłaskać psiaki i ja też to robię, lubię takie małe pimpusie chociaż z kotami zawsze miałem lepszy vibe - Pokroisz nam sernika? - zwraca się do mnie, co najmniej jakbym miał znać każdy zakamarek tego mieszkania, ale kiwam głową i patrzę na Lotte żeby mnie może jakoś pokierowała. Świetnie, teraz będę przez kolejne dwie godziny usługiwał dwóm babom. Koncept może brzmiał nawet interesująco, ale praktyka miała wyglądać inaczej. Coś tu zdecydowanie poszło nie tak.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
169 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Może jeszcze Ciebie nie dopadło? Albo od tych kurewek masz taką odporność, że nic Cię już nie rusza, kto wie — stwierdziła, wzruszając ramionami. Wolała pójść w zaparte. Nie miała zamiaru przyznać mu się do podrzucenia tabletek. Nigdy, przenigdy. Nieważne, co by jej powiedział, milczałaby, udawała debilkę. Tyle powinno mu wystarczyć na ten moment.
Zaraz przysłuchiwała się rozmowie pani Patel wraz z Williamem. Jej głowa chodziła, jak u psa na sprężynce stojącym w aucie. Raz na jedno, raz na drugie. Zdążyła zanotować, że to była ta lepsza połowa rodziców Willa. Uśmiechała się, potakiwała głową, nie próbowała w żaden sposób przerywać. Jeszcze była grzeczna.
Dobrze — mruknęła pod nosem, uśmiechając się nieśmiało. Nie chciała w żaden sposób denerwować Willa. Jego głowa była niczym rozgotowany kalafior. Impreza zakończona, kibel obsrany po łokcie, a grzejniki jedynie wzmacniały zapach gówna. Dopiero kolejne słowa Anabelle wydawały się ją lekko wytrącić. Czy powinna skorzystać z okazji?
Przyszłej teściowej? — jeszcze podejmowała decyzję, zastanawiała się, co powinna odpowiedzieć. Z jednej strony chciała stanowczo zaprzeczyć, a z drugiej... chciała zrobić Williamowi na złość — no oczywiście, przecież widzę, że coś między wami jest — pani Patel stwierdziła, to ze zaskakującą prostotą i uprzejmością. Głowa Lotty jeszcze cały czas pracowała — z chęcią przyjdę w niedzielę, ale... — zatrzymała się przez moment — porozmawiajmy o tym w środku — stwierdziła finalnie. Potrzebowała jeszcze kilku chwil. Spoglądała na Patela, obliczając w głowie zyski oraz straty.
Dziękuję, choć ty masz zdecydowanie lepszy — stwierdziła Lotte, a gdy tylko weszła do domu, zastanawiała się, gdzie leży jakaś marynarka. Mogła ukryć jej ramiona i zakryć delikatnie uda. Chyba teraz tego potrzebowała. Przy kobiecie czuła się zaskakująco obco.
Proszę uważać, one bardzo lubią okazywać miłość — rzuciła nerwowo i zaraz puściła oba diabły. Jeden z nich zaczął lizać kobietę po nodze, prawie jak kot domagać się czułości, drugi za to rzucił się na mężczyznę, skacząc na niego i liżąc po dłoni. Wcale nie były z nich żadne, małe, puchate kulki. Żywe dwadzieścia kilo wagi.
Will, wiesz, gdzie wszystko jest, prawda? — zagadnęła, wychylając głowę w stronę kuchni — talerzyki są w szufladzie obok zlewu, sztućce w tej pod płytą — szybkie przypomnienie pani domu — a herbaty z kubkami w szafce obok lodówki — dodała, a finalnie przeniosła wzrok na kobietę — to przyszłaś... skontrolować Willa? — jej rodzice w życiu nie przyszliby w piątkowy wieczór do mieszkania. Miała w sobie niezależność, której komuś w tym duecie brakowało. W głowie chciało się jej śmiać, ale powstrzymała się.
Nie, nie chciałam się upewnić, że w końcu nas odwiedzisz — i po chwili pani Patel dodała szeptem — Billy, jeszcze na nikogo tak nie patrzył — zaraz puściła jej oczko. Wtedy Lotte podjęła decyzję. Skoro dalej siebie nie lubili, to... chciała jeszcze bardziej utrudnić mu życie. Może wtedy nie będzie sprowadzał losowych kurewek i będzie mogła w końcu spokojnie się wyspać.
Ależ oczywiście, cudowny jest — wyćwierkiwała Lotte, choć w duchu miała ochotę się zerzygać — jeszcze nie spotkałam takiego mężczyzny. Chociaż właśnie mieliśmy wychodzić na zabawę karnawałową — spojrzała w stronę kuchni, robiąc maślane oczy. Tak, była urodzonym kłamcą. Nigdy tego nie ukrywała i była gotowa pójść o krok do przodu. Wyobraźnia pani Patel była dla niego wystarczająco karą — normalnie się tak nie ubieram — stwierdziła, zakrywając nogi poduszką. Miała w sobie więcej klasy i elegancji, niż można było osądzać po dzisiejszym stroju.
Rozumiem, rozumiem — mruknęła kobieta, a zaraz zaczęła grzebać w torebce — pokażę Ci coś pięknego — jeśli William ją słyszał, wiedział, że zbliża się wielki problem. Z portfela wyjęła przepiękne zdjęcie — zobacz, to jest Billy jak miał ospę — a tam nagi ośmioletni Will wyglądający jak biedronka, tylko z białymi kropkami — prawdziwy z niego słodziaczek — aż przytuliła zdjęcie do własnej piersi. Wtedy już Lotte podjęła decyzję na sto procent. Musiała zobaczyć rodzinne albumy. Nawet jeśli będzie musiała udawać totalnie zakochaną w Patelu, była gotowa na ten ból.
Och, faktycznie przekochany — odpowiedziała przemiłym tonem Charlotte i zaraz zadała najbardziej znaczące pytanie — pokażesz mi albumy rodzinne w niedzielę? — dopytała, zerkając na Williama. Zapamięta je głęboko we własnej pamięci i będzie wypominała przy pierwszej, lepszej kłótni.
34 y/o
Welkom in Canada
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Wywracam oczami jak tak wesoło trzebiocze o byciu teściową i że przecież coś między nami jest. Było zdecydowanie - niechęć, złośliwość, BYĆ MOŻE jakiś okruch sympatii zagrzebany gdzieś głęboko pod skorupą negatywów. Znowu to robiliśmy, znowu wychodziliśmy razem, nawet jeśli jeszcze pół godziny temu dosłownie miałem ochotę przyjebać jej w pysk. A to wkurzało mnie jeszcze bardziej, że nie potrafimy się nawet porządnie nienawidzić. O ile łatwiej byłoby mijać się na klatce bez towarzyszącego każdemu spojrzeniu skrętu kiszek. Czemu jak zobaczyłem dzisiaj Jasona to poczułem, że muszę się wtrącić? Czemu zalała mnie fala złości, a potem zazdrości, a potem jakiejś dziwnej satysfakcji, kiedy wyszedł z Dolores? Czemu rodzice przez lata tłumili w nas uczucia, a teraz nawet nie potrafimy ich nazwać, a co dopiero się do nich przyznać? Czy to już zauroczenie czy jeszcze niechęć? Pojebane. Charlotte zgadza się na wspólny obiad, a ja posyłam jej spojrzenie, która wyraża dosłownie jedno słowo - oszalałaś? Wzdycham przeciągle i wchodzę za nimi do środka. Atakują nas dwa psy, ale wcale nie chcą nas przepędzić, tylko domagają się czułości. Moja matka jest jak taka nimfa, którą możesz dotknąć, ale z pewną dozą nieśmiałości i zwierzę też to czuje, w stosunku do mnie są zdecydowanie bardziej nachalne, jednak w ogóle mi to nie przeszkadza. Tarmoszę pieska dopóki nie zostanę wysłany do kuchni. Raczej nie mam nic do gadania, więc kiwam tylko głową i idę robić swoje. Słyszę instrukcje Kovalski, ale i tak przeszukuję wszystkie szafki, zanim wyjmę potrzebne rzeczy. Przez chwilę przyglądam się obrazkowi papieża na lodówce, a potem zaglądam do środka, tak o, żeby zobaczyć jak się żywi - krzywię się lekko na widok połówki starego kebaba, zawiniętego w folię. Wstawiam wodę i szukam jakiejś tacy, żeby nie musieć latać z talerzami po 10 razy. Dochodzą do mnie strzępki rozmowy - ściszony ton mojej matki i świergotanie Lotty, chociaż bardziej słyszę dźwięki niż konkretne słowa. Pojawiam się przy nich w momencie, w którym pokazują sobie zdjęcie i robi mi się dosłownie gorąco ze wstydu - Weź przestań, nie pokazuj ludziom tego zdjęcia, jest obrzydliwe - wkurzam się odkładając tacę z trzema kawałkami sernika na ślicznych, malutkich talerzykach, miała nawet widelczyki do ciasta, chociaż nie posądzałem jej o to, że wie do czego ich używać, pewnie kupiła bo wyglądały słodko. Anabelle Patel marszczy nosek i spogląda na mnie jakby obrażona - Wcale nie, jest urocze, prawda? - szuka potwierdzenia u Charlotte, a gdy Kovalski pyta czy pokaże jej albumy to cała aż promienieje radością - Oczywiście - widzę ten błysk w oku. Lotta jeszcze nie wie o co właśnie poprosiła, moja matka była jebnięta na punkcie albumów, mieliśmy całe opasłe tomy ze zdjęciami z każdego momentu życia, nawet teraz, jak tylko wysłałem jej jakieś zdjęcie, to drukowała je sobie i planowała nowy album. Mieliśmy fotograficzny reportaż z porodu. Kurwa, z PORODU, to chyba nie było zbyt normalne. Jasne, była tam cała masa kompromitujących fotek, ale nie wiem co czułem teraz bardziej - złość, że być może je zobaczy, czy rozbawienie, że właśnie wkopała się w kilkugodzinną opowieść o historii rodu Patel. Układam tace na blacie kawowego stolika i siadam na kanapie, zaraz dołącza do mnie pies - usadza dupsko na jakiejś poduszce, a łeb na moich kolanach, tym samym niemo prosząc o głaskanko. Co mi więc zostaje? Gładzę go jedna ręką po łbie, nasłuchując czy woda na herbatę już się czasem nie zagotowała. Mama zakłada nogę na nogę i gada dalej - Jakie plany na Walentynki, kochani? Małżonek zabiera mnie jutro do takiej knajpy, gdzie się je w ciemności, podobno to bardzo ekscytujące doświadczenie, nie mogę się już doczekać - opowiada, a potem patrzy to na mnie to na Charlotte bo pewnie chce usłyszeć coś podobnego, że będziemy się karmić afrodyzjakami w ciemności, potem grzmocić jak króliki, za trzy miesiące zostanie teściową, a za dziewięć babcią. Zerkam na Kovalski, ona na mnie i się wykręcam od odpowiedzi - Woda się zagotowała - mówię, a Anabelle wbija wyczekujące spojrzenie w dziewczynę. Ja w tym czasie zalewam trzy filiżanki owocowego naparu i te również przynoszę na tacy. Wraz z gorącymi oparami, wokół roznosi się słodki zapach napoju. Już mam ponownie zająć miejsce, jednak zanim to zrobię pochylam się nisko nad podłogą, bo drugi pies uparcie próbuje wygrzebać coś spod fotela - Co tam masz, poczekaj - przyklejam się do parkietu i wyciągam coś spod mebla, ale to żadna piłka tylko - Czy to mój but? - dokładnie ten, który zgubiłem w sylwestrową noc. Trochę zakurzony i trochę pogryziony. Myślałem, że przepadł gdzieś na mieście, a tymczasem tutaj też musiałem być? Łapię spojrzenie Charlotte, matka też patrzy to na mnie to na nią - Twój but? - powtarza. Jeśli już zostawiałem tutaj obuwie to zdecydowanie coś musiało być na rzeczy.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
Mark your calendar for Canada Day
169 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

William N. Patel

Charlotte oszalała, ale miała na to własny plan. Chciała ukradkiem wykonać kilka zdjęć rodzinnego albumu Williama, by później móc go sobie powiesić na lodówce, albo gorzej. Tylko o tym nie musiał zdawać sobie sprawy. Uczucia względem Patela miała dziwne. Jednocześnie chciała go upokorzyć na każdy możliwy sposób, a jednocześnie nie miała pomysłu, w jaki sposób mogłaby go wyrzucić z głowy. Kim on niby dla niej był? Powinna całkowicie go olać, a jednak cały czas ją to ruszało. Miała tę dziwną szpilkę, wbitą prosto w serce, z którą nie wiedziała, co zrobić. Łatwiej byłoby bez tej wojny, byłaby spokojniejsza, a zamiast tego angażowała się. Już samo zaproszenie mamy Patel do JEJ mieszkania, można było uznać za przysługę, za to przyjmowanie zaproszenia na rodzinny obiad za totalny absurd.
Daj spokój, Will — mruknęła Lotte, podając każdemu talerzyk z kawałkiem sernika — twojej mamie sprawia to przyjemność — samej Kovalski też, bo już zdecydowanie tego nie odzobaczy. Jedyne co będzie miała w głowie, widząc Patela, to widok tego uroczego, roześmianego dzieciaka — przepiękne zdjęcie. Każdy takie ma — stwierdziła, wzruszając delikatnie ramionami — ja niestety też — gdzieś głęboko pochowane w starej komodzie. Wyciągane jedynie w trakcie rodzinnych obiadów, kiedy pojawiali się wszyscy — cudownie. Pewnie byłeś słodkim dzieckiem, co? — klasnęła raz w dłonie i spojrzała prowokująco na Patela. Wszystko miała zamiar zapamiętać, by później każdy dziecięcy wybryk wypominać mu na prawo i lewo. Każdą plamę od jedzenia, każdy okruszek jedzenia. Wszystko. W jej głowie tworzył się kolejny, mroczny plan... tylko po co chciała go irytować? Sensu to nie miało.
William robi mi niespodziankę — stwierdziła poważnym tonem, obserwując wzrokiem, jak ten tchórz ucieka z jej pola widzenia. Czego mogła się po nim spodziewać? Westchnęła ciężko — nic mi nie powiedział, chociaż kto wie... — czas go wjebać — mówił tez coś o pracy — i tak nie spędzą razem Walentynek. Prędzej by się zerzygała, niż spędziła ten symboliczny dzień z kimś takim, jak Patel. Może... posmaruje mu klamkę pastą do zębów? Albo przyciągnie miejscowe szczury prosto na jego balkon? Konkurowanie o większe zrobienie sobie nawzajem przykrości, brzmiało zdecydowanie lepiej, niż wyjście do restauracji.
Billy, jak to praca we Walentynki? — spytała oburzona pani Panel, kierując swój wzrok na syna — powinieneś się zająć Charlotte, gdzie indziej znajdziesz taką piękną, wykształconą i kulturalną kobietę? — widocznie pani Patel musiała zostać ich fanką. Lotte spoglądała na nią badawczo. Już zdążyła zadecydować, by zrobić Willowi w ten sposób na złość. Tylko chyba zaczynała tego żałować. Zaraz potem pojawił się... but. Charlotte cała się wyprostowała jak struna. Czyli byli u niej w domu w sylwestra, szybko zaśmiała się nerwowo, by rozluźnić panującą atmosferę.
No, zostawiłeś go — mruknęła z przepięknym uśmiechem, czując to samo zaskoczenie, co na sali rozpraw kiedy klient ją okłamał — ostatnio wychodziłeś w moich laczkach i je zostawiłeś — stwierdziła finalnie, by brzmiało to na przepiękną, romantyczną opowieść — nie pamiętasz? — dopytała, robiąc uroczą minę i trzepocząc rzęsami. Nigdy nie opowiedziałaby historii sylwestra, choć im dłużej go wspominała, tym bardziej chciała wiedzieć, co się wtedy wydarzyło.
Ale słodkie z was papużki — zaćwierkała pani Patel — to się nazywa przeznaczenie. Podobny status, ten sam zawód, to samo piętro — zdecydowanie zbyt dużo ich łączyło, za to temperamenty mieli totalnie inne — prawdziwa miłość. Powinieneś się jej oświadczyć Billy — ona klasnęła, a Charlotte prawie by się zakrztusiła sernikiem. Nie takich słów się spodziewała. Kilka razy zakasłała, przenosząc wzrok na Willa. Nie to spotkanie w trójkę może zakończyć się tragicznie.
Jejku, coś mi się wbija w biodro — mruknęła Anabelle, poprawiając się biodrami — a to co to... — i wtedy zauważyła pewną karteczkę — horoskop dla lwa...? — pełen serduszek oraz dorysowanych koziorożców gdzieś pomiędzy. Mrugnęła kilka razy oczami, tego nie pamiętała, nie ona to przygotowywała — więcej kontaktu i współdziałania... Lodowy księżyc oświetli twoje działania, a kwiatki i błyskotki są do podarowania drugiej połówce... — jeszcze chwilę coś tam wyczekiwała, po czym uśmiechnięta spojrzała na syna — Billy, to o Tobie — w końcu był lwem, a Lotte o tym doskonale pamiętała — chyba Charlotte często o Tobie myśli — znowu cała się spięła. Nie zrobiła tej karteczki, ale za to wiedziała, z jakiego okresu ona pochodzi.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#19”