-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Zagrałbyś coś dla mnie? — zagadnęła, słysząc jego propozycję. Wydała się jej romantyczna. Nie dla każdego grało się utwory, to sprawiło, że jej serce zaczynało powoli topnieć. Może powinna pójść za głosem serca? Wczoraj wiele sobie wyjaśnili. Skoro już przez tyle przeszli, teraz powinno pójść łatwiej, prawda? — lubię, ale na moje ucho nadepnął słoń. O widzisz, nie znam się na muzyce — mógł to sobie zapisać. Ze wszystkich lekcji, które mu przekazała, nie znała się na muzyce. Bardzo doceniała za to ludzi, którzy grali, śpiewali, tworzyli. Odnajdywała w nich coś w rodzaju boskich istot.
— Albo się we mnie zakochaałeś — wymruczała pewnym siebie tonem. Nie wierzyła w wymówkę. Zresztą... lubił ją bardziej niż sam się spodziewał. Pamiętała jego słowa. Pamiętała tez ciepło jego ust na własnych wargach. Mogli... zostać wakacyjną miłością. Co się dzieje na La Palma, zostaje na La Palma, prawda? Pamiętała to prężenie się, jak dziki taniec małpy na tiktoku, który Ci wysyłam. Nie mógł tak robić przed każdą, prawda?
— To do zobaczenia — mruknęła, robiąc ostry zwrot w stronę biżuterii. Na pewno później go zaskoczy. Oby.
— Pamiątki. — odpowiedziała praktycznie od razu, mierząc chłodnym wzrokiem kobietę. Nie spodobała się jej. — hola — mruknęła podirytowana, widząc jak się na niego patrzy. Czy właśnie w niej się pojawiła zazdrość? Owszem, a bardziej irytował ją fakt, że William tak bezwstydnie jej przy niej na to pozwalał — dobrze. — taki chłód prezentowała mu tylko podirytowana. Spojrzała jeszcze krótko na kobietę, wzdychając ciężko. Jednak nie zdecydowała się na znaczenie terenu.
— Zajarajmy — odpowiedziała, odwracając tabliczkę. Zamknęła drzwi. Po paru sekundach znalazła się przy Patelu, chwytając go za rękę i dając mu buziaka w polik. A masz szmato, pomyślała w myślach Lotte.
Tyle że zaraz zadziało się wielkie przygotowanie małego bongo. Woda, towar i faktycznie cała trójka zajarała. Kovalski zrobiła się nawet odrobinę zrelaksowana. Jeszcze jeden buch, a świat stanie się zdecydowanie piękniejszym miejscem.
— Boca — powiedziała hiszpanka, a zaraz przyciągnęła Williama blisko siebie, paląc z nim po studencku. Jednak Charlotte nie mogła się zrelaksować. Cała się wyprostowała, czekając na reakcję Willa. Tylko że on wydał się zadowolony. Cudownie.
— Serio? — spytała Charlotte, strzelając oczyma i robiąc taktyczny odwrót. Nie miała zamiaru tego oglądać. Spojrzała tylko na siatkę. Sięgnęła z niej po mały kartonik, rzucając nim mu prosto w głowę. Aż ktoś z kamienicy krzyknął: headshot!!! Wkurwił ją. Najchętniej strzeliłaby mu prosto w twarz. Drugi raz. Tylko tym razem powstrzymała się. Wczoraj całował ją, a teraz nagle zgodził się z losową hiszpanką? I to w bardziej romantyczny sposób? Czas stąd zniknąć, może jednak nie każdy tubylec chciał z niej zrobić dziwkę w afrykańskim burdelu. Łatwiej było zrobić pierdolonego focha z przytupem i melodyjką. Bo tak, tupnęła, kiedy tak palili po studencku, a ona kosztowała jego warg.
Niech się Patel nie zesra, wracając do hotelu.
O ile pamiętał w ogóle jego nazwę.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wkurwiła się. Niesamowicie się wkurwiła, rzadko kiedy emocje tak bardzo niosły naprzód. Nie zastanawiała się, kiedy ruszyła przed siebie. Widziała, jakimi maślanymi oczami dredziara w niego pozwoliła, a on ot tak jej na to pozwalał, pochylał się w jej stronę. Uśmiechał się. Przecież gdyby nie odwzajemnił jej zalotów, nic takiego by się nie stało. Miała tyle oleju w głowie, by to przyjąć do siebie. Lubił ją bardziej niż myślał? Prychnęła, stojąc na środku nieznanej dla siebie ulicy.
Miała ochotę zjeść. Żołądek, jakby nagle się jej powiększył. Weszła do pierwszej lepszej lodziarni, siadając gdzieś w boku. Tak się zajadała melonowym lodem, ale nic nie dał. Dalej ją nosiło. Zaraz weszła do jakiegoś kebsa, by poprosić o mieszany-mieszany z ostrym sosem. Dupę jej w nocy roztrzaska, dla tej gastro fazy zrobiłaby wszystko. Tyle że nawet ten nieszczęsny kebab w niczym nie pomógł.
Coś ściskało ją i uwierała od środka. Wystarczyło, by przymknęła oczy, a przed nimi miała tego przegrywa całującego się z LOSOWĄ kobietą na jej oczach. Czy to się właśnie nazywała zazdrość? Kuła ją niesamowicie w oczy, wbijając coraz to nowe szpilki. Usiadła na losowej ławeczce, wywalając dolną wargę do przodu.
Naprawdę jej na nim zaczynało zależeć. Nawet zjarana, działająca wolniej zdała sobie z tego sprawę. Zależało jej na Williamie pierdolonym Patelu. Co gorsze przeszkadzał jej jego widok z inną kobietą. Nie znała dredziary, on na pewno też. To czym one się różniły od siebie? By z nią porozmawiać potrzebowali innego świata, otworzyli się przed sobą. Dlatego to tak bardzo bolało? Westchnęła cicho, zakrywając twarz.
Czas wracać do domu. Na całe szczęście pinezką zaznaczyła, gdzie stało auto. Próbowała wyrzucić Williama ze swojej głowi, a kiedy wchodziła w uliczkę, zobaczyła go. Szybko schowała się za budynkiem. Jezu, jaki on był czerwony. Czemu w tej chwili jedyne, co przyszło jej do głowy to smarowanie pantenolem go po całym ciele? Był przegrywem. Pokręciła na samą siebie głową. Ba, brzydziła się tą myślą. Musiała wymyślić jak go minąć. Chwilę się rozglądała i już wiedziała!
Weszła w uliczkę, wychodząc odrobinę dalej, po czym była jak shinobi z wioski ukrytej w liściu. Rachu, ciachu za jedno auto, potem kolejne. Aż nie dotarła do wynajmowanego. Od razu do niego wlazła, blokując drzwi. Wraca bez niego, nie chciała słuchać jego tłumaczeń. Jedyne czego nie rozumiała, to dlaczego z głośnika w samochodzie na całą pizdę poleciało Jefferson Airplane - White Rabbit. Cała się wyprostowała, ledwo przekręciła stacyjkę, a on... musiał ją usłyszeć.