-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Daj jej powiedzieć... - syknęła, a Madox zabrał rękę, ale stanął obok fotela, już chciał rzucić, że ma to w dupie, jej rozkazy, że nie będzie jej słuchał, ale Lopez poruszył się opierając dłoń na swoim pistolecie. Noriega stanął w miejscu, chociaż serce waliło mu w piersi jak szalone, oddech robił się płytszy. Był zły i na swoją matkę i na Pilar, bo nie po to tutaj wcale przyszedł. Dla jakiegoś pojednania. Zwłaszcza, że okazało się, że ona uciekła z Medellin, żeby co? Żeby kurwa prowadzić sobie gangsterskie życie tutaj w Meksyku.
Esme nie spuściła spojrzenia z Pilar, ale jej twarz niewiele zdradzała, chociaż skinęła delikatnie głowa, żeby kontynuowała, bo przecież widziała, że to nie wszystko.
Na jej kolejne słowa wywróciła oczami, tak samo teatralnie jak zawsze robił to Madox.
- Och muñeca… myślisz, że ja nigdy się nie interesowałam co u niego? - pochyliła się nieco do przodu spoglądając na Madoxa. Ale on już wiedział, czuł to, że ona wie więcej niż się jemu zawsze wydawało, zdecydowanie więcej. A to, że znała jego adres nie było żadnym przypadkiem.
- Wydaje mi się cariño, że wiem o nim więcej niż ty - wstała z fotela wygładzając sukienkę. Przeszła się za nim, a później zatrzymała na przeciwko Noriegi. Madox wbił w nią spojrzenie, nie miał pojęcia czy mówi prawdę, czy kłamie... Okłamywała go całe jebane życie, nie potrafił tego wyczytać z jej spojrzenia. To jednak zaraz zjechało na Pilar, wraz z jej kolejnymi słowami. Esme przechyliła na bok głowę.
- Naprawdę lubiłam Rosę, myślałam, że będziesz z nią szczęśliwy gusanito... - rzuciła, a Madox prychnął - ale ta dziewczyna ma w sobie więcej ognia - zrobiła krok w kierunku Pilar i chciała sięgnąć ręką do jej policzka, ale Madox się wyrwał i stanął między nimi.
- Zostaw ją - warknął, a Esmeralda cofnęła rękę, pokręciła głowa.
- YA nichego yey ne sdelayu, ya vizhu, kak sil'no ty o ney zabotish'sya, moya malen'kaya prokaznitsa - i chociaż Madox przecież po rusku mówił rzadko, to z tym jej akcentem zrozumiał każde słowo. Zerknął na Pilar. Bo może nie powinien tego pokazywać? Jak bardzo mu zależy. Nie przy matce.
- Skoro jesteś taka... wyrozumiała, to po prostu nas puść - odezwał się Noriega wciąż patrząc w oczy brunetki. Ale ona zaraz się uśmiechnęła, przyjemnie, pokręciła głową. Chociaż już po chwili spojrzała na Stewart jakoś krzywo.
- Och Madito i wtedy bym się nie dowiedziała, na jak świetnego człowieka wyrosłeś - westchnęła ciężko i znowu się cofnęła, żeby stanąć przy Lopezie - zjecie ze mną kolację. Porozmawiamy sobie... - powiedziała, a Madox zerknął na Pilar. Wcale, a wcale nie miał na to ochoty.
- Mamy inne plany, właściwie... miałem dzisiaj jeszcze jechać na komendę - próbował coś wymyślić na szybko - będą mnie szukać - Esme spojrzała na niego, ale zaraz wywróciła oczami, chyba tego nie kupiła.
- To oddzwonisz i powiesz, że dzisiaj nie dasz rady, to Meksyk cariño... Nie będą nalegać - pokręciła głową, a kiedy Madox znowu otworzył usta, to uciszyła go gestem ręki. I chociaż dziesięć lat jej nie widział, to wiedział, że to już nie podlega dyskusji.
Kurwa.
Jego ciotki robiły to samo.
Esmeralda odwróciła się do nich tyłem i przez chwilę szeptała coś Lopezowi na ucho. W końcu ten tylko skinął głową, że rozumie.
- Lopez zaprowadzi was do pokoju, żebyście się troszeczkę... ogarnęli - zmierzyła spojrzeniem Pilar, a później znowu patrzyła na Madoxa - jak będziecie próbować jakiś sztuczek to ma strzelać w nogę, ale tak, żeby nie była do odratowania... A szkoda by było, gdybyście nie zatańczyli sobie na swoim weselu - tu spojrzała jeszcze na Stewart, a później na Madoxa. Lopez wyszedł do przodu.
- Tędy - warknął, ale Madox jeszcze próbował coś powiedzieć, co znowu spotkało się z protestem jego matki.
- Za pół godziny, w głównej jadalni - powiedziała, a Lopez ruszył przed siebie do drzwi. I chociaż Madox się jeszcze zawahał, to zaraz chwycił Stewart za rękę, pociągnął ją za sobą do drzwi. Jak stąd wyjdą, to może będą mieli jakąś większą szansę stąd uciec?
Tylko zaraz się okazało, że ruszyło za nimi dwóch ruskich, a z przodu Lopez. Poprowadził ich w kierunku tych ozdobnych schodów.
- Pilar nic ci nie jest? - zapytał po drodze Madox, obejrzał jej nadgarstki na których miała czerwone ślady od taśmy. Ale na więcej nie było czasu, bo Lopez był szybki. Poprowadził ich po schodach i jasnym korytarzem, do pokoju na samym końcu.
- Macie pół godziny, dajcie telefony - mruknął tylko i otworzył przed nimi drzwi, wystawił rękę po telefony. Madox się zawahał, ale Rosjanie już stanęli bliżej nich, a ci byli jeszcze więksi od Lopeza. W końcu oddali te telefony. Lopez ledwo się powstrzymał przed tym, żeby ich znowu nie szarpnąć, ale Madox nawet grzecznie wszedł do środka i pociągnął za sobą Pilar.
Pokój był jasny, ładny, wyróżniało się w nim tylko to, że w oknach miał kraty...
- Ja pierdolę, w co ja nas wpakowałem - Madox stanął od razu za drzwiami przesuwając palcami po twarzy i jasnych włosach.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak samo jak chwile później, kiedy jasno dała do zrozumienia, że interesowała się co u niego. Czyżby faktycznie to robiła? Miała w Kanadzie jakieś wtyki? Teraz, kiedy Pilar patrzyła na ten wielki dom i to co się w nim działo, dodając jeszcze z dziesięciu goryli, każdego ze spluwą… była w stanie to uwierzyć. W to, że kobieta miała jakiś swoich informatorów i w Toronto. Że faktycznie sprawdziała co u niego.
Na uwagę, że wiedziała więcej od Pilar, Stewart uniosła wysoko brwi. Nie dała tego po sobie poznać, a jednak jej słowa od razu ją ruszyły. Nie była w stanie NIE myśleć o tej całej aferze z wczoraj z Eliotem i całą policją. O tej jednej rzeczy, której nie mógł jej powiedzieć. Która była zbyt niebezpieczna, by o tym rozmawiać. Nie wiedziała czemu, ale w pierwszej kolejności to o tym pomyślała. Chciała ją o to zapytać, powiedzieć, żeby pochwaliła się, co tak bardzo o nim wiedziała, ale finalnie ugryzła się w język i pozwoliła jej mówić dalej.
A raczej im, bo zaraz Madox włączył się do rozmowy.
Nawet nie musiała na nich patrzeć, żeby czuć na plecach dreszcze. Żeby czuć te iskry padające między ich słowami. Atmosfera była kurewsko napięta. Jak jebana struna i Stewart miała wrażenie, że wystarczył dosłownie jeden mały zapalnik, żeby wszystko posypało się jak domek z kart. Szczególnie, kiedy goryle zerwały się z miejsca i złapali za spluwy. Pilar momentalnie złapała Madoxa za przedramię.
Nie mogli ryzykować tego, że zaraz ich kurwa odstrzelą. A po kolejnych słowach Esme… wyglądało na to, że jeszcze spędzą tutaj trochę czasu.
Nagle chciała jeść z nimi kolację?
W jej ustach, które wcześniej rzucały jadem brzmiało to wręcz zaskakująco. I chociaż to wszystko, co tu się działo było po-pier-do-lo-ne, tak Pilar nie mogła nic poradzić na to, by nie doszukać się w zachowaniu kobiety jakiegoś drugiego dna. Czy gdyby naprawdę nie chciała się dowiedzieć co u niego, jaki był, spędzić z nim trochę czasu, zapraszałaby go na kolacje? Musiała coś poczuć. Coś w tym jej skurwiałym sercu musiało się ruszyć. Chociaż to wcale nie zmieniało faktu, że wcale nie byli tutaj bezpieczni. Ba, oni byli tu kurwa w ciągłym stanie zagrożenia życia.
A jednak musieli grać tak, jak ona im zagrała. Nie mieli argumentów, by walczyć, przynajmniej narazie. Dlatego Stewart pozwoliła zabrać się za rękę i pociagnąć w stronę schodów. Cały czas walczyła z walącym sercem, a kiedy mijali pokój, w którym wcześniej ją przetrzymywali, aż momentalnie się spięła.
— Jest okej — rzuciła krótko, kiedy spytał czy wszystko było okej. Nie było. Oczywiście kruwa, że nie było. Ale co miała mu powiedzieć? Co on w ogóle oczekiwał od niej usłyszeć, że jest chujowo? I co wtedy? Było jak było.
Swój telefon oddała bez większego problemu. Dopiero kiedy Lopez oznajmił, że chce całą jej torebkę, zawahała się. Spróbowała nawet jakoś przemycić kluczyki od auta, ten był za szybki i wyrwał jej wszystko w jednym ruchu. Nawet chciał się na nią przy tym zamachnąć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał, spoglądając na Madoxa. Wiedział kim był. Może nie chciał z nim igrać? Może miał świadomość, że gdyby coś mu zrobił Esme nie byłaby zadowolona? Dlatego odwrócił się na pięcie i wyszedł, a już po chwili w pokoju wybrzmiał dźwięk przekręcanego klucza.
Świetnie, kurwa.
Pilar przeszła się po pokoju. Nerwowo. Wyjrzała przed okna, przyjrzała się okolicy i wystrojowi, by bardzo szybko dojść do smutnego wniosku — stąd z pewnością nie było ucieczki. Nie było nawet co próbować, a to oznaczało jedno. Musieli iść na tą kolacje, czy tego chcieli czy nie.
Złapała kilka głębszych oddechów, a potem odwróciła się w stronę drzwi, słysząc jego słowa. Przez kilka dzikich uderzeń serca po prostu stała w miejscu i na niego patrzyła. Dopiero potem ruszyła w jego stronę.
— Chodź tu — rzuciła krótko, lecz po chwili to ona stała przy nim. Ujęła jego poharatane policzki i po prostu, najzwyczajniej w świecie wpiła się w jego usta. Mocno. Nie było w tym namiętności, a czyste przerażenie i tęsknota. Całe to pierdolone zmartwienie, które nosiła w sercu, kiedy nie wiedziała, co się z nim działo. Ten cały rollercoaster emocji. Bo może była popierdolona, ale bardziej niż to, że oni byli teraz zamknięci na cztery spusty liczyło się to, że on był cały.
Oderwała się od niego, oddychając ciężko, chociaż wcale się nie odsunęła. Na krótką chwile po prostu przystawiła swoje czoło do jego, pozwalając, by ich serca nieco się uspokoiły, zgrały ze sobą, przyzwyczaiły do nowej sytuacji. Chociaż przez pół godziny byli bezpieczni. Poharatani, poobijani — bo przecież i on miał pod okiem sińca i Pilar cały rozwalony do krwi policzek i wargę — ale przynajmniej byli cali.
Przeniosła dłoń na jego pierś, przyciskając mocno do miejsca, w którym znajdowało się jego serce. Czuła jak bardzo wali, jak niespokojne jest. Nawet nie fatygowała się, żeby pociągnąć go na łóżko by usiąść, ona po prostu ściągnęła go do parkietu. W dół. Za koszulkę. Klękając tuż przed nim.
— Madox, popatrz na mnie — poprosiła, chociaż jej ton bardziej przypominał żądanie. Wodziła wzrokiem po jego twarzy, dopóki nie zobaczyła jego pięknych, ciemnych oczy skupionych na niej. — Jestem tu z tobą, okej? Damy radę. Jakoś przejdziemy przez tą kolację i spierdalamy. Tylko kurwa… — westchnęła, odwracając na moment spojrzenie. Nie chciała poruszać tego tematu, ale no kurwa czuła, że musiała. — Co ona takiego wie? Jest coś, co może wyciągnąć podczas tej kolacji? — bo skoro mieli być w tym razem, to Pilar musiała być przygotowana na wszystko. Nie mogła dać się zaskoczyć. I on doskonale o tym wiedział. Że jeśli było coś, co mogło ich podzielić, a ona o tym wiedziała, z pewnością będzie chciała użyć tego przy stole.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
No na pewno nie tego.
Przecież Marisol nie była jakąś gangsterką, może i miała swoje momenty, kiedy była po prostu twarda, kiedy umiała rozmawiać z ludźmi, z którymi jego ojciec robił interesy...
Kurwa.
Ona przecież wiedziała jak to wszystko się odbywa, w tym całym swoim szaleństwie doskonale się na tym znała, na tym świecie ze spluwami schowanymi pod luźnymi marynarkami. To tylko Madox był głupi. Naiwny. Wierzył, że jego mama jest dobra. Lepsza niż jego ojciec. Bo jest tą księżniczką, którą porwał zły smok. A może wcale nie było?
Dzisiaj to ona była smokiem.
Madox cały czas o tym myślał, ale kiedy Lopez szarpnął torebkę Pilar, to automatycznie wyszedł do przodu, nawet jakby miał mu odstrzelić tą nogę, to nie pozwoliłby jej uderzyć, nie kiedy był obok. Już i tak kurwa wyrzucał sobie cały czas, że ją skrzywdzili, jak on przeciągał tą rozmowę a matką. Mógł to załatwić szybko. Ale nie za bardzo wiedział co ma zrobić.
A kiedy weszli do tego pokoju, gdzie na komodach stały te pierdolone róże to nie wiedział tym bardziej. Złapał się za głowę sunąc palcami miedzy jasnym włosami. Musiał pomyśleć. Powiązać to wszystko co już wiedział.
Dopiero to jej chodź tu sprawiło, że podniósł na nią spojrzenie, ale nie ruszył się z miejsca. Co z tego, skoro ona już była przy nim, skoro już opierała palce na jego policzkach, jednym zasiniaczonym, po którym spłynęła strużka krwi, to chyba jak dostał spluwą, albo z pięści? Nie wiedział. Chciał sięgnąć do jej twarzy, ale nie zdążył, bo Pilar już połączyła ich usta w tym tęsknym pocałunku. Zamknął na moment powieki, a opuszki palców musnęły skórę na jej szyi, żeby wpleść się w czarne kosmyki na jej karku.
Serce waliło mu w piersi tak mocno, że czuł to w uszach, a może czuł to jej? Kiedy przyciągnął ją bliżej, kiedy falująca w niespokojnym oddechu klatka piersiowa oparła się na jej piersi, a potem czoło przy czole. Starał się uspokoić oddech, który sięgał jej twarzy. Ale na próżno.
Bo chociaż była cała... no to przecież on ją w to wpierdolił. Znowu kurwa przez niego była w niebezpieczeństwie.
Kiedy się od niego odsunęła i oparła dłoń na jego piersi, to mogła czuć to galopujące serce, które nie umiało się uspokoić. On też nie umiał, znowu odchylił do tyłu głowę, w pierwszym odruchu miał ruszyć w bezcelową wędrówkę po tym pokoju, żeby pomyśleć, ale kiedy pociągnęła go na dół, to stanął w miejscu, to osunął się na kolana. W głowie miał chaos, totalny, jakieś wspomnienia, które teraz układały się w jedną całość. Dopiero kiedy kazała mu na siebie popatrzeć, to te ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe oczy.
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Co jej miał powiedzieć? Co mógł jej powiedzieć? Sięgnął ręką do jej policzka i dopiero teraz przesunął palcami po tym rozcięciu, bardzo delikatnie, ledwo muskając jej skórę.
- Nie, nie, nie... nie powinno ciebie tutaj być - drugą dłonią przesunął po jej rozciętej wardze - ja pierdolę, czego ja się spodziewałem - zabrał ręce, żeby podeprzeć się i zerwać z tej podłogi. Teraz to on podszedł do okna i szarpnął za te kraty. To jej pytanie zignorował, ale prawda jest taka, że nie wiedział, co ona może wyciągnąć, ile tak naprawdę wie. Przeszedł się po pokoju, znowu ciągnąc za jasne włosy. Kurwa. Musiał to poukładać w głowie, w jakąś sensowną całość. W końcu się zatrzymał i spojrzał na Pilar.
- Myślę, że to może być chata Pablo Gonzalesa, a on robi w przemycie bronią... - zaczął, bo Madox wcale nie słyszał nigdzie tego imienia, ale po prostu on już ostatnio w Toronto słyszał to nazwisko. Już nad tym pracował, a ta broń, którą przecież trzymał nawet w ręce, wyglądała mu znajomo.
- W Kanadzie... więc moja matka może wiedzieć... wszystko - przesunął palcami po czole myśląc nad tym intensywnie - ale ona... Pilar ona dużo kantuje, kłamie, po prostu kłamie i jest w tym kurewsko dobra, będzie chciała nas podejść i wyciągnąć wszystko, czego potrzebuje - pokręcił głową i zamknął na moment oczy. Wciąż próbował łączyć jakieś fakty, to co mu powiedziała podczas ich rozmowy.
- Myślę, że ta kobieta, którą zabili była podstawiona. Miała... Matka chciała upozorować własną śmierć - ciemne tęczówki utkwił w twarzy Stewart - nie wiem jeszcze dlaczego, nie wiem też co będzie jutro... - wypuścił ciężko powietrze z płuc. Znowu zrobił po pokoju kolejną rundkę, zatrzymał się przy drzwiach i szarpnął za klamkę, ale usłyszeli tylko jakieś spokój tam z zewnątrz. Czyli ktoś ich pilnował. Madox otworzył jakieś drzwi, które jak się okazało prowadziły do łazienki, ale nawet nie było tam okna. Nie umiał się uspokoić, nie umiał się zatrzymać, cały czas myślał gorączkowo, jaka jest ich rola w tym wszystkim. Czy naprawdę nadziali się na to przez przypadek? Zaczynał w to wątpić.
Znowu upadł przy niej na kolana, znowu sięgnął do jej twarzy, przesunął palcami po policzkach opierając ja miękko na jej szyi.
- Po prostu musimy ustalić jakąś wspólną wersję, co jej możemy powiedzieć, co kategorycznie trzeba przemilczeć - powiedział spokojnie, a jego ciemne, praktycznie czarne spojrzenie, odszukało jej piękne, brązowe oczy - na pewno nie mów jej, że jesteś z policji - chociaż nie był pewny, czy ona tego już nie wie. Przecież ostatnio gadali o tym, że Madox kręcił z policjantką, nawet ten sms, który dostał... A może to od jego matki?
Zamknął na moment oczy.
- Nie wiem, spróbujmy udawać, że nie jesteś z policji, zobaczymy jak na to zareaguje - nie chciał w ogóle poruszać tematu policji, ale z drugiej strony... a co jeśli jego matka wiedziała o tym, co on kombinował z Eliotem? Ale jak? Skąd? Nikt nie wiedział.
Pilar Stewart