Not on my watch.
⋆꙳•❅‧*₊⋆☃︎‧*❆₊⋆
Madox nienawidził świąt.
Tych poubieranych choinek, gonienia za prezentami i świątecznej atmosfery. Wkurwiało go lecące na okrągło Last Christmas i lampki, które migały bez przerwy, wszędzie. Denerwowali go Mikołajowie, którzy namawiali go do kupna choinki, wzięcia kredytu, albo zaopatrzenia się w zabawki. Można pokusić się o stwierdzenie, że Noriega był Grinchem.
I dzisiaj jak ten Grinch, w zielonej, puchowej kurtce przemierzał sobie zaśnieżone ulice Toronto. Właściwie jedną konkretną, jakiś skrót pomiędzy galerią, a jego klubem, niosąc w ręce siatkę wypchaną limonkami i mango, bo akurat brakło mu ich w Emptiness. Nic szczególnego, krótki, szybki spacer...
Zaraz jednak okazało się, że ktoś miał co do tego zupełnie inne plany. A konkretnie to wielki jak Dąb Bartek rusek.
- I-vanek... - wyrwało mu się, kiedy facet zastąpił mu drogę, wszędzie poznałby tą szpetną gębę - privet, my davno ne videlis - rzucił na powitanie. Tylko, że Ivanek wcale nie wyglądał jakby był zadowolony, że oni się tutaj spotykają.
- Noriega ty mnie nie wkurwiaju - mruknął swoim łamanym angielskim. A Madox wywrócił oczami.
- No coś ty, ciebie Ivanek ja w życiu... - zaczął i chciał się cofnąć, bo może jednak... poszedłby okrężną drogą, a nie tym skrótem, w końcu jeszcze dzisiaj nie wyrobił sobie wszystkich kroków. Tylko, że zaraz jego plecy zetknęły się z kolejnym Rosjaninem.
- Saszka... - no tak, jeszcze Saszy brakowało do kompletu - chłopaki przecież my są przyjaciele... Co nie? - zerknął najpierw na jednego, a później na drugiego. A na dokładkę jeszcze na trzeciego... Bo Saszka przyszedł z Kolą.
Kurwa.
- Jak tam mama Ivanek? - rzucił, żeby trochę ich zagadać, może rozładować atmosferę, którą dałoby się już kroić nożem? Ale chyba wybrał zły temat, bo Ivanek ruszył się do przodu.
- Wciąż nie żyje… A ja wciąż... nie mogę sobie odżałować, że przez ciebie nie byłem na jej pogrzebie Noriega, bo siedziałem na cztery osiem, na dołku - warknął, a Madox się skrzywił. No tak... Kompletnie o tym zapomniał. Zastanawiał się nawet przez chwilę co ten Ivanek do niego ma. A teraz już wiedział.
- No co ty drug, ja przecież nigdy bym wam... - nawet nie dokończył, bo Kola zacisnął łapę na jego kurtce, a Madox poczuł jak traci grunt pod nogami, kiedy ten szarpnął go do góry - chłopaki spokojnie... - rzucił i oparł palce na przedramieniu ruska.
Tylko, że zaraz się okazało, że chłopaki wcale nie chcą tego rozegrać na spokojnie, bo kiedy Madox się szarpnął, to dopadł do niego też Saszka. A jak go złapali we dwóch to nie miał szans, chociaż jeszcze kopnął Ivanka w brzuch, jak się wybił i walnął Kolę łokciem w zęby, ale za to później sam dostał.
Ruskie to jednak były chore pojeby, bo przestali go okładać dopiero, kiedy Noriega splunął krwią na śnieg, dopiero kiedy nie mógł ustać na nogach, bo tak go skopali. Chociaż... jeszcze go nie połamali. No i przede wszystkim nie zatłukli, a to też mogli zrobić. Czuł to w kościach. W każdym siniaku to czuł i w każdej szramie, którą mu zrobili, że oni nie będą się z nim tutaj cackać. A on ich nie zagada. Chociaż próbował.
- Iv... anek dajże... - już spokój?
Czuł, że chyba mu go nie dadzą, bo Kola złapał go mocniej za wszarz. A Saszka sięgnął do kieszeni po złoty kastet, bardzo ładny swoją drogą. Czyli runda druga, w której albo wybiją mu zęby, albo rozwalą łeb. Madox zawsze chciał sobie wprawić złotego zęba...
Ale może nie dlatego, że te jego wybiłby mu jakiś ruski?
Ivy Harrison