-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Daj jej powiedzieć... - syknęła, a Madox zabrał rękę, ale stanął obok fotela, już chciał rzucić, że ma to w dupie, jej rozkazy, że nie będzie jej słuchał, ale Lopez poruszył się opierając dłoń na swoim pistolecie. Noriega stanął w miejscu, chociaż serce waliło mu w piersi jak szalone, oddech robił się płytszy. Był zły i na swoją matkę i na Pilar, bo nie po to tutaj wcale przyszedł. Dla jakiegoś pojednania. Zwłaszcza, że okazało się, że ona uciekła z Medellin, żeby co? Żeby kurwa prowadzić sobie gangsterskie życie tutaj w Meksyku.
Esme nie spuściła spojrzenia z Pilar, ale jej twarz niewiele zdradzała, chociaż skinęła delikatnie głowa, żeby kontynuowała, bo przecież widziała, że to nie wszystko.
Na jej kolejne słowa wywróciła oczami, tak samo teatralnie jak zawsze robił to Madox.
- Och muñeca… myślisz, że ja nigdy się nie interesowałam co u niego? - pochyliła się nieco do przodu spoglądając na Madoxa. Ale on już wiedział, czuł to, że ona wie więcej niż się jemu zawsze wydawało, zdecydowanie więcej. A to, że znała jego adres nie było żadnym przypadkiem.
- Wydaje mi się cariño, że wiem o nim więcej niż ty - wstała z fotela wygładzając sukienkę. Przeszła się za nim, a później zatrzymała na przeciwko Noriegi. Madox wbił w nią spojrzenie, nie miał pojęcia czy mówi prawdę, czy kłamie... Okłamywała go całe jebane życie, nie potrafił tego wyczytać z jej spojrzenia. To jednak zaraz zjechało na Pilar, wraz z jej kolejnymi słowami. Esme przechyliła na bok głowę.
- Naprawdę lubiłam Rosę, myślałam, że będziesz z nią szczęśliwy gusanito... - rzuciła, a Madox prychnął - ale ta dziewczyna ma w sobie więcej ognia - zrobiła krok w kierunku Pilar i chciała sięgnąć ręką do jej policzka, ale Madox się wyrwał i stanął między nimi.
- Zostaw ją - warknął, a Esmeralda cofnęła rękę, pokręciła głowa.
- YA nichego yey ne sdelayu, ya vizhu, kak sil'no ty o ney zabotish'sya, moya malen'kaya prokaznitsa - i chociaż Madox przecież po rusku mówił rzadko, to z tym jej akcentem zrozumiał każde słowo. Zerknął na Pilar. Bo może nie powinien tego pokazywać? Jak bardzo mu zależy. Nie przy matce.
- Skoro jesteś taka... wyrozumiała, to po prostu nas puść - odezwał się Noriega wciąż patrząc w oczy brunetki. Ale ona zaraz się uśmiechnęła, przyjemnie, pokręciła głową. Chociaż już po chwili spojrzała na Stewart jakoś krzywo.
- Och Madito i wtedy bym się nie dowiedziała, na jak świetnego człowieka wyrosłeś - westchnęła ciężko i znowu się cofnęła, żeby stanąć przy Lopezie - zjecie ze mną kolację. Porozmawiamy sobie... - powiedziała, a Madox zerknął na Pilar. Wcale, a wcale nie miał na to ochoty.
- Mamy inne plany, właściwie... miałem dzisiaj jeszcze jechać na komendę - próbował coś wymyślić na szybko - będą mnie szukać - Esme spojrzała na niego, ale zaraz wywróciła oczami, chyba tego nie kupiła.
- To oddzwonisz i powiesz, że dzisiaj nie dasz rady, to Meksyk cariño... Nie będą nalegać - pokręciła głową, a kiedy Madox znowu otworzył usta, to uciszyła go gestem ręki. I chociaż dziesięć lat jej nie widział, to wiedział, że to już nie podlega dyskusji.
Kurwa.
Jego ciotki robiły to samo.
Esmeralda odwróciła się do nich tyłem i przez chwilę szeptała coś Lopezowi na ucho. W końcu ten tylko skinął głową, że rozumie.
- Lopez zaprowadzi was do pokoju, żebyście się troszeczkę... ogarnęli - zmierzyła spojrzeniem Pilar, a później znowu patrzyła na Madoxa - jak będziecie próbować jakiś sztuczek to ma strzelać w nogę, ale tak, żeby nie była do odratowania... A szkoda by było, gdybyście nie zatańczyli sobie na swoim weselu - tu spojrzała jeszcze na Stewart, a później na Madoxa. Lopez wyszedł do przodu.
- Tędy - warknął, ale Madox jeszcze próbował coś powiedzieć, co znowu spotkało się z protestem jego matki.
- Za pół godziny, w głównej jadalni - powiedziała, a Lopez ruszył przed siebie do drzwi. I chociaż Madox się jeszcze zawahał, to zaraz chwycił Stewart za rękę, pociągnął ją za sobą do drzwi. Jak stąd wyjdą, to może będą mieli jakąś większą szansę stąd uciec?
Tylko zaraz się okazało, że ruszyło za nimi dwóch ruskich, a z przodu Lopez. Poprowadził ich w kierunku tych ozdobnych schodów.
- Pilar nic ci nie jest? - zapytał po drodze Madox, obejrzał jej nadgarstki na których miała czerwone ślady od taśmy. Ale na więcej nie było czasu, bo Lopez był szybki. Poprowadził ich po schodach i jasnym korytarzem, do pokoju na samym końcu.
- Macie pół godziny, dajcie telefony - mruknął tylko i otworzył przed nimi drzwi, wystawił rękę po telefony. Madox się zawahał, ale Rosjanie już stanęli bliżej nich, a ci byli jeszcze więksi od Lopeza. W końcu oddali te telefony. Lopez ledwo się powstrzymał przed tym, żeby ich znowu nie szarpnąć, ale Madox nawet grzecznie wszedł do środka i pociągnął za sobą Pilar.
Pokój był jasny, ładny, wyróżniało się w nim tylko to, że w oknach miał kraty...
- Ja pierdolę, w co ja nas wpakowałem - Madox stanął od razu za drzwiami przesuwając palcami po twarzy i jasnych włosach.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak samo jak chwile później, kiedy jasno dała do zrozumienia, że interesowała się co u niego. Czyżby faktycznie to robiła? Miała w Kanadzie jakieś wtyki? Teraz, kiedy Pilar patrzyła na ten wielki dom i to co się w nim działo, dodając jeszcze z dziesięciu goryli, każdego ze spluwą… była w stanie to uwierzyć. W to, że kobieta miała jakiś swoich informatorów i w Toronto. Że faktycznie sprawdziała co u niego.
Na uwagę, że wiedziała więcej od Pilar, Stewart uniosła wysoko brwi. Nie dała tego po sobie poznać, a jednak jej słowa od razu ją ruszyły. Nie była w stanie NIE myśleć o tej całej aferze z wczoraj z Eliotem i całą policją. O tej jednej rzeczy, której nie mógł jej powiedzieć. Która była zbyt niebezpieczna, by o tym rozmawiać. Nie wiedziała czemu, ale w pierwszej kolejności to o tym pomyślała. Chciała ją o to zapytać, powiedzieć, żeby pochwaliła się, co tak bardzo o nim wiedziała, ale finalnie ugryzła się w język i pozwoliła jej mówić dalej.
A raczej im, bo zaraz Madox włączył się do rozmowy.
Nawet nie musiała na nich patrzeć, żeby czuć na plecach dreszcze. Żeby czuć te iskry padające między ich słowami. Atmosfera była kurewsko napięta. Jak jebana struna i Stewart miała wrażenie, że wystarczył dosłownie jeden mały zapalnik, żeby wszystko posypało się jak domek z kart. Szczególnie, kiedy goryle zerwały się z miejsca i złapali za spluwy. Pilar momentalnie złapała Madoxa za przedramię.
Nie mogli ryzykować tego, że zaraz ich kurwa odstrzelą. A po kolejnych słowach Esme… wyglądało na to, że jeszcze spędzą tutaj trochę czasu.
Nagle chciała jeść z nimi kolację?
W jej ustach, które wcześniej rzucały jadem brzmiało to wręcz zaskakująco. I chociaż to wszystko, co tu się działo było po-pier-do-lo-ne, tak Pilar nie mogła nic poradzić na to, by nie doszukać się w zachowaniu kobiety jakiegoś drugiego dna. Czy gdyby naprawdę nie chciała się dowiedzieć co u niego, jaki był, spędzić z nim trochę czasu, zapraszałaby go na kolacje? Musiała coś poczuć. Coś w tym jej skurwiałym sercu musiało się ruszyć. Chociaż to wcale nie zmieniało faktu, że wcale nie byli tutaj bezpieczni. Ba, oni byli tu kurwa w ciągłym stanie zagrożenia życia.
A jednak musieli grać tak, jak ona im zagrała. Nie mieli argumentów, by walczyć, przynajmniej narazie. Dlatego Stewart pozwoliła zabrać się za rękę i pociagnąć w stronę schodów. Cały czas walczyła z walącym sercem, a kiedy mijali pokój, w którym wcześniej ją przetrzymywali, aż momentalnie się spięła.
— Jest okej — rzuciła krótko, kiedy spytał czy wszystko było okej. Nie było. Oczywiście kruwa, że nie było. Ale co miała mu powiedzieć? Co on w ogóle oczekiwał od niej usłyszeć, że jest chujowo? I co wtedy? Było jak było.
Swój telefon oddała bez większego problemu. Dopiero kiedy Lopez oznajmił, że chce całą jej torebkę, zawahała się. Spróbowała nawet jakoś przemycić kluczyki od auta, ten był za szybki i wyrwał jej wszystko w jednym ruchu. Nawet chciał się na nią przy tym zamachnąć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał, spoglądając na Madoxa. Wiedział kim był. Może nie chciał z nim igrać? Może miał świadomość, że gdyby coś mu zrobił Esme nie byłaby zadowolona? Dlatego odwrócił się na pięcie i wyszedł, a już po chwili w pokoju wybrzmiał dźwięk przekręcanego klucza.
Świetnie, kurwa.
Pilar przeszła się po pokoju. Nerwowo. Wyjrzała przed okna, przyjrzała się okolicy i wystrojowi, by bardzo szybko dojść do smutnego wniosku — stąd z pewnością nie było ucieczki. Nie było nawet co próbować, a to oznaczało jedno. Musieli iść na tą kolacje, czy tego chcieli czy nie.
Złapała kilka głębszych oddechów, a potem odwróciła się w stronę drzwi, słysząc jego słowa. Przez kilka dzikich uderzeń serca po prostu stała w miejscu i na niego patrzyła. Dopiero potem ruszyła w jego stronę.
— Chodź tu — rzuciła krótko, lecz po chwili to ona stała przy nim. Ujęła jego poharatane policzki i po prostu, najzwyczajniej w świecie wpiła się w jego usta. Mocno. Nie było w tym namiętności, a czyste przerażenie i tęsknota. Całe to pierdolone zmartwienie, które nosiła w sercu, kiedy nie wiedziała, co się z nim działo. Ten cały rollercoaster emocji. Bo może była popierdolona, ale bardziej niż to, że oni byli teraz zamknięci na cztery spusty liczyło się to, że on był cały.
Oderwała się od niego, oddychając ciężko, chociaż wcale się nie odsunęła. Na krótką chwile po prostu przystawiła swoje czoło do jego, pozwalając, by ich serca nieco się uspokoiły, zgrały ze sobą, przyzwyczaiły do nowej sytuacji. Chociaż przez pół godziny byli bezpieczni. Poharatani, poobijani — bo przecież i on miał pod okiem sińca i Pilar cały rozwalony do krwi policzek i wargę — ale przynajmniej byli cali.
Przeniosła dłoń na jego pierś, przyciskając mocno do miejsca, w którym znajdowało się jego serce. Czuła jak bardzo wali, jak niespokojne jest. Nawet nie fatygowała się, żeby pociągnąć go na łóżko by usiąść, ona po prostu ściągnęła go do parkietu. W dół. Za koszulkę. Klękając tuż przed nim.
— Madox, popatrz na mnie — poprosiła, chociaż jej ton bardziej przypominał żądanie. Wodziła wzrokiem po jego twarzy, dopóki nie zobaczyła jego pięknych, ciemnych oczy skupionych na niej. — Jestem tu z tobą, okej? Damy radę. Jakoś przejdziemy przez tą kolację i spierdalamy. Tylko kurwa… — westchnęła, odwracając na moment spojrzenie. Nie chciała poruszać tego tematu, ale no kurwa czuła, że musiała. — Co ona takiego wie? Jest coś, co może wyciągnąć podczas tej kolacji? — bo skoro mieli być w tym razem, to Pilar musiała być przygotowana na wszystko. Nie mogła dać się zaskoczyć. I on doskonale o tym wiedział. Że jeśli było coś, co mogło ich podzielić, a ona o tym wiedziała, z pewnością będzie chciała użyć tego przy stole.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
No na pewno nie tego.
Przecież Marisol nie była jakąś gangsterką, może i miała swoje momenty, kiedy była po prostu twarda, kiedy umiała rozmawiać z ludźmi, z którymi jego ojciec robił interesy...
Kurwa.
Ona przecież wiedziała jak to wszystko się odbywa, w tym całym swoim szaleństwie doskonale się na tym znała, na tym świecie ze spluwami schowanymi pod luźnymi marynarkami. To tylko Madox był głupi. Naiwny. Wierzył, że jego mama jest dobra. Lepsza niż jego ojciec. Bo jest tą księżniczką, którą porwał zły smok. A może wcale nie było?
Dzisiaj to ona była smokiem.
Madox cały czas o tym myślał, ale kiedy Lopez szarpnął torebkę Pilar, to automatycznie wyszedł do przodu, nawet jakby miał mu odstrzelić tą nogę, to nie pozwoliłby jej uderzyć, nie kiedy był obok. Już i tak kurwa wyrzucał sobie cały czas, że ją skrzywdzili, jak on przeciągał tą rozmowę a matką. Mógł to załatwić szybko. Ale nie za bardzo wiedział co ma zrobić.
A kiedy weszli do tego pokoju, gdzie na komodach stały te pierdolone róże to nie wiedział tym bardziej. Złapał się za głowę sunąc palcami miedzy jasnym włosami. Musiał pomyśleć. Powiązać to wszystko co już wiedział.
Dopiero to jej chodź tu sprawiło, że podniósł na nią spojrzenie, ale nie ruszył się z miejsca. Co z tego, skoro ona już była przy nim, skoro już opierała palce na jego policzkach, jednym zasiniaczonym, po którym spłynęła strużka krwi, to chyba jak dostał spluwą, albo z pięści? Nie wiedział. Chciał sięgnąć do jej twarzy, ale nie zdążył, bo Pilar już połączyła ich usta w tym tęsknym pocałunku. Zamknął na moment powieki, a opuszki palców musnęły skórę na jej szyi, żeby wpleść się w czarne kosmyki na jej karku.
Serce waliło mu w piersi tak mocno, że czuł to w uszach, a może czuł to jej? Kiedy przyciągnął ją bliżej, kiedy falująca w niespokojnym oddechu klatka piersiowa oparła się na jej piersi, a potem czoło przy czole. Starał się uspokoić oddech, który sięgał jej twarzy. Ale na próżno.
Bo chociaż była cała... no to przecież on ją w to wpierdolił. Znowu kurwa przez niego była w niebezpieczeństwie.
Kiedy się od niego odsunęła i oparła dłoń na jego piersi, to mogła czuć to galopujące serce, które nie umiało się uspokoić. On też nie umiał, znowu odchylił do tyłu głowę, w pierwszym odruchu miał ruszyć w bezcelową wędrówkę po tym pokoju, żeby pomyśleć, ale kiedy pociągnęła go na dół, to stanął w miejscu, to osunął się na kolana. W głowie miał chaos, totalny, jakieś wspomnienia, które teraz układały się w jedną całość. Dopiero kiedy kazała mu na siebie popatrzeć, to te ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe oczy.
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Co jej miał powiedzieć? Co mógł jej powiedzieć? Sięgnął ręką do jej policzka i dopiero teraz przesunął palcami po tym rozcięciu, bardzo delikatnie, ledwo muskając jej skórę.
- Nie, nie, nie... nie powinno ciebie tutaj być - drugą dłonią przesunął po jej rozciętej wardze - ja pierdolę, czego ja się spodziewałem - zabrał ręce, żeby podeprzeć się i zerwać z tej podłogi. Teraz to on podszedł do okna i szarpnął za te kraty. To jej pytanie zignorował, ale prawda jest taka, że nie wiedział, co ona może wyciągnąć, ile tak naprawdę wie. Przeszedł się po pokoju, znowu ciągnąc za jasne włosy. Kurwa. Musiał to poukładać w głowie, w jakąś sensowną całość. W końcu się zatrzymał i spojrzał na Pilar.
- Myślę, że to może być chata Pablo Gonzalesa, a on robi w przemycie bronią... - zaczął, bo Madox wcale nie słyszał nigdzie tego imienia, ale po prostu on już ostatnio w Toronto słyszał to nazwisko. Już nad tym pracował, a ta broń, którą przecież trzymał nawet w ręce, wyglądała mu znajomo.
- W Kanadzie... więc moja matka może wiedzieć... wszystko - przesunął palcami po czole myśląc nad tym intensywnie - ale ona... Pilar ona dużo kantuje, kłamie, po prostu kłamie i jest w tym kurewsko dobra, będzie chciała nas podejść i wyciągnąć wszystko, czego potrzebuje - pokręcił głową i zamknął na moment oczy. Wciąż próbował łączyć jakieś fakty, to co mu powiedziała podczas ich rozmowy.
- Myślę, że ta kobieta, którą zabili była podstawiona. Miała... Matka chciała upozorować własną śmierć - ciemne tęczówki utkwił w twarzy Stewart - nie wiem jeszcze dlaczego, nie wiem też co będzie jutro... - wypuścił ciężko powietrze z płuc. Znowu zrobił po pokoju kolejną rundkę, zatrzymał się przy drzwiach i szarpnął za klamkę, ale usłyszeli tylko jakieś spokój tam z zewnątrz. Czyli ktoś ich pilnował. Madox otworzył jakieś drzwi, które jak się okazało prowadziły do łazienki, ale nawet nie było tam okna. Nie umiał się uspokoić, nie umiał się zatrzymać, cały czas myślał gorączkowo, jaka jest ich rola w tym wszystkim. Czy naprawdę nadziali się na to przez przypadek? Zaczynał w to wątpić.
Znowu upadł przy niej na kolana, znowu sięgnął do jej twarzy, przesunął palcami po policzkach opierając ja miękko na jej szyi.
- Po prostu musimy ustalić jakąś wspólną wersję, co jej możemy powiedzieć, co kategorycznie trzeba przemilczeć - powiedział spokojnie, a jego ciemne, praktycznie czarne spojrzenie, odszukało jej piękne, brązowe oczy - na pewno nie mów jej, że jesteś z policji - chociaż nie był pewny, czy ona tego już nie wie. Przecież ostatnio gadali o tym, że Madox kręcił z policjantką, nawet ten sms, który dostał... A może to od jego matki?
Zamknął na moment oczy.
- Nie wiem, spróbujmy udawać, że nie jesteś z policji, zobaczymy jak na to zareaguje - nie chciał w ogóle poruszać tematu policji, ale z drugiej strony... a co jeśli jego matka wiedziała o tym, co on kombinował z Eliotem? Ale jak? Skąd? Nikt nie wiedział.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jeszcze ciężej w tym wszystkim obserwowało jej się reakcje Madoxa. To jak przejęty był całą sytuacją i stanem Pilar w tym wszystkim. Widziała w jego oczach, że żałował, że ją tu ściągnął. Ale co on miał do gadania? Przecież ona i tak by tu za nim przyszła. Nawet gdyby wiedziała, że będzie tutaj jakaś pierdolona, meksykańska mafia — i tak by to zrobiła, bez najmniejszego zawahania. I tak nie zostawiłaby go samego.
— Ale jestem — rzuciła ostro, przyglądając się jego pięknym, ciemnym oczom. — I nigdzie się nie ruszam. Więc trzeba teraz po prostu jakoś znaleźć wyjście z tej chaty — niby takie proste do powiedzenia, a jednak jeśli chodziło o egzekucję już wcale nie zapowiadało się tak kolorowo. Bo co oni tak naprawdę mogli? No w tym pokoju to nie mogli nic. Pilar już o tym wiedziała, ale Madox zaraz sam się o tym przekonał, kiedy wstał i zaczął szarpać za kraty. Były nie do ruszenia. Poza tym, byli przecież na piętrze, nawet gdyby jakoś się ich pozbyli wciąż była kwestia zejścia tak, by nie narobić hałasu. I to też było niemożliwe. Oboje się o tym przekonali, kiedy zostali przyłapani w ogrodzie — on jak się wspinał, a ona jak się skradała.
Kiedy padło nazwisko Gonzalesa, Pilar uniosła głowę i spojrzała na niego ze ściągniętymi brwiami. Nie była pewna, czy gdzieś o nim słyszała, ale raczej nie. Już miała dopytać go o kim mówił, ale wtedy on jakby czytał jej w myślach, odpowiedział. Skinęła głową na znak, że rozumie. Pilar nie zajmowała się przemytami broni, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, musiałaby sprawdzić w systemie albo popytać ludzi z komendy, tylko wiadomo, teraz nie miała jak tego zrobić. Ale faktycznie, jeśli facet handlował bronią w Kanadzie i był związany z Esme, spokojnie mogła mieć od niego informacje o Madoxie, jeśli współpracował z półświatkiem.
— Nie mam pięciu lat, Madox — odgryzła się praktycznie od razu, kiedy zaczął jej tłumaczyć, jak to jego matka wyśmienicie kłamała i oszukiwała. — Logiczne, że nie będę wierzyć w każde jej słowo — spojrzała na niego z wyrzutem, jakby on naprawdę miał ją za taką idiotkę. Pilar nie była pierwszą lepszą laską z klubu, która latała za ładnymi chłopcami i gorącym seksem, gubiąc po drodze mózg. Była jebanym psem, pracowała z przestępcami pokroju Esme na porządku dziennym i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak dobrze potrafili manipulować, by wyciągać odpowiednie informacje. Nie miała zamiaru się temu poddawać.
— Podstawiona? — uniosła brew, zbierając się z podłogi i robiąc mu miejsce, kiedy zaczął szarpać za klamkę. — Ale po co? Po co miałaby upozorować swoją śmierć? Żeby cię tu ściągnąć? Przecież ewidentnie nie jest jej na rękę, że tu jesteś. To nie ma sensu. Poza tym, co to w takim razie z prawdziwą Esmeraldą? Jakaś przecież musiała być, skoro Rosa miała dostać od niej sukienkę — nie miało to większego sensu, a przynajmniej nie na tyle, by Pilar mogła fakty przedstawione przez niego tak po prostu zaakceptować. Esme z pewnością nie chciała, żeby policja ściągała go do Meksyku, bo przecież wiedział o niej więcej niż inni. Znał jakieś szczegóły z jej poprzedniego życia, na które meksykańska policja z pewnością chciałaby położyć łapska, a których ona nie chciała ujawniać. Z drugiej strony po co dalej ich tu trzymali? Żeby wyciągnąć informacje? Tylko po co?
Po co?
Po co?
Po co?
Wiecznie tylko to pytanie pojawiało się w jej głowie i toczyło w myślach prawdziwą spirale. Jeszcze więcej niewiadomych pomimo tego, że odpowiedzieli już na tak wiele pytań. I w tym to najważniejsze czy jego matka jeszcze żyła. Żyła. Miała się jak widać świetnie. Zajebiście nawet.
Madox biegał po pomieszczeniu jak porażony. Sprawdzał wszystko, co tylko mógł, zaglądał do każdej półki, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Już miała mu powiedzieć, żeby się uspokoił, kiedy z jego usta padło to nie wiem, co będzie jutro. Aż ruszyła do przodu, żeby wyjść mu naprzeciw i go zatrzymać.
— Jakie jutro? — spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. — Nie zostajemy tu do jutra, Madox — dodała ostro. Nie żartowała. Pilar naprawdę miała zamiar stąd iść po kolacji. Jeszcze nie wiedziała jak, ale z na pewno uda im się znaleźć jakieś wyjście. Na pewno nie będą ryzykować zostaniem tu do jutra, żeby jeszcze wpaść na jakiegoś pieprzonego Pablo, który brzmiał równie niebezpiecznie co jego imię.
W końcu jednak się odsunęła i przysiadła na łóżku. Oparła łokcie na kolanach, a palce wplotła we włosy. W co oni się kurwa wjebali. Dręczyła ją ta sytuacja, a chyba najbardziej to, że nie miała pojęcia jak stąd uciec. Nie miała w głowie nic. Pierdolone zero, co było do niej tak bardzo nie podobne. Przecież Pilar zawsze miała jakiejś wyjścia awaryjne. Plan b, c i nawet jebany d jeśli była taka potrzeba. A tu miała całe wielkie zero.
Podniosła głowę, kiedy uklęknął przed nią i pogładził po policzku. Chociaż kiedy rzucił to tylko nie mów, że jesteś z policji od razu wywaliła oczami. Nadawałaby się do tej rodziny — nie dość, że jebnięta, ognista to jeszcze czasami strzelała w dokładnie ten sam sposób.
— Tak od razu może podam jej jeszcze mój identyfikator policyjny i powiem gdzie mieszkam? — pokręciła głową, ściągając z siebie jego rękę. — Wiadomo, że tego nie zrobię — jak ona nawet w Medellin rozpowiadała wszystkim, że pracowałą a marketingu. Nawet tutaj przy Giuli i Matteo. To wcale nie był problem. Problemem było to, że Esme mogła już znać prawdę. Skoro miała jakieś wtyki w Toronto. — Powiedz mi po prostu jaką wersje oczekujesz, że jej sprzedam — rzuciła w końcu, spoglądając mu w oczy i chyba pierwszy raz była gotowa się go posłuchać (szok). — Razem z tym, co niby robię tutaj z tobą. Jestem twoją zwykłą kurwą do pieprzenia? No w to na pewno nie uwierzy, po tym jak się za mną wstawiłeś. Nie wspominając już o Medellin. Pracuje w marketingu? Okej, a skąd wiem, jak posługiwać się bronią? Przecież widziała mnie w holu, jak spuściłam łomot tym dwóm gorylą i celowałam w Lopeza. Żadna laska z korpo raczej by tak nie potrafiła, a twoja matka akurat nie wygląda na taką, co łyknęłaby pierwszą lepszą ścieme — nawijała jak najęta. Bo taka już była. Bo Pilar wiecznie potrzebowała mieć pełen obrazek, a jej głowa wręcz automatycznie wybiegała do przodu i produkowała pytania, na które będą potrzebować odpowiedzi. A skoro mieli zrobić to jego sposobem, to chciała, żeby jasno się określił, czego od niej oczekiwał.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A najgorsze w tym wszystkim było to, że jej też tak do końca nie mogli ufać, wcale nie mogli. Ale kurwa jeśli chcieli stąd wyjść, to musieli. Madox znowu przeszedł się po pokoju.
A jednak kiedy powiedziała to, że nie ma pięciu lat, zatrzymał się nad Pilar i spojrzał na nią z góry. Faktycznie nie miała pięciu lat, bo pięciolatce gdyby powiedzieć, że ma czegoś nie robić, to może by posłuchała, a Stewart… Ona niekoniecznie.
- Chodzi mi o to, że nie możesz jej traktować jak moją matkę i liczyć, że wzbudzisz w niej jakieś... współczucie, czy cokolwiek - oczywiście, że pił do tej ich rozmowy, bo może Esme wtedy kazała jej kontynuować, ale przecież nie wiedzieli, czy to nie jest taka gra - ona powie ci wszystko co chcesz usłyszeć... Nawet, że żałuje, ale to nie zmienia faktu, że jest niebezpieczna i jak jej odpierdoli to może w jednej sekundzie rozwalić... któreś z nas - złapał jej brązowe spojrzenie. W którym widział trochę tego wyrzutu. Ale przecież to nie tak, że miał ją z głupią, kurwa, ona była dla niego jednym z najlepszych policjantów, jakich znał. Ale znał ją też na tyle, że wiedział, że ona kieruje się sercem, tak jak wtedy kiedy wyciągała tego dzieciaka z samochodu i zarobiła kulkę. Za dużo miała w sobie empatii, a w tym przypadku trzeba było się jej wyzbyć.
- Więc calma Pilar, trzeba ją podejść na chłodno - i to powiedział Madox, który przecież wiecznie był taki narwany, pierdolnięty, kąpany w gorącej wodzie. Ale prawda jest taka, że z gangusami potrafił rozmawiać. Wiedział kiedy odpuścić, a kiedy docisnąć.
Ale po co?, on też nie wiedział po co to wszystko. Ale skoro miała upozorować własną śmierć... Może Medellin się po nią upomniało? To taka pierwsza myśl, która pojawiła mu się w głowie. W Kolumbii też dużo się działo, tam bardziej rzeczy kręcące się wokół prochów, ale prochy i broń przecież często się łączyły.
- Tego jeszcze nie wiem, czy to, że tu jesteśmy to przypadek, czy jednak nie - i chciał się tego dowiedzieć. Jak wcześniej chciał tylko sprawdzić czy jego matka żyje, tyle. To teraz chciał się dowiedzieć w co ona gra. A żeby to wiedzieć to musieli po prostu... zagrać z nią. W jej grę.
- Ona to Esmeralda, a ta kobieta to... nie wiem - znowu przeszedł się po pokoju, zaglądał do wszystkich szafek, ale nic szczególnego tam nie znalazł. Dopiero kiedy Pilar wyrosła przed nim z tym pytaniem jakie jutro, to się zatrzymał, to znowu na nią spojrzał. Te jego ciemne tęczówki złapały jej piękne, czekoladowe oczy. Nabrał ciężko powietrze w płuca.
- Oni cały czas mówią o tym, że coś będzie jutro, ale nie wiem o co chodzi, matka... Esme kazała się do czegoś szykować - ale Madox nie wiedział do czego, bo akurat przy nim nikt nie napomknął, że do przyjazdu Pablo. Sięgnął do jej dłoni, żeby zacisnąć palce na jej przegubach.
- Pilar... - zaczął i podniósł jej ręce do klatki piersiowej, w której wciąż mocno waliło mu serce - pójdziemy stąd po kolacji... - powiedział to, ale prawda jest taka, że wiedział, że pójdą stąd tylko i wyłącznie kiedy jego matka im na to pozwoli. Będzie ją próbował przekonać, żeby ich puściła, albo chociaż ją...
Bo to, że on tutaj był, że to była chata Pablo Gonzalesa, to przecież była ogromna szansa, taka szansa już się może nie powtórzyć, trzeba było to tylko dobrze rozegrać. Ale rzeczywiście łatwiej by było bez niej. Bo kiedy Stewart była obok to on nie umiał myśleć, nie umiał się skupić, a kiedy w grę wchodziło jej zagrożenie życia, to już w ogóle... dawał się ponieść emocjom. A nie powinien. Madox przecież nie pierwszy raz brał udział w takiej akcji, w samym centrum jakiś gangsterskich porachunków.
Może powinien wykorzystać tą sytuację? Wykorzystałby, gdyby był sam. Znowu był rozbity, tylko w tym momencie między tym, co chciał zrobić, a co powinien. Bo chciał w to wejść i zobaczyć gdzie go to zaprowadzi. A powinien... przede wszystkim liczyć się z nią. I z tym żeby była bezpieczna.
Uklęknął przed nią, ale kiedy zrzucił jego rękę, to zaraz się podniósł i usiadł obok niej.
- U mnie mieszkasz... - szturchnął ja kolanem - i to akurat może wiedzieć, jeśli mnie obserwowała, w ostatnim czasie - na pewno nie obserwowali go cały czas, bo to by zauważył, a zresztą po co, jak on głównie siedział w klubie. Ale jakieś poruszenie, które zrobili wokół siebie mogło sprawić, że ktoś po prostu sprawdził co się dzieje w jego chacie, a zwłaszcza, że ludzie napływali tam, jakby prowadził jakiś przytułek dla imigrantów.
Zamyślił się, kiedy powiedziała, żeby jej wyjaśnił czego oczekuje, jakiej bajki. Znowu przesunął palcami po włosach i karku, a zaraz sięgnął do swojej ręki, żeby z małego palca zdjąć jakiś pierścionek, brzydki, męski, sygnet z literką M, ale to był najmniejszy jaki miał.
- Dobra, zacznijmy od tego... - sięgnął do jej ręki, żeby jej wsunąć ten pierścionek na palec - że jesteśmy zaręczeni, szykujemy się do ślubu... niedługo - poprawił jeszcze ten sygnet na jej palcu, a później jej dłoń oparł sobie na karku - Rosę lubiła i te całe przygotowania do wesela, chyba je to naprawdę bawiło, obie, więc może to jakoś zadziała na korzyść - rzucił, ale zaraz znowu się zamyślił. Ciemne tęczówki przesunęły się po jej twarzy, na oczy.
- Wojsko? Ochrono? Jesteś instruktorką strzelectwa, bo twój stary był wojskowym? To musi być coś wiarygodnego, bo zaszalałaś z tą bronią - wywrócił oczami, ale zaraz znowu spojrzenie wbił w jej czekoladowe, piękne tęczówki - chociaż to też może być jakiś plus, bo moja matka umie strzelać, to znaczy... wydaje mi się, że zawsze umiała, bo ona nigdy nie brała broni wiesz tak jak amatorka - widać było, że ktoś trzyma pistolet w rękach po raz pierwszy, a że wie jak go trzymać - po prostu powiedz jej to, co będzie chciała usłyszeć, jeśli powie, że lubi wątróbkę, to kurwa jemy wątróbkę na śniadanie, obiad i kolację - powiedział twardo, chociaż zaraz się skrzywił - ale aż mnie zemdliło, kiedy o tym pomyślałem - opuścił głowę, żeby tym razem to nią ją szturchnąć w bok. Może to nie było najlepsza pora na żarty, ale na zadręczanie się też nie. Tutaj po prostu trzeba było działać.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Skinęła przed Madoxem głową, dając znać, że rozumie, ale wcale nie zamierzała odpuszczać. Jeśli nadarzy się okazja i tak będzie mówić, co myśli, szczególnie jeśli będzie się to tyczyć Madoxa. Własnej matki nie miała, ale przecież Esme spędziła z nim dwadzieścia lat, kurwa wychowała go, niemożliwym było, że nie miała w sobie ani krzty tej matczynej miłości. A może po prostu Pilar była taka naiwna.
Podniosła na niego spojrzenie, zaglądając doskonale znajome sobie ciemne oczy.
— Calma — powtórzyła po nim. — Wiadomo. Przecież ja zawsze jestem calma — może to nie był odpowiedni czas na żarty, ale co jeszcze miała mu powiedzieć? No postara się. Nie mogła mu obiecać, że nagle będzie się zachowywać jak posłuszny pies, bo ona była na tyle narwana, że czasami najzwyczajniej w świecie po prostu nad sobą nie panowała. Te rzeczy i pewne zachowania wychodziły z niej nim mózg zdążył wydać jakiekolwiek polecenie do ciała. To się po prostu działo. Jednak dla niego i dla dobra sprawy, była gotowa spuścić z tonu.
— Ale co to znaczy, że ona to Esmeralda? — nie odpuszczała. — To kim jest Marisol? Przez cały czas miała po prostu dwie tożsamości? Pierdolone rozdwojenie jaźni do tego stopnia, że mówiła osobie w trzeciej osobie przy Rosie, jak wspominała Esmeraldę? Nie mów mi, że nie widzisz, że coś tu się nie zgadza — bo to nie miało sensu. A jeszcze większego sensu nie miała, że chciała upozorować własną śmierć. Zazwyczaj ludzie robili tak, kiedy przed kimś uciekali i chcieli zniknąć, tylko ona wcale nie uciekła. Wciąż mieszkała w tym samym domu. I jak to w ogóle było możliwe, że policja tego nie wyhaczyła? Dwójka Montoyów prowadziła śledztwo i nawet nie wybrali się do tej pieprzonej hacjendy? Nie postawili nikogo przed domem? Aż Stewart pokręciła głową na tą pieprzoną amatorkę. Dopiero kolejne słowa Noriegi wyrwały ją z zamyślenia.
— Jutro przyjeżdża Pablo — wtrąciła mu się, kiedy powiedział, że nie wie, co dzieje się jutro. — Ten… ten któremu złamałam jaja powiedział do grubego, że jutro przyjeżdża Pablo. Mówili jeszcze coś… — zacisnęła oczy i odchyliła głowę do tyłu, próbując sobie przypomnieć ich rozmowę z pomieszczenia, kiedy gruby odciągnął Juancho na bok. Była wtedy tak zaaferowana Madoxem, że słuchała ich połowicznie, ale przecież mówili coś o nim. Westchnęła głośno. — Gruby pytał się drugiego, czy myśli, że ty to ktoś, nie wiem kto, a tamten powiedział, że Pablo się wkurwi. Tylko tyle — skrzywiła się, bo nie była pewna, czy to finalnie cokolwiek wyjaśniło. Raczej nie. Bo przecież mogli mówić o kimkolwiek. Szczególnie że Madox nie znał podobno Pablo, wiec… z jakiego przypadku miało go wkurwić cokolwiek z nim związanego? No chyba, że Noriega znowu ukrywał coś przed Pilar o czym nie miała pojęcia.
— Zapytam to tylko raz i oczekuje szczerej odpowiedzi — musiała to zrobić. Nie miała zamiaru znowu być wzięta z zaskoczenia. Uniosła na niego spojrzenie. — Masz coś wspólnego z Gonzalesem? — bo jeśli miał, to był moment, w którym powinien jej powiedzieć. Wyjaśnić. Nie miała zamiaru dowiadywać się tego przy stole od Esme albo co gorsza jeszcze później, jak już wszystko się wyjebie. Była po jego stronie i nie zamierzała go oceniać, nawet jeśli brał udział w jakimś pieprzonym handlu bronią, ale chciała wiedzieć. Już i tak przymykała oko na to co robił w piwnicy w Emptiness. Nigdy go za to nie oceniała.
Obserwowała uważnie, jak zajął miejsce tuż obok niej i zaczął rozprawiać o tym, że mogą wiedzieć, że Pilar u niego mieszkała. Zastanawiała się, czy wiedzieli też o Daltonie. W sumie wystarczyło mieć jednego kreta na komisariacie i tak naprawdę Esme mogła wiedzieć o wiele więcej, niż się im wydawało. Ale może nie było to aż na taką skalę.
Uniosła wysoko brew, kiedy Noriega zaczął ściągać z palca pierścionek, by już po chwili wcisnąć go na jej palec.
— Tak właśnie mi się oświadczasz? — prychnęła żałośnie i pokręciła głową. — Mało oryginalnie — bo przecież wszyscy oświadczali się sobie w zamkniętym na cztery spusty pokoju pierdolonej meksykańskiej mafii, zaraz przed tym, jak mieli iść na kolacje z przyszłą teściową, która była pierdolnięta. Faktycznie mało oryginalnie. Podniosła dłoń do twarzy, przyglądając się uważnie startemu pierścionkowi, który teraz zdobił jej palec. Był luźny, jednak nie tyle, by spaść. Przewróciła oczami na wspomnienie o Rosie.
— Świetnie, czyli teraz będę Rosą dwa zero — cmoknęła i opadła plecami na łóżko, wtapiając się w nawet wygodny materac. Spojrzenie wbiła w sufit i już chciała pytać, czy zdradzić też go powinna zaraz przed, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. — Pierwsze spotkanie z teściową, a już kilka razy prawie miałam wyładowaną kulkę w łeb — rzuciła, wplatając palce we włosy i przymykając na moment oczy. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, jak bardzo pomyliła się względem matki Noriegi. Jak głupio myślała, że znajdą ją w jakimś biednym domu, gdzie wiedzie spokojne, ciche życie. Idiotka.
— Ochrona mi się podoba — odezwała się po chwili, kiedy Noriega ustawiał jej historię życia, którą Esmeralda mogła w jednej sekundzie wyśmiać, znając całą prawdę. — Pewnie obstawiam jakieś zajebiste koncerty — to już sobie dodała, tak, żeby dodać nieco koloru tej historii. Im więcej szczegółów tym lepiej. Chociaż kiedy Madox oznajmił, że po prostu miała jej mówić wszystko, co chciała usłyszeć Stewart przewróciła oczami.
— Czyli po prostu mamy tańczyć tak jak nam zagra i liczyć, że tym ją udobrychamy? To jest nasz plan? — podniosła głowę, żeby na niego spojrzeć. Ale chyba dokładnie tak, taki był plan. Bo lepszego nie mieli. Ba, żadnego innego nie mieli. Musieli odegrać przedstawienie, a skoro tak… — Dobrze więc — zerwała się z miejsca, wstając z łóżka. Szybko przetarła twarz dłońmi, jakby chciała tym gestem przywołać się do porządku i założyć jakąś maskę. — W takim razie trzeba się ogarnąć na tą kolacje — spojrzałą w dół na swoją sukienke. Była cała postrzępiona, a do tego w krwi, której kolor zmienił się z czerwonego na bordowy. — Może są tu jakieś ciuchy… — odwróciła się na pięcie i zaraz to ona grzebała w szafkach. Nie było tam za dużo, jakieś pierdoły. Dopiero w wielkiej drewnianej, tuż przy drzwiach do łazienki znajdowało się kilka sukienek. Przejrzała je na szybko. Rozmiar wydawał się raczej okej.
— Czarna? — chwyciłą pierwszą, dłuższą, prawie do kostek z odsłoniętymi ramionami i przystawiła do ciała, prezentując się Noriedze, po czym ściągnęła z wieszaka kolejną. — Czy czerwona? — była mniej dopasowana, bardziej zwiewna, szczególnie od pasa w dół. — No chyba, że ta — ostatnią do której się dorwała była biała w czerwone róże. Ją również przystawiła do brody i spojrzała na Madoxa. Sytuacja wcale nie była ciekawa, ale skoro mieli tutaj jakąś rolę do odegrania, to nie pozostało im nic innego, jak to po prostu zrobić. Nawet jeśli woleliby wylegiwać się nad basenem w willi z widokiem na całe Acapulco.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na to jej przecież ja zawsze jestem calma, parsknął.
- Salvaje chciałaś powiedzieć - pokręcił głową, ale i tak więcej w tym temacie zrobić nie mógł, a to czy ona go posłucha,
Słuchał jej zastanawiając się kim jest Marisol, jego matką? A może zawsze była nią Esmeralda, która tylko udawała biedną, wystraszoną Marisol?
- Wiesz jak... - zaczął, ale zaraz wywrócił oczami, chociaż nabrał mocno powietrze w płuca, przykucnął przy niej, opierając dłoń na jej kolanie, żeby spojrzeć jej w oczy. Nigdy nikomu tego nie mówił. Jej też może by nie powiedział?
- Zanim przyleciałem do Kanady to moje pełne imię i nazwisko brzmiało Andres Madox Cruz Noriega i w Kolumbii mówili mi Andres, bo to bardziej popularne, dopiero jak przyjechałem tutaj to zmieniłem kolejność i wyjebałem nazwisko matki - bo miał jej wtedy wiele rzeczy za złe, już wolał zostać przy tym ojca mordercy, więc no... można wywnioskować jak wielki żal miał do matki - więc może ona tutaj była Esmeraldą, a tam Marisol? - uniósł brew, ale zaraz wstał i znowu się przeszedł - ale nie wiem, bo te dokumenty były na Marisol… A Może ona chciała upozorować śmierć Marisol, żeby w Medellin myśleli, że umarła? - dopiero teraz mu to wpadło do głowy. Ale to może miałoby jakiś sens, czy w ogóle w Medellin wiedzieli o Esmeraldzie? Może wcale nie?
Tak samo policja mogła myśleć, że Marisol mieszka w zupełnie innym miejscu, przecież oni ten adres mieli z pocztówki. Znowu się zamyślił, ale tylko na chwilę, bo zaraz Pilar powiedziała, że jutro przyjeżdża Pablo. Madox stanął w miejscu.
Kurwa.
Pablo nie był tutaj wcale potrzebny. Zwłaszcza, że Madox już puścił w ruch tę machinę.
Kurwa.
A może od Pablo się czegoś dowie? Może zbierze jakieś dowody? Nabrał ciężko powietrze w płuca.
Ale dlaczego miałby się wkurwić? Przecież on na pewno nie wiedział, że on ma te zdjęcia. A jeśli wiedział? Znowu zrobił rundkę po pokoju, tym razem dużo bardziej nerwową, po drodze kopnął nawet jakieś krzesło.
- Kurwa - wyrwało mu się, dużo głośniej niż powinno. Zatrzymał się przed nią, a jego pierś unosiła się już w szybkim, niespokojnym oddechu. Musi jej powiedzieć.
Nie, nie musi.
Przecież mógłby to przemilczeć i liczyć, że Pablo o niczym nie wie. A co jeśli wszystko się wypierdoli? Nawet nie będzie wiedziała na co ma reagować i zwracać uwagę.
- Mierda, mierda, mierda, mierda - znowu ruszył przed siebie po pokoju, ale w końcu odwrócił się do niej, w końcu usiadł obok niej na brzegu łóżka - dobra... - zaczął - ale to jest... ściśle tajne, to w ogóle... - znowu nabrał powietrze w płuca i znowu je wypuścił pochylając się do przodu, oparł łokcie na kolanach - mam takie zdjęcia, które mogą udupić Pablo - spojrzał na nią. Czy musiała wiedzieć resztę? Nie, może w tym momencie nie. Chociaż z tymi zdjęciami wiązało się dużo więcej niewygodnych faktów.
- Ale nikt o nich nie wie... Myślisz, że mogą wiedzieć? Na pewno nie wiedzą - pokręcił głową, poprawił się wygodniej na łóżku, żeby jednak skupić jej, przede wszystkim, myśli na czymś innym. No na tej historii z zaręczynami na przykład.
- Wolałabyś na jakiejś plaży przy zachodzie słońca, czy na kolacji ze świecami? - on też uniósł brew. Po pierwsze to nie były oświadczyny, a po drugie... no to te w wykonaniu Noriegi na pewno by nie były szczytem romantyzmu. Rosę porwał i wtedy jej się oświadczył.
- Wolałbym żebyś była Pilar... - odezwał się i sięgnął do jej kolana, przesunął opuszkami wyżej na jej uda chowając czubki palców pod materiałem jej sukienki - jak się przedstawiłaś? - bo on jeszcze nie wspomniał jej imienia. Zatrzymał palce na jej ciepłej skórze.
- Dlatego na ślub jej nie zapraszamy - rzucił na te jej słowa o pierwszym spotkaniu z teściową - no i zajebiście, w Emptiness też czasem mamy jakieś koncerty, więc tak się poznaliśmy, jak stanęłaś w klubie na ochronie - co prawda on nigdy nie zatrudniał do ochrony kobiet, chociaż... Maddie była jego ochroną, można by powiedzieć. Na jej kolejne słowa zabrał rękę i wzruszył ramionami.
- A masz lepszy? - on nie miał. A czasami takie pozorne iście komuś na rękę potrafiło zdziałać cuda, akurat Madox coś o tym wiedział, on cały czas udawał. Ile razy brał stronę gangusów, żeby zaraz potem pić sobie piwko z policją. Kiedy zerwała się z łóżka, to powiódł za nią spojrzeniem, ale się nie ruszył. Chociaż skinął głową, kiedy powiedziała to, że trzeba się ogarnąć na tą kolacje, zerknął w dół na swoją koszulę, oprócz tego, że była trochę upierdolona krwią wcale nie wyglądała najgorzej. Zresztą te plamy ginęły w tych kolorowych wzorach...
Wstał i zerknął w jakieś duże lustro nad komodą przesuwając palcami po zakrwawionych policzkach. Nie no chujowo. Kiedy jednak Pilar znalazła te sukienki odwrócił się w jej kierunku. Ściągnął do siebie brwi. Czerwona, nasunęło mu się od razu. Ale kurwa czy ta czerwona nie była zarezerwowana dla Pilar?
- Czarna? - zapytał i uniósł jedną brew - albo biała... - podszedł do niej i oparł dłonie na jej biodrach przyciągając ją do siebie - tylko nie czerwona, bo nie będę mógł się skupić. Weź taką, żeby nie można było jej łatwo zdjąć - pochylił się do niej i skradł z jej ust szybki, agresywny pocałunek, bo zaraz już rozpinał swoją koszulę i szedł do łazienki. Rzucił koszulę na umywalkę, może ją zapierze, albo coś, najpierw chciał zmyć z siebie krew, chociaż stanął bokiem patrząc w lustrze na ten krwiak, który już mu wykwitł pod żebrami po tym jak kopnął go Lopez.
- Jebany - mruknął do siebie, jak będzie trzeba kogoś skopać, to Lopez był pierwszy w kolejce, ale też był kurwa chyba najbardziej niebezpieczny. Odkręcił wodę i nabrał jej w dłonie, żeby przemyć sobie twarz, mokrymi palcami przejechać po włosach.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
I może faktycznie — skoro on mógł pozmieniać sobie kolejność, to Marisol również mogła? Może po prostu do Medellin przybyła już właśnie z takim imieniem, spychając Esmeraldę na drugi plan, robiąc z niej jakąś ciotkę, której nikt nigdy nie widział ani o której nie słyszał. A teraz chciała uśmiercić Kolumbijską wersję siebie. Tylko kurwa tu dalej się coś nie zgadzało…
— Madox — rzuciła spokojnie, chociaż na samo wspomnienie, serce waliło jej w piersi jak szalone. — Nawet jeśli chciała się uśmiercić to… kurwa, widziałeś jak ta kobieta w prosektorium wyglądała. Ja pierdole ona była bita i gwałcona — starałą się zachować zimną krew, naprawdę się starałą, ale to wszystko co sie stało w połączeniu z jej własnym doświadczeniem i sprawą z Daltonem wciąż działało na nią wyjątkowo mocno i niestety było to słychać w jej głosie oraz czuć w sposobie, jak jej mięśnie momentalnie się spięły. Jeśli właśnie tak Esme chciała się uśmiercić, poprzez pobicie i zgwałcenie jakiejś podobnej do siebie kobiety, to kurwa… nie. Nie mogła teraz o tym myśleć. Nie teraz. Nie kiedy on dorzucał jej już znowu do głowy kolejnych informacji, oznajmiając, że jednak coś łączyło go z Pablo.
— Jakie zdjęcia? — rzuciła spokojnie, chociaż znowu wszystko w niej wrzało. W co on się kurwa znowu wpakował? Jakim cudem coś, nad czym pracował łączyło się z wydarzeniami z tego pieprzonego domu? Głową ją już od tego bolała. Od wiecznego analizowania i tych pierdolonych pytań, na które nie znała odpowiedzi. Dosłownie w a r i o w a ł a. W najgorszym tego słowa znaczeniu. — Jakie zdjęcia, Madox? W co ty się władowałeś? — wbiła w niego spojrzenie. Koniec z owijaniem w bawełnę i dawaniem jej szczątkowych informacji. Po dziurki w nosie miała już tych tajemnic. Zaczynała czuć się jak jakaś marna marionetka, która po prostu egzystowałą gdzieś pomiędzy Noriegą a Esmeraldą. Nie pasowało jej to.
Chciała wstać i iść to rozchodzić. Najchętniej to w coś przyjechać, żeby jakoś rozładować emocje. Tylko nim zdążyła to zrobić, on już zagadał ją na temat potencjalnych zaręczyn.
Wolałabyś na jakiejś plaży przy zachodzie słońca, czy na kolacji ze świecami?
— Na stole — odpowiedziała praktycznie od razu, może nawet za ostro niż wymagałą tego sytuacja. A zaraz potem złapała jego ciemne spojrzenie. Oboje doskonale wiedzieli, że daleko im było do normalnej romantycznej parki, co chodzi z reke przy zachodzie słońca i jada kolacje przy świecach. Byli typem który zamiast zachodu ogląda wschód słońca z randomowego dachu i pieprzy się po postrzale zamiast jechać do szpitala. To było ich romantycznie.
— Przedstawiłam się jako Megan — wzruszyła ramionami, kiedy spytał czy ktokolwiek wiedział jak miała na imię. Ostatnie co by zrobiła, to użyła własnego. — Ale to było jak jeszcze myśleli, że nie mówię po hiszpańsku — dodała, chociaż przecież on nie miał pojęcia, o co chodziło. — Długa historia — machnęła ręką na tą jego uniesioną wysoko brew. Akurat ta część historii była kompletnie niepotrzebna i najmniej istotna, żeby w ogóle marnować na nią czas.
Zamiast tego wstała z łóżka, podeszła do szafy i zaczęła grzebać w ciuchach. Nie miała pojęcia do kogo należały, ale rozmiar wydawał się właściwy. I kolory też wszystkie, które Pilar lubiła najbardziej, dlatego pozwoliła mu wybrać. Tylko on tak wybrał, że wcale nie wybrał.
— To czarna czy biała? — chciała go dopytać, żeby podjął jakąś decyzję, ale wtedy jego dłonie odnalazły jej biodra i przyciągnęły bliżej siebie. Nim Pilar zdążyła wyrzucić cokolwiek więcej z ust, on już całował je zachłannie. Przymknęła oczy i na kilka krótkich sekund oddała się temu, zapominając o bożym świecie. Tylko on zaraz się od niej oderwał i cały ciężar znowu ostał się na barkach. — Dobra, biorę białą. Jest krótsza, będzie łatwiej uciekać — wzruszyła ramionami i rzuciła mu jeszcze wymowne spojrzenie, nim odwróciła się do szafy, by wyciągnąć sukienkę, którą zdobiły piękne, czerwone róże. Czarna również była śliczna, ale sięgała aż do kostek, przez co mocno ograniczała ruchy, a przecież nie wiadomo, co ich dzisiaj jeszcze czekało.
Odprowadziła Noriegę wzrokiem, a kiedy zniknął za drzwiami łazienki, sama sięgnęła do tyłu by uporać się z zapięciem. Trochę jej to zajeło, jednak finalnie zrzuciła z siebie błękitny, kompletnie ufajdany materiał i spojrzałą w dół. Krew zdążyła już nie tylko przesiąknąć przez materiał, ale też ubrudzić całą skórę na piersiach. Musiała to zmyć, więc zaraz ruszyła do łazienki.
— Kurwa — syknęła widząc wielkiego krwiaka na brzuchu Madoxa. Podeszła bliżej i nachyliła się, by już po chwili przejechać po nim delikatnie palcami, a potem złożyć kilka pojedynczych pocałunków na bordowej skórze. A potem sama spojrzała na siebie w lustrze. Miała praktycznie taki sam po tym, jak Lopez sprzedał jej uderzenie prosto w brzuch jeszcze w salonie. — Prawie jakbyśmy mieli wspólne tatuaże — chciała zażartować, chociaż nastroje pewnie mieli średnie. Tylko z drugiej strony, co, mieli siedzieć w ciszy i się tym wszystkim zadręczać? Oboje byli chyba wystarczająco pojebani, by potrafić zachowywać się normalnie.
— Zaraz ci przepiorę tą koszulkę — oznajmiła jak prawdziwa żonka, którą przecież miała zostać. Pierwsze jednak podeszła do prysznica, namoczyła ręczik i zaraz ścierała z piersi ślady własnej krwi. A potem jeszcze brud z kolan po tym, jak rzucali nią po podłodze. Dopiero kiedy sama była w miarę czysta wróciła do umywalki i zabrała się za koszulę Madoxa. Plamy nie były wielkie. Trochę mydła i zimna woda spokojnie sobie z tym poradzą.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A matka, dla niej zawsze był Madito, bo to ona wybrała mu to drugie, dziwne imię, które może w sumie to do niego pasowało?
Doskonale wiedział jak wyglądała ta kobieta, z bliska oglądał jej posiniaczone ręce. Nawet nie chciał się zastanawiać kto to zrobił. Dlaczego akurat w taki sposób. Może Esmeralda na coś takiego zasługiwała?
Nie, nikt nie zasługiwał. Nawet ona.
Na pytanie o zdjęcia znowu się zawahał, znowu zastanowił. Teraz to już musiał jej powiedzieć.
- Broni, dużo broni w willi takiego jednego faceta, który właśnie trzyma się z Pablo - a jeśli Pablo wiedział o tych zdjęciach? Jeśli ściągnęli go tutaj ze względu na te zdjęcia? Nie, nie mógł wiedzieć. Nie wiedział nawet Franki.
Znowu nabrał powietrze w płuca.
- Ale na pewno nie chodzi o te zdjęcia, to jest po prostu niemożliwe - pokręcił głową. A co jeśli tak?
On też wariował, nagle pożałował tej całej akcji z Frankim, a najbardziej to żałował tego co zrobił potem, co leżało sobie w tej jego skrytce pod dywanem...
Musieli trzymać się tego, że jednak Pablo nie wiedział o zdjęciach, że w ogóle nie wiedział, że on tu jest? I dlatego się wkurwi. Tak to by był całkiem dobry scenariusz.
Tak jak dobrym były te oświadczyny na stole, chociaż Madox strzelił na to oczami.
- Na stole byłoby oryginalniej niż w willi jednego z najgroźniejszych meksykańskich mafiosów? - przechylił na bok głowę - jak nas tutaj nie zabiją to nawet kurwa oświadczę ci się pod stołem - złapał na moment jej spojrzenie. Bo kurwa jak Madox nigdy o tym nie myślał, że się kiedyś oświadczy jeszcze jakiejś kobiecie, to teraz przez jeden krótki moment pomyślał, że jej by mógł. Jeśli naprawdę to przeżyją.
Uniósł brew na tą Megan, a drugą na tą długą historię, ale może rzeczywiście teraz nie mieli na to czasu, chociaż kiedyś z chęcią jej posłucha. I dopyta skąd jej przyszło to Megan. A przede wszystkim to jak złamała jednemu gorylowi jaja.
- Dobra, Megan... - rzucił podnosząc się z łóżka - Megan... z czymś mi się to kojarzy - rzucił, ale nie wiedział z czym. Nie wiedział też która sukienka była lepsza, bo jemu i tak podobała się czerwona. A zresztą Pilar we wszystkim wyglądała dobrze, a Madox też nigdy nie przywiązywał do tego jakiejś wielkiej wagi. Do Medellin zaproponował czerwoną, bo miał czerwoną koszulę, tyle.
Tutaj miał na sobie kolorową, każda ta sukienka by do niej... nie pasowała. Spróbował chociaż odrobinę poukładać myśli, kiedy jego dłonie znalazły się na jej biodrach, kiedy pocałował ją zachłannie, nie pomogło...
Chociaż może odrobinę.
- Weź białą - rzucił zaraz po niej, kiedy powiedziała, że w tej będzie łatwiej uciekać. Bo coś w tym było, może jeszcze będą musieli dzisiaj wiać. Nawet byłoby to może dobre rozwiązanie, gdyby się okazało, że Pablo jednak wie o tych zdjęciach. Jedyne.
Dopiero na to jej kurwa, kiedy weszła do łazienki, odwrócił się w jej kierunku i skrzywił, chociaż kiedy jej usta musnęły nagą skórę, to odruchowo nabrał w płuca powietrze, przesunął palcami lekko po jej brzuchu, po jej siniakach.
- Który to zrobił? - zapytał, bo jakby trzeba było walczyć, to on jednak mógł dostać pierwszy. Tylko, że to był Lopez, po prostu sobie grabił koleś.
- Wolałbym jakiegoś kwiatuszka, czy coś - rzucił i schylił się do niej, tylko on ustami musnął jej nagie ramię. Ale zaraz się odsunął, żeby dokończyć to zmywanie z siebie krwi, chociaż w lustrze śledził Stewart, jak ona też to robiła ścierając krew spomiędzy piersi. Kiedy zaproponowała, że przepierze mu koszulę, to skinął głową, niby mógł zrobić to sam, bo przecież takie rzeczy robił nie raz, krew schodziła dobrze pod zimną wodą, ale skoro się zaoferowała, to on w tym czasie usiadł na zamkniętym sedesie.
- A mogliśmy być właśnie na randce - mruknął i wbił w nią ciemne spojrzenie. A kiedy już uporała się z plamami to wyciągnął do niej rękę, żeby do niego podeszła. Przyciągnął ją do siebie i oparł głowę o jej brzuch obejmując ją. Miał mokre włosy, ale to tylko woda, wyschnie.
- Przepraszam, że cię w to wpakowałem - przytulił się do niej mocniej - to miały być... zwykłe wakacje - nie licząc tej identyfikacji ciała jego matki. Chociaż Madox w życiu nie zakładał, że to się tak rozwinie, że wylądują w willi Pablo Gonzalesa i będą mieli jeść kolację z jego kobietą... I jego matką, w jednym. On też liczył na to, że jego matka prowadzi tutaj jakieś normalne życie, bo od takiego jak tutaj przecież uciekała. Walczyła z nim cały czas.
Ale przecież Madox też uciekł od tego, a co zrobił w Kanadzie? Prowadził klub dla gangusów i robił z nimi interesy. Może oni rzeczywiście byli do siebie bardziej podobni niż im się wydawało?
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dużo broni.
W co on się władował?
Nie podobało jej się to. Za nic się jej to kurwa nie podobało. Szczególnie teraz, kiedy z każdą minutą wychodziły na jaw nowe fakty i mogło się okazać, że Madox faktycznie wprowadził ich w paszczę lwa. Jeśli Pablo rzeczywiście był jakimś szanowanym się mafijnym bossem, a Madox miał na niego jakieś brudy, o których on wiedział mogło być… nieciekawie. A nawet bardzo.
Nagle do jej głowy wpadła przelotna myśl. Niby mało ważna, ale jednak po chwili Pilar cała pobladła i spojrzała na Noriegę.
— Gdzie masz te zdjęcia? — spytała spokojnie, chociaż w jej głosie dało się usłyszeć nerwy. Przetarła dłonią twarz i pomasowała sobie kark. — Błagam cię, tylko powiedz mi, że masz je chociaż schowane gdzieś w domu albo w klubie, a nie w telefonie, który ONI właśnie mają — serce zabiło jej mocniej. Z jednej strony mocno wierzyła w to, że Noriega nie był na tyle głupi, żeby trzymać takie rzeczy w komórce, a z drugiej strony przecież nie miał pojęcia, co tu się będzie dziać. Nie wiedział, że stanie tu twarzą w twarz z jakimiś swoimi sprawami z Toronto. A przynajmniej Pilar ufała, że to był przypadek. Że on tego tak naprawdę nie zaplanował. Ciągle miała z tyłu głowy ten wielki sekret, o którym nie chciał jej powiedzieć.
Prychnęła żałośnie na temat oświadczyn. Może faktycznie oświadczyny w domu jednego z największych meksykańskich mafiozów były dość oryginalne, ale jednak jakby miała do wyboru to albo stół… chyba jednak postawiłaby na kawałek drewna. Chociaż opcja pod stołem też brzmiała świetnie. Uśmiechnęła się na nią nawet blado, jednak wcale tego nie skomentowała.
Tak samo jak bez komentarza zostawiła jego pytanie który to zrobił. A co to zmieniało? Pójdzie teraz do Lopeza i go pobije? Spuści mu łomot i będzie po wszystkim, bo śmiał podnieść rękę na jego kobietę? Przecież tak to tutaj nie działało i zapewne jakby Madox spróbował czegokolwiek, to dostałby w odpowiedzi jeszcze pięć takich kopniaków prosto w brzuch.
— Kwiatusza? — uniosła brew, słuchając jego preferencji w związku ze wspólnymi tatuażami. — Wolałbyś k w i a t u s z k a? — aż się uśmiechnęła. Nie wiedziała co on właściwie w sobie miał, ale potrafił rozczulić ją w najbardziej niespodziewanym momencie. Czymś kompletnie przypadkowym, randomowym komentarzem, który rzucił od czapy, a jednak trafiało ją to gdzieś prosto w serce. Taka chwilowa normalność. Odwróciła się do niego spod prysznica i złapała jego spojrzenie w odbiciu lustra. — Jak stąd wyjdziemy żywi, to idziemy do pierwszego lepszego salonu tatuaży i robimy sobie po kwiatuszku — oznajmiła i ani trochę sobie nie żartowała. Stewart może i nie miała wielu tatuaży, ale każdy z nich robiła w jakimś ważniejszym momencie w swoim życiu, to i kwiatuszek mogła zrobić po wydostaniu się z domu mafii. Bo czemu nie? A fakt, że mieliby takie same tylko nakręcał te chęci jeszcze bardziej.
Kolorowa koszulka miała na sobie trochę plam. Głównie były to małe kropki po krwi, która z pewnością skapała mu z twarzy, dlatego Pilar bez problemu pozbyła się ich zimną wodą oraz odrobiną mydła. Wyszorowała co trzeba i zaraz powiesiła jego koszulkę na kaloryferze przy ścianie, rozkładając tak, by nie pomięła się jeszcze bardziej. Może była z niej chujowa kucharka, ale pani domu całkiem przykładna.
Odwróciłą się w stronę Madoxa dopiero, kiedy powiedział, że mogli być właśnie na randce. Nie chciała mu jeszcze dowalać, chociaż miał rację. Mogli być. Siedzieć na jakiejś zajebistej plaży, tańcować w przypadkowym klubie i bawić się w najlepsze do białego rana. Mogli… tylko co z tego, jak wtedy on i tak by zachodził w głowę, co się stało z jego matką. Czy żyła. Czy wszystko było okej. Gdyby tego nie sprawdził, to zadręczałby się w myślach. Teraz przynajmniej już wiedział.
— Może kolacja chociaż będzie smaczna? — rzuciła w odpowiedzi, próbując wymalować na twarzy nieco ciepła i uśmiechu. Nie powinni się tym zadręczać. Szambo i tak się już wylało i to, że teraz będą sobie gdybać o wszystkim co mogliby robić i tak niczego nie zmieni. — Gangusi dobrze gotują? Może mają jakąś gosposie? — ruszyła w jego stronę. Od razu pozwoliła mu się przytulić do brzucha. Nawet udało jej się wstrzymać syknięcie, spowodowane naciśnięciem na wielkiego krwiaka, który zdobił jej skórę.
Przepraszam, że cię w to wpakowałem.
Przymknęła na moment oczy i złapała większy haust powietrza, przyciskając się do niego bliżej. Swoje dłonie miękko wplotła w jego mokre włosy, by zaraz zacząć się nimi bawić. By zatracić się w tej znajomej sobie tekturze, którą przecież tak bardzo lubiła.
— Przestań — nie chciała, żeby ją przepraszał. Nie potrzebowała jego skruchy, bo prawda jest taka, że Pilar wcale go za nic nie obwiniała. To nie była jego wina. Jak już to ich wspólna. — Sama cię do tego namawiałam — dodała po chwili, ciągnąc dłonie w dół, na jego potylicę i kark. Przycisnęła paznokcie do najgiej skórzy, po czym zjechała wzdłuż odznaczającego się kręgosłupa, drapiąc go z wyczuciem.
— Jakby chodziło o moją matkę też bym nie odpuściła — znowu się odezwała, przecinając ciszę. Tym razem ton jej głosu był o wiele niższy, spokojny, chociaż serce zabiło jej mocniej, a mięśnie nieco się spięły. — Nawet gdyby miała się okazać największą psychopatką chodzącą po tym zasranym świecie. I tak chciałabym się z nią skonfrontować — bo oni tacy już byli: narwani. Kierowali się sercem, a nie rozumiem. Nie podchodzili do rzeczy względem tego, czy coś było bezpieczne, a bo potrzebowali odpowiedzi. A do tego nie potrafili odpuszczać. I to właśnie przez to ciągle ładowali się w kłopoty.
Madox A. Noriega