ODPOWIEDZ
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

035.
You don’t get to die tonight.
Not on my watch.


𝕄𝕖𝕣𝕣𝕪 𝕔𝕙𝕣𝕚𝕤𝕥𝕞𝕒𝕤 2024
⋆꙳•❅‧*₊⋆☃︎‧*❆₊⋆



Madox nienawidził świąt.
Tych poubieranych choinek, gonienia za prezentami i świątecznej atmosfery. Wkurwiało go lecące na okrągło Last Christmas i lampki, które migały bez przerwy, wszędzie. Denerwowali go Mikołajowie, którzy namawiali go do kupna choinki, wzięcia kredytu, albo zaopatrzenia się w zabawki. Można pokusić się o stwierdzenie, że Noriega był Grinchem.
I dzisiaj jak ten Grinch, w zielonej, puchowej kurtce przemierzał sobie zaśnieżone ulice Toronto. Właściwie jedną konkretną, jakiś skrót pomiędzy galerią, a jego klubem, niosąc w ręce siatkę wypchaną limonkami i mango, bo akurat brakło mu ich w Emptiness. Nic szczególnego, krótki, szybki spacer...
Zaraz jednak okazało się, że ktoś miał co do tego zupełnie inne plany. A konkretnie to wielki jak Dąb Bartek rusek.
- I-vanek... - wyrwało mu się, kiedy facet zastąpił mu drogę, wszędzie poznałby tą szpetną gębę - privet, my davno ne videlis - rzucił na powitanie. Tylko, że Ivanek wcale nie wyglądał jakby był zadowolony, że oni się tutaj spotykają.
- Noriega ty mnie nie wkurwiaju - mruknął swoim łamanym angielskim. A Madox wywrócił oczami.
- No coś ty, ciebie Ivanek ja w życiu... - zaczął i chciał się cofnąć, bo może jednak... poszedłby okrężną drogą, a nie tym skrótem, w końcu jeszcze dzisiaj nie wyrobił sobie wszystkich kroków. Tylko, że zaraz jego plecy zetknęły się z kolejnym Rosjaninem.
- Saszka... - no tak, jeszcze Saszy brakowało do kompletu - chłopaki przecież my są przyjaciele... Co nie? - zerknął najpierw na jednego, a później na drugiego. A na dokładkę jeszcze na trzeciego... Bo Saszka przyszedł z Kolą.
Kurwa.
- Jak tam mama Ivanek? - rzucił, żeby trochę ich zagadać, może rozładować atmosferę, którą dałoby się już kroić nożem? Ale chyba wybrał zły temat, bo Ivanek ruszył się do przodu.
- Wciąż nie żyje… A ja wciąż... nie mogę sobie odżałować, że przez ciebie nie byłem na jej pogrzebie Noriega, bo siedziałem na cztery osiem, na dołku - warknął, a Madox się skrzywił. No tak... Kompletnie o tym zapomniał. Zastanawiał się nawet przez chwilę co ten Ivanek do niego ma. A teraz już wiedział.
- No co ty drug, ja przecież nigdy bym wam... - nawet nie dokończył, bo Kola zacisnął łapę na jego kurtce, a Madox poczuł jak traci grunt pod nogami, kiedy ten szarpnął go do góry - chłopaki spokojnie... - rzucił i oparł palce na przedramieniu ruska.
Tylko, że zaraz się okazało, że chłopaki wcale nie chcą tego rozegrać na spokojnie, bo kiedy Madox się szarpnął, to dopadł do niego też Saszka. A jak go złapali we dwóch to nie miał szans, chociaż jeszcze kopnął Ivanka w brzuch, jak się wybił i walnął Kolę łokciem w zęby, ale za to później sam dostał.
Ruskie to jednak były chore pojeby, bo przestali go okładać dopiero, kiedy Noriega splunął krwią na śnieg, dopiero kiedy nie mógł ustać na nogach, bo tak go skopali. Chociaż... jeszcze go nie połamali. No i przede wszystkim nie zatłukli, a to też mogli zrobić. Czuł to w kościach. W każdym siniaku to czuł i w każdej szramie, którą mu zrobili, że oni nie będą się z nim tutaj cackać. A on ich nie zagada. Chociaż próbował.
- Iv... anek dajże... - już spokój?
Czuł, że chyba mu go nie dadzą, bo Kola złapał go mocniej za wszarz. A Saszka sięgnął do kieszeni po złoty kastet, bardzo ładny swoją drogą. Czyli runda druga, w której albo wybiją mu zęby, albo rozwalą łeb. Madox zawsze chciał sobie wprawić złotego zęba...
Ale może nie dlatego, że te jego wybiłby mu jakiś ruski?

Ivy Harrison
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
26 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Madox A. Noriega-Patel

Kochała święta.
To był jeden z niewielu okresów w całym roku kalendarzowym, kiedy mogła widywać się z całą rodziną. Cała ósemka przy jednym stole, siedząca, śmiejąca się i opowiadającą o przygodach, które napotkały ich w trakcie całego roku. Charakterystyczny zapach jodełki wypełniającej całe pomieszczenie, migające kolorowe światełka oraz potrawy przygotowane przez jej matkę. Do tego dnia przygotowywała się od bardzo dawna. Dzień wielkich zakupów. Specjalnie przyjechała do Toronto kilka dni przed świętami, by zrobić zakupy i zabrać się ze zgromadzonymi Harrisonami jednym autem.
Szła przed siebie ze zapakowanymi torbami po same brzegi. Wystawały z nich rolki po papierze prezentowym w dinusie i urocze zwierzątka z czapkami Mikołaja. Nabrała głębokiego oddechu i wypuściła go. Przepiękny, biała chmura wydobyła się z jej ust, ulatniając się zaraz. Śnieg delikatnie padał, opadając jej na blond pukle włosów. Uwielbiała, kiedy świat zatrzymywał się na moment w trakcie tego okresu. Prawdziwa magia świąt, prawda?
W pewnym momencie nawet nie wiedziała, gdzie się znalazła. Z tej całej magicznej atmosfery wyrwały ją krzyki. Czterech wielkich facetów. Zaraz schowała się nerwowo za śmietnikiem i wyjrzała oczami. To źle wyglądało, zdecydowanie zbyt źle. Ciało zaczęło się jej delikatnie trząść. Musiała przecież zareagować. Im dłużej patrzyła, tym obawiała się jednego. Jeden z mężczyzn znikał na jej oczach, kiedy inni walili go pięściami. Jej marzeniem było zostanie chirurgiem. Przede wszystkim nie szkodzić. Przecież zaszkodziłaby, gdyby nie zareagowała. Zacisnęła mocno pięści i wyszła lekko drżącym krokiem.
Zadzwonię na policję! — krzyknęła, wyciągając telefon z wbitym numerem. Była gotowa zadzwonić i powinna. Przełknęła nerwowo ślinę, patrząc na mężczyzn, którzy tylko krótko zarechotali jak ropuchy — zostawcie go! — tupnęła groźno nogą. Musiała mieć magiczną moc jak Majusia od Friza na dziki, spierdolili. Tylko wtedy zdała sobie sprawę z jednego. Najgorsze przed nimi. Madox padł na ziemię, a ona z tymi torbami, wielkim plecakiem z przypinkami z eevee podbiegła do niego. Chyba jeszcze miał świadomość. Oddychał to na pewno.
Cześć, jestem Ivy — usiadła przy nim, zasłaniając się prawdą nogą. Nie znała go. Był wielkim facetem z dziarami, a co gorsze krew nie ułatwiała. Lustrowała wzrokiem wszystkie jego obrażenia, cudownie. Nie spodziewała się ich tak wielu — słyszysz mnie? — zagadnęła, licząc, że ma świadomość. Chwyciła za jedną z toreb, z której wyjęła zawiniątko w foliówce. Znajdowała się w niej wielka, niebieska bluza z napisem super policjant, jeszcze lepszy brat dla Davida. Włożyła mu ją pod głowę — co Cię boli?kurwa Ivy, wszystko go boli, przeszło jej przez głowę — mogę Cię dotykać? — dopytała, wstrzymując na moment oddech. To pytanie nie powinno brzmieć tak irracjonalnie, ale tak czy siak, czuła dwuznaczność. Dopiero rozpoczynała karierę w szpitalu, a stan mężczyzny ją przerażał. Raz zamachnąłby ręką, a ona by zniknęła.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zadzwonię na policję.
Jakiś cichy głosik wymieszał się ze śmiechami ruskich, z tymi stęknięciami, które raz po raz opuszczały usta Madoxa, kiedy go znowu okładali. Nie wyrwałby im się, bo próbował. Chociaż ten głosik nie brzmiał też za bardzo przekonywująco, a Kola roześmiał mu się głośno do ucha. To jednak, gdyby nie ona...
- Kakaya zhe ona malen'kaya suchka? - wychrypiał Ivanek, i odsunął się od Noriegi.
Madox ledwo stał na nogach, a jednak ta chwila dezorientacji ruskich, pozwoliła mu się wyrwać, kopnął Ivanka kolanem w brzuch. A Kolę walnął łokciem prosto w oko. Zajebali by go za to, ale...
Blondynka tupnęła nóżką. Sio, sio.
Właściwie mieli dużo szczęścia, oboje, bo Saszka zrobił krok w jej kierunku, ale wtedy za jej plecami błysnęło światło radiowozu, krótki sygnał przeciął powietrze. A Rosjanie rzeczywiście się zebrali. Pchnęli Madoxa na śnieg, a on się zatoczył i upadł.
- To jeszcze nie koniec Noriega... - rzucił tylko Ivanek, a Madox plunął za nim krwią. W dupie to miał. Nawet przez chwilę chciał się zerwać z miejsca i za nim skoczyć, ale... nie miał siły. Osunął się na śnieg na tyłek, a potem na plecy. W pierwszej chwili nawet do niego nie dotarło, że blondynka znalazła się przy nim, że się przywitała, bo zamknął na moment powieki.
A kiedy je otworzył, to wisiał nad nim ten blondwłosy aniołek. Umarł? Przez głowę na prawdę przemknęła mu taka myśl, a zaraz druga, że jakby umarł, to by go tak nie napierdalało... wszystko.
Dosłownie.
- Czekaj, czekaj... - mruknął i sięgnął do niej ręką, wytatuowanymi palcami, na których też miał krew, swoją? A może ruskich? Roztarł ją na jej miękkim, gładkim policzku. A kiedy podłożyła mu coś pod głowę, to chciał usiąść, ale nie mógł się dźwignąć, przekręcił się na bok, teraz jakby podparł się ręką to by wstał. Na to liczył.
Podniósł powieki i spojrzał na nią, zakrwawiony policzek opierając na miękkim, niebieskim materiale.
Chyba jednak umarł.
Przecież ta dziewczynka przed nim wyglądała tak młodziutko, tak niewinnie i wystraszyła ruskich? I w ogóle... podeszła do niego?
- Daj mi trzy minuty... - rzucił cicho i zwinął się w pozycję embrionalną. Zaraz będzie lepiej...
Nie. Było gorzej, odruchowo sięgnął do jej ręki, na której zacisnął palce - po co chcesz mnie dotykać? - wypalił, może to było głupie pytanie. Bo przecież mogła sobie stąd iść i go zostawić w tej ciemnej uliczce na śniegu, a jednak... klękała przy nim na białym puchu, a kiedy się pochyliła, to Madox mógł nawet zajrzeć w te jej niebieskie, duże oczy. Chyba chciała mu pomóc. Nabrał mocno w płuca powietrze i wypuścił je tak, że zawisł między nimi biały obłok. Dodawał jej jeszcze jakiegoś takiego mistycznego wyglądu, kiedy osadził się na jej zaśnieżonych włosach. Chociaż ta czerwona plama, którą jej zrobił na policzku jakoś nie pasowała do tego obrazka.
- Kim ty właściwie jesteś? Aniołem, chcesz mnie zabrać... na dół? - no bo na pewno nie na górę. Tacy ludzie jak Madox smażą się na samym dnie piekła. Poprawił się na śniegu przytulając policzek do tej bluzy, którą mu dała, mocniej zacisnął palce na jej dłoni, bo podczas ruchu, poczuł na żebrach jaki jest poobijany, nawet na moment zamknął jedno oko i syknął.

𝓐𝓷𝓰𝓮𝓵🪽
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
26 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Madox A. Noriega-Patel

Cała się spięła, kiedy Saszka zrobił krok w jej kierunku. W głowie powtarzała sobie, że była Apex Predatorem. No nie kurwa, była drobną stażystką, Ivy Harrison, która nikomu by nic nie zrobiła. Nawet muchy by nie zabiła, bo przecież była pożyteczna. Nawet jeśli siadała na dwójeczce i przekazywała dalej drobnoustroje chorobotwórcze. Życie trzeba szanować.
I jeszcze ich przestrasz! Usłyszała głosik we własnej głowie.
Roar. Krzyknęła na tyle, ile miała siłę w płucach. Kiedy zdała sobie sprawę, co się działo. Rosjan nie było, za to był Madox. Jego też się bała, a mimo to podbiegła.Przede wszystkim nie szkodzić powtarzała w swojej głosie. Mógł jej zrobić krzywdę, widziała przecież, jaki był z niego king bruce lee karate mistrz jeszcze sekundę temu.
Nie ma na co czekać... — mruknęła cicho pod nosem. Bała się go. Wzdrygnęła się, gdy tylko ją dotknął i poczuła zapach krwi. Wciągnęła mocno zimne powietrze do płuc, jakby miało ją otrzeźwić. Cała ta sytuacja była kuriozalna. Przełknęła nerwowo ślinę. Przynajmniej jej nie walnął, prawda? Wyglądał jak prawdziwy diabeł. Niebezpieczny, umazany krwią, a te tatuaże w ogóle nie ułatwiały jej sprawy. Sięgnęła po jego dłoń, odkładając ją na śnieg. W takich warunkach nie byłaby w stanie pracować — jak się nazywasz? — spytała cicho, licząc, że nie będzie musiała się do niego zwracać typie, lub jakimś kuriozalnym pseudonimem. Odsunęła się, widząc ruch. Może jeszcze chciał ją zaatakować? Cała się wyprostowała, licząc, że... nic mu nie zrobili.
Nie ma trzech minut... — mruknęła, marszcząc groźnie brwi. Każda minuta się liczyła, mógł się wykrwawiać na jej oczach, a był przecież jej pacjentem... Przypadkowym, a jednak pacjentem — tu liczy się czas, nie możesz tak leżeć — wymruczała, próbując go obrócić na wznak. Tylko zaraz znów się wzdrygnęła, kiedy chwycił ją za dłoń. Mógłby ją zmiażdżyć w każdej sekundzie, a przecież ona jedynie chciała mu pomóc.
Żeby Cię zbadać — odpowiedziała spokojnym tonem, nachylając się nad nim. Tylko zimowe ubrania niczego nie ułatwiały. Zlustrowała go spokojnym wzrokiem, a w jednym miejscu dostrzegła plamę krwi. Wolną ręką sięgnęła po torebkę, z której wyjęła małą apteczkę. Zaraz wyjęła z niej różowe rękawiczki. Jedną z nich zdołała założyć — niezły z Ciebie wojownik, ale mieli przewagę liczebną — powiedziała półserio, półżartem, by rozładować atmosferę. Wolną ręką zaczęła dotykać go po brzuchu, poszukując miejsca krwawienia.
Wszyscy idą na górę — mruknęła, unosząc kąciki ust — Bóg by Cię rozgrzeszył po czymś takim — jej uśmiech się poszerzył. Wierzyła w sprawiedliwość. Dopadli go w trzech, nie miał szans — Ivy Harrison, stażystka na oddziale chirurgii — wyrecytowała, jak regułę, której nauczyła się na pamięć. Tak właściwie było. W szpitalu mówiła ją cały czas, a takich pacjentów widziała kilka razy. Szybko przypominała sobie standardowe procedury w głowie. Oddychał, był świadomy.
— To mogę Cię zbadać? I nie odpływaj! Bo na Ciebie też krzyknę — powiedziała surowym tonem blondynka, sięgając dłonią do jego kurtki — obiecuję, że będę delikatna... muszę ocenić rany — stwierdziła spokojnym tonem, rozpinając mu kurtkę i wstrzymując oddech. Miała tylko nadzieję, że zaraz nie przywali jej z główki.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ale diabeł chciał czekać, bo chyba liczył na to, że zaraz dozna jakiegoś objawienia? Albo cudownego uleczenia. Byłoby dobrze.
Nic takiego jednak się nie wydarzyło, bok bolał, kiedy się na niego przetoczył, a każdy oddech był coraz trudniejszy. Przecież jak on wstanie i dopadnie tych ruskich... Nie chciał ich już dzisiaj spotykać, najlepiej to nigdy. Znowu przymknął powieki zastanawiając się czy mógłby tutaj usnąć, bo może wtedy by tak nie napierdalało, ale wtedy blondynka go zapytała jak się nazywasz.
- A ty? - od razu odbił jej pytanie, chociaż przecież mu się już przedstawiała, ale w ogóle tego nie przyjął do wiadomości, ani tego, że jest lekarzem, czy aniołem? Nie wiedział jeszcze, a może przypadkową Matką Teresą?
- Madox - rzucił w końcu krótko, żeby jednak się tak nie spinała, chociaż... imię też miał trochę straszne. Nietypowe, pewnie byłoby jakoś milej, gdyby nazywał się Henryk, albo Robert, może jakiś Tom. Tom to zawsze miły facet. A Madox? Jakiś pierdolnięty?
- Dwie... - mruknął, kiedy powiedziała to, że nie ma trzech minut, a na jej kolejne słowa chciał wywrócić oczami, ale nawet na to nie miał siły, albo może... bolały go nawet oczy? Wypuścił powietrze z płuc. Sięgnął do jej ręki, zacisnął na niej palce, nie mocno, po prostu, potrzebował może odrobiny wsparcia, żeby się w końcu zwlec z ziemi? Ze śniegu, który już nosił szkarłatne ślady po jego krwi.
- Jesteś lekarzem? - ciemne tęczówki zatrzymał na jej twarzy. Nie wyglądała mu na lekarza, wyglądała jakby miała szesnaście lat i chodziła do szkoły katolickiej, a w jasełkach grała aniołka. Brakowało tylko aureoli i skrzydełek.
Chociaż Madox na spokojnie mógł je sobie wyobrazić. Dlatego pewnie zaraz nawijał o niebie i piekle. Wolałby chyba na dole, cieplej było, a on lubił ciepło...
Chociaż teraz robiło mu się zimno, kiedy leżał na tym śniegu.
- Zajebali by mnie, gdybyś ich nie wystraszyła - to miały być podziękowania? Może. A może takie stwierdzenie faktów?
Na jej kolejne słowa znowu spróbował wywrócić oczami, tym razem nawet mu to wyszło. Czyli już lepiej? A może po prostu ta jej wiara, że wszyscy idą na górę musiała być skwitowana czymś takim. Znowu się zastanowił czy ona nie jest przypadkiem jakąś świętą?
Tylko zaraz się wyjaśniło kim jest. Stażystka na oddziale chirurgii, czyli dobrze trafił. Lepiej chyba nie mógł. Chociaż...
- To nie mieli lekarza? - mruknął i zabrał rękę z jej dłoni, przesunął nią po śniegu gdzieś pod bok. Oczy mu się zamykały, jakby mu pozwoliła się zdrzemnąć, te trzy minutki by mu wystarczyły, i wstaje. Skinął głową na jej pytanie czy może go zbadać, chociaż na te kolejne słowa, kiedy podniosła głos i zmarszczyła groźnie brwi, to otworzył szerzej oczy.
- Masz w szpitalu jakiś autorytet? Z taką słodką buzią? - musiał jej zapytać, bo on sobie wyobrażał, że nie. Nawet jak robiła te groźne miny to wciąż była słodka i niewinna. A Madox wciąż straszny?
Może jakby nie był taki upaprany we krwi, to by nie był?
Trochę się przesunął, kiedy sięgała do jego kurtki, tak żeby było jej łatwiej ją odsunąć, ale gdy ciepłe wciąż ciało omiótł chłód, to go aż otrzepało. Przesunął się znowu, a potem podparł ręką i chciał wstać, ale coś go zabolało z boku, chyba z tego boku co był najbardziej pokopany, aczkolwiek nie miał tam żadnych ran, ogromny siniak jedynie. A krew musiała kapać mu z rany na skroni, albo z tej na wardze. Nie udało mu się podnieść.
- Poczekaj... podniosę się - próbował dalej, bo Madox to był wojownik, no i nie pierwszy raz go zlali. Nie ostatni pewnie. Bywało gorzej. Lepiej też, bo tym razem było dość dużo krwi. Znowu się podparł na ręce i znowu spróbował dźwignąć, ale się osunął na bok. Jeszcze nie. Tak się kręcił, że nasypał już sobie pełno śniegu pod kurtkę.
- Zimno... Ivy Harrison - mruknął i zawiesił ciemne tęczówki na jej niebieskich, dużych oczach.

꒰ঌ 𝕬𝖓𝖌𝖊𝖑 ໒꒱
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
26 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Madox A. Noriega-Patel

Spojrzała na niego jak na głupka. Nie słyszał jej? No, mógł nie słyszeć. Widziała krew, śnieg i mężczyznę, który w obecnej chwili potrzebował jej opieki. Kolejny głęboki oddech docierających do jej płuc, wydawał się ją otrzeźwić. Czuła szybkie bicie własnego serca, zdając sobie sprawę, że potrzebował jej opieki, a dzielna samarytanka Ivy Harrison musiała mu jej udzielić.
Ivy — powtórzyła raz jeszcze, a następnie kiwnęła krótko głową. Madox, dziwne imię. Pasujące do mrocznego typa, będącego prawdziwym diabłem. Z jakiegoś powodu go napadli, a choć powinien wzbudzać w niej strach, to cały czas sobie powtarzała: przede wszystkim nie szkodzić. To była obietnica, którą miała spełniać przez całe swoje życie, a teraz wydawała się jeszcze mocniejsza niż wcześniej.
Nie ma spania, Madox — mruknęła, patrząc wprost na niego — na dyżurach mówimy: nie spać, zwiedzać, zapierdalać — stwierdziła i zaczęła delikatnie uderzać go dłonią w policzek. Nie mógł zasnąć, wtedy nie dałaby sobie z nim rady. Musieli się gdzieś przenieść, lub wezwać pomoc — zapierdalaj Madox, nie ma spania — powtarzała z zapałem prawdziwego maniaka. Na spanie przyjdzie czas później, zdawała sobie z tego sprawę. Wystarczyła kwestia czasu, by była w stanie mu pomóc praktycznie na każdym froncie. Byle nie zasypiał, a rozmawiał z nią. Źrenice miała rozszerzone, poszukując największych źródeł krwi. Głowa odhaczona, pytanie brzmiało, co z pozostałymi częściami ciała.
Stażystką, ale znam się — na tyle ile pozwoliły jej studia medyczne, praktyki, a teraz staż na każdym oddziale w szpitalu — możesz mi zaufać — z jej tonu wybrzmiewał spokój oraz pewność siebie. W głowie przypominała sobie każdą zasadę. Twoje nastawienie udziela się pacjentowi, a nie mogła pozwolić sobie na nerwy, panikę, zwłaszcza kiedy Madox nawijał o niebie. Chyba miał jakieś halucynacje.
No musisz bardziej na siebie uważać... — mruknęła, słysząc o zajebaniu. Przecież przypominała Majusię od Friza, rozganiającą stado dzików. Może chociaż drugi raz nie będą próbowali go napaść?
Mógłbyś nie dokuczać osobie, która próbuje Tobie pomóc? — ponowne delikatnie uderzenia w twarz, kolejny cichy mruk Madox zapierdalaj takich niesfornych pacjentów usypiamy jednym zastrzykiem — mruknęła, słuchając o braku autorytetu. Faktycznie, nie miała go. Przed nią długie lata praktyki, egzaminy, by móc go osiągać. Nawet nie byłaby w stanie podjąć decyzji o ewentualnym uciszeniu Madoxa. Nie miała ze sobą praktycznie nic, a on w ogóle nie ułatwiał jej sprawy. Nie dostanie naklejki dzielnego pacjenta.
Nawet nie próbuj się ruszać — skwitowała krótko i pokręciła głową, widząc śnieg wchodzący pod jego kurtkę. Idealnie! Najlepszy kompres, który mogła sobie wymarzyć. Wielki demon trochę jej pomarudzi, ale siniaki będzie miał zdecydowanie mniejsze.
Będzie dobrze Madox — powiedziała finalnie Ivy, przesuwając dłońmi po jego torsie — naprawdę będzie dobrze — miała wrażenie, że mówiła to dla samej siebie. Na to zimno krótko się uśmiechnęła — zimno spowolni krwawienie, a ja... — i wtedy spojrzała na jego rany na skroni i wardze — jezu muszę Ci zatrzymać krwawienie z głowy — mruknęła, sięgając do własnej torebki. Miała rękawiczki jednorazowe, jakieś plasterki, ale nic czym mogłaby zatamować krwawienie — MAM! — i wtedy wyciągnęła paczkę podpasek z własnej torebki. Chłonęły całkiem sporo krwi, w miarę sterylne, idealne na taką okazję. Fun fact, tak jest poważnie, nie masz gazików, a masz podpaski, to ich używaj. Nie tylko w trakcie okresu! Moje posty zaraz zamienią się w reklamę always. Szybko otworzyła opakowanie i jedną dłonią przycisnęła podpaskę do rany na skroni.
Teraz śnieg... — większość wymiotła drugą dłonią, przy okazji przejeżdżając po bokach jego ciała — Chyba połamali Ci żebra — mruknęła lekko zmartwiona — ale dasz radę! — oboje dadzą. Madox został jej pierwszym poważnym pacjentem — Mieszkasz gdzieś blisko? Może pojedziemy do szpitala? — przydałyby się badania, rezonans głowy, mogło dojść do przerwania ciągłości naczyń krwionośnych — muszę mieć pewność, że nigdzie indziej nie ma krwawienia — głowa, połamane żebra i temperatura, która była niesamowicie nieznośnie zimna. Trzeba było szybko działać.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę zastanawiał się co to za imię Ivy, jakiś skrót? Ale w zasadzie w Toronto spotkał się już z dziwniejszymi, nie to co kolumbijskie Marie, Rosy i Any, zdecydowanie lepsze i ładniejsze. Spojrzał na nią jednym okiem. Kiedy powiedziała mu, że nie ma spania, to nabrał więcej powietrza w płuca, zabolało, więc na moment przymknął obie powieki, a wtedy poczuł na policzku jej dłoń, delikatne poklepywanie, aż sięgnął do niej i zacisnął na niej palce, nie mocno, przesunął jej opuszkami po zarośniętym policzku.
- Jak będziesz taka delikatna, to jeszcze bardziej usnę, bo to tak jakbyś mnie głaskała, włóż w to więcej pasji Ivy - odpalił jej, a zaraz otworzył te ciemne oczy, żeby utkwić je w jej dużych, niebieskich - i tak zapierdalacie na dyżurze? - zapytał jeszcze i dopiero zabrał rękę. Znowu się kręcił. Znowu próbował wstawać, bo tak... Madox też z natury był z tych zapierdalających, więc takie leżenie na śniegu, to była dla niego pewnego rodzaju kara. Ogromna kara.
Dał się jej jednak obejrzeć, skoro była stażystką, ale się znała, w zasadzie lepsze to niż w klubie miałby go oglądać Siergiej, on się wcale nie znał, chociaż z drugiej strony jak się czasem naparzali w klubie i któryś dostał, to Siergiej robił za pielęgniarkę.
Nie wiedział, czy może jej zaufać, ale z drugiej strony... czemu nie? Samo to, że przepłoszyła tych rusków powinno z niej robić w jego oczach bohaterkę. Może trochę robiło?
- Chyba musisz mi zrobić szkolenie z przeganiania dzików - oczywiście, że chodziło mu o ruskich, ale przecież oni byli jak te trzy dziki.
Na to, żeby jej nie dokuczał, wywrócił oczami, znowu, a potem spojrzenie przeniósł gdzieś w niebo, nie było widać gwiazd, ale za to w świetle wirowały płatki śniegu, który zaczął prószyć. Dał się jej obejrzeć. Nawet nie próbował się ruszyć, dobra... Ruszył się dwa razy, kiedy go dotknęła zimną dłonią, bo przecież w piekle lubili ciepełko. Madox też je lubił, a ten śnieg na bolącym brzuszku mu nie pomagał. Według niego. Drgnął znowu kiedy sunęła palcami po jego klatce piersiowej, bo raz były zimne, a dwa, bolały go żebra, co najmniej dwa... Albo wszystkie. Utkwił w niej ciemne tęczówki, kiedy mówiła o tym, że musi mu zatrzymać krwawienie z głowy.
- Łuk brwiowy zawsze krwawi, ale to nic takiego... - rzucił jakby się na tym znał, ale prawda jest taka, że się nie znał, chociaż widział już pełno takich urazów, to może jednak trochę? Kiedy wyciągnęła te podpaski, to chciał unieść jedną brew, ale zabolało, więc finalnie tego nie zrobił.
- Co?... Nie... - złapał ją za rękę, kiedy chciała mu nakleić podpaskę, ale zabolało go żebro, skrzywił się i zaraz i tak ta podpaska wylądowała na jego czole, zrobił zeza, żeby na nią spojrzeć - jak to wygląda kurwa... - mruknął bardziej chyba do siebie niż do niej. A kiedy wymiatała mu śnieg z kurteczki to leżał grzecznie, za to zaraz się skrzywił, kiedy przesunęła palcami po tych połamanych żebrach. Nie był lekarzem, a sam to wiedział, chciał jej nawet to powiedzieć, ale ugryzł się w język, w końcu mu pomogła, dała podpaskę, kiedy krwawił... Dziwnie to brzmi.
- Nie do szpitala... nie mam... ubezpieczenia - oczywiście, że to zmyślił, bo miał, w końcu nie był tu na czarno, a w Emptiness musiał je mieć, on po prostu miał uczulenie na szpitale, no i zmyślał historie na poczekaniu. Podparł się znowu ręką, żeby się podnieść i chociaż wciąż bolało, to udało mu się usiąść, ale zaraz prawie znowu się wywalił na bok, więc zacisnął palce na kurtce Ivy, żeby się jej przytrzymać - pracuję tu niedaleko... Pomożesz mi, to za... trzy minuty tam będziemy - wbił ciemne tęczówki w jej intensywnie niebieskie oczy. Madox nie lubił prosić o pomoc, a jednak to zrobił. Chociaż zaraz sięgał po telefon, który miał gdzieś w kieszeni. Pobity wyświetlacz, nie mógł nawet go odblokować - rozwalili mi telefon - poskarżył się jej jak jakieś dziecko i nawet pokazał potłuczony wyświetlacz, a potem znowu wsadził go do kieszeni - ale nie mogę iść z tym na czole - wskazał palcem na tą podpaskę, która w zasadzie działała dobrze, bo tamowała krwawienie, powinni takie mieć w klubie bokserskim.

Ángel o reina de las almohadillas? 🪽˚˖𓍢ִ໋🦢˚
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
26 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Podpaskowy wojownik

Nie przepadała za dotykiem obcych ludzi. Próbowała mu pomóc, a on co chwile niczym wielki dzieciuch narzekał na prawo i lewo. Czy była prawdziwym lekarzem? Czy mogła włożyć więcej pasji? Pasję to miała na dyżurze, gdy takiemu niesfornemu pacjentowi podałaby lek, by zasnął jak niemowlak. W przypadku tego śnieżnego, mroźnego wieczoru nie mogła sobie na to pozwolić.
Jakbym miała włożyć w to pasje, to byś miał kolejnego siniaka — wymruczała, nadymając policzki i szarpiąc swoją dłonią, by w końcu ją puścił. Był wielkim, agresywnym olbrzymem, który próbował ją przytrzymywać, a jej nie do końca się to podobało — nawet bardziej, Madox — stwierdziła Ivy, przypominając sobie ostatni dyżur. Nienawidziła wypadków samochodowych. Wtedy oddział przypominał prawdziwy armagedon. Kiedy tylko próbował wstać, przytrzymała go dłońmi, układając go z powrotem na śniegu. Nie ma zapierdalania w ten sposób.
Jakich dzików? — dopytała lekko zdziwiona Ivy, spoglądając zmartwionym wzrokiem na Noriegę. Przez jej głowę przeszła jedna, krótka dość niebezpieczna myśl. Mogło dojść do krwawienia wewnętrznego — masz halucynacje? Ile palców widzisz Madox? — spytała, pokazując mu jeden, środkowy palec. Za bycie niesfornym pacjentem naprawdę mu się należało. Oby tylko nie zobaczył podwójnego, bo wtedy ten mały żarcik przestanie być zabawnym.
Widziała to wywrócenie oczyma, dlatego nacisnęła dłońmi mocniej na jego ciało. Na tyle by był w stanie poczuć ból. Za każdym razem zareagowała w ten sam sposób, dociśnięciem go jeszcze mocniej. Byle stał się grzecznym pacjentem, inaczej nie może liczyć na naklejkę dzielnego pacjenta. Raczej na niegrzecznego diabła.
Krwawienie jest niebezpieczne, zwłaszcza że doszło też do krwawienia wewnętrznego — nie była głupia, widziała obszernie siniaki. Śnieg dobrze mu zrobi, chłód spowalniał krwawienie, chociaż martwiła się jednocześnie o obniżającą się temperaturę jego ciała — ale przeżyjesz, trzeba się tym po prostu zająć — dodała praktycznie od razu. Biorąc pod uwagę jego sytuację, najłatwiej byłoby go zszyć. Albo przynajmniej przykleić szewki w formie plasterków. Tylko nic takiego nie miała ze sobą.
Zamknij buzie — mruknęła, poprawiając mu podpaskę na czole. Gdyby wiedziała, że zobaczy go jeszcze kiedyś... zrobiłaby mu zdjęcie. Niesfornych pacjentów momentami warto było ukarać za zbyt frywolne zachowanie — wygląda praktycznie — prychnęła Harrison. Potrzeba matką wynalazków. Działało? Działało. Po co drążyć temat bardziej? — zamiast trzymać mnie, to trzymaj podpaskę — stwierdziła, podnosząc mu rękę na czoło. Teraz wyglądał przekomicznie. Wielki Madox z dłonią podtrzymującą podpaskę na jego czole.
W Kanadzie opieka zdrowotna jest publiczna — stwierdziła, przyglądając mu się badawczo — jednak się boisz lekarzy, co? — nie mogła ukryć rozbawienia. Zaśmiała się uroczo, kręcąc głową. No tak, zapomniała, że najwięksi twardziele byli najgorszymi pacjentami. Przecież miała to pokazane czarno na białym.
Dobrze... — rozejrzała się szybko po ulicy i dostrzegła coś idealnego w śmietniku — ale mam lepszy plan — szybko wstała i wyciągnęła wózek sklepowy. Widocznie któryś bezdomny postanowił się go pozbyć — wskakuj — i czekała aż swoim wielkim tyłkiem usadowi się we wózku. Przetrzymywanie wielkiego chłopa wychodziła poza zakres zakres jej umiejętności.
Ojoj — aż zacmokała, widząc jego korytarz. Popychała ten wózek do przodu — musisz i nie przyjmuję sprzeciwu — nie zniosłaby sprzeciwu. Aż westchnęła ciężko. Może powinna zagrozić mu zrobieniem zdjęcia i wywieszeniem jego miejsca pracy właśnie w nim? Wszystko dla większego dobra — prowadź mnie podpaskowy wojowniku — zaśmiała się, pchając wózek do przodu. Faktycznie, nie minęło pięć minut, a znaleźli się obok bocznego wejścia do emptiness. Finalnie, byli na miejscu. Z klubu dobiegała głośna muzyka, musiał być jakimś ochroniarzem.
Pracujesz tutaj? — zagadnęła, kiedy weszli do środka. Lubiła muzykę, blask neonów oświetlający zaplecze — ładnie — pewnie nawet mogłaby tutaj przyjść potańczyć. Chociaż totalnie nic nie wiedziała o tym miejscu — to gdzie mam iść? Gdzie masz apteczkę? — spytała, dalej pchając go w wózku przez korytarz — zrobię to poprawnie — stwierdziła, stukając go palcem w podpaskę. W końcu zajechali, lub weszli do jego biura — weź się połóż na kanapie — za to Ivy stała, czekając na polecenie, gdzie znajdzie apteczkę.
34 y/o
LO SIENTO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Za to Madox był bardzo dotykalski. Jego nigdy to nie krępowało, czy kogoś znał, czy nie. Ludzie po to mieli ręce, żeby się... dotykać? Dziwnie to zabrzmiało, ale coś w tym było. Dlatego on zaraz opierał palce na jej dłoni na swoim policzku, chociaż kiedy powiedziała o tym siniaku to uśmiechnął się delikatnie. Już jej miał powiedzieć, że chciałby to zobaczyć, bo sobie nie umiał jej wyobrazić, jak mogłaby komukolwiek zrobić siniaka. Nie mógł sobie jej wyobrazić, jak mogłaby skrzywdzić muchę, a co dopiero takiego gangusa jak on. Puścił ją i próbował się podnieść, ale teraz nawet jej lekkie pchnięcie sprawiło, że znowu wylądował na śniegu.
- No widziałaś ich? Jakie dziki... Nabite jak dziki. A dzik to taka dzika świnia, ale nie jak Pumba... - zaczął jej tłumaczyć, ale zaraz zapytała go o to, ile palców widzi. A kiedy pokazała mu ten środkowy, to parsknął krótko.
- Bardzo śmieszne... - mruknął, ale zaraz spoważniał - dwa - rzucił i nawet powieka mu nie drgnęła, ale za to kiedy Ivy zmarszczyła zatroskana brwi, albo może skonsternowana? To zaraz znowu strzelił oczami - jeden, spokojnie, z moimi oczami wszystko jest okej - rzucił. A kiedy tak go dociskała, te wszystkie siniaki, to oczywiście, że kilka razy stęknął, skrzywił się i chociaż próbował nie jęczeć, to jednak nie było to taki proste.
- Nie ma żadnego krwawienia - mruknął tylko, chociaż przecież wcale się na tym nie znał. Ale lepiej jakby nie było... Nie z takich opresji już wychodził obronną ręką. Tylko... może to szczęście u niego też kiedyś się skończy?
Zamknął się, kiedy mu kazała, ale wypuścił powietrze przez nos, a biała chmurka zawisła między nimi. Znowu zezował na podpaskę, wyglądała praktycznie, nie był przekonany, za to kiedy poleciła mu, żeby ją trzymał, to oczywiście to zrobił, sięgnął do niej wytatuowanymi palcami. Pokręcił głową.
- Ale w Meksyku nie - wtrącił zaraz, po pierwsze to... co miał piernik do wiatraka, skoro było w Toronto, a po drugie, to on nawet nie był z Meksyku. Albo mógłby być. Chociaż Kolumbijczycy jednak trochę różnili się od Meksykańców - ja po prostu mam jakieś uczulenie na szpital... - rzucił poważnie, jakby takie coś w ogóle istniało. Ale chyba nie istniało.
Kiedy Ivy zaproponowała mu podwózkę tą super furką, to najpierw zmrużył powieki, ale w zasadzie to może nie był najgorszy plan?
- Pomóż troszkę... - wyciągnął do niej rękę, a później jeszcze złapał się wózka i jakoś udało mu się wstać, a potem nawet wtoczyć do tego pojazdu. Zadarł do góry głowę, żeby na nią spojrzeć.
- Masz w ogóle prawo jazdy, czy prowadzisz na czarno? - chciał sobie zażartować wodząc ciemnymi tęczówkami gdzieś po jej twarzy. Chociaż zaraz przez tą jego przemknął jakiś grymas - możemy udawać, że to jest nie wiem... kompres? Bandaż? Cokolwiek innego niż podpaska? - zapytał, ale zaraz położył na niej rękę, żeby jeszcze docisnąć ją sobie do czoła.
Pokierował ją prosto do Emptiness, na tyłu klubu. Przy tylnym wejściu dzisiaj było pusto. Z jednej strony dobrze, bo nikt go nie zobaczy, z drugiej a jakby ktoś chciał tam wejść? Na razie to jednak Madox chciał się wygramolić z wózka tak, żeby się nie urazić i nie wyjebać.
- Prowadzę ten klub - rzucił, chociaż zaraz do niego dotarło, że może nie powinien jej mówić takich rzeczy? A z drugiej strony, to co za różnica? Czy tu pracował, czy był właścicielem i tak zakładał, że ona nie chodzi w takie miejsca. Była na nie zbyt niewinna. W końcu stanął na ziemi i podpierając się o jakieś barierki przy drzwiach ruszył do tylnego wejścia. Weszli na zaplecze i Noriega przez moment zastanawiał się gdzie ją poprowadzić. Do jego biura na górze musieliby przejść przez klub.
- Dobra, na dół... Ale to strefa VIP, tylko dzisiaj jest pusta - poinstruował ją, a potem ruszyli schodami oświetlonymi czerwoną żarówką na dół. Kiedy Madox przytrzymywał się tych wszystkich barierek, to nawet jakoś mu to szło, bolało, ale przecież nie takie rzeczy już przeżył. Właściwie to jak zeszli na dół, do tej tajnej części klubu, gdzie na środku znajdował się podest z rurą, kilka drzwi prowadzących do innych pokoi, a pod jedną ze ścian bar, to Madox właśnie do niego chciał się skierować. Nalać sobie rumu. Ale w pewnym momencie, się zatoczył i rzeczywiście wylądował na tej czarnej, skórzanej kanapie. Odchylił do tyłu głowę patrząc w ozdobny, podwieszany sufit.
- Zobacz pod barem, tam powinna być - rzucił. Bar tutaj był mniejszy niż na górze, ale wciąż dobrze wyposażony, a może nawet lepiej? W końcu pili przy nim ci goście premium. Pod barem znalazła apteczkę, całkiem dobrze wyposażoną, bo jednak ta część klubu sprzyjała też częstszym bójką. Dzisiaj jednak było tu cicho. Spokojnie. Byli tu sami.

Cuántos dedos estás mostrando? ִֶָ. ..𓂃 ࣪ ִֶָ🪽་༘࿐
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
26 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

znawca dzików

Roześmiała się wesoło, kiedy ten wielki mężczyzna postanowił uraczyć ją tymi słowami. Aż pokręciła delikatnie głową, a na jej twarzy wymalował się szczery uśmiech. Porównanie gangu mężczyzn do dzików sprawiło, że nie mogła wziąć go na poważnie.
Pumba? — dopytała, otwierając szeroko buzię. Król lew. Tego też się nie spodziewała w trakcie opatrywania Madoxa — w sensie tych mężczyzn? No widziałam ich, ale... — zagadnęła, lekko poważniejąc przez moment. Dla niej dziki były dzikie. Kurna, Ivy ty to masz łeb na karku. Dzikie dziki. Bardziej chodziło o posturę — nie przypominali dzików, bardziej stado goryli — stwierdziła, unosząc na moment ramiona, by bardziej przypominać ten konkretny gatunek małpy. Pewnie dodałaby do tego małpie odgłosy, ale zdążyła się powstrzymać. Nie czas i miejsce na wygłupy, zwłaszcza że pacjent się jej wykrwawiał.
Nie denerwuj własnego medyka — mruknęła na to jego nie ma żadnego krwawienia. Może powinna mu zrobić cały wykład o tym, że każdy siniak to rozkładająca się krew wewnątrz jam ciała, ale się powstrzymała. Strzeliła błękitnymi tęczówkami, słysząc jego słowa. W Meksyku... ale oni nie byli w Meksyku.
Sralegię raczej — aż pokręciła głową. Trafił się jej oporny pacjent. Szczerze nie wierzyła w to, co dochodziło do jej uszu. Dorosły facet, który był przestraszony na wzmiankę o szpitalu. Tego się nie spodziewała, ale postanowiła tego nie komentować. Przede wszystkim nie szkodzić!! Przynajmniej pomogła wpakować się mu do wózka.
Oczywiście, że na czarno — i tak popchnęła wózek, że z jej ust wyrwało się głośne brum, brum. Nie była w stanie sie powstrzymać od głośnego śmiechu — jeszcze moje torby z prezentami!! — bo choć sytuacja była poważna, to pamiętała o bliskich. Na Madoxa położyła te wszystkie kolorowe torebki i sama zaczęła pchać wózek dalej — podpaska, bo jesteś niesfornym pacjentem. Trudniejszego nie miałam — stwierdziła, wzdychając ciężko — a zdejmowałam larwy ukryte pod gipsem bezdomnemu — i wtedy myślała, że to on był trudny. Teraz Madox stanął na podium w kategorii najbardziej wkurzających pacjentów. Mogłaby mu wręczyć koronę, ale na całe szczęście dojechali do jego klubu.
Wow, fajny jest — i gdyby teraz na nią spojrzał, to zobaczyłby jej otwarte usta ze zdziwienia. Ivy chodziła po wielu klubach, a jednak to miejsce miało w sobie coś magicznego.
Jasne — kiwnęła głową, a gdy znaleźli się w strefie VIP, to aż się skrzywiła. Ta rura znajdowała się tu na poważnie? Pokręciła głową, a zamiast tego spojrzała na tego byczka rozkładającego się na kanapie — dobrze — szybko ruszyła po apteczkę i otworzyła ją na stoliku. Szybko wzrokiem zlustrowała, co dokładnie zawierała. Było wszystko czego potrzebowała.
Pokaż jeszcze raz tę ranę — z apteczki wyjęła nowe, różowe rękawiczki i uniosła po chwili podpaskę. Dalej leciało dosyć mocno, cholera — najpierw ją oczyszczę... — wzięła ten durny octenisept, rozerwała opatrunki jałowe i przytrzymała je pod raną, by płyn dezynfekujący nie wpłynął mu do oczu — dobra, trzymaj teraz gazę — wymruczała, chwytając go za dłoń, by ją sobie przycisnął, a sama zaczęła dalej grzebać w tej zaawansowanej apteczce emptiness.
Muszę założyć szwy — stwierdziła, wyjmując zestaw do szycia — i łyknij ibuprofen działa przeciwzapalnie — szybko wyrzuciła mu na dłoń tabletkę — niejeden... Masz od razu cztery — dorzuciła kolejne trzy i uśmiechnęła się szeroko. Tak, teraz będzie idealnie. Zdecydowanie, aż kiwnęła głową.
Mogę zacząć? — spytała, mając cały sprzęt ze sobą. Może powinna obawiać się tego klubu, skoro... mają tu chirurgiczne narzędzia.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”