ODPOWIEDZ
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bardzo typowe dla niego byłoby to, że te zdjęcia miał w telefonie, który im oddał. Ale nie tym razem.
- Ja w ogóle ich nie mam... jeszcze. Ma je Peach, bo mi zamókł telefon i ona robiła je swoim, długa historia... - tym razem on machnął ręką, bo to też nic nowego nie wnosił do ich sprawy. No nie licząc tego, że nie miał tych zdjęć na telefonie, który im oddał. Tam nie miał praktycznie nic. Bo to był kolejny nowy telefon. Ale nie ważne, mieli teraz inne problemy, jak na przykład to, że po wyjściu stąd wytatuują sobie kwiatuszka. Chociaż to nie był akurat problem, a przynajmniej nie dla Madoxa, bo on tych kwiatuszków miał kilka, w różnych miejscach, na szyi, albo na ręce.
- Dobra, ale ja wybieram wzór, coś słodkiego, żeby było śmiesznie jak się rozbierzesz... - no tak, bo kwiatuszek bardziej nie pasował jej, niż jemu... ale w zasadzie to coś w tym było. Złapał jej spojrzenie w lustrze, ale tylko na moment, bo zaraz to już zmywał te resztki krwi, z włosów, po czym wytarł je ręcznikiem. Znowu te złote litery E i róże... Jak na tej chusteczce, którą miał w kieszeni, nawet przez moment chciał do niej sięgnąć, ale jeszcze tego mu brakowało, żeby zaraz Pilar mu wyrzuciła, że on chce się naćpać w takim momencie. Obserwował Stewart, kiedy prała jego koszulę, bo w zasadzie to go to trochę urzekało, że kurwa, ona to nawet koszulę dla niego, mu, prała. Powiódł za nią spojrzeniem do kaloryfera.
- Skoro nas zaprosiła, to może dadzą coś dobrego - rzucił, chociaż nie był tego taki pewny, co w ogóle je się na kolacji u matki, która jest królową jakiejś meksykańskiej mafii? Opcje były różne, od empanady, po jakąś czarną polewkę, albo wino w czaszkach jej wrogów. Z tym ostatnim to chyba przesada, chociaż... kto ją tam wie.
- Pewnie mają, kto wykarmiłby tylu goryli? Chyba, że oni gotują, może gruby? - spojrzał na Pilar unosząc jedną brew - chociaż grubas na kucharza to trochę ryzykowne - chciał sobie zażartować, zanim jeszcze się w nią wtulił, oczywiście ignorując jej sińce, no bo... oni jakoś nigdy na to nie zwracali uwagi, na żadne rany. Chociaż zaraz osadził na jej skórze ciepły oddech, kiedy oparł o jej brzuch szorstki policzek.
- Bo my chyba za bardzo lubimy ryzyko Pilar... - mruknął, ale kiedyś już jej to mówił, dawno, dawno temu, w klubie - ja walnę jakąś głupotę, a ty zaraz w to wchodzisz, albo ty coś powiesz, a ja, że świetnie, a potem lądujemy na takiej kolacji... - już się zaczął nakręcać, ale takie były fakty. Że on by wszedł we wszystko co ona by mu powiedziała, a ona w to co on jej, nawet jeśli by wiedzieli, że idą na kolację do mafii, to pewnie tylko by się siebie nawzajem zapytali w co się ubrać.
Dopiero kiedy powiedziała o swojej matce, to drgnął pod jej palcami, chociaż jej dotyk był tak cholernie przyjemny, kojący, te paznokcie sunące po skórze.
Podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć.
- Szukałaś jej kiedyś? - zapytał, bo w policji przecież to było... łatwiejsze.
Może nawet powiedziałby coś jeszcze, bo już nawet otworzył usta przesuwając opuszkami palców po nagiej skórze na jej biodrze i odchylając się od niej, żeby złapać jej spojrzenie, tylko, że już drzwi do pokoju się otworzyły, a w tych łazienkowych zaraz stanął Lopez.
- Długo jeszcze? Esme już czeka - warknął i obrzucił ich spojrzeniem - czekam przy drzwiach - wyszedł, ale nawet nie zamknął drzwi, nie było słychać trzaśnięcia.
Madox wstał, ale jeszcze złapał Pilar za rękę, jeszcze zatrzymał ją w miejscu.
- Te amo - wyszeptał patrząc jej w oczy. Tym razem, to on poczuł, że musi jej to powiedzieć. Bo kurwa. Naprawdę nie było wiadomo co się może wydarzyć na tej kolacji. Jeszcze raz musnął wargami jej pełne, gorące usta. A zaraz już zakładał na siebie wilgotną koszulę i zapinał guziki. Pomógł jej z zapięciem sukienki i tym razem, o dziwo, poszło mu sprawnie. Bo teraz trzeba było podejść do tego na chłodno, na spokojnie.
- Calma - jeszcze rzucił bezgłośnie, kiedy już wychodzili z tego pokoju, trzymając się za ręce. Lopez stał przy drzwiach oparty o ścianę, a za nim dwóch goryli. Świetnie, teraz będą ich prowadzać we troje. Ale trójce pewnie daliby radę... Gorzej, że ich w tym domu była cała armia.
- A co na kolację? Ty zjesz z nami? Esme cię chyba lubi... - oczywiście, że Madox zagadywał Lopeza, tylko, że ten nie odezwał się nawet słowem. Nawet mu kurwa powieka nie drgnęła na żadne z tych pytań...
- Ruchasz ją? - wypalił, nagle, idący za nimi goryle nie zrozumieli, albo nie dali nic po sobie poznać. Ale to byli ci ruscy, a Noriega nawijał po hiszpańsku. Lopez za to zrozumiał, aż kurwa za dobrze, bo odwrócił się gwałtownie, aż Madox w pierwszym odruchu szarpnął za siebie Pilar.
- Zamknij mordę... bo mnie wkurwiasz - wysyczał przez zęby i przyspieszył kroku. Madox za to obejrzał się tylko na Pilar przyciągając ją bliżej do siebie. Jakby nie ruchał to by się tak obruszył? Może i tak...
A może coś było na rzeczy?
Ale Madox się zamknął, zresztą Lopez już otworzył przed nimi drzwi tej głównej jadalni, w której Madox był wcześniej. Wszędzie róże, a na środku stół z chyba dwunastoma krzesłami. Ale tylko trzy nakrycia na samym końcu. Czyli jednak Lopez nie zje z nimi. Na środku siedziała Esme w nowej sukience, też białej... w czerwone kwiaty.
Kurwa.
Miała w tamtym pokoju kamerę? Czy to był kolejny pierdolony zbieg okoliczności.
- Wreszcie - odezwała się i zaraz poklepała miejsce po swojej prawej stronie - Madito tutaj - mieli z Pilar miejsca na przeciwko siebie. A stół był szeroki. Specjalnie, żeby nie mogli sobie dawać jakiś sygnałów, chyba, że kopniakiem licząc na to, że Esme nie zauważy. Kolacja leżała już na półmiskach. Wyglądała wybornie, kolumbijskie dania, sancocho, arepas, empanady, patacones, pandebono i te buñuelos, na które Madox tak liczył. Aż mu zaburczało w brzuchu, bo mogli siedzieć na gangsterskiej kolacji, ale... to było kolumbijskie żarcie. Nie dało się inaczej.

Pilar Stewart
29 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szukała cię dzisiaj… — odezwała się, zanim zdążyła ugryźć się w język. Wyszło to z niej zupełnie naturalnie i chociaż z początku nie chciała, od razu zauważyła jego pytające spojrzenie. — Rosa pisała — wyjaśniła krótko. Bo to była kolejna z tych długich historii na które oni dzisiaj nie mieli już czasu. Jak właśnie tłumaczenie z tego, że Pilar wymieniała wiadomości z Roską na temat tego jakie hotówy przychodzą odstrzelone do klubu, szukać Madoxa. Przynajmniej w tym jednym Pilar miała rację — łączyła ich relacja biznesowa. I to kurwa bardzo, skoro razem zajmowali się jakimś handlem pieprzonej broni. Po powrocie będzie musiała się temu bliżej przyjrzeć, skoro Noriega raczył ją tak zdawkowymi informacjami.
Ale to właśnie było dokładnie tak, jak mówił: lubili ryzyko. Jedno godziło się na wszystko, co proponowało drugie. Nawet jeśli to zwiastowało kłopoty. Nawet jeśi mieli skończyć na kolacji z kobietą, która mieszkała pod jednym dachem z największym meksykańskim mafiozo. A może to ona nią była? Kobiety i ich rola bardzo często bywały niedoceniane w tego typu scenariuszach, a po tym jak Esme zachowywała się wcześniej, Pilar wcale by się nie zdziwiła, gdyby to ona za wszystkim stała. Z deszczu pod rynnę. Albo to ona w ogóle powodowała ten deszcz. Bo Stewart jakoś nie chciało się wierzyć, że z Medellin uciekła bo się bała. Bo była jedynie przerażoną żoną i matką.
Chociaż Esmeralda przynajmniej zdążyła wychować swoje dziecko, nim je zostawiła. W przeciwieństwie do matki Pilar, która zaraz po porodzie wyjebała ją na wycieraczkę. Ta to dopiero uciekła bez najmniejszego wyjaśnienia. Spojrzała w dół, łapiąc ciemne spojrzenie Madoxa, gdy spytał, czy kiedykolwiek próbowała jej szukać.
Tak, ale to nie jest takie proste — westchnęła, wciąż przyglądając mu się uważnie, podczas gdy jej dłonie głaskały jego nagą, rozgrzaną skórę. — Madox, ona mnie oddała zaraz po porodzie. I to nawet nie oddała, tylko zostawiła na wycieraczce, zawiniętą w jakieś szmaty — nie lubiła o tym mówić. Starała się nie robić tego wcale. Może dlatego spokojnie pod policzkiem mógł poczuć jak się spięła na samą myśl. — Nie ma po niej nawet imienia. Szpitale nie prowadziły jeszcze wtedy tak zaawansowanej dokumentacji medycznej. Próbowałyśmy z Hele… Infromatyczką z komendy włamać się kiedyś do szpitala, żeby wykraść dane kobiet, które rodziły w tamtym czasie, ale tego jest za dużo. I to jest dosłownie jedyny punkt zaczepienia — wzruszyła ramionami. Chciała znaleźć swoją matkę, naprawdę chciała… chociażby, żeby zapytać się jej czemu jej nie chciała, ale to wcale nie było takie proste. Nie było nic. Ani jednej, jebanej poszlaki. Mogło się nawet okazać, że nie rodziła w szpitalu w Toronto tylko gdzieś na obrzeżach, może nawet nie w szpitalu, bo taka opcja też przecież istniała. Tego po prostu nie dało się zrobić.
Chciała mu o tym powiedzieć, że to wcale nie było proste, tylko wtedy w pomieszczeniu pojawił się Lopez. Stewart aż się wzdrygnęła słysząc jego głos, a potem przewróciła oczami, kiedy kazał im się pośpieszyć. Już minęło pół godziny?
Niechętnie odsunęła się od Noriegi i poszła ubrać. Sukienka leżała idealnie. Była dopasowana w pasie i przy dekolcie, a wszystko poniżej było luźne i zwiewne. Gdyby nie szła właśnie na kolacje z mafią, można by pomyśleć, że wybierała się na miasto świetnie się bawić. Poprawiła włosy tyle ile dała radę, po czym złapała Madoxa za rękę, splatając ich palce ze sobą.
Ruszyli długim korytarzem, tuż za Lopezem, pomiedzy ruskimi gorylami. I niby mieli być calma, niby Madox sam mówił, żeby się nie wychylać, a zaraz sam wkurwiał Lopeza durnymi pytaniami. Wiedziała, że to się tak skończy, chociaż kiedy ochroniarz odwrócił się energicznie, Stewart myślała, że to już teraz poleje się krew. Całe szczęście ten tylko zacisnął dłoń w pięść i ruszył dalej. Posłała Noriedze wymowne spojrzenie, żeby się kurwa zachowywał i stosował do tego, co sam wcześniej ustalił. Co oczywiście nie zmieniało faktu, że zaraz potem uśmiechnęła się pod nosem. Oczywiście, że Lopez pieprzył Esme. A jak nie pieprzył, to na pewno się w niej kochał, ale nikt normalny nie reagował w taki sposób. Coś zdecydowanie było na rzeczy.
Jadalnia była ogromna. Ściany zdobiły przepiękne, ręcznie malowane obrazy, a na każdym obecnym w pokoju meblu leżały róże. Masa róż. Zupełnie jak te na sukience Pilar… i Esme.
Kurwa.
Gorzej chyba nie mogli wybrać.
Złapała w płuca więcej powietrze i zacisnęła mocniej palce na dłoni Madoxa. Ruszyli wzdłuż długiego stołu i chociaż mieli do pokonania może z marne dwa metry, tak Pilar miała wrażenie, że ta droga dłużyła się w nieskończoność. A to wszystko z ciemnym, wwiercającym się w nich spojrzeniem Esmeraldy. Aż chłodny dreszcze przeszedł po jej plecach.
Puściła jego dłoń dopiero, kiedy kobieta oznajmiła, że Madito miał usiąść po jej prawej. Posłała mu przelotny uśmiech, a zaraz potem obeszła stół za jej plecami i zajęła miejsce po drugiej stronie.
Stół był przepięknie zastawiony, a na nim same kolumbijskie potrawy. Pilar poznawała większość z nich z Medellin, a zapach jaki unosił się dookoła był obłędny. Przez moment naprawdę szło zapomnieć, że byli na kolacji z diabłem. Dopiero kiedy przeniosła na nią spojrzenie, wróciła na ziemię. Nie zabrała się za jedzenie. Domyśliła się, że pewnie trzeba poczekać na jakieś pozwolenie? W końcu wszystko tu miało być na jej zasadach.
Piękna sukienka — odezwała się w końcu, nie mogąc już znieść tej nagłej, dziwnej ciszy. Do tego wymalowała uśmiech na własnej twarzy i opierając się o krzesło, przyjrzała się Esmeraldzie.

Madox A. Noriega
kasik
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
REKRUTER
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Peach go szukała? Uniósł jedną brew, ale w duchu modlił się, żeby nie chodziło o to, że Franki się połapał, że oni zrobili te zdjęcia, bo to spotkanie z Pablo już na pewno nie należałoby do przyjemnych. Ale chyba gdyby się coś wyjebało, to Peach w pierwszej kolejności by do niego pisała, czy dzwoniła, a nie przyszła do klubu?
Już miał pytać skąd w ogóle Pilar to wie, ale wyjaśniła, że od Rosy, dobra, machnął na to ręką, bo rzeczywiście nie mieli na to czasu. Ale to świadczyło tylko o jednym, że Madox musiał się trochę bardziej pilnować. Bardziej zwracać uwagę na to, kto przesiaduje w jego klubie, albo kto może tam na kogo się natknąć. Ale teraz i tak już nie mógł nic zrobić na odległość, teraz musiał się zająć Meksykiem, chociaż kiedy Pilar opowiadała o swojej matce, to on od razu zastanawiał się, co mogła zrobić w takiej sytuacji, żadnych danych, żadnych informacji. Nabrał powietrze w płuca.
- A pytałaś w sierocińcu? - bo on by tak zrobił, bo Madox to zawsze lubił szukać czegoś u źródła, chociaż może szpitale też były dobrą opcją. Przesunął palcami po jej plecach, kiedy się spięła, zdawał sobie sprawę, że jest to dla niej trudny temat, ale jeśli nie z nim, to z kim miała o tym rozmawiać? Nawet chciał jej coś powiedzieć, że powinna jeszcze spróbować szukać w sierocińcu, bo może jednak jej matka tam coś zostawiła, przy niej, cokolwiek...
Ale wtedy do łazienki zajrzał już Lopez, ten to kurwa miał wyczucie czasu. Ale prawda jest taka, że Madox je zupełnie stracił, on przy Pilar zawsze je tracił, bo mógłby z nią siedzieć w tej łazience dziesięć godzin, kiedy jej palce sunęły po jego skórze, a on przytulał policzek do tej jej, ciepłej, gładkiej, o tej znajomej mu już doskonale fakturze.
Tym razem nie mieli nawet dodatkowych pięciu minut. Może dwie, żeby zarzucić na siebie te ciuchy, zanim ruszyli za Lopezem. Specjalnie go denerwował, specjalnie zadawał mu takie pytania, musieli mieć cokolwiek, a chyba to, że Lopez ruchał Esme, albo chociaż... darzył ją jakimiś uczuciami, czymś takim było? Mocniej zacisnął palce na ręce Pilar, bo w razie jakiejś wpadki, może mogą coś z tym zrobić? Tylko ciekawe jak sama Esme podchodziła do Lopeza, ale kiedy wyciągała mu broń spod marynarki żadne z nich nie było skrępowane, coś musiało być na rzeczy.
Madox jeszcze zerknął na Lopeza, który został przy drzwiach, w obstawie dwóch goryli, ale zaraz usiadł na tym wskazanym miejscu. Obrzucił spojrzeniem stół, ale ciemne tęczówki spoczęły na jego matce, miał się odezwać, dołożyć jeszcze do pieca pytaniem, czy Lopez nie usiądzie z nimi, ale odezwała się Pilar, Madox złapał jej spojrzenie.
Esme też odwróciła się w jej kierunku, uśmiechnęła się, miło, albo grała kurwa taką miłą. A przynajmniej tak od razu pomyślał sobie Madox.
- Twoja też jest piękna, te róże robią taki klimat... - powiedziała łagodnie, ale zaraz zwróciła się w kierunku Noriegi - Madito nie przedstawiłeś mi swojej... przyjaciółki - rzuciła z wyrzutem, ale takim delikatnym, jakby Madox popełnił jakąś gafę, drobna wpadka, którą przecież gotowa była mu wybaczyć.
- Narzeczonej - wypalił od razu, a zaraz zerknął na Stewart. Jak to miało być? - Megan, ma na imię Megan - powiedział, a Esme skinęła głową, założyła za ucho ciemne kosmyki. Ona naprawdę w tej kwiecistej sukience, wyglądała jakoś tak... sympatycznie. Zaraz się nawet takim tonem zwróciła znowu do Pilar.
- Ładnie, Megan, skąd pochodzisz? Dobrze mówisz po hiszpańsku, myślałam, że masz jakieś latynoskie korzenie - podparła łokcie na stole pochylając się w kierunku Stewart. Ale zaraz udała, na pewno udała, bo kurwa ona cały czas grała, zakłopotaną.
- Och, pewnie jesteście głodni, częstujcie się. Madito buñuelos, twoje ulubione, w cukrze z cynamonem - nawet wystawiła w jego kierunku koszyczek z tymi buñuelos, a Madox aż przełknął ślinę. Chwilę walczył z tym, żeby jej nie odmówić, ale nie umiał, no nie tego akurat. Sięgnął po dwa, które wpakował sobie do buzi, były za-je-bi-ste. Takie jak pamiętał z dzieciństwa.
- Sama robiłam - Esmeralda znowu się uśmiechnęła, a później wystawiła je w kierunku Pilar - Megan spróbuj - sama też wzięła jednego i zjadła go w dwóch gryzach. Przynajmniej wiedzieli, że nie są zatrute...
Pewnie dlatego Madox sięgnął po kolejne dwa. Esme znowu się uśmiechnęła.
- Właściwie przygotowałam je dla Pablo, ale zrobię jutro nowe, na świeżo, skoro dzisiaj mam takich wyjątkowych gości... - powiedziała jakby nigdy nic i nałożyła sobie na talerz empanady, żeby ich zachęcić. Znalazła się wzorowa gosposia.
- Jakiego Pablo? - rzucił Madox, chociaż przecież wiedział, już sobie doskonale zdawali sprawę jakiego.
- Mojego męża - powiedziała, znowu tym przemiłym tonem, a Madox aż się zakrztusił tym buñuelos, ale też zrobił to specjalnie, bo nie był ani odrobinę zaskoczony - popij sobie Madito - podsunęła mu czerwonym paznokciem kieliszek z wodą, a Madox rzeczywiście go podniósł żeby się napić. Esme w tym czasie spojrzała znowu na Pilar.
- A wy Megan kiedy zamierzacie się pobrać? Może mogę liczyć na zaproszenie? - Madox pokręcił głową, co oczywiście nie umknęło uwadze Esme, skrzywiła się i utkwiła w nim ciemne tęczówki. No ale na co ona kurwa liczyła?
Że zaproszą ją na ślub? Nieistniejący swoją drogą.

Pilar Stewart
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”