-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Walentynki spędziła wraz z tinderem. Jeden wspólny wieczór z Williamem z układaniem tarota nie miał dla niej żadnego znaczenia. Wiadomo, kobieta bez bolca dostaje pierdolca. Może dlatego umówiła się na randkę, a randka zakończyła się śniadaniem w łóżku bez jedzenia. Męczyły ją męczy dupy, ale co zrobi kobieta jak seks był dobry? Od paru godzin próbowała go wyrzucić z mieszkania, nawet spod prysznica. Już zdążyła na niego burczeć, warczeć i miała dosyć. Na całe szczęście mogła w spokoju wykonać skincare, został jej jedynie wybór stroju wraz z makijażem. Tyle i aż tyle by zatrzymać się w sypialni, stojąc przed szafą pełną ubrań. Nie usłyszała tego walenia do drzwi. Za to otworzył je ktoś inny.
— A ty to kto? — spytał włoski Alvaro, zapinając koszule — sąsiad-wariat? — tyle zdążył od niej usłyszeć. Jakoś musiała nazwać własną wymówkę w postaci wyjścia na obiad do Państwa Patel. Przecież nie powiedziałaby, że sama się wprosiła, by oglądać upokorzenie na twarzy Williama.
— Alvaro, już miałeś wyjść — krzyczy Charlotte i schodzi ze swojej sypialni w samym ręczniku i mokrych włosach — chyba ustaliliśmy, że jedna randka nic nie znaczy — warczy Kovalski, jakby ta cała przyjemność nocy oraz poranka faktycznie z niej zeszła. Wywróciła nawet oczyma, wyczekując na wyjście typa. Jeszcze potrzebowała tego, by dał Williamowi jakikolwiek materiał do pocisków.
— Kluseczko, jutro znowu się u Ciebie pojawię — aż się Lotte wzdrygnęła. Nienawidziła, kiedy ktoś ją w ten sposób nazywał — cały świat Ci podaruję — za górnolotne słowa, jak na tak małe progi. Nic nie wiedziała o tym typie, finalnie westchnęła i pokręciła głową.
— Po prostu wyjdź — pokazała palcem drzwi, czekając, aż latynos wyjdzie z sali — a ty nie komentuj — kieruje to już do Patela, poprawiając ręcznik. Dopiero teraz zaczęła czuć się niezręcznie, ale nie chciała dać tego po sobie poznać. Uniosła wysoko brodę — co chcesz Patel? Zaraz będę gotowa, ale nie wiem, co powinnam ubrać — rabini, czyli horoskop nie byli zgodni. Chciała wybrać czerwień, lub błękit, ale na samą myśl zieleni coś ją skręcało. Drobne szykowanie się, wejdą do jej lamborghini i zaraz będą w rezydencji rodziców Williama. Tupała nogą w swoich laczkach pandy, by usłyszeć cokolwiek z ust Williama.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Jeszcze raz nazwiesz mnie kluseczką, to Cię jebnę — warczy już na niego od razu Kovalski, strzelając oczyma. Tyle ile facetów, tyle ma przedziwnych ksywek. Szkoda, że nie usłyszał jej matki. Ona jest w stanie wymyślać prawdziwe, dziwaczne ksywki.
— Niech będzie, ale masz swoje rzeczy do mycia? — nie miał, widziała to. Chciała zaprotestować, ale może zazna odrobiny luksusu, chociaż w obcej dla siebie łazience. Zresztą dalej pamiętała, kto był winny tego remontu. Ona. William o tym nie wiedział, ale ten ból utraty kilku dolarów kosmetyków jakoś przeżyje. Ręcznik spali — dobrze — mruczy, pokazując mu łazienkę dla gości. Może i w niej znajdzie jakieś ciekawe rzeczy w sylwestra? Sprzątała już kilka razy, a i tak robiła więcej bałaganu, niż by chciała.
— Mam — krzyczy już z góry. Piękne, drogie, luksusowe, a przede wszystkim szybkie lamborgini już grzało się na parkingu podziemnym. Uwielbiała ten warkot silnika, kiedy wciskała gaz. Może była proekologiczna, ale wszystko miało swoje granice.
— Mogłeś się ubrać, Patel — wzdycha ciężko, kiedy mierzy go wzrokiem. Gacie i skarpetki. Prawdziwy dramat. Kim oni dla siebie byli? Znajomymi? Sąsiadami? Nie każdego widzi się w takim obliczu — nie jestem twoją latwicą, by oglądać Cię takiego — przypomina mu o tym. To nie był jej ulubiony widok, świnie nie latały, a ona była całkowicie trzeźwa i niezdesperowana. Chociaż kątem oka zauważyła... że był dobrze zbudowany, ale szybko odrzuciła tę myśl od siebie. Sąsiad-wariat tyle dla niej wystarczyło.
— Proszę, wybierz mi coś — stwierdza Charlotte, sprzedając mu kuksańca w bok jeszcze w ręczniku — tylko błagam coś ładnego — z klasą, bez cekinów i przesadnie krótkiego. Elegancja francja, skoro szli na spotkanie rodzinne, oficjalne — muszę się ubrać i możemy jechać. W drugiej szafie masz torebki i buty — skoro tak się znał to niech wybiera. W końcu to jego rodzice będą ją oceniać, a mimo wszystko nie chciała mu zrobić wstydu. Jechała tam dla zdjęć — bieliznę już sobie wybrałam — mruknęła pod nosem, wchodząc do łazienki na piętrze. Miała idealny apartament, dwie łazienki, dużo przestrzeni. Miejsce wręcz doskonałe do życia. Jedynym szkopułem był stojący w samych skarpetkach i majtkach William.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Spojrzała na niego jak na typowego idiotę. ODPAROWAĆ. JASNE, na pewno robi tak każdy człowiek. Kiedyś na koloniach słyszała, że jeden dzieciak wyszedł spod kabiny, gdzie było sporo pryszniców i zaczął trzepać się ręcznikiem po ciele. Mówił, że się SUSZY. Tylko bez gaci ani skarpetek, pokazując swoje pytonga innym 10-letnim chłopcom. Może to właśnie był William? Tylko on nie trzepał się po ciele jej ręcznikiem... i może dobrze, bo musiałaby zainwestować w dezynfekcję całego mieszkania.
— Co to kurwa znaczy odparować? — pyta finalnie, strzelając oczyma — jaja se wietrzysz, czy co? — ona po wyjściu z prysznica musiała od razu się opatulić, by ciepło nie uleciało. Ciepłe laczuszki, ręczniczek na ciało, a najlepiej jeszcze ten na włosy — nie chcę oglądać TWOJEGO ciała — wyrzuciła mu praktycznie od razu. Nie chodziło o ciało innych a o jego. Zwłaszcza że dalej bała się, że... spali ze sobą. Na samą myśl miała ochotę zwrócić śniadanie, dla niej byłoby to za dużo. Ona nie pamiętała, liczyła na podobne skutki u niego. Choć... pojawienie sie tego buta zbyt wiele dało jej do myślenia. Zwróciła uwagę na tatuaże, wbiła w nie zdecydowanie zbyt długo wzrok. Nie powinna, ale zawsze ją interesowały.
— Same perełki — stwierdza Kovalski. Na pewno ubrania od projektantów, mogła być nową w świecie prawniczym, ale pochodziła z rodziny jebanych bogoli. Nie mogła sobie pozwolić na tanie szmaty.
— Naprawdę? — pyta, widząc sukienkę. Nie przepadała za zielonym, finalnie się zgodziła — no wiem, że do tego złoto — mruczy, po czym zaczyna zbierać dodatki i jeszcze przed wejściem do łazienki wychyla się, by spytać — nie będziemy wyglądać... jakbyśmy się dopasowali? — tak, zwróciła na to uwagę. Będą wyglądali, jakby szli na piekielny bal. Jej to nawet odpowiadało, pytanie, jak to wyglądało ze strony Patela — chcesz dać kolejny argument matce do ciągnięcia się pod ołtarz? — prychnęła, wbijając mu ostatnią szpileczkę, po czym zamknęła drzwi od łazienki. Szybko uszykowała się, wylaszczając się jak woźny na dzień nauczyciela. Wyglądała prawie jak na balu, choć odrobinę skromniej.
— Tak, ale jeszcze — zatrzymała się przed nim, poprawiając mu szybko kołnierzyk koszuli, który się delikatnie zagiął — teraz dobrze wyglądasz... — stwierdza Charlotte, wpatrując się w niego... ciut za długo, po czym dodaje — jak na Ciebie William — nie miał w sobie nic pociągającego do takiego Jasona, czy nawet pierdolonego Alvaro. Może momentami był normalny, a ona chciała móc spędzać z nim czas, ale... to były zaledwie urywki.
— Zapraszam — mówi, otwierając auto. Nawet nie proponując mu, żeby kierował. Jej samochód, jej zasady, za to szybko podaje mu odblokowany telefon — proszę puść, co tylko chcesz — taka była kulturalna — nie mam stawać po pasażerów co? — pyta, unosząc jedną brew. Tamte chwile jeszcze pamiętała. Dziwnych ludzi w szlafrokach oraz tego debilnego gołębia.
— A i ostrzegam, lubię ostrą jazdę — zaraz rusza z piskiem opon i dopiero kiedy wyjeżdżają z podziemnego parkingu dopytuje o adres.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie wierzyła w to, co słyszała. Naprawdę ktoś czekał, aż woda odparuje? Po co był ręcznik? Widocznie, kogoś powinna nauczyć porządnego wycierania się. Niby nigdy nie chciała mieć dziecka, a jej sąsiad... zaczął je trochę przypominać, aż się skrzywiła.
— Dziwi mnie, że je masz — rzuciła, odgryzając się Charlotte za tamtą Kluseczkę. Zarys bokserek widziała, ślepa przecież nie była. Gały były po to, żeby przez nie patrzeć. Czy zlustrowała całe jego ciało? Tak. Czy tego żałowała? Owszem. Pokusa była większa, niż sama się po sobie spodziewała.
Kiwa głową, zaufa. Raz na rok mogła, prawda? Nie ubierał się jakoś źle, przecież żyli w tych samych kręgach. Wiedział, czego się spodziewać, w jaki sposób się ubrać. Dlatego nie zaprotestowała, nawet jeśli zieleń nie do końca jej odpowiadała.
— Wtedy powiem, że pierdoliłeś się z June we Walentynki zamiast ze mną — syknęła, wychylając się z łazienki . Pokazała mu język i jeszcze dodała — ciekawe, co wtedy mamusia Ci powie, syneczku-mamusi — aż czekała, aż jakaś typiara go kiedyś usiedli i będzie mogła nazywać go od pantofla. Jaki syn, taki ojciec niedaleko pada jabłko od jabłoni. Na pewno nie będzie miał łatwego życia ze swoją wybranką.
Unosi lekko kąciki ust. To był właśnie jeden z tych momentów w trakcie, których zapominała z kim ma do czynienia. William, wariat, imprezowicz, luźny kutas. Wiele mogła o nim powiedzieć, ale w trakcie tych krótkich chwili kiedy patrzyła mu prosto w oczy, widziała w nim kogoś... innego. Na całe szczęście zaraz siedzieli w aucie.
— No to jedziemy — z uśmiechem, kiwając głową w rytm muzyki. Pisk opon, warczenie silnika, szybka jazda. Adrenalina wręcz uderzała w jej żyły. Kolejne piękne wydarzenie w trakcie, którego mogła dać Patelowi w kość. Korzystała z tego, nawet przez moment tego nie ukrywała. Ten chytry uśmiech nie schodził nawet z jej twarzy przez sekundę.
— Dzień dobry Anabelle — rzuciła od razu na wejściu, szybko idąc przez wielkie schody. Rezydencja robiła na niej wrażenie, nawet jeśli była przyzwyczajona do takich luksusów. Doceniała gust projektanta, ale też samo wnętrze robiło na niej wrażenie. Dała sobie ściągnąć płaszcz, a na słowa pani Patel już przybliża się do Williama.
— Twoja mama tak na serio? — mruczy, tak by tylko on to usłyszał. Nie spodziewała się, że na samym wejściu będą musieli dokonać prawdziwej sesji zdjęciowej. To zdecydowanie nie było w jej stylu. Westchnęła cicho pod nosem.
— Dobrze, no to najpierw przy schodach, tak jak przy studniówce, Billy — zaraz przesuwa ich w odpowiednie miejsce — jejku, mój synek dorasta. W końcu przyprowadził do domu jakąś porządną kobietę — piszczy cała zadowolona, jakby właśnie mówili o zaręczynach — FRANKLIN, SZYBCIEJ — krzyczy na męża — TWOJA SYNOWA JUŻ CZEKA — Charlotte delikatnie się spięła. Mocne słowa jak na drugie spotkanie — Billy, obejmij ją i patrz, jakby właśnie skradła Ci serce — instruuje już Anabelle, podchodząc do nich i układając ich ciała, by wyglądały idealnie w rodzinnych kronikach Patelów. Nie tego spodziewała się Lotte, ale nie protestuje. Daje sobie dyrygować. Na całą scenerię wchodzi Franklin, a chłód bije od pierwszego jego kroku.
— Williamie. — zaczyna, patrząc w stronę syna — Charlotte. — zaraz spojrzenie ląduje na kobietę. Cała się prostuje, czując mierzenie wzrokiem — dzień dobry — mówi w końcu, podając pani Patel telefon, a ona już zaczyna im trzaskać milion zdjęć z flashem.
— Teraz szybciutko, bo muszę wyjąć lasagne z piekarnika. Teraz do stoliczka — i znów ich przesuwa — a teraz jeszcze jedno ujęcie, jak dajesz jej kwiaty — zaraz wciska Williamowi nic innego jak gipsówkę — w końcu będę miała album ostatnia miłość mojego syna — rzuca cała zadowolona. Kolejna seria zdjęć i finalnie wygląda na zadowoloną — Kochanie, zaprowadź ich do salonu i nalej wina. Zaraz przyjdę z jedzeniem — Lotte cała zmieszana spogląda pytająco na Willa. Nie tego się spodziewała. Nie sesji zdjęciowej prawie jak wyjętej z czasopisma modowego, lub studniówkowej, a czegoś dużo prostszego. Miłego, rodzinnego obiadu... dalej mogło być tylko lepiej, prawda? Z całego zmieszania próbuje odnaleźć Willa wzrokiem, bo zaczyna czuć się zdecydowanie... zbyt obco. Nie na miejscu.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Franklin Patel wcale nie wyglądał na zadowolonego, właściwie wolał uniknąć sytuacji, w której zostanie sam na sam ze swoją przyszłą synową. Nie wierzył, że jego syn kiedykolwiek się ustatkuje, a może bardziej nie mógł uwierzyć w to, że jakakolwiek poważna kobieta rzeczywiście by go zechciała. Dla niego marzenia Anabelle były zwyczajnie abstrakcyjne, aczkolwiek niegroźne. Przyzwyczaił się do jej ognistego charakteru, ba, kochał ją właśnie za to jaka była - elegancka w towarzystwie i naturalna wśród swoich. Doskonale pamiętał dzień, w którym go oczarowała, od tamtej chwili nie marzył o żadnej innej kobiecie. Czasem słyszał jak ludzie gadają - że w porównaniu do niej jest strasznym sztywniakiem, jak taka kobieta mogła zakochać się w kimś takim? Najwyraźniej było coś w powiedzeniu, że przeciwieństwa się przyciągają. Po części rozumiał ekscytację swojej żony - wszystkie jej koleżanki były już babciami, a jej dorosły syn wolał balować z panienkami z zupełnie innego świata niż wreszcie zacząć myśleć o zakładaniu rodziny. Wszyscy dookoła chwalili się wnukami, a ona? Ona wtedy milkła, a milczenie zdecydowanie nie było wpisane w jej naturę. Charlotte wpadła jej w oko i nie zamierzała jej łatwo wypuścić. Franklin wzdycha przeciągle, odprowadzając wzrokiem żonę i syna, którzy właśnie znikają za framugą wielkich drzwi - Zapraszam za mną - jest uprzejmy. Zawsze taki jest, nawet jeśli z jego spojrzenia bije tak ogromny chłód. Wolałby żeby Kovalski tu nie było, z rodziną potrafił się wyluzować, z nią? Nie ma szans, przecież była z konkurencji, jeśli zrobi lub powie coś nie tak to na pewno puści to dalej, a on nie mógł sobie pozwolić na jakąkolwiek rysę na swojej idealnej reputacji. Wchodzą do jadalni, która jest wielkości mieszkania, na stole przygotowana zastawa i przekąski - Rozgość się - mówi, chociaż w tonie jego głosu brakuje przekonania, jakby chciał dodać ale nie za bardzo. Przez chwilę milczy, tylko ta niezręczna cisza, szybko staje się dla niego męcząca, więc ostatecznie podchodzi do barku i wyjmuje z niego butelkę czerwonego wina. W tym momencie bardzo żałuje, że nie ma tutaj jego małżonki, on wówczas nie musiałby wchodzić w konwersacje z grzeczności. Charlotte średnio go interesowała - To Brunello di Montalcino - zaczyna otwierając butelkę, polewa do dwóch dużych kieliszków do wina, jeden podaje dziewczynie, a drugim lekko kręci, uwalniając aromaty napoju. Zaciąga się jego zapachem - Aromaty dojrzałych wiśni, suszonych owoców i delikatnych przypraw, wykończone subtelnym akcentem dębu. Przez lata dojrzewa w beczkach, zanim trafi na stoły. Przyjechało do nas prosto z serca Toskanii, czuć ciepło słońca na języku - mówi i macza wargi w winie, ale upija tylko malutki łyczek - Byłaś kiedyś w Toskanii? - pyta, lustrując dziewczynę spojrzeniem. Jest dżentelmenem, będzie podtrzymywał rozmowę, nawet jeśli wolałby teraz zamknąć się we własnym gabinecie i nie musieć uczestniczyć w tym cyrku.
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nigdy nie sądziła, że spotka się z idealną panią fotograf. Powoli zaczynała przerażać ją wizja rodzinnych kronik. Może... wkopała się w prawdziwą litanię? Przyzwyczaiła się do słuchania na prawo i lewo. Klienci też pierdolili jej często głupoty, tylko czy te albumy nie wydawały się być zbyt... poważne? Tak stała cała spięta z uniesioną wysoko głową. Zdecydowanie Charlotte wyjdzie stąd bardziej zawstydzona.
— Próbujesz poprawić mi humor? — pyta cicho, unosząc wzrok w stronę Williama i uśmiechając się niemrawo — mogłeś mnie ostrzec — sama się tu wpakowała. Mogła się wykręcać własnym, rodzinnym obiadem. Chociaż tą lasagne naprawdę chciała spróbować i zapamiętać jak najwięcej upokarzający szczegółów z życia Patela.
Tylko słysząc głos mamy Patel, Charlotte od razu się odwraca i patrzy utęsknionym wzrokiem za Williamem. Nie liczyła na to, że ktoś postanowi ich rozdzielić. Jeżeli wcześniej wydawała się spięta, to teraz ktoś włożył jej kija prosto w dupę. Wyprostowała plecy, brodę uniosła wysoko, a paznokcie wbiła w dłonie. Miała szacunek do Franklina. Znała jego legendę w Toronto, w przyszłości chciała być jak on. Dobra, chłodna pani prawnik, która wygra każdą możliwą sprawę.
— Dobrze — mówi krótko, idąc za mężczyzną. Po dotarciu do jadalni zajmuje pierwsze, wolne miejsce, po czym siada jak robot. Nawet nie rozgląda się po pomieszczeniu, pewnie już wypatrzyłaby zdjęcia roześmianego Williama w piaskownicy, lub nad jeziorem. Dla niej panująca cisza wydawała się naturalna. Mężczyzna w porównaniu do jego syna był dla niej swego rodzaju autorytetem. Chciała móc wysłuchać każde jego słowo, ale wręcz bała się o cokolwiek zapytać.
— Dziękuje — delikatnie skinęła głową i upiła małego łyka — więcej nie wypije, to ja będę kierować — stwierdza finalnie Charlotte, odkładając kieliszek. Wino było zdradziecką suką. Mogła być whiskey, wódkę, ale czerwone wino zawsze wzbudzało w niej największą dozę szacunku.
— To mój syn powinien kierować, jemu alkoholu już na pewno starczy — odpowiada jej Franklin, zawieszając na niej spojrzenie. Charlotte mimowolnie kapituluje, bierze kolejnego łyka ze spuszczoną głową. Dopiero wtedy trafiają do niej słowa o Toskanii.
— Tam jeszcze nie trafiłam, ale planuję. Chwilowo skupiam się na karierze — budowaniu własnego prestiżu oraz marki osobowej. Na początku kariery wydawał się to najważniejszy punkt zaczepienia, o którym pod żadnym względem nie mogłam zapomnieć — co się Panu tam najbardziej podoba i rozumiem, że zna się pan na winie? — nie była w stanie pozbyć się grzeczności w rozmowie z Franklinem. Czuła się przy nim obco, jakby ktoś właśnie ją do niego przykleił. Finalnie bierze głęboki oddech, próbując sobie uporządkować kilka spraw w głowie.
— Mogę mieć dość bezpośrednie pytanie — patrzy na mężczyznę, a po jego skinieniu głowy zadaje pytanie — dlaczego został pan prawnikiem?
Za to Anabelle ciągnie za sobą Williama do kuchni i zaraz rozporządza przygotowanie zastawy do jedzenia. Odpowiednie talerze, sztućce, od razu wspomina o tiramisu na deser. Wszystko miała poukładane nad tym wszystkim panowała.
— Billy, to powiesz mi jak jest? — pyta, otwierając piekarnik. Gdzieś blisko niego stoi uszykowana drewniana deska — coś z tego będzie? Myślałam, by założyć się na Wasz temat z ojcem i nie ukrywam, że chciałabym wygrać — w tej duszy artystki miała w sobie coś z hazardzistki. Odrobina szaleństwa nigdy nikomu nie zaszkodziła, a sam William powinien o tym doskonale wiedzieć.