-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie wierzyła w żadnego pierdolonego łosia. Nie spodziewała się, że znała takie słowa, ale uruchomiła się w niej polska natura i leciała z bluzgami jak kurwa z kutasami. Nic nie było w stanie jej powstrzymać. Podobnie jak zdjęcia małego Williama, które cały czas dochodziły do Jane, albo które zaczęły wisieć na klatce schodowej, kiedy wychodził do pracy. Prawdziwe wkurwienie Charlotte zaczynało wychodzić na jaw. Odkąd wróciła do domu, nie odezwała się do niego słowem. Za to uprzykrzała mu życie na każdy możliwy sposób przez żałobę samochodu, który postanowił skasować. Szczerze? Spodziewała się, że zrobił to specjalnie i nie przyjmowała żadnych wymówek dotyczących łosia. Łosia to on mógł mieć na kutasie, a nie na drodze w takiej metropolii, jaką jest Toronto.
Sama nie wiedziała, dlaczego zdecydowała się na wyjście na bankiet z okazji urodzin Franklina. Przygotowała najdroższą butelkę wina z Sycylii, jaką udało jej się importować. Pamiętała ich rozmowę oraz wspomnienia podróży poślubnej. Chciała dla nich dobrze, a wyjście na bankiet spowoduje ból głowy u Williama. Nie mogła przegapić takiej okazji. Odstawiła się jak woźny na dzień nauczyciela. Czerwona sukienka, złote dodatki i ta czerwień na ustach, jakby samym ubiorem wszem i wobec ogłaszała, że idzie po głowę Patela.
— Miło Państwa widzieć, wszystkiego najlepszego — zaczepia Charlotte rodziców Williama. Franklin jedynie skinął na nią głową, a później Lotte wita się z Anabelle. Tradycyjna wymiana buziaczków, radości oraz informacji — wiesz co Charlotte, mój syn w ogóle nie ma polotu. Przyszedł z jakąś dziwną dziewczyną. Wolałabym Ciebie — rzuca pani Patel, a Lotte już się tylko uśmiecha. Oczywiście, oczami wyobraźni widziała, kogo ze sobą przyprowadził. Tylko wtedy zobaczyła Gustava, jej ojca. Nie spodziewała się go tutaj i nie miała zamiaru z nim rozmawiać. Odkąd ogłosił wszem i wobec na kolacji rodzinnej, że rozwodzi się z matką Lotty, nie miała z nim kontaktu. Szczerze wolała tego nie zmieniać.
— Przepraszam, muszę zniknąć — rzuca Kovalski i choć chciała brylować w towarzystwie... zaczyna ukrywać się za kolumnami. Wcześniej jedynie chwyta po butelkę wina, od razu nalewając sobie kieliszek do pełna. Dwa pierwsze wypiła na raz, a trzeci dopiero zaczęła sączyć, spoglądając na ojca ze sporej odległości. Nie chciałaby doszło do jakiejkolwiek konfrontacji.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie wierzyła własnym oczom. Miała się schować przeżyć ten wieczór w świętym spokoju, a zamiast tego zobaczyła jegp. Czy to była jakaś pieprzona iluzja? Oczywiście, musiał pojawić się na bankiecie urodzinowym własnego ojca. Spodziewała się go tutaj, ale nie konkretnie tu, kiedy ona chowała się przed własnym ojcem. Jeśli dojdzie do ostrzejszej wymiany zdań, a dojdzie, ludzie zaczną zwracać na nich uwagę, a ostatnie czego potrzebowała to, by Gustav aka pseudonim operacyjny jANUS zobaczył ją tutaj.
— Twój tata mnie zaprosił — odpowiada praktycznie od razu, uśmiechając się złośliwie. Czy Williama powinno to dziwić? Polubili się i znaleźli między sobą przedziwną nić porozumienia. Ba, Lotte wolałaby prowadzić teraz rozmowę z Franklinem niż z Billy'm — a ty co? Z kim przyszedłeś? Z dziwką spod latarni? — nie żeby ją to obchodziło, ale tak trochę było. Zaczęła się rozglądać zza kolumny, by znaleźć najbardziej obscenicznie ubraną laskę, by móc wyśmiać jego ust. Ciekawe, na jakie delulu cierpiała jego nowa laska. Pamiętała wszystkie sprowadzane dziewczyny do mieszkania Patela. Żadnej nie zabrałaby do takiego miejsca.
— Mógłbyś, chociaż nie udawać, że się mnie tu nie spodziewałeś — na jej twarzy maluje się grymas i kręci delikatnie głową. Widział, jak się dogadywała z jego ojcem. To była tylko kwestia czasu, aż zaczną wymieniać się SMS'ami i doradzać sobie w trakcie różnych spraw. Co prawda chciała brylować w towarzystwie, ale nie za bardzo miała jak. Jej ojciec skutecznie jej to uniemożliwiał.
— Musisz być tak blisko? — pyta, kiedy tylko podchodzi do niej bliżej. Wyczuła zapach jego intensywnych perfum i choć chciałaby ukryć się za złośliwością, to czuje, jak do jej polików dociera krew. Dobrze, że miała na sobie makijaż, bo wyczuwała pojawiające się rumieńce — ukrywasz się pewnie przed kimś? — pyta, wychylając się zza kolumny i widzi wtedy stażystkę. Ładna, dobrze ubrana, ale zdecydowanie dla niego zbyt młoda. Wraca spojrzeniem do Patela już z uniesioną brwią — niezłą cizię sobie wybrałeś. Jest chociaż legalna? — zaraz śmieje się pod nosem. Może była młoda, ale nie miała w sobie tej charakterystycznej iskry. Chciała jeszcze raz się wychylić, tylko wyczuła pierwszy problem. Widzi własnego ojca zmierzającego w ich stronę, chyba czas do toalety. Bez zastanowienia Charlotte chwyta Willa za koszulę i przyciąga go bliżej siebie. Nie, Gustav nie mógł jej znajdzie. Prędzej pocałowałaby Patela, żeby ich tylko ominął, zlewając ciepłym moczem. Kątem oka sprawdza położenie ojca, zaraz wtulając się w Williama z głową przekręconą w przeciwną stronę. W głowie się modli tylko oto, by Janus przeszedł dalej, nie zaczepiając ich.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Unosi wysoko brwi, słysząc jak zaczyna mówić i po chwili parska śmiechem. Nienawidziła go, ale coś kuło ją w sercu. Przyszedł z kimś innym. Jasne, mógł się spotykać z innymi. Przecież nic to nie znaczyło, a ona w życiu nie chciałaby się z nim związać, a jednak doprowadzało ją to do szału.
— Jasne, ze srawniczką — pocisk godny ośmiolatki panienko Kovalski, ale na pewno skuteczny — mógłbyś, chociaż nie próbować wywoływać we mnie zazdrości. Spływa to po mnie jak po kaczce — stwierdza, kręcąc głową. Tylko nie do końca sama ze sobą się zgadza. Na pewno nie była to żadna zazdrość, na pewno nie o niego. Zaraz przypomina sobie w głowie obraz, jak odparowywał sobie wodę w jej sypialni w samych majtkach i skarpetkach. Okropny widok.
— Boisz się mojej obecności? — aż prychnęła. Musiał się bać, zwłaszcza że zrobiła milion zdjęć, a później wieszała je tam, gdzie tylko mogła. W każdym miejscu na ścianie i u niego w pracy. Ludzie musieli mieć prawdziwy ubaw — dobrze wiesz, że polubiłam się z twoim ojcem — przypomina mu to, pokazując język. Jego pewnie to srogo bolało, za to ona czuła się dumna. Mało kto mógł pochwalić się pozytywną relacją z Franklinem Patelem. Ona jako młoda prawniczka mu zaimponowała i szczerze? Chciała móc rozmawiać z ludźmi z branży, dzielić się doświadczeniem, spędzając wieczór bez Williama, ale przeznaczenie zdecydowało inaczej.
— Skończ pierdolić Patel — warczy finalnie, słysząc o chowaniu się w kącie. To było bardziej skomplikowane niż mógłby się spodziewać. Nie powiedziałaby mu o JEJ ojcu. Wtedy dopiero zaczęłoby się prawdziwe piekło dla Kovalski, a ona naprawdę nie chciała się z nim konfrontować. Była pierdoloną dorosłą kobietą, ale własnego taty bała się najbardziej. Nieważne, ile byłaby w stanie osiągnąć, on nigdy nie byłby zadowolony.
— To że... — tylko nie ma żadnych racjonalnych powodów, patrzy jeszcze raz na kobietę i już na pomysł — kurwa, nieważne, kto nosi do musztardowej sukienki srebrne dodatki? — już chciała zacząć dygresję, kto w ogóle lubi ten kolor, byle nie mówił nic o zazdrości. Na pewno nigdy, przenigdy nie byłaby o NIEGO zazdrosna. Prędzej świnie zaczęłyby latać. Nie, to już się stało. Prędzej ona zaczęłaby wymiotować tęczą. Nie, to też nie wchodziło w grę. Prędzej sama by go pocałowała, niż była o niego zazdrosna. To się na pewno nigdy, przenigdy nie stanie.
— Will, proszę — rzuca błagalnie, by się nie odzywał z prawdziwą nutą przerażenia. Zaraz jednak dzieje się prawdziwa magia, a Charlotte rozlewa swój kieliszek wina gdzieś obok butów jej ojca. Unosi wzrok całkowicie przerażona. Znowu czuła się jak mała dziewczynka, a tak długo obiecywała sobie, że do tego nie doprowadzi.
— Charlotte Anne Kovalski — chłód jego głosu, od razu postawił Charlotte niemalże na baczność. Każdy mięsień jej ciała się spiął, a on wyprężyła jak struna. Gustav był mężczyzną, który niewątpliwie budził respekt jedynie krótkim spojrzeniem. Choć miał swoje lata dalej powodował w jej sercu kłucie serca, niedługo będzie miała trzydzieści lat, a ona dalej obawiała się własnego ojca — dlaczego na mnie wpadasz i co ty tu właściwie robisz? — pyta, unosząc do góry jedną ze swoich brwi. Nie spogląda nawet na Williama. Nie zauważa jego istnienia, za to Charlotte czuje, jak ją dosłownie wszystko boli. Uwielbiała matkę, a z ojcem nigdy nie potrafiła się dogadać. Zabawne, znowu coś łączyło ją z Williamem.
— Dobry wieczór, ojcze — zaczyna Charlotte, ale spuszcza wzrok — zostałam zaproszona — burczy cicho pod nosem, bo nie chciała, by ten wieczór skończył się w ten sposób. Chciała móc bawić się wśród elit, ale obecność ojca skutecznie jej to ograniczała.
— Charlotte, i o czym opowiadasz tutaj ludziom? O twoim marzeniu o zostaniu prawnikiem? — aż parsknął cicho pod nosem. Tak Gustav był osobą, która gardziła prawnikami, a to że jego pierworodna córka nim została, uważał za plamę na honorze. Za każdym razem jej to wypominał — dałabyś spokój i przejęłabyś rodzinny biznes. Ktoś musi się tym zająć, zwłaszcza po moim rozwodzie z twoją matką — za każdym razem przypomina jej o rodzinnym biznesie, a ona nigdy nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Nieruchomości nigdy jej nie ciekawiły, rodzinny biznes określiłaby mianem nudnego — chociaż to idealna okazja, żebyś poznała swoją przyszłą macochę — stwierdził nagle Gustav, a Charlotte cała zbladła. Słyszała o niej pogłoski, ale nigdy nie wchodziła w szczegóły. Omijała temat jak tylko mogła, zwłaszcza że w kwestii rozwodowej stanęła po stronie własnej matki.
— Ojcze, ale... — zaczyna Charlotte i patrzy jeszcze błagalnie w stronę Williama — dosyć, moja droga. Skoro już się tu pojawiłaś, poznasz Elizabeth. — a tak właśnie nazywała się ciotka Williama — mam nadzieję, że znowu mnie nie rozczarujesz. Już twoja kariera robi mi za wystarczającą hańbę. Prawniczka? A umiecie robić coś więcej niż okłamywać ludzi? — typowe gadanie starego, ale Lotte czuła jak coś w niej kruszeje. Zaraz wyciąga w jej stronę dłoń — poza tym damy nie piją alkoholu, oddaj mi ten kieliszek. Tego potrzeba naszej rodzinie, by moja córka się tu upiła — rzuca poważnym tonem, a Lotte bez jakiegokolwiek rezonu podaje mu szkło — niedługo nasze rodziny zostaną jedną Charlotte — jej wcale nie było do śmiechu. Najchętniej by stąd uciekła, ale musiała się trzymać, póki mogła.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Niczego się nie boję, oprócz bliskości z Tobą, tak chciała mu się odszczekać. Tylko kolejne sekundy minęły zbyt szybko. Sama nie wiedziała, kiedy znajdowała się przed własnym ojcem z tym charakterystyczną nerwową postawą. Trudno było jej się odnaleźć w tej chwili. Kiedy pojawiła się przy nich Elizabeth, miała wrażenie, ze śni. To musiał być jeden z najokropniejszych koszmarów, pojawiający się w jej głowie. Myślała, że śni, albo że znów się naćpała, a wybranka ojca przypominała jej Janice z friends.
— Guciu? — powtórzyła za nią, a chwilę później jej wzrok padł na Williama — bratanek? — czuła, jak cała krew zaczyna jej odpływać z mózgu. To nie mogło być realne, zwyczajnie to się nie działo. Podniosła do góry głowę, by dodać sobie, chociaż odrobinę pewności siebie, ale wraz z kolejnymi słowami zwątpiła w to, co się działo przed jej oczyma — pomóc? — on miał pomóc w rozwodzie jej rodziców? On. Charlotte pierwszy raz nie kryje zdziwienia. Oczy ma jak z orbity. To nie tak, że ojciec przekupił wszystkich prawników, by uniemożliwić obronę jej matce, a teraz postanowi... wybrać na prawnika jej wroga publicznego numer jeden, którego nawet momentami lubiła. Tylko teraz zostanie jej jedynie nienawiść. Kącik ust jej nieznacznie drgnął.
— Mi Ciebie też... — zaczyna Gustav, podając mu dłoń — miło poznać, Williamie — Charlotte już słyszy to kłamstwo, czuje ten niemiłosiernie mocny chwyt dłoni. Jej ojciec nienawidził prawników, twierdził, że zawsze zdzierają z niego pieniądze — to moja córka — poprawia ją biznesmen i tylko krótko kręci głową. Co w niej widział? Pewnie zakochał się w rechocie ropuchy. Sam na księcia nie wyglądał, prędzej na parę złych czarnoksiężników.
— Miło poznać, Elizabeth — mówi cicho Charlotte. Nie za dużo Patelów? Bratanek. Czyli to była siostra Anabelle, lub Franklina? Zmroziło ją. Oni wyglądali na tak dobrze dobraną, kochającą się parę, a jej ojciec miał... wejść do ich rodziny? Ona miała być rodziną z Williamem? Nie, to nie mogło dziać się. Pokręciła delikatnie głową, szczypie się w ramię. Takie rzeczy nie mogły dziać się naprawdę.
— Charlotte, to będzie moja narzeczona, jak skończę z twoją matką — te słowa sprawiają, że przez ciało Kovalski przechodzą dreszcze. Wiele mogła znieść, ale niektóre słowa padać nie powinny. Jej matka była najcudowniejszą osobą na świecie, a ona nie pozwoliłaby na nazywanie jej w ten sposób.
— Co zrobisz?! — pierwszy raz unosi głos na własnego ojca z całą tego świadomością przy innych ludziach. Potrafiła się wykłócać, bywała uparta jak osioł, ale nigdy publicznie nie sprzeciwiła się ojcowi. Tylko ta gorycz kiedy mówił o jej mamie była zbyt wielka, miała nadzieję, że zamilknie, ale on kontynuował dalej.
— Rozwiodę się z tą nic nie znaczącą trzpiotką, która całe życie zajmowała się domem i nie ma sobą nic do zaoferowania — mocne słowa, chociaż kolejne miały, dopiero paść. Gustav nie bez powodu w branży był znany ze swojej szczerości, wiele osób przez to za nim szło, ale jego własna córka nie potrafiła — Charlotte, nawet ty jej nie szanujesz, a jesteś... prawniczką — obrzydzenie z jakim to mówił, było dla niej nie do wytrzymania. Innych prawników potrafił szanować, tylko nie ją. Powinna się zgodzić z każdym jego słowem, dać sobą manipulować, ale coś w niej drżało. Już wcześniej marzyła o zrobieniu sceny wraz z braćmi. Tylko teraz była tu sama. Wraz z innymi goścmi urodzin Franklina.
— Nie mam zamiaru w tym uczestniczyć ojcze — syknęła w końcu Charlotte, lekko drżącym głosem. Takie sprawy nigdy nie przychodziły jej z łatwością — chyba że chcesz, bym poszła do mediów i zdradziła im twoje sztuczki podatkowe — nie mogła się powstrzymać, ale zaraz ugryzła się w język, widząc minę ojca. To nie miała być łatwe starcie.
— Charlotte Anne Kovalski — zaczyna mówić głośniejszym tonem, a ludzi finalnie spoglądają w ich stronę — masz mi zamiar robić wstyd na bankiecie naszej, przyszłej rodziny? — zawód wręcz wypływała z jego głosu, podobnie jak wściekłość — czasami nie mogę uwierzyć w fakt, że jesteś moją córką. Gdyby nie testy ojcostwa, dalej bym w to nie wierzył. Niepoukładana prawniczka, która myśli, że jej zdanie się liczy — i zaśmiał się, tak po prostu się zaśmiał — to co William? Zajmiesz się moją sprawą? — pyta w stronę Williama. Lotte nigdy nie czuła się tak mała, tak nieważna. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Żadne dziecko nie powinno słyszeć takich słów z ust ojca, niekiedy patrzył jej prosto w oczy. Oczy niemalże od razu się jej zeszkliły, a ostatnimi siłami powstrzymała się od ich uronienia.
I chyba pierwszy raz zdecydowała się faktycznie zbuntować. Chwyta mocnym ruchem kieliszek, który jeszcze niedawno należał do niej. Po chwili wylewa go własnemu ojcu w twarz. Pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wszystkiemu przyglądający się Państwo Patel. Tak jak William widział ją w każdej postaci tak oto ich dbała, a kiedy zdała sobie sprawę z widowiska, które urządził gościom Gustav, sama wybiegła.
Musiała się przewietrzyć, a najlepiej zniknąć. Kucnęła gdzieś z boku rezydencji Państwa Patel, a całe ciało jej drżało jeszcze z nerwów. Nie była w stanie się uspokoić, nawet przez krótki moment za to z oczu zaczęły wypływać jej łzy jedna za drugą.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zapraszał do swojego biura? Spojrzała jeszcze wściekłym wzrokiem na Williama, zanim zdążyła wyjść. Nie sądziła, że byłby w stanie wypowiedzieć te słowa, że się na to zgodzi. Prawnicy dużo robili dla pieniędzy i choć myślała, że William jest inny. Mogli się na siebie denerwować, mówić na siebie obrzydliwe rzeczy, ale były pewne granice. Przez krótkie chwile wzbudzał w niej uczucia sympatii. Czasem miała wrażenie, że są w stanie się dogadać, tak jak wtedy w sylwestra, czy układając wspólnie tarota. Tylko przy jej ojcu pokazał swoją prawdziwą twarz, ale byli tacy sami.
Nawet nie wiedziała, co bardziej ją bolało, kiedy siedziała skulona. Słowa wypowiedziane z taką cholerną szczerością przy ojca, czy zdrada Williama. Przecież ona jeszcze tak niedawno go broniła przed własnym ojcem, chciała pokazać go w najlepszym świetle. Tylko Franklin miał pierdoloną rację. Nikt nigdy jej w ten sposób nie upokorzył, pierwszy raz czuła to rozdzierające uczucie w sercu, kiedy przepołowiło się na połowę. Nic do niego nie czuła, większość czasu za nim nie przepadała... a jednak bolało jak żadne inne słowo wypowiedziane przez jej ojca.
Przez ciało Lotty przeszły cierpkie dreszcze, gdy tylko usłyszała jego imię. W tym momencie chciała jedynie go zmiażdżyć bez żadnego zastanowienia. Cały smutek przerodził się w złość, która była nie do zatrzymania. Walnęła go mocno w dłoń, którą ją podał i wstała bez żadnego zastanowienia. Oczy błyszczały jej od łez. Wyraz twarzy zmienił się znacząco. Jeśli kiedykolwiek myślał, że była na niego zła, to teraz mierzył się z prawdziwą furią (hehe, nocna furia).
— Co? Przyszedłeś się ze mnie pośmiać, Patel? — warknęła niemalże od razu, z każdym kolejnym słowem coraz bardziej zalewały ją uczucia, których jasno nie była w stanie sklasyfikować — nie za mało twoja rodzina wpierdala się w moją? — pyta, bo nie wierzyła, że wcześniej nie wiedział o pojawieniu się jej ojca na liście gości. Może dopiero się poznali, ale to krótkie pytanie i ta zgoda spowodowały, że ona cała się w środku gotowa. Zacisnęła mocno pięści do takiego stopnia, że na jej dłoniach pojawiły się czerwone ślady.
— Tak postanowiłeś się odegrać? — zaśmiała się gorzko, ale czy to była bezsilność, czy złość tego nigdy się nie dowie — próbując, zniszczyć moją bogu winną matkę? — brwi miała uniesione wysoko, a z każdym kolejnym głosem coraz bardziej unosiła głos. Wszyscy dobrze bawili się w środku. Chciała brylować w towarzystwie, a została zwykłą pożywką dla śmietanki towarzyskiej Toronto. Pewnie czerpał niewątpliwą przyjemność w zobaczenia jej w tym stanie.
— I ja Ciebie broniłam przed własnym ojcem... — mruknęła pod nosem, kręcąc głową — nie wierzę, że mogłam nazwać Cię dobrym człowiekiem. Jesteś największą, pierdoloną kanalią, jaką poznałam — wcześniej wierzyła we własne słowa. Lubiła jego wiecznie niezamykającą się gębę, a niektóre przyzwyczajenia zaczynały ją bawić. Pod maską złośliwości i piekielnych numerów kryło się coś więcej, ale teraz kiedy zdała sobie z tego sprawę... bolało to jeszcze bardziej. Nie był warty żadnego słowa, które do niego wypowiadała, ba nawet ani jednego spojrzenia.
— Brzydzę się Tobą — wycedziła przez zęby, zdając sobie sprawę, jak resztki sympatii wobec Patela opuszczają jej ciało. Miała pewne granice. Żarciki wydawały się być niegroźne, w ogóle nieznaczące, ale... lubiła oglądać jego rozzłoszczoną minę. Teraz widziałaby go powieszonego za jaja — nie poznałam jeszcze tak prze obrzydliwego człowieka — nawet nie czekała na jakiekolwiek jego tłumaczenia, a wymierzyła mu siarczystego liścia w prawy policzek. Nie zastanawiała się kiedy, to po prostu się stało.
Może to dlatego że zaczynała mieć go za kogoś więcej niż tylko sąsiada.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski