ODPOWIEDZ
36 y/o
ORIGAMI BOY
183 cm
ratuję życie nie tylko w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

# 015
Nie należał do ludzi, którzy reagują na radiowe komunikaty nerwowym przeklinaniem czy gwałtownym hamowaniem. Informacje zwykle przyjmował chłodno, woląc je najpierw sprawdzić i przeanalizować, jadąc dalej własnym tempem, jednak tego ranka jednak głos spikera przebił się przez monotonne brzmienie silnika i szum opon sunących po wilgotnym asfalcie. Mount Sinai. Dym. Ewakuacja.
Michael zesztywniał nieznacznie, palce zacisnęły się mocniej na kierownicy, a spojrzenie wyostrzyło, wychwytując sygnalizację świetlną, luki między samochodami i możliwe objazdy. Nie analizował, czy sytuacja jest poważna, bo zakładał, że skoro mówią o niej w radio, to ktoś właśnie potrzebuje rąk do pracy. Światła zmieniały się jakby zbyt wolno, inni kierowcy reagowali zbyt ociężale, a on przeciskał się przez pasy z wyrachowaną precyzją, ignorując ograniczenia, które w normalnych warunkach uznałby za rozsądne. Gdy mijał kolejne skrzyżowania, w powietrzu zaczynał już unosić się zapach spalenizny, ledwie wyczuwalny, lecz wystarczający, by serce przyspieszyło swe bicie. Na horyzoncie zamajaczyły wozy Toronto Fire Services, błękitno-czerwone światła odbijały się w szybach pobliskich budynków. Teren częściowo odgrodzono, ludzie stali w skupiskach z wyciągniętymi telefonami. Graham zaparkował tam, gdzie nie powinien, wysiadł bez wahania i ruszył w stronę wejścia dla personelu. Dym nie był jeszcze gęsty, lecz alarmy wyły jednostajnym, drażniącym tonem.
Gdy przekroczył próg ratunkowego, nie musiał pytać, co się stało. Zamieszanie mówiło samo za siebie — pielęgniarki przemieszczały pacjentów, ktoś wydawał polecenia podniesionym głosem, nosze sunęły po linoleum. Chaos, który dla innych był powodem do paniki, dla Michaela był czymś znajomym. I w tej znajomości odnalazł niepokojący spokój.
Nie miał jeszcze na sobie kitla ani identyfikatora przewieszonego przez szyję — ba, nawet nie miało go być dzisiaj w pracy. Zaplanował tego dnia wizytę u Danielle. Niespecjalnie znał się na skręcaniu mebli, ale zaoferował się z pomocą, bo przecież nie może być w tym nic trudnego. Nie miał okazji, by powiadomić byłą żonę o zmianie planu, ale był pewien, że zrozumie. Wszedł w płaszczu, z torbą przewieszoną przez ramię, zostawiając je po drodze w bocznej sali. Dopiero gdy padło jego nazwisko z ust innego ratownika, kilka głów odwróciło się odruchowo.
Co mamy? — zapytał krótko, podwijając mankiety koszuli, jakby to wystarczało za formalne rozpoczęcie dyżuru. Pierwszego pacjenta przejął jeszcze przy drzwiach. Starsza kobieta z kaszlem i zawrotami głowy, przyprowadzona przez ratownika, mamrotała coś do siebie bez żadnego składu. Michael uklęknął przy niej bez wahania, nie czekając na pełne wprowadzenie do systemu. — Ile czasu w zadymieniu? Utrata przytomności? — rzucał pytaniami, równocześnie kontrolując tętno i reakcję źrenic. Nie miał sprzętu przy sobie, więc korzystał z tego, co było pod ręką. Zlecił podanie tlenu, szybkie oznaczenie saturacji i podstawowe badania gazometryczne, zanim jeszcze zdążył przebrać się w szpitalny uniform. — Przenosimy niestabilnych do części z niezależnym zasilaniem. Kto jest dziś na bloku? — rzucił do personelu ze ściągniętymi brwiami, w gęstym tłumie nie mogąc rozróżnić wielu znajomych twarzy. — Ja pierdolę… — mruknął pod nosem, kiedy wśród poszkodowanych dostrzegł parę osób w kitlach. Sprawa była zdecydowanie poważniejsza, niż kilka zaczadzonych osób i osmolony sufit.

Iris Valentine
space cadet
31 y/o
Welkom in Canada
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedziała, że to bardzo źle o niej świadczyło, ale od bardzo dawna nic nie spowodowało u niej takiego wyrzutu adrenaliny jak dzisiejszy dzień w pracy. Odnajdywała się w chaosie, przypominał jej wszystko to, co utraciła i sprawiał, że pierwszy raz od dawna… c z u ł a. Krew krążyła szybciej, serce biło szybciej i jednocześnie doskonale wiedziała, co ma robić. Nie czuła się zagubiona i bezradna. Żyła.
Chociaż nawet nie powinno jej tu być. Była prawdopodobnie za miękka, bo nigdy nie potrafiła odmawiać, gdy ktoś potrzebował zamienić się godzinami – nawet jeśli oznaczało to znacznie dłuższy dyżur. Przynajmniej nie musiała szukać niczego do zajęcia myśli i po prostu skupiła się na pracy. Była od dobrych dziesięciu godzin na nogach, gdy zwyczajny szpitalny harmider został przerwany przez alarm przeciwpożarowy. W pierwszej chwili się spięła, ale potrzebowała dokładnie kilku sekund, żeby zacząć pracować na wyższych obrotach.
Nie miała najmniejszego zamiaru się ewakuować – nie do tego została wyszkolona. A już na pewno nie zamierzała się ewakuować, gdy w szpitalu byli ludzie, którzy potrzebowali pomocy. A przynajmniej pokierowania w dobrą stronę. Była w swoim żywiole. Nie wiedziała, czy minęło dziesięć minut, czy trzy godziny… potok pacjentów był nieprzerwany, dookoła panował chaos, a dym coraz mocniej drapał ją w gardło, ale uparcie to ignorowała, bo przecież musiała być w centrum wydarzeń.
- Graham! – krzyknęła do lekarza, którego dopiero zauważyła… brak kitla nie umknął jej uwadze i była święcie przekonana, że nie powinno go tu dzisiaj być, ale to nie czas i miejsce na tego typu dyskusje – Stażystka. Doktor Martin. Była na piętrze, na którym wybuchł pożar. Brak widocznych urazów, bez oparzeń. Początkowo świadoma, teraz zaczyna tracić kontakt, a my nie możemy tracić lekarzy, obejrzysz ją? – bo nie czekała na lekarskie polecenie, żeby podać młodziutkiej lekarce tlen, ale do całej reszty badań potrzebowała już zlecenia lekarskiego. Nawet jeśli wiedziała, co robić to szpitalny system nie chciał jej przepuścić, co w Toronto doprowadzało ją do szału. Lubiła być samodzielna. Kilkukrotnie kaszlnęła w zgięcie łokcia, ale zaraz znowu była skupiona obserwując Michaela, który do nich podszedł – Początek dyżuru z przytupem, co? – bo wyglądał jakby dopiero zaczynał, może pomyliła harmonogramy i tylko wydawało jej się, że miało go tu nie być.


Michael Graham
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”