-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Wiesz, że nie oto chodzi — warknęła Charlotte. Nie chodziło o te kwiaty, czy o wino, które miała dostać, tylko o randkę. Normalne, ludzkie wyjście bez żadnych przepychanek, które w żaden sposób nie zostanie przerwane przez nikogo. Miły czas oznaczał seks. Potrzebowała go, naprawdę. Z Williamem miała znaczący problem. Albo darli ze sobą koty, albo urządzali sobie tajski boks mentalnie, albo było święto, którego nie dało się w żaden sposób zignorować takie jak sylwester.
— Przestań zachowywać się jak bachor — burknęła, słysząc jego przedrzeźnianie. Zaraz wywróciła teatralnie oczyma. Im dłużej go słuchała, tym bardziej pojawiała się na jej czole żyłka, która zaczynała pulsować. Wraz z kolejnymi słowami, aż prychnęła — bo kurwa byłeś wtedy normalny — miała w sobie tyle dumy, by to przyznać przed samą sobą. Tak, chciała pocałunku, tak podobał się jej, ale to jedno zachowanie potrafiło wszystko przekreślić — potrafiłeś się zachować i nawet jeśli mi się spodobało, to zmieniam zdanie — nie potrafił. Zachowywał się niczym zakochany nastolatek, ciągnący dziewczynę za włosy i podrzucający żabę — z końskich zalotów wyrosłam w wieku trzynastu lat, Patel — mruknęła, tracąc odrobinę rezon. Kiedyś to się jej to może podobało. Takie przepychanki, obrażanie się, ale tak, zdecydowanie z tego wyrosła. Wręcz z niej kipiała zazdrość, która pękała, jak napompowany balonik z kolejnymi słowami Patela.
— A może i jestem zazdrosna? — stwierdziła wprost Charlotte. Nie była, na pewno nie o niego, ale chciała mu popsuć psychę. Kilka sekund ciszy, aż w końcu parsknęła pod nosem — i co? — zagadnęła z pięknym uśmiechem na twarzy, zakładając sobie kosmyk włosów za ucho — łyso Ci teraz, Patel? — spytała, unosząc delikatnie głowę — tylko ja potrafię się do tego przyznać i przy pierwszej, lepszej okazji nie robię z Ciebie jakiegoś zwyrola — kłamstwo, zrobiła, ale liczyła, że Peach niczego nie przekazała. Nawet brokatem z konfetti chciała go zaatakować. Wszystko byle wrócić do prawdziwej wojny między nimi. Więcej od życia nie potrzebowała., zwyczajnie utrzeć mu nosa, żeby choć przez krótką chwilę się zamknął i nic do niej nie mówił.
— Przestałam być, jak sam zacząłeś — warknęła. Wcześniej mogła wywiesić białą flagę i wręcz nią pomachać. Nie chciała się z nim widywać, choć momentami łapała się na patrzeniu przez Judasza, byle wiedzieć, czy żyje. Znała jego imprezowy styl życia. Czasami wręcz nie wiedziała, co dokładnie powinna z nim zrobić, w jaki sposób go rozwikłać.
Później już weszła do środka. Tak, było jej przykro. Co by nie powiedzieć, nie planowała zepsucia mu kibla. Los się trochę odwrócił, a i ona miała w sobie odrobinę emocji. Wyrzuty sumienia doskwierały jej niesamowicie. Ale kiedy wręczał jej butelkę wina, bukiet, to aż mrugnęła kilka razy oczami, nie wiedząc, co dokładnie się dzieje.
— Nie zachowuj się jak obrażona dzidzia — mruknęła Charlotte, odkładając itemy na blat jakiejś komody. Smród, mróz i ten Will na kanapie. Westchnęła ciężko, usiadła na skraju kanapy, spoglądając na niego smutnymi oczyma — chodź, pójdziemy do mnie — zaproponowała Lotte, kładąc mu dłoń na łydce, by ruszył dupsko — tu albo umrzesz od smrodu, albo od mrozu — jej samej było w pizdu zimno. Nie wiedziała, co było gorsze chłód, czy sraka.
— Rusz dupę i przestań robić z siebie ofiarę — nie był nią, no może odrobinę — twój kibel to nie moja wina — kłamstwo, ale tego nigdy się nie dowie. Musiałaby się dobrze naćpać, by mu to przekazać. Zmieszać koks, trawkę i jakieś MDMA, choć z Williamem nigdy nie wiadomo, co się stanie. Może tak zwyczajnie powinna się od niego odciąć — mam makaron z wczoraj i dużo alkoholu... — zaproponowała, marszcząc delikatnie brwi — jezu, czym Cię skuszę? — spytała, poddając się. Zjebała, wiedziała o tym i chciała to jakoś naprawić.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Czuła się, jak ten zakręcony słoik najlepszego kompotu truskawkowego w piwnicy, kiedy spoglądała na minę Williama. Wygrała tę wojnę. Widziała to w jego oczach. Uśmiechnęła się szeroko, unosząc brodę ku górze, ale później już znajdowała się w jego mieszkaniu. Choć miała mu sporo do zarzucenia, to był jak ten zepsuty pasztet wrzucony prosto do śmietnika. Wszystko przez nią. Mogła po prostu wbić na imprezę, napuścić na niego laseczki i zniknąć bez słowa. Zamiast tego zgotowała mu horror, pewnie dlatego siedziała teraz jak zbity szczeniak na jego kanapie. Mogła być okrutna, nie mieć żadnych barier moralnych, ale na koniec dnia miała uczucia. Zepsuła mu wieczór, łazienkę i pewnie średnio udany seks.
— Do mnie — powtórzyła raz jeszcze, robiąc niewinną minę — zapraszam Cię do mnie dzień przed walentynkami — poprawiła go. Walentynki chciała spędzić w inny sposób. Może zaprosi do siebie Devona? On na pewno nie robiłby jej żadnych problemów ze zabawą i przede wszystkim wiedział, gdzie mieszka. — to nie ja zamawiam krewetki z rozwolnieniem — ona jedynie je powodowała, wrzucając odpowiednie tabletki do soku. Gotowała całkiem dobrze, jak na dziedziczkę fortuny. Jakby nianie robiły jej darmowe lekcje gotowania.
— Co by Ci humor poprawiło? — dopytała, wpatrując się w niego z nieukrywaną ciekawością — a masz chlamydię, rzeżączkę, kiłę, czy AIDS? — spytała już poważniejszym tonem, spoglądając na zabawę frędzelkiem — wolałabym coś uleczalnego — chlamydia z tych wszystkich chorób nie brzmiała tak źle. Szybkie tabletki i po sprawie. Może... w ramach prezentu urodzinowego powinna mu sprawić zestaw badań na choroby weneryczne? Nie ma nic bardziej romantycznego niż profilaktyka o partnera.
— Cudownie — mruknęła, idąc w stronę wyjścia. Czekała na nich cała noc i wielkie, piękne, przeszklone mieszkanie z dwoma psami chmurkami, stojącymi pod drzwiami, by przywitać się z jego właścicielką i nowym gościem. Gdzieś pewnie panował delikatny bałagan, ale większość ludzi nazwałaby go porządkiem. W porównaniu do armagedonu u Patela z pewnością tak było. Uśmiechnęła się szerzej, widząc Williama, zamykającego drzwi. Może ten wieczór nie będzie taki zły?
— Billy? Ty tutaj z Charlotte? — nagle usłyszeli delikatny głos i panią Patel, która wpatrywała się w nich cała zainteresowana — co u Ciebie słoneczko? Przyszłam sprawdzić, co u mojego syna. Twoja sekretarka Jane mówiła, że ciężko pracujesz, więc przyniosłam Ci jedzenie — w siatce znajdował się pojemnik z ulubionym daniem Willa oraz sernik, taki bez rodzynek — Skoro jesteście tu we dwoje, to chciałabym Was zaprosić na niedzielny obiad. Tak, wiem, że to po Walentynkach, ale mam nadzieję, że spędzicie je razem i przyjdziecie do nas — wyćwierkała pani Patel, wpatrując się w nich z uśmiechem — możemy wejść do środka? — spytała, pokazując twarzą drzwi do mieszkania Williama. Lotte szybko się wyprostowała i otworzyła drzwi do własnego apartamentu.
— Zapraszam do mnie pani Patel, tu będziemy mogli porozmawiać — rzuciła, otwierając szerzej drzwi. Szybko chwyciła za swoje psiaki, by nie rzuciły się z językiem na gości.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Może jeszcze Ciebie nie dopadło? Albo od tych kurewek masz taką odporność, że nic Cię już nie rusza, kto wie — stwierdziła, wzruszając ramionami. Wolała pójść w zaparte. Nie miała zamiaru przyznać mu się do podrzucenia tabletek. Nigdy, przenigdy. Nieważne, co by jej powiedział, milczałaby, udawała debilkę. Tyle powinno mu wystarczyć na ten moment.
Zaraz przysłuchiwała się rozmowie pani Patel wraz z Williamem. Jej głowa chodziła, jak u psa na sprężynce stojącym w aucie. Raz na jedno, raz na drugie. Zdążyła zanotować, że to była ta lepsza połowa rodziców Willa. Uśmiechała się, potakiwała głową, nie próbowała w żaden sposób przerywać. Jeszcze była grzeczna.
— Dobrze — mruknęła pod nosem, uśmiechając się nieśmiało. Nie chciała w żaden sposób denerwować Willa. Jego głowa była niczym rozgotowany kalafior. Impreza zakończona, kibel obsrany po łokcie, a grzejniki jedynie wzmacniały zapach gówna. Dopiero kolejne słowa Anabelle wydawały się ją lekko wytrącić. Czy powinna skorzystać z okazji?
— Przyszłej teściowej? — jeszcze podejmowała decyzję, zastanawiała się, co powinna odpowiedzieć. Z jednej strony chciała stanowczo zaprzeczyć, a z drugiej... chciała zrobić Williamowi na złość — no oczywiście, przecież widzę, że coś między wami jest — pani Patel stwierdziła, to ze zaskakującą prostotą i uprzejmością. Głowa Lotty jeszcze cały czas pracowała — z chęcią przyjdę w niedzielę, ale... — zatrzymała się przez moment — porozmawiajmy o tym w środku — stwierdziła finalnie. Potrzebowała jeszcze kilku chwil. Spoglądała na Patela, obliczając w głowie zyski oraz straty.
— Dziękuję, choć ty masz zdecydowanie lepszy — stwierdziła Lotte, a gdy tylko weszła do domu, zastanawiała się, gdzie leży jakaś marynarka. Mogła ukryć jej ramiona i zakryć delikatnie uda. Chyba teraz tego potrzebowała. Przy kobiecie czuła się zaskakująco obco.
— Proszę uważać, one bardzo lubią okazywać miłość — rzuciła nerwowo i zaraz puściła oba diabły. Jeden z nich zaczął lizać kobietę po nodze, prawie jak kot domagać się czułości, drugi za to rzucił się na mężczyznę, skacząc na niego i liżąc po dłoni. Wcale nie były z nich żadne, małe, puchate kulki. Żywe dwadzieścia kilo wagi.
— Will, wiesz, gdzie wszystko jest, prawda? — zagadnęła, wychylając głowę w stronę kuchni — talerzyki są w szufladzie obok zlewu, sztućce w tej pod płytą — szybkie przypomnienie pani domu — a herbaty z kubkami w szafce obok lodówki — dodała, a finalnie przeniosła wzrok na kobietę — to przyszłaś... skontrolować Willa? — jej rodzice w życiu nie przyszliby w piątkowy wieczór do mieszkania. Miała w sobie niezależność, której komuś w tym duecie brakowało. W głowie chciało się jej śmiać, ale powstrzymała się.
— Nie, nie chciałam się upewnić, że w końcu nas odwiedzisz — i po chwili pani Patel dodała szeptem — Billy, jeszcze na nikogo tak nie patrzył — zaraz puściła jej oczko. Wtedy Lotte podjęła decyzję. Skoro dalej siebie nie lubili, to... chciała jeszcze bardziej utrudnić mu życie. Może wtedy nie będzie sprowadzał losowych kurewek i będzie mogła w końcu spokojnie się wyspać.
— Ależ oczywiście, cudowny jest — wyćwierkiwała Lotte, choć w duchu miała ochotę się zerzygać — jeszcze nie spotkałam takiego mężczyzny. Chociaż właśnie mieliśmy wychodzić na zabawę karnawałową — spojrzała w stronę kuchni, robiąc maślane oczy. Tak, była urodzonym kłamcą. Nigdy tego nie ukrywała i była gotowa pójść o krok do przodu. Wyobraźnia pani Patel była dla niego wystarczająco karą — normalnie się tak nie ubieram — stwierdziła, zakrywając nogi poduszką. Miała w sobie więcej klasy i elegancji, niż można było osądzać po dzisiejszym stroju.
— Rozumiem, rozumiem — mruknęła kobieta, a zaraz zaczęła grzebać w torebce — pokażę Ci coś pięknego — jeśli William ją słyszał, wiedział, że zbliża się wielki problem. Z portfela wyjęła przepiękne zdjęcie — zobacz, to jest Billy jak miał ospę — a tam nagi ośmioletni Will wyglądający jak biedronka, tylko z białymi kropkami — prawdziwy z niego słodziaczek — aż przytuliła zdjęcie do własnej piersi. Wtedy już Lotte podjęła decyzję na sto procent. Musiała zobaczyć rodzinne albumy. Nawet jeśli będzie musiała udawać totalnie zakochaną w Patelu, była gotowa na ten ból.
— Och, faktycznie przekochany — odpowiedziała przemiłym tonem Charlotte i zaraz zadała najbardziej znaczące pytanie — pokażesz mi albumy rodzinne w niedzielę? — dopytała, zerkając na Williama. Zapamięta je głęboko we własnej pamięci i będzie wypominała przy pierwszej, lepszej kłótni.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Charlotte oszalała, ale miała na to własny plan. Chciała ukradkiem wykonać kilka zdjęć rodzinnego albumu Williama, by później móc go sobie powiesić na lodówce, albo gorzej. Tylko o tym nie musiał zdawać sobie sprawy. Uczucia względem Patela miała dziwne. Jednocześnie chciała go upokorzyć na każdy możliwy sposób, a jednocześnie nie miała pomysłu, w jaki sposób mogłaby go wyrzucić z głowy. Kim on niby dla niej był? Powinna całkowicie go olać, a jednak cały czas ją to ruszało. Miała tę dziwną szpilkę, wbitą prosto w serce, z którą nie wiedziała, co zrobić. Łatwiej byłoby bez tej wojny, byłaby spokojniejsza, a zamiast tego angażowała się. Już samo zaproszenie mamy Patel do JEJ mieszkania, można było uznać za przysługę, za to przyjmowanie zaproszenia na rodzinny obiad za totalny absurd.
— Daj spokój, Will — mruknęła Lotte, podając każdemu talerzyk z kawałkiem sernika — twojej mamie sprawia to przyjemność — samej Kovalski też, bo już zdecydowanie tego nie odzobaczy. Jedyne co będzie miała w głowie, widząc Patela, to widok tego uroczego, roześmianego dzieciaka — przepiękne zdjęcie. Każdy takie ma — stwierdziła, wzruszając delikatnie ramionami — ja niestety też — gdzieś głęboko pochowane w starej komodzie. Wyciągane jedynie w trakcie rodzinnych obiadów, kiedy pojawiali się wszyscy — cudownie. Pewnie byłeś słodkim dzieckiem, co? — klasnęła raz w dłonie i spojrzała prowokująco na Patela. Wszystko miała zamiar zapamiętać, by później każdy dziecięcy wybryk wypominać mu na prawo i lewo. Każdą plamę od jedzenia, każdy okruszek jedzenia. Wszystko. W jej głowie tworzył się kolejny, mroczny plan... tylko po co chciała go irytować? Sensu to nie miało.
— William robi mi niespodziankę — stwierdziła poważnym tonem, obserwując wzrokiem, jak ten tchórz ucieka z jej pola widzenia. Czego mogła się po nim spodziewać? Westchnęła ciężko — nic mi nie powiedział, chociaż kto wie... — czas go wjebać — mówił tez coś o pracy — i tak nie spędzą razem Walentynek. Prędzej by się zerzygała, niż spędziła ten symboliczny dzień z kimś takim, jak Patel. Może... posmaruje mu klamkę pastą do zębów? Albo przyciągnie miejscowe szczury prosto na jego balkon? Konkurowanie o większe zrobienie sobie nawzajem przykrości, brzmiało zdecydowanie lepiej, niż wyjście do restauracji.
— Billy, jak to praca we Walentynki? — spytała oburzona pani Panel, kierując swój wzrok na syna — powinieneś się zająć Charlotte, gdzie indziej znajdziesz taką piękną, wykształconą i kulturalną kobietę? — widocznie pani Patel musiała zostać ich fanką. Lotte spoglądała na nią badawczo. Już zdążyła zadecydować, by zrobić Willowi w ten sposób na złość. Tylko chyba zaczynała tego żałować. Zaraz potem pojawił się... but. Charlotte cała się wyprostowała jak struna. Czyli byli u niej w domu w sylwestra, szybko zaśmiała się nerwowo, by rozluźnić panującą atmosferę.
— No, zostawiłeś go — mruknęła z przepięknym uśmiechem, czując to samo zaskoczenie, co na sali rozpraw kiedy klient ją okłamał — ostatnio wychodziłeś w moich laczkach i je zostawiłeś — stwierdziła finalnie, by brzmiało to na przepiękną, romantyczną opowieść — nie pamiętasz? — dopytała, robiąc uroczą minę i trzepocząc rzęsami. Nigdy nie opowiedziałaby historii sylwestra, choć im dłużej go wspominała, tym bardziej chciała wiedzieć, co się wtedy wydarzyło.
— Ale słodkie z was papużki — zaćwierkała pani Patel — to się nazywa przeznaczenie. Podobny status, ten sam zawód, to samo piętro — zdecydowanie zbyt dużo ich łączyło, za to temperamenty mieli totalnie inne — prawdziwa miłość. Powinieneś się jej oświadczyć Billy — ona klasnęła, a Charlotte prawie by się zakrztusiła sernikiem. Nie takich słów się spodziewała. Kilka razy zakasłała, przenosząc wzrok na Willa. Nie to spotkanie w trójkę może zakończyć się tragicznie.
— Jejku, coś mi się wbija w biodro — mruknęła Anabelle, poprawiając się biodrami — a to co to... — i wtedy zauważyła pewną karteczkę — horoskop dla lwa...? — pełen serduszek oraz dorysowanych koziorożców gdzieś pomiędzy. Mrugnęła kilka razy oczami, tego nie pamiętała, nie ona to przygotowywała — więcej kontaktu i współdziałania... Lodowy księżyc oświetli twoje działania, a kwiatki i błyskotki są do podarowania drugiej połówce... — jeszcze chwilę coś tam wyczekiwała, po czym uśmiechnięta spojrzała na syna — Billy, to o Tobie — w końcu był lwem, a Lotte o tym doskonale pamiętała — chyba Charlotte często o Tobie myśli — znowu cała się spięła. Nie zrobiła tej karteczki, ale za to wiedziała, z jakiego okresu ona pochodzi.