-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Tobie by coś takiego nie przeszkadzało? Albo jakbym pojechała z kimś innym oglądać walenie? — dobra, wiedziała już, że nie. Mogła zabawiać się z każdym, a jedynym jego problemem wydawało się olewanie go. Nie potrafiła tego zrozumieć, ani przetrawić. Chciał się nią dzielić na wyjeździe? Ta dziwna chemia była totalnie niezrozumiała w jej mniemaniu — to tak jakbyś pokazał mi, że to co się stało nic nie znaczyło. Albo że ja nic nie znaczę — mruknęła już dużo ciszej, bojąc się wagi wypowiadanych przez nią słów. Co mogłaby mu powiedzieć więcej? Miała wrażenie, że ich sposoby komunikowania się mijają, albo że jedyną drogą był konflikt bujający się na prawo i lewo. Powoli zaczynało jej to przeszkadzać, ale trudno było to wyjaśnić w jasny sposób.
— Pojebało Cię — westchnęła ciężko. Szczerze spodziewała się tego, może niekoniecznie tranzycji, ale podobnych bajeczek. Przyzwyczaił ją do nieprzewidywalnego zachowania, powoli stawało się ono dla niej całkowitą normalnością — masz szczęście, że nauczyłeś się przepraszać — mruknęła, unosząc na niego wzrok — też za to przepraszam — też była winna. Przynajmniej na La Palma zdążyli się jednego rozmawiać ze sobą nawzajem — może powinnam lepiej werbalizować moje obawy — albo zwyczajnie o nich mówić. Zabawnym wydawało się być, że ich językiem miłości były kłótnie, dramaty oraz obgadywanie siebie nawzajem.
— My nie będziemy niczym poważnym, William — jej głos wcale nie był radosny, wybrzmiewał z niego smutek — po prostu partnerami w zabawie — ta zabawa w ogóle nie brzmiała zabawnie. Bardziej jak ktoś, kto właśnie znajdował się na typie. Nabrała głębokiego oddechu. Mieli płynąć z prądem? Tyle że Charlotte była bardziej jak łosoś. Płynęła przed siebie, przekraczając najgorsze rzeczne prądy, by dotrzeć do miejsca, w którym chciała się znaleźć. Teraz potrzebowała jego zapewnień, ale i ich nie dostanie. Jedynie zabawa.
Okej? Spojrzała na niego zdziwionym wzrokiem. Czy on właśnie szanował jej granicę? Aż przełknęła nerwowo ślinę. Szczerze nie spodziewała się po Patelu tego. Bardziej wyśmiania, niż zaakceptowania granicy, którą mu postawiła. Kolejne jego działania wprawiają ją w jeszcze większy mętlik. Nie rozumiała sytuacji, w jakiej była stawiana. Zjechała wzrokiem na ich splecione ze sobą dłonie. Miała odpuścić, by móc się zdystansować, ale przez niego nie będzie w stanie. Głupi romantyczny Patel. Czarował ją tym obrotem, a jego ciało zadziałało magicznie. Nie wiedziała, w jakim momencie to się stało. Znów spoglądała na niego maślanymi oczami, wszystko przez jedną rzecz. Jego oczy, jego bliskość. Chciałaby kiedyś mógł powiedzieć moja Lotte. Kiedy chciał, potrafił być czarujący, a cała atmosfera mu to ułatwiała. Czuły dotyk, przez który po jej ciele przechodziły przyjemne fale ciepła. Nawet nie wiedziała, kiedy zdecydowała się odwzajemnić pocałunek. Jego wargi były uzależniający, a choć w pierwszych chwila sama się angażowała. Finalnie odsunęła od niego głowę.
— Nie mogę odpuszczać, William — powiedziała, przerywając ich pocałunek i odsuwając się na krok — nie mogę zakochać się bardziej — musiała postawić kolejną granicę, choć tak naprawdę chciała móc się do niego przytulić, zatonąć w jego ramionach, chociażby na moment. Tylko skoro nie był w stanie zagwarantować jej wierności, to nie powinna oddawać mu serca.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zmarszczyła delikatnie brwi, próbując zrozumieć, co on właściwie do niej mówił. Dla niej sprawa była prosta, cielesność była zarezerwowana dla najbliższej osoby jej sercu. Zwłaszcza kiedy tak wprost zaczynała coś do niego czuć. Już nie mówiąc o tym, że nawet niezobowiązujący kutas przestał wchodzić jej w grę, bo kiedy zamykała oczy, widziała przed sobą Williama, krążącego po jej ciele.
— Za cielesnością idą uczucia — przynajmniej u niej. Kiedy w grę wchodziła jedna noc, nic nie wydawało się jej przeszkadzać, o ile nie miała osoby, przy której chciała spędzić większą ilość czasu. Dla niej wraz z uczuciem szło zobowiązanie. Stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoiłeś — więź emocjonalna? — aż uniosła do góry jedną ze swoich brwi. Na tym polegały tradycyjne relacje, na więzi w połączeniu z fizycznością. Dopiero uczucia sprawiały, że seks stawał się tak piekielnie dobry — gdybym nic do Ciebie nie czuła, w życiu nie spędziłabym z Tobą tyle czasu — i to irytowało ją jeszcze bardziej, bo co by jej nie zrobił, nie potrafiła od niego uciec — bycie upiorną sąsiadką zobowiązuje, chociaż Ciebie powinnam przechrzcić na niszczyciela rodzin — rzuciła półserio, półżartem. Nawet nie wiedziała, kiedy zaczynała coś do niego czuć. Czy to wszystko zaczęło się w sylwestra? W trakcie posranej imprezy walentynkowej, czy u jego rodziny? Za każdym razem kiedy się do siebie zbliżali, później odpychali się jeszcze bardziej.
Im obojgu nie brakowało kreatywności w uprzykrzaniu sobie nawzajem życia. Nikomu nie poświęcała tyle czasu, by mieć pewność zobaczenia złości na jego twarzy. Nikt też nie był w stanie spowodować w niej tak sprzecznych emocji. Niczym woda z ogniem grali w niebezpieczną grę, w trakcie której mogli nawzajem siebie dotkliwie skrzywdzić. Mogły oświetlać ich gwiazdy, a scena była wręcz jak z obrazka, ale myśli w głowie Lotty wydawały się jeszcze bardziej kotłować niż wcześniej.
— Nie da się tak William — mruknęła, unosząc delikatnie kąciki ust ku górze. Cokolwiek by jej teraz nie powiedział, zastanawiała się, w jaki sposób powinna sobie z tym poradzić. Cielesnością, która nie była problemem, a oglądanie waleni już tak. Zbyt dużo jak na jedną krótką noc, może dobrze, że jego skóra wydawała się dojrzeć. Parsknęła głośno śmiechem, chwytając go jeszcze mocniej za dłoń.
— Chodź do mojego pokoju — rzuciła, idąc na boso przez imprezę, aż do pokoju hotelowego. Właśnie wychodzili z windy, a wtedy pojawili się oni — Adolf z Helgą — mruknęła pod nosem i pociągnęła go do siebie, by przyprzeć go do ściany. Zemsta będzie słodka — jesteś cudowny, Billy — rzuciła krótko, składając na jego ustach słodki pocałunek — nikomu pakowanie w dupę nie sprawia mi takiej przyjemności — tak, miało to dojść do ich uszu. Charlotte cała uśmiechnęła się szeroko, bo taka zemsta bywała słodka. Oni szybko schowali się do pokoju, patrząc wielkimi oczami na siebie i o zgrozo, był to pokój obok tego
— No dobra, rozbieraj się — rzuciła, rozglądając się po pokoju w poszukiwaniu plecaka. Tak, specjalnie dla niego zaopatrzyła się w specjalną wersję pantenolu — ale bokserki mają zostać — po tych wielkich wyznaniach, że cielesność to nic takiego, tym bardziej nie miała ochoty go dotykać — i nie krzycz, bo oni będą nas słyszeć — dodała jeszcze, mrużąc przy tym oczy. Kto by pomyślał, że Adolf skończy z Helgą?
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Raczej odwrotnie William — stwierdziła, wywracając teatralnie oczyma. Nie z każdym można było się wyruchać, za to rozmawiać? Czasem rozmowy się nie kleiły, potrzebna była do tego odpowiednia osoba. Czasem spotkało się taką osobę, z którą można było przegadać całą noc, a i seks był równie niesamowity. Dla niej te dwie rzeczy się ze sobą łączyły. W jaki sposób miałaby spojrzeć na inną osobę, w taki sam sposób, jak patrzyła na Williama? Szczerze i bez bicia nie widziała poza nim świata.
Później już ruszyli w trasę wprost do pokoju hotelowego, by w międzyczasie spotkać się ponownie z Helgą i Adolfem. Urocza była z nich para. Ciekawe, czy to samo myśleli o facecie w tranzycji i jego ukochanym? Z pewnością będą mieli, o czym rozmawiać.
— To wyszliśmy na zero — zaraz uśmiechnęła się szeroko. Wyrównali ze sobą rachunki. Przez niemców zostaną zapamiętani jako para zakochanych mężczyzn przeciwko całemu światu. Romantyczne jak przystało na koziorożca i lwa razem.
— Po prostu się rozbierz — rzuciła, strzelając oczyma — ja się ubiorę w piżamę — na pewno nie będzie w czarnej sukience smarować go lekiem, pozostawiającym białe, niepiorące się plamy. Podeszła do łóżka, wyciągając spod poduszki błękitną, koronkową koszulę nocną.
— I na co liczyłeś? — prychnęła, słysząc o braku gaci — wiedziałeś, że jestem wkurwiona. Jak nic nie masz, to dam Ci różowe dresy, albo moje czerwone stringi — uśmiechnęła się złowieszczo, a wyobraźnia popłynęła zdecydowanie zbyt daleko. Wyglądałby komicznie w takim wydaniu, jego obraz nie mógł wyjść z jej wyobraźni.
— Naprawdę? — spytała, widząc gacie w kolorze
— To będzie bardzo chłodne, psiknę i później będę Ci to smarowała — jasna instrukcja działania — jasne? Krzykniesz to Cię uderzę — uniosła do góry jedną ze swoich brwi. Wdech, wydech. To tylko leczenie. Wzrokiem zaczęła lustrować jego ciało. Miał czym się pochwalić, choć najdłużej wzrok zawisł jej na jego tatuażach.
I faktycznie psiknęła pantenolem, który wyjęła z lodówki. Czy spodziewała się podobnego przebiegu sprawy? Owszem, dlatego schowała leki do mini-lodóweczki, kiedy tylko przyjechali. Teraz dopiero czeka ich męka.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Nie ma takiej opcji. Jedyna bielizna, którą pokazuje, to ta na mnie — prychnęła Charlotte, wywracając oczyma. Nigdy nie zostawi Williama w jej apartamencie, jeszcze znalazłby szufladę z jej bielizną. Uwielbiała koronki i ładne rzeczy, jedynie kilka sztuk miała... typowo okresowych. One byłyby w stanie dorównać gaciom w kolorze khaki — ohydne są. Jak chcesz poderwać dziewczynę, to musisz się prezentować — mruknęła, kręcąc głową — jakoś... ale się prezentować — mógłby rozpalić ją do czerwoności, a khaki spowodowałoby prawdziwą pustynię u niej — chciałbyś, żebym miała babcine majty — na ustach pojawił się zadziorny uśmiech. Stanika nie miała, za to zawsze dbała, by być gotową na wszystko — jestem gotowa na każdą... ewentualność — odpowiedziała tajemniczym tonem. Może niekoniecznie dla niego była na to gotowa. Zawsze się starała wyglądać idealnie. Nawet kiedy psikała go pantenolem. Tylko te krzyki i piski wręcz ją brzydziły. Na ustach pojawił się grymas i delikatnie pokręciła głową.
— Jezu, nie bądź baba i nie piszcz — warknęła, psikając kolejną porcję kremu na jego plecy. Dużo pantenolu dla idioty zapominającego, że znajdowali się przy równiku. Tu dało się nawet zjarać w pochmurny dzień. Mógł się jej słuchać, lub nie całować dredziary, wtedy by zadbała o jego skórę.
— Zamknij się William — wycedziła Charlotte. Myśli zaczęły powoli wędrować w całkiem niebezpieczną stronę — przestań wydawać te dźwięki — wywróciła oczyma, nie wierząc w to, co widzi i słyszy przed własnymi oczyma. I ona niby była w nim zakochana? W którym miejscu?
— Daj spokój, nie mów, że dotyk tak Cię boli — i specjalnie nacisnęła mocniej na jego skórę. Nie miała zamiaru być delikatna, skoro wydawał takie odgłosy. Działały na jej wyobraźnię, bo... co by wylatywało z jego ust, gdyby naprawdę chciała podarować mu odrobinę przyjemności?
— Nie. — rzuciła od razu surowym tonem, dociskając jeszcze mocniej, ale po chwili odpuszcza i zaczyna delikatnie muskać jego plecy palcami — miałeś przestać! — tym razem uderzyła go. I jeszcze raz, gdy usłyszała głos zza ściany.
— MOŻECIE RUCHAĆ SIĘ CISZEJ?!! — dochodzi nagle głos zza ściany, a Lotte nabrała powietrza do płuc — JAKBYŚMY SIĘ RUCHALI, TO NAWET BYM CIĘ NIE USŁYSZAŁA — odparła, wrzeszcząc na całe gardło, a na jej policzkach poczuła delikatne wypieki. Całował idealnie, to co dopiero gdyby się do niej dobrał? W środku poczuła dziwne spięcie. Nie powinna myśleć o seksie z nim. Może dlatego walnęła Patela DELIKATNIE z ręki. Niech cierpi, bo miał się zamknąć.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski
-
Ho, ho, ho.
Gdzie choinka?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— W moim łóżku już mnie nie poderwiesz przez dwa powody — stwierdziła, pokazując mu przy okazji dwa palce — po pierwsze slipki, są ohydne — jak faceci mogli w nich chodzić? Wyglądały jak worek na ziemniaki dla kutasa, zero klasy, zero chodzącej seks bomby, którą mógłby być William, jakby chociaż przez chwilę się postarał — a po drugie przez kolor khaki — same slipki wyglądały, jakby właśnie się w nie zesrał. Brakowało jeszcze w powietrzu zapachu gówna, a pewnie i ono by się pojawiło, przy odpowiednio długiej chwili. Pamiętała strefę gazową, która zaserwował jej Patel. Całkiem szczerze miała jej dosyć. Drugi raz by na nią nie pozwoliła. Chociaż patrząc na to, że właśnie znajdował się w jej pokoju... mogła zadziać się powtórka.
— PRZESTAŃ — krzyknęła, słysząc jego kolejne westchnięcia. Ja pierdole, miała zbyt bujałą wyobraźnię, żeby wydawał z siebie taki dźwięki. William na jej białej pościeli mógł przypominać flagę Polski, lub typowego polskiego robotnika, mógł mieć dobre ciało, ale nie mogła pozwolić sobie na takie myśli. Miała się zdystansować, a nie jeszcze bardziej pozwalać mu wejść do jej serca — BO BĘDZIE MOCNIEJ — zagroziła mu gotowa uderzyć z siłą godną policzka, którego mu kiedyś sprzedała. Był silnym facetem, niech cierpi, a ona nie miała zamiaru się przed tym zatrzymywać. Chociaż słysząc to trzęsienie łóżka, uderzyła go znowu.
— Widzisz? Powinieneś być ciszej — mruknęła, odwracając przez moment głowę gdzieś w bok — nie będę znosiła dziwnych spojrzeń, jeśli to faktycznie nie jest spowodowane zajebistym seksem — a definicji zajebistego seksu na pewno nie spełniał William w gaciach w kolorze khaki. Jakiegoś racjonalnego powodu musiała się trzymać — a potrafię być groźna — a William miał całkiem sporo ciała, którego jeszcze nie zdążyła uderzyć. Zaraz Patel zmienił pozycję, a Charlotte musiała nabrać powietrza do płuc. Uspokajała się w głowie, ale widząc ten zawadiacki uśmiech, wargi same się jej rozchyliły. Przez krótki moment nawet wydawało się, że mogłaby mu ulegnąć.
— Poproś — prychnęła, strzelając oczyma — twój urok osobisty już na mnie nie podziała — mruknęła, strzelając pantenolem wprost na jego gorącą klatę piersiową. Na jej twarzy wymalował się przeuroczy uśmiech — masz slipy khaki — przypomniała mu, a to był jedyny racjonalny argument, którego mogła kurczowo się trzymać i żaden czar Patela na nią nie zadziała.
-
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocetnieobecnośćniewątki 18+takzaimkionatyp narracjipierwszoosobowyczas narracjiteraźniejszypostaćautor
Charlotte Kovalski