-
Chorizo, albo jakąś inną hiszpańską - sprecyzował od razu, a na jej kolejne słowa pokręcił z niedowierzaniem głową -
ja bym ci przywiózł Pilar - no na pewno, Eliot to po pierwsze był skąpy i jedyne wakacje na które jeździł, to do tych domków nad jeziorem, a po drugie to on by nigdy pewnie nikomu na komendzie nic nie sprezentował, ale może jemu się należała jakaś kiełbasa za to że złapał Daltona? Co prawda to bardziej Madox, ale Eliot mu przecież trochę pomógł... A Stewart nie dość, że zjadła mu batona, to jeszcze nic mu nie chciała przywieźć z Hiszpani.
Oparł się o oparcie i odchylił do tyłu bujając na krześle. Kolejne słowa Pilar skwitował jakimś prychnięciem.
-
Od razu litować? Ja po prostu... - zaczął i chyba chciał jej powiedzieć, że on po prostu się przejmuje tym co się tutaj dzieje. No bo kurwa, jego podopieczny, którego traktował jak syna, którego nigdy nie miał, ją porwał. Pracowali razem, chodzili razem na imprezy firmowe, pili tą syfną kawę, a nikt nic nie zauważył, a to wszystko działo się pod ich nosami.
Machnął jednak ręką, bo i tak wszyscy mieli gdzieś te jego rady, nikt go nie słuchał, traktowali go jak jakieś zło ostateczne, a on przecież wcale nie był przeciwko nim. A że czasem się unosił, odgrażał, no to raczej tak, żeby podtrzymać autorytet.
Na to jak się uniosła wywrócił oczami, znowu się pochylił do przodu przeżuwając gumę.
-
A nie mogłaś tydzień posiedzieć na dupie? Coś ci się stało Stewart? - zapytał bez ogródek -
wrócisz z urlopu i jak wszystko nadal będzie w porządku, to odzyskasz swoje sprawy - nie robił jej przecież tego na złość. Ale nie był głupi, rozmawiał z lekarzami, wiedział o jej atakach paniki, no i jak miał ją puścić na akcję? No jak?
-
Ale jak będziesz pyskowała, to załatwię ci jeszcze tydzień w biurze - dodał dobitnie. Ale Eliot taki nie był, nie robił komuś na złość, lubił się za to podrażnić, poudawać trochę gorszego chuja niż był naprawdę.
Na te jej kolejne słowa wzruszył ramionami, akurat na temat Noriegi to miał całą teczkę, leżała sobie spokojnie u niego w szufladzie, bo tak się składa, że ją przeglądał. Dzisiaj.
Nie chciał wnikać w jakiejś jej śledztwa, i tak później wszystkie raporty lądują u niego na biurku, jej prowokacji nawet chyba nie wyczuł, albo go nie obchodziła.
Już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, może, że myślał, że są blisko z Noriegą? Chciał to powiedzieć, dać jej do zrozumienia, że nie jest takim idiotą jakiego chciała z niego zrobić, ale nabrał tylko powietrze w płuca. Może jednak było mu jej trochę szkoda? Albo po prostu nie chciał się mieszać w nieswoje sprawy. Albo... jej mieszać w nie jej?
-
Jak zagryziesz czymś słodkim to ujdzie - rzucił na temat tej kawy i znowu sobie przypomniał o tym batonie, ale zaraz też pomyślał o kolejnej fajce, przepalona też była nienajgorsza. Najgorsza to była z tą gumą Orbit.
Zapytał o sprawę z Harrisonem, chociaż spojrzenie gdzieś mu uciekło w bok, na ten zegarek nad drzwiami, oczywiście, że nie umknęło to Stewart. Zastukał palcami w blat biurka, no właściwie to jej tutaj nie potrzebował, zwłaszcza, że ona się za bardzo interesowała nie swoimi sprawami. Wstał i już miał ją pożegnać, życzyć jej miłego urlopu, ale drzwi do gabinetu się otworzyły i do środka wpadł nie kto inny jak Madox.
Oczywiście.
Wiedział, że się spóźni, dzisiaj cały dzień nie mógł się nigdzie wyrobić, może to za sprawą tego, że na śniadanie wymyślił sobie to sadzone jajko, które robiło się zdecydowanie dłużej niż kanapki... bo trzy razy mu nie wyszło i wyrzucił je do kosza. Albo może to dlatego, że jeszcze zanim wyszedł to musiał się poprzytulać do Stewart, jeszcze jej opowiedzieć jakąś historię życia, a później wysłuchać takiej, którą uraczył ich Ricardo. Z jego randki.
Spóźniony wpadł do klubu, dostał zjebę od Maddie, a kiedy jej powiedział, że leci do Meksyku kolejną...
Wcale się nie dziwił, bo ostatnio w klubie on po prostu bywał, jak kiedyś siedział tam całe dnie, całe noce czasem, to teraz tylko zaglądał z doskoku.
I dzisiaj też zanim jeszcze jego menadżerka się rozkręciła, to on poinformował ją, że musi wyjść, bo ma coś do załatwienia.
Szkoda, że nie poinformował o tym Pilar, że będzie dzisiaj na komendzie, ale liczył na to, że może nawet na nią nie wpadnie. Ona miała swoje obowiązki, a on miał tylko zajrzeć do Eliota.
Na komisariat wszedł jak do siebie, zamieniła trzy słowa z Lindą z recepcji, podziękował jej jakimś ciastkiem, które kupił w cukierni za rogiem i ruszył prosto do gabinetu Eliota. Nawet z Beckiem się nie zatrzymał, żeby pogadać. Nie miał na to czasu.
Szybko tylko zrobi to, o co Eliot truł mu dupę od kilku dni i będzie mógł wracać do klubu. Miał jeszcze coś do załatwienia w klubie.
Tylko, że kiedy wszedł do biura, zamknął za sobą drzwi i już miał zaczynać tłumaczyć się dlaczego się spóźnił, to co... stanął na przeciwko Pilar.
-
Mówiłem ci, że ten rap... - urwał w pół słowa, bo się jej tutaj nie spodziewał. A przecież mógł, miała w końcu załatwić sobie urlop. Ale czemu akurat w tej chwili?
Ciemne tęczówki zaraz spoczęły na jej twarzy, kiedy się odwróciła.
-
Przeszkadzam? - zapytał spojrzenie przenosząc na Eliota. Ten pokręcił głową.
-
Nie, Stewart już właściwie wychodzi... Chyba, że coś jeszcze Pilar? To udanego urlopu, nie zapomnij o moim chorizo - przeszedł przed biurko, żeby ją wyprosić, a na jej miejsce, na dywanik wziąć Noriegę.
Pilar Stewart