Obwiniał o to sposób, w jaki on smakował. Obwiniał to, jak odczuwał jego skórę pod swoimi palcami. Obwiniał wygląd jego ciała, po którym przesuwał pożądliwym spojrzeniem, podziwiając każdy ukształtowany pod skórę mięsień, każdą krągłość i każde zakrzywienie. Jego miękkie usta, błękitne, ale mroźne oczy i każdy pojedynczy pieprzyk na jego ciele, które razem tworzyły całkiem nową, intymną konstelacje na niebie jego ciała.
Był idealny.
Był dupkiem, ale idealnym dupkiem.
Ważne, że Bowie mógł obwiniać
jego, a nie siebie. Mógł dalej sprowadzać ich relację do czysto cielesnej, tak jak było na samym początku. Wtedy było łatwiej, swobodniej. Chyba nawet wcale go wtedy nie lubił. Może również dlatego, że był idealny? Perfekcyjny syn, aktor, perfekcyjny uśmiech, tyłek i perfekcyjne życie. Przynajmniej ojciec nigdy mu nie mówił, że mógłby być jak pieprzony Tristan Blackwell. Oj nie. Mówił mu za to, że cała rodzina Blackwellów to ścierwo, że nie mają za grosz talentu, że do pięt im nie dorastają, a ten ich synalek to tylko kawałek gówna zawinięty w ozdobny papier. Zgniły, jak oni wszyscy.
Nie był wtedy idealnym towarzystwem, bo kiedy tylko otwierał usta w innym celu, niż ssanie jego fiuta, mówił głównie rzeczy sarkastyczne: uszczypliwe uwagi, złośliwe żarty, poniżające komentarze. Był sobą, dzieckiem pieniądza, wychowanym na sławie starych, podszytej wszystkim tym, co zepsute. Gdyby nie kilka dobrych osób, które jakimś cudem wzięły udział w wychowaniu go, to pewnie pod tą całą otoczką złośliwego, nieczułego skurwiela naprawdę nic więcej by się nie kryło. Okazywało się jednak, że to tylko pozory, wyuczony sposób bycia, który wypracował, żeby bronić się przed tym, co mogło go zranić.
A potem jego obrona zaczęła słabnąć i wszystko się skomplikowało. Słabł z każdym kolejnym pocałunkiem, uśmiechem, przygryzieniem wargi, puszczonym oczkiem i momentem, który w niewyjaśniony sposób zaczął ich do siebie zbliżać również emocjonalnie. Kłótnia wybuchła nagle, nawet nie pamiętał o co, ale chyba trochę ją sprowokował i tak samo było ze strony Tristana. Nigdy wcześniej z nikim się tak zażarcie nie kłócił, nigdy nie było aż tak paskudnie. Później został sam i samotność po raz pierwszy okazała się być ciężarem, zamiast przynosić mu ulgę. Czuł się tak bardzo rozdarty, że nie potrafił tego znieść. Nigdy nie był aż tak zagubiony, bezsilny. Po raz pierwszy miał wrażenie, że traci zmysły i to na trzeźwo.
Znowu wpadł w ciąg jednorazowych przygód, imprez i złych wyborów, z którego ledwo co się uwolnił przed Tristanem. Potem wpakował się w relacje z Jaydenem, chociaż ta też ledwo trzymała się na włosku i to chyba tylko dzięki anielskiej cierpliwości łucznika, który bez sprzeciwu odbierał go naćpanego i najebanego z różnych imprez i udawał, że nie widzi jego dłoni, wsuniętej w majtki przypadkowych, również pijanych, lasek lub typów. Kłócili się, nawet często, kiedy fala wzbierała, ale ostatecznie to Bowie to skończył, bo chyba przypomniał sobie, że jednak ma serce. Zerwał kontakt, żeby nie torturowali się nawzajem.
Kiedy już był pewien, że jakimś cudem, bardzo powoli, zaczynał doprowadzać swoje życie do względnego porządku (jak na siebie), znowu pojawił się w nim Tristan. Uśpione uczucia odżyły i znowu przepadł. Tym razem było trochę inaczej, jakby wyjście z pierwszego szoku trochę ich otrzeźwiło. Nie potrafił jednak spojrzeć na to szerzej i znowu wpadał w jakąś spierdoloną spiralę obwiniania i uciekania od własnych emocji. Ze strachu, innego powodu nie było.
Jedyne co mogło przewyższyć strach przed uzewnętrznieniem się, był strach o coś innego. Właśnie ten, który poczuł dzisiaj i od którego narazie nie potrafił się uwolnić. Drgnął w odpowiedzi na dotyk i słysząc jednocześnie swoje imię. Opuścił dłoni i przekręcił głowę, spoglądając na Tristana pytająco.
一
Przepraszam, zamyśliłem się 一 powiedział bez zastanowienia, jakby to była wyuczona, sztywna kwestia, nie jego własna myśl. Nie miał powodu, żeby mu odmawiać, więc po chwili rozebrał się, zsunął z bioder bokserki i powoli z nich wyszedł, a potem wsunął stopę do przyjemnie ciepłej wody, ostatecznie siadając Tristanowi między udami. Odchylił się, opierając plecami o jego tors i kiedy tylko objęły go silne ramiona poczuł się trochę lepiej. Przemył twarz i odetchnął głęboko, nie robiąc sobie nic z wilgotnych kosmyków ciemnych włosów, które przykleiły się do jego czoła, szyi i policzków.
一
Ja też 一 przyznał cicho, a na wzmiankę o zasypianiu w wannie lekko się uśmiechnął. W pewnym momencie znowu poczuł się jednak trochę spięty. Przekręcił się trochę i odchylił głowę, a dłoń zacisnął na szczęce Blackwella i musnął ustami jego, inicjując krótki, ale dosyć czuły pocałunek. Przesunął wzrokiem po jego ustach, oblizując własne, a potem uniósł spojrzenie na jego niebieskie oczy.
一
Gdyby coś ci się stało ogłosiliby żałobę światową 一 wymruczał, unosząc przy tym kącik ust, jakby w rozbawieniu. Właściwie nie czuł się rozbawiony. Trochę nieporadnie chciał coś z siebie wyrzucić, coś prawdziwego, tak jak zrobili to wcześniej w wiadomościach. 一
Gdyby coś… 一 dodał i zatrzymał się na moment, znowu przesuwając językiem po swoich wargach 一
To ja bym żałował. To mnie przeraża 一 dokończył i nawet jeżeli w myślach miał dużo do dodania, to nie potrafiłby tego z siebie teraz wyrzucić. Patrzył na niego dalej, kiedy po jego policzku spłynęła kropla. Trudno było oszacować czy była to łza, czy woda spływająca z kosmyka jego włosów.
tristan blackwell