ODPOWIEDZ
36 y/o
ORIGAMI BOY
183 cm
ratuję życie nie tylko w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

# 015
Nie należał do ludzi, którzy reagują na radiowe komunikaty nerwowym przeklinaniem czy gwałtownym hamowaniem. Informacje zwykle przyjmował chłodno, woląc je najpierw sprawdzić i przeanalizować, jadąc dalej własnym tempem, jednak tego ranka jednak głos spikera przebił się przez monotonne brzmienie silnika i szum opon sunących po wilgotnym asfalcie. Mount Sinai. Dym. Ewakuacja.
Michael zesztywniał nieznacznie, palce zacisnęły się mocniej na kierownicy, a spojrzenie wyostrzyło, wychwytując sygnalizację świetlną, luki między samochodami i możliwe objazdy. Nie analizował, czy sytuacja jest poważna, bo zakładał, że skoro mówią o niej w radio, to ktoś właśnie potrzebuje rąk do pracy. Światła zmieniały się jakby zbyt wolno, inni kierowcy reagowali zbyt ociężale, a on przeciskał się przez pasy z wyrachowaną precyzją, ignorując ograniczenia, które w normalnych warunkach uznałby za rozsądne. Gdy mijał kolejne skrzyżowania, w powietrzu zaczynał już unosić się zapach spalenizny, ledwie wyczuwalny, lecz wystarczający, by serce przyspieszyło swe bicie. Na horyzoncie zamajaczyły wozy Toronto Fire Services, błękitno-czerwone światła odbijały się w szybach pobliskich budynków. Teren częściowo odgrodzono, ludzie stali w skupiskach z wyciągniętymi telefonami. Graham zaparkował tam, gdzie nie powinien, wysiadł bez wahania i ruszył w stronę wejścia dla personelu. Dym nie był jeszcze gęsty, lecz alarmy wyły jednostajnym, drażniącym tonem.
Gdy przekroczył próg ratunkowego, nie musiał pytać, co się stało. Zamieszanie mówiło samo za siebie — pielęgniarki przemieszczały pacjentów, ktoś wydawał polecenia podniesionym głosem, nosze sunęły po linoleum. Chaos, który dla innych był powodem do paniki, dla Michaela był czymś znajomym. I w tej znajomości odnalazł niepokojący spokój.
Nie miał jeszcze na sobie kitla ani identyfikatora przewieszonego przez szyję — ba, nawet nie miało go być dzisiaj w pracy. Zaplanował tego dnia wizytę u Danielle. Niespecjalnie znał się na skręcaniu mebli, ale zaoferował się z pomocą, bo przecież nie może być w tym nic trudnego. Nie miał okazji, by powiadomić byłą żonę o zmianie planu, ale był pewien, że zrozumie. Wszedł w płaszczu, z torbą przewieszoną przez ramię, zostawiając je po drodze w bocznej sali. Dopiero gdy padło jego nazwisko z ust innego ratownika, kilka głów odwróciło się odruchowo.
Co mamy? — zapytał krótko, podwijając mankiety koszuli, jakby to wystarczało za formalne rozpoczęcie dyżuru. Pierwszego pacjenta przejął jeszcze przy drzwiach. Starsza kobieta z kaszlem i zawrotami głowy, przyprowadzona przez ratownika, mamrotała coś do siebie bez żadnego składu. Michael uklęknął przy niej bez wahania, nie czekając na pełne wprowadzenie do systemu. — Ile czasu w zadymieniu? Utrata przytomności? — rzucał pytaniami, równocześnie kontrolując tętno i reakcję źrenic. Nie miał sprzętu przy sobie, więc korzystał z tego, co było pod ręką. Zlecił podanie tlenu, szybkie oznaczenie saturacji i podstawowe badania gazometryczne, zanim jeszcze zdążył przebrać się w szpitalny uniform. — Przenosimy niestabilnych do części z niezależnym zasilaniem. Kto jest dziś na bloku? — rzucił do personelu ze ściągniętymi brwiami, w gęstym tłumie nie mogąc rozróżnić wielu znajomych twarzy. — Ja pierdolę… — mruknął pod nosem, kiedy wśród poszkodowanych dostrzegł parę osób w kitlach. Sprawa była zdecydowanie poważniejsza, niż kilka zaczadzonych osób i osmolony sufit.

Iris Valentine
space cadet
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedziała, że to bardzo źle o niej świadczyło, ale od bardzo dawna nic nie spowodowało u niej takiego wyrzutu adrenaliny jak dzisiejszy dzień w pracy. Odnajdywała się w chaosie, przypominał jej wszystko to, co utraciła i sprawiał, że pierwszy raz od dawna… c z u ł a. Krew krążyła szybciej, serce biło szybciej i jednocześnie doskonale wiedziała, co ma robić. Nie czuła się zagubiona i bezradna. Żyła.
Chociaż nawet nie powinno jej tu być. Była prawdopodobnie za miękka, bo nigdy nie potrafiła odmawiać, gdy ktoś potrzebował zamienić się godzinami – nawet jeśli oznaczało to znacznie dłuższy dyżur. Przynajmniej nie musiała szukać niczego do zajęcia myśli i po prostu skupiła się na pracy. Była od dobrych dziesięciu godzin na nogach, gdy zwyczajny szpitalny harmider został przerwany przez alarm przeciwpożarowy. W pierwszej chwili się spięła, ale potrzebowała dokładnie kilku sekund, żeby zacząć pracować na wyższych obrotach.
Nie miała najmniejszego zamiaru się ewakuować – nie do tego została wyszkolona. A już na pewno nie zamierzała się ewakuować, gdy w szpitalu byli ludzie, którzy potrzebowali pomocy. A przynajmniej pokierowania w dobrą stronę. Była w swoim żywiole. Nie wiedziała, czy minęło dziesięć minut, czy trzy godziny… potok pacjentów był nieprzerwany, dookoła panował chaos, a dym coraz mocniej drapał ją w gardło, ale uparcie to ignorowała, bo przecież musiała być w centrum wydarzeń.
- Graham! – krzyknęła do lekarza, którego dopiero zauważyła… brak kitla nie umknął jej uwadze i była święcie przekonana, że nie powinno go tu dzisiaj być, ale to nie czas i miejsce na tego typu dyskusje – Stażystka. Doktor Martin. Była na piętrze, na którym wybuchł pożar. Brak widocznych urazów, bez oparzeń. Początkowo świadoma, teraz zaczyna tracić kontakt, a my nie możemy tracić lekarzy, obejrzysz ją? – bo nie czekała na lekarskie polecenie, żeby podać młodziutkiej lekarce tlen, ale do całej reszty badań potrzebowała już zlecenia lekarskiego. Nawet jeśli wiedziała, co robić to szpitalny system nie chciał jej przepuścić, co w Toronto doprowadzało ją do szału. Lubiła być samodzielna. Kilkukrotnie kaszlnęła w zgięcie łokcia, ale zaraz znowu była skupiona obserwując Michaela, który do nich podszedł – Początek dyżuru z przytupem, co? – bo wyglądał jakby dopiero zaczynał, może pomyliła harmonogramy i tylko wydawało jej się, że miało go tu nie być.


Michael Graham
36 y/o
ORIGAMI BOY
183 cm
ratuję życie nie tylko w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Alarmy wyły jednostajnie, jakby ktoś zapętlił jeden dźwięk i zapomniał go wyłączyć. W powietrzu wisiał zapach spalenizny — jeszcze nie duszący, ale wystarczający, by drażnił gardło przy każdym wdechu. Ludzie przemieszczali się szybciej niż zwykle, choć wciąż za wolno jak na gust Michaela. Ktoś potrącił go barkiem, ktoś inny przecisnął się z noszami, nie patrząc, gdzie stawia koła. Usłyszał swoje nazwisko i automatycznie podniósł wzrok. Nie potrzebował więcej niż sekundy, żeby złapać kontakt wzrokowy z Valentine, a kącik ust uniósł się sam odruchowo, zanim zdążył to zatrzymać. Tak, oczywiście, że przez myśl przebiegło nawracające już wspomnienie krótkiej chwili w dyżurce. Wiązało się z poczuciem zagubienia, radości, winy i namiętności — z pełnym kalejdoskopem, którego w życiu nie podpisałby jako błąd. Brak odpowiedzialności — może, ale nigdy błąd.
Człowiek bierze urlop na jeden dzień i od razu świat zaczyna płonąć — rzucił, kiedy znalazł się obok niej i posłał kobiecie spojrzenie z ukosa. — Zawsze miło zobaczyć, że ktoś dba o atrakcje, kiedy akurat mam wolne. — Jeśli ktokolwiek oczekiwał powagi i zostawienia humoru w progu szpitala, to się mocno pomylił.
Graham, nie jesteś na liście — odezwał się z boku jeden z koordynatorów, z tabletem przyklejonym do dłoni jakby od tego zależało jego życie.
Michael nie obdarzył go nawet przelotnym wzrokiem, bo przyglądał się już jasnowłosej stażystce.
To mnie dopisz — odparł, przyklękając obok półprzytomnej kobiety. — Chyba że wolisz się później tłumaczyć, czemu odsyłasz lekarzy w środku interwencji. Mnie to wygląda mi to na kod szary, a tobie? — Wzrokiem zaszczycił nie koordynatora, a stojącą obok Iris i to jej posłał wymowny uśmiech. Pożar w budynku mógł mieć różne źródła, niekoniecznie był to problem z infrastrukturą i przymus ewakuacji, ale w tym przypadku lepiej dmuchać na zimne.
Ułożył jedną dłoń na tętnicy pacjentki, drugą pod brodą, lekko unosząc jej głowę. Oddech miała przyspieszony i nieskładny pomimo maski tlenowej.
Doktor Martin, słyszysz mnie? — odezwał się krótko, nasłuchując pomruków pod nosem. Kontakt ze stażystką był, ale zdecydowanie utrudniony. Jeśli to kwestia zadymienia, zmęczenia i odwodnienia, to pewnie wystarczy tlen i chwila odpoczynku. Przesunął maskę wyżej, żeby lepiej przylegała. — Ile była na piętrze? Wiadomo, co w ogóle się tam stało? — zwrócił się do Iris, nie patrząc na nią, bo wzrok miał wbity w pacjentkę. Źrenice reagowały, tętno przyspieszone, ale wyczuwalne, a oddech płytki, jednak jeszcze kontrolowany. I kiedy już wszystko wskazywało na to, że młodej kobiecie wystarczy dać moment w spokoju, kontakt z nią się urwał. Głowa opadła ciężej, niż powinna, oddech zupełnie się rozregulował. — Hej. Zostajesz ze mną. — Brak reakcji. Kurwa.Dobra, nie podoba mi się to. Przygotuj zestaw do intubacji — mruknął, unosząc porozumiewawczy wzrok na Iris. Zauważył jej ukradkowy gest, kaszel w zgięcie łokcia, który mógł mieć kilka różnych źródeł. Najgorsze z nich przesunął na tył głowy, zapisując jednak w pamięci, by mimo wszystko mieć na nią oko. Mógł odesłać na ławeczkę cały zastęp pielęgniarek i stażystów, ale w sytuacjach takie, jak ta, wolał mieć Valentine przy sobie. Sam już przesuwał pacjentkę, układając ją płasko i poprawiając ułożenie głowy jednym, pewnym ruchem. — Maska z rezerwuarem, pełny przepływ — dorzucił, sięgając wzrokiem dalej na resztę sali, odnotowując wszechobecny zamęt, jak i własny, zwiększający się spokój.

Iris Valentine
space cadet
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To było dziwne uczucie, ale podejrzewała, że Michael Graham ma tak samo jak ona. Panujący w szpitalu chaos wcale go nie przerażał, a wręcz przeciwnie - pozwolił poczuć coś znajomego, coś w czym oboje doskonale się odnajdywali. Chociaż wyjątkowo w tym konkretnym momencie wcale nie chodziło o nich, o dawne relacje, stracone szanse i napięcie, które normalnie wisiało w powietrzu. Dzisiaj go nie było, zupełnie jak wcześniej.
- Widzisz? Prawie ominęła Cię najlepsza zabawa - rzuciła, uśmiechając się do niego przelotnie, całkowicie pewna, że nie zrozumie opacznie jej słów. Na szczęście stażystka była w takim stanie, że nie powinna poczuć się urażona, gdy cóż… jej raczej do śmiechu nie było i nie nazwałaby całego zamieszania najlepszą zabawą. Pewnie niewielu by to zrobiło, ale niestety - adrenalina była uzależniająca.
Obserwowała Grahama przy pracy, zupełnie naturalnie i bezbłędnie odgadując jego kolejne kroki i ewentualnie potrzeby. Skarciła się przy okazji w myślach za to, że w jej głowie pojawiła się myśl o tym jak bardzo lubi obserwować go przy pracy - to nie był na to ani czas, ani miejsce. Nie, gdy jednocześnie przez ręce przelewała im się odpływająca stażystka.
- Nie wiem, znalazłam ją na korytarzu, próbowała sama się wydostać. - na korytarzu, na którym samej Iris też pewnie nie powinno być, ale to przemilczała, bo nie miała najmniejszej ochoty na wykład o niepotrzebnie podejmowanym ryzyku. Chociaż, czy byłby w stanie to zrobić? Jak dobrze go znała tak sam chętnie rzuciłby się w wir pracy na górze - I nie wiadomo, podejrzewam sieć elektryczną, ale wiesz jak jest… - to równie dobrze mógł być nieodpowiedzialny pacjent albo tysiąc innych powodów. Nie miała czasu się nad tym zastanawiać, zresztą ważniejszy był skutek a nie przyczyna… a skutek jest taki, że mieli w szpitalu pożar, drażniący dym i coraz więcej ofiar, które jak najszybciej powinny zostać wyprowadzone w bezpieczne miejsce. Bo jak długo tutaj byli bezpieczni? Kiedy ogień strawi kolejne oddziały? Jak duże już w tym momencie były straty? Zagryzła lekko wargę starając się zachować spokój oraz całkowicie skupić uwagę na pacjentce.
Skinęła krótko i od razu odwróciła się w kierunku szafki z odpowiednim sprzętem. Nie zadawała więcej pytań, nie podważała jego decyzji i nie wahała się, a po prostu przysunęła wózek ze wszystkim czego potrzebował, albo po prostu mógł potrzebować.
- Wiesz, że to nie koniec, prawda? Jeśli nie zatrzymają ognia to będzie nieprzerwane morze pacjentów, których powinniśmy jak najszybciej ewakuować, a nie łatać tutaj w pośpiechu. - rzuciła krótko, poprawiając doktor Martin jej tlen i jego przepływ, a zaraz po tym podając jej mieszankę leków stosowaną w takim przypadku. Spojrzała krótko na Grahama, ale tym razem się nie uśmiechnęła. Ta świetna zabawa mogła mieć opłakane konsekwencje, nieważne jak bardzo teraz się postarają. Nawet nie musiał prosić, podała mu wziernik i powstrzymała kolejny atak własnego kaszlu, który drapał ją w gardle. Kiepski moment, tym bardziej, że wiedziała, że to drobnostka, którą nie było sensu się przejmować - Siódemkę, prawda? - upewniła się, zerkając na Grahama zanim otworzyła zestaw z odpowiednią rurką intubacyjną.


Michael Graham
Ostatnio zmieniony śr kwie 08, 2026 10:18 am przez Iris Valentine, łącznie zmieniany 1 raz.
36 y/o
ORIGAMI BOY
183 cm
ratuję życie nie tylko w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Mieszkanie w bazie wojskowej pozwalało być ciągle w samym centrum, budzić się z lekkiego snu, gdy tylko rozlegały się syreny alarmowe i wbiegać w środek akcji jeszcze przed śniadaniem. To był zupenie innych rytm życia, niejeden stwierdziłby, że krzywdzący i problematyczny, dla nich zaś pozwalający zadbać o ciągłe zajęcie umysłu. Odnajdywali się w trzymaniu nerwów na wodzy i przejrzystych myśli, skupionych na konkretnym działaniu. Graham w szczególności lubił pracować z Iris, która doskonale wyczuwała i rozumiała jego tryb, idealnie się doń wpasowując, zupełnie jakby dwuletnia przepaść wcale nie zaistniała.
A już zaczynałem wierzyć, że są jakieś plusy niemieszkania w miejscu pracy — parsknął, również pozwalając sobie na uśmiech, gdy tylko wychwycił jej przelotny grymas. Pracownicy szpitala byli zmuszeni do wytworzenia grubej skóry i tolerancji dla czarnego humoru. Branie wszystkiego na poważnie niczego nie ułatwiało, zwłaszcza życia w ciągłym stresie, z obciążeniem psychicznym i świadomością bycia odpowiedzialnym za cudze istnienie. Z czasem każdy stażysta, który wybałuszał dotąd oczy na starszych kolegów i krzywił się na specyficzne komentarze, dochodził do zrozumienia, skąd to wszystko się brało.
Oczywiście, że sam rzuciłby się w wir wydarzeń, sięgał po poszkodowanych pacjentów tam, gdzie się tłumnie znajdowali, czyli w samym sercu wydarzeń. Chwila ekspozycji na dym nie powinna nikogo zabić, ale zapisał sobie z tyłu głowy, by trzymać Valentine blisko siebie i nie spuszczać z niej oka.
Doskonały wybór — przytaknął niemal równocześnie z pytaniem, dobrze wiedząc, że jej doświadczenie nigdy go nie zawiodło. Choć spędzili ze sobą stosunkowo mało czasu, jeśli wziąć pod uwagę całą historię ich karier, to intensywność i częstotliwość niepodważalnie miały na to wpływ.
Ułożył dłoń na czole stażystki, drugą pod żuchwą, odchylając głowę do tyłu i ustawiając ją w osi. Przejął od Iris laryngoskop, wsuwając go między struny pewnym ruchem, który w osobie z zewnątrz mógłby wzbudzić dysonans. Przejmujący go spokój zupełnie nie pasował do wszechogarniającego chaosu na rozpieprzonym oddziale, jakby odcinał się od świata zewnętrznego, jakby wszystko wokół przestawało istnieć. Częściowo było to prawdą, bo musiał skupić się na pacjentce, jeśli zamierzał uratować jej życie, z drugiej strony wychwytywał pojedyncze sygnały, filtrując je, układając i katalogując w razie, gdyby miały się za moment przydać. W tym wszystkim niewątpliwie pomagała obecność Valentine, której polecenia wydawał wyłącznie ze względu na wyrobiony nawyk. Tworzyli świetnie zgrany duet, idealnie zazębiając się z kolejnością działań. — Mamy to. Wentuluję. — Uszczelnił mankiet i sięgnął po worek, który został mu podany płynnym ruchem. Klatka piersiowa doktor Martin uniosła się równomiernie.
Michael wyprostował się i ściągnął plecy, tak samo, jak za każdym razem, gdy potrzebował krótkiego resetu pomiędzy kolejnymi zadaniami. Orientował się wtedy, że pełne skupienie umysłu i pewność ruchów, pozbawiona drżenia i zawahania, miała swoje odbicie w spięciu reszty mięśni.
Na zewnątrz są całe zastępy wozów strażackich. Wątpię, by ich ilość szła w parze z jakością — stwierdził, zdejmując rękawiczki i zatrzymując się na moment zanim ruszył dalej, by przejąć kolejnych pacjentów. — Korytarze są zbyt wąskie, by koordynacja niezorganizowanych ludzi poszła bezproblemowo, ale chciałbym wierzyć, że sobie poradzą. — Uniósł wzrok na Iris, ściągając jasne brwi w zastanowieniu, a na męskim czole pojawiły się pionowe zmarszczki. — Jak z tobą? Potrzebujesz przerwy? — Miał na myśli duszący kaszel, bo nie był ślepy na jej reakcje, a zwyczajnie przeczekał do luźniejszego momentu. Wiedział, że nawet jeśli odpowie, że wszystko w porządku i może pracować dalej, będzie musiał ją obserwować. Wolał jednak dostać jasny i szczery komunikat, i działać dalej ze świadomością, że jeśli coś zacznie wymykać się spod kontroli, Iris mu o tym powie, zamiast ukrywać stan z jakiejś idiotycznej niechęci do bycia odsuniętą.

Iris Valentine
space cadet
31 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzała na niego rozbawiona, bo naprawdę? Naprawdę życie poza miejscem pracy mogło mieć jakieś plusy? Nie wierzyła! Nie wierzyła w momencie, gdy przywykłeś do tego tak bardzo, że twoje życie i tak kręciło się dookoła pracy. Nawet mieszkając po drugiej stronie miasta - większość czasu spędzało się tutaj. Chyba, że… miało się coś poza pracą. Uświadomiła to sobie nagle i dość brutalnie, a nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej na ułamek sekundy zdjęło uśmiech z jej twarzy. Był to jednak impuls, grymas nad którym zapanowała i miała cichą, zapewne naiwną, nadzieję, że pochłonięty otaczającym ich chaosem tego nie zauważył - Żona, pies i dom z białym płotem pewnie mają swoje plusy. - rzuciła starając się zabrzmieć żartobliwie, bo nie było żadnego powodu, żeby okazywać swój… żal? Chyba tak mogła to nazwać, ale nie był to jednak na niego czas i miejsce. Mieli za dużo obowiązków, a dookoła nich działo się zbyt wiele. Nie mówiąc o ludziach, którzy wcale nie musieli tego słuchać.
Skupiła się więc na pracy, na którą prywatne animozje nie miały wpływu. Lata doświadczenia i praktyki, a chyba nawet profesjonalizm. Uszczypliwości i próbę udowodnienia sobie czegokolwiek zawodowo już dawno mieli za sobą. Chociaż w tej jednej jedynej kwestii wszystko działało jak dobrze naoliwiona maszyna, a obserwowanie Michaela przy pracy sprawiało jej dziwną satysfakcję. Wróć. Praca z nim sprawiała jej dziwną satysfakcję, jakby ten jeden puzzel z układanki wrócił na swoje miejsce. Dlaczego do cholery tak bardzo jej tego brakowało?
Spojrzała na niego zaskoczona, gdy wspomniał o przerwie. Ściągnęła mocniej brwi gotowa zaprotestować i oburzyć się za samą sugestię, że nie dawała rady, ale wystarczyło jedno spojrzenie na męską twarz, żeby wiedzieć, że chodziło o coś, co można nazwać troską. Kaszlała i nie mogła tego przed nim ukryć, nie zamierzała też zgrywać superbohaterki- wystarczająco się na tym przejechała - ale jednocześnie czuła, że to nic poważnego. Więc w odpowiedzi tylko pokręciła przecząco głową - Drinka. Potrzebuję drinka, gdy to się skończy. Więc zabierz mnie na niego, gdy wyjdziemy… mamy do dokończenia ostatnią rozmowę. - której prawdopodobnie nie powinna tutaj teraz wyciągać, ale jednoczenie nie mogą sobie odmówić. Odnalazła spojrzenie Grahama, a kącik jej ust drgnął wymownie w kierunku uśmiechu. Czy ich ostatnie spotkanie można było nazwać rozmową? Średnio. Chociaż niewątpliwie zostały między nimi pewne niedomówienia… i całe mnóstwo napięcia. Oderwała wzrok od mężczyzny i omiotła nim najbliższe otoczenie. Chaos.
- Chcesz iść na górę? W odróżnieniu od nich wiemy jak radzić sobie z pacjentami. - zaproponowała widząc jak strażacy przekazują w ręce lekarzy kolejnych pacjentów, chociaż część z nich spokojnie mogła już wyjść ze szpitala i to o własnych nogach. Nie było sensu zajmować miejsca i rąk do pracy. Ściągnęła mocniej brwi i nie czekała na odpowiedź Grahama - Ten ostatni raz zróbmy coś głupiego i uratujmy tak komuś życie. - rzuciła, obracając się do niego, żeby się uśmiechnąć i cóż… ruszyła w tą stronę, z której płynął potok pacjentów. Mijając tych w dobrym stanie - a na szczęście takich była większość - od razu kierowała ich na zewnątrz budynku i jednocześnie rozglądała się za tymi, którzy mogli potrzebować pomocy.


Michael Graham
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”