ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
most days I am a museum of things I want to forget
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

007
reverse my fall and leave me there
nurse my soul into care
Amira Al Khansa rzadko kiedy płakała.
Latami nie pozwalała dojrzeć własnym dzieciom kropel lśniących od słońca w drobnych zmarszczkach zaczynających się w kąciakach jej oczu. Dusiła w sobie trudy młodego rodzicielstwa zrzucone na jej barki tuż po wpadnięciu w sidła gorzkiej miłości, za którą zapłaciła zbyt wieloma bolesnymi nadziejami o spełnienie rzucanych na wiatr obietnic. Każdą niedolę grzebała głęboko w sobie z przerażającą dla syna ciszą. Nie ugięła się ani razu; na pogrzebie własnego ojca z małymi dziećmi uwieszonymi jej długiej sukni i zawodzącą matką u boku czy pochylając się nocami nad stosem nieopłaconych rachunków, kredytów oraz długów pozostawionych im przez byłego męża.
Nadir Al Khansa swego czasu płakał bardzo często.
Pozwalał łzom wyznaczać nowe trasy na opalonych policzkach, gdy nieszczęścia wbijały swe szpony w jego młodzieńcze serce. Swymi uczuciami naznaczał całą swoją przestrzeń, niekiedy dusząc się od ich nadmiaru. Był przeciwieństwem dla matczynej stabilności, miotając się dramatycznie na granicy własnego życia. Zawsze jednakże na końcu każdej z tych przeklętych emocjonalnie wędrówek czekała ona; ze spokojem prowadząc go przez kolejne dni, aż wspomnienia złamanego serca wyblakły na tyle, by stał się kimś więcej niż przekleństwem z nich ulepionym.
Stając przed drzwiami rodzinnego mieszkania tuż nad matczynym sklepikiem, poczuł, jak całe ciało sztywnieje mu od bolesnej niemocy. Zaciśnięta w pięść dłoń Nadira jakby wbijała o nie sygnał SOS, choć na ratunek było dla niego za późno o miesiące nieszczęść. Słyszał niewyraźne kobiece nawoływanie wraz z krokami stawianymi w pośpiechu, a gdy klamka powoli przechyliła się ku dołowi, rozszczelniając tym samym drzwi, dobiegła jeszcze jego uszu dobrze znana melodia utworu Umm Kulsum. Kiedy pojawiła się przed nim - w biegu, oderwana od codziennych obowiązków - dostrzegł najpierw pojedyncze siwo-czarne kosmyki wypadające spod na prędko nasuniętego na głowę jedwabistego hidżabu. Następnie ich spojrzenia odnalazły drogę ku sobie, splatając się w mieszance intensywnych uczuć niepokoju i niedowierzania.
Nadir! Melodyjny głos zacisnął się niczym pętla na szyi łyżwiarza, gdy przy tym kobieta silnymi szarpnięciami wciągnęła go do przedpokoju. Potem czuł już jedynie u d e r z e n i a.
Pierwsze; jak mogłeś, يا ابني?
Drugie; nikt nic nie wiedział... - czy dzwoniła też do n i e g o?
Trzecie; na Allaha, myślałam, że nie żyjesz, Nadirze!
Czwarte, piąte, szóste, siódme... zostawiające na jego duszy kolejne pęknięcie, gdy w obcej dla niej histerii przeklinała pierworodnego syna. I choćby pragnął w akcie pocieszenia objąć ją ramionami, by zamknąć jej drobne ciało w silnym uścisku, to wszystko w nim odmawiało posłuszeństwa. Siłą zaprowadziła go na kanapę, samej niczym huragan przenosząc się z jednego końca salonu do drugiego. Wodził za nią otumanionym spojrzeniem, już wcale nie skupiając się na wypowiadanym przez nią potoku słów. Oprzytomniał na moment, gdy wcisnęła mu w dłoń słoiczki z jego lekami; pamiętałeś, by je brać... pamiętałeś, prawda? Dla spokoju jej ducha skłamał, powoli potwierdzając jej kiwnięciem głową. Następnie z rosnącym do siebie obrzydzeniem, podniósł się z miejsca, całując ją w czoło przepraszająco, gdyż bez słowa ruszył ku wyjściu. Gdzie idziesz, Nadir? Nadir, Nadir! Goniło za nim korytarzem, lecz każdy kolejny krok pozwalał mu, choć na chwilę złapać oddech.
Zaraz,
zaraz
wrócę mamo... Błądząc po mieście, wydeptał kilometry zmęczonych myśli z ciążącymi mu pojemniczkami nieszczęsnego remedium upchniętymi w kieszeń kurtki. Zwolnił dopiero wraz z pierwszymi kroplami lodowatego deszczu dosięgającymi jego skóry. Niechybnie przystanął w półkroku przy kiosku ze sprzedawcą w popłochu chowającym gazety, by dojrzeć na jednym z barwnych magazynów własne zdjęcie;
Kanadyjski łyżwiarz z olimpijskim srebrem...
Momentalnie odwrócił wzrok, czując przypływ mdłości na samo wspomnienie tamtego dnia. Nie zdołał jednakże uciec daleko od widma swojej przeszłości, gdyż ulewa sprawnie starała się dotrzeć do każdego skrawka jego ciała. W efekcie czego zrezygnowany opadł pod ścianą jednego ze szklanych drapaczy chmur, chowając się pod niewielkim daszkiem dającym złudną ochronę przed deszczem. Gdy sięgał drżącymi dłońmi po - choć pragnął odszukać w kieszeni rozładowany telefon i cudem wybrać ten jeden numer - paczkę papierosów miał już dość tego życia. Miles Howard
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You tried to hold me down, so I became a soldier
Built up all these walls, and now I'm climbin' over
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
Zwykle udawało mu się filtrować uczucia. Oddzielając myśli od kości głowy, warstwa po warstwie, ściągał z siebie ciężar cudzych traum niemal z tą samą rutyną, co ściąga się płaszcz. W życiu chirurga na wiecznie obleganej urazówce była to umiejętność niemal konieczna.
Nie istniały dni bez nieszczęść (szczególnie, gdy wzywano go na ER-kę), a zbyt głębokie współodczuwanie mogło przyprawić o zawrót głowy. Dyżury i praca chirurga miały jednak ukrytą w sobie pułapkę, dzieliły się na dni nieszczęść c u d z y c h, tych powypadkowych, i jego w ł a s n y c h, gdy podczas zbyt długiego dyżuru, niekiedy ulegał własnym słabościom: empatii. Zmęczenie zaczynało wżynać mu się wtedy głęboko pod skórę i sztychem tępego wrażenia docierało aż do sztywnych od wysiłku mięśni i twardych wszędzie tkanek.
To wtedy, zbyt skoncentrowany na ciele, nie panował nad pochłaniającymi go emocjami.
Powtarzająca się dzień za dniem ciężkość cudzych skrzywień, pęknięć i złamań, które raz za razem leczył na oddziale, utykała w takich momentach w neuronach świadomości wbrew jego woli. Mimo lat spędzonych na tej samej pracy nie potrafił oderwać się od cudzego nieszczęścia w chwilach, gdy piętrzyło mu się ono przed oczami operacja za operacją. Nie tak całkiem. Smutne uśmiechy matek i krwawe przebicia skóry obrazem nędzy i rozpaczy wbijały się do jego głowy jak krótki, uwierający go gwóźdź, i choć nie raniły go bezpowrotnie (zawsze cudem odnajdował drogę do spokoju), sprawiały, że przez chwilę czuł się o jotę bardziej sfrustrowany i zmęczony, niż był w stanie wcześniej przewidzieć i również o jotę bardziej odpowiedzialny za pacjentów, niż powinien.
Jedyną słuszną reakcją na przebodźcowanie i przesilenie emocji było... odcięcie się od myśli i skupienie wyłącznie na działaniu.
W obronnym geście i w dniach największego zmęczenia, w imię obrony własnej stabilności, załączała mu się więc głęboko ukryta w nim obojętność – ta cienka błona osowienia i spokoju, która oddzielała go od absolutnie wszystkiego, co jeszcze chwilę wcześniej próbowało wgryźć się w niego, pozostawiając przygnębiający ślad na duszy.
W strzępiących się klinach niedopowiedzeń, w zawodowej kurtuazji i w mnożących się w ciągu pracy interakcjach, brakowało więc miejsca na dłużące się współczucie. Była w nim empatia, zawsze z szacunkiem i zrozumieniem traktował bowiem swoich pacjentów, ale przed słowami pocieszenia pierwsze skrzypce grała u niego sprawność rąk, poprawność słów i ilość branych nadgodzin, by dobrze się kimś zająć.
Nigdy nie pochylał się natomiast nad prywatą; nad źródłem płaczu, czy źródłem cudzego śmiechu. Negatywne skutki podobnych działań zawsze przewyższały te pozytywne. Oddzielony od pacjentów grubą kreską profesjonalizmu, podnosił więc z nóg szpitalnych łóżek ich karty zdrowia i w skupieniu oraz wyciszeniu przyglądał się procesom zmian z minionych tygodni – wynikom badań, rentgenowskim zdjęciom, czy ich prognozom na dalsze miesiące. W żaden sposób nie starał się wyjść poza rytm ich pulsu i biologię ciał.
Rytuał odcięcia się był wszystkim dobrym, co znał –
wszystkim, co chroniło go przed oniemieniem i tym okruchem grozy, który jak największy zbrodniarz, potrafił wściubić się między przedsionki serca i ugrzęznąć tam na dobre, pijąc bez umiaru.
Tego unikał.
Tego nie znosił.
Po długim dyżurze, powracając do swojego niebagatelnie drogiego w utrzymaniu drapacza chmur, miał nadzieję zrzucić z siebie ciężar emocji, które zdążył nazbierać podczas pracy. Jednak życie miało inne plany. Uparcie narzucało na niego szereg testów z tą przedziwną kapryśnością losu, sprawdzając jego granice wytrzymałości, gdy tuż przed drzwiami wejścia, w horyzoncie wzroku uchwycił J e g o.
Chłopak na oko wyglądał na dwadzieścia parę lat, choć w świetle zimnych lamp ulicznych jego twarz niknęła w półcieniu i niejasnym dla Milesa grymasie. Krople deszczu, dzięki zadaszeniu spływałyby poza obręb młodej sylwetki, gdyby nie fakt, że wiatr popychał je z uporem pod nędzny daszek, odbierając chłopakowi jakiekolwiek schronienie.
Z początku minął go, popychając dłonią drzwi wejściowe do holu. Przeszklone skrzydło drapacza, pod naporem palców otworzyło się na oścież, wpuszczając na wycieraczkę parę pojedynczych kropel wody, które zmiażdżone w wolnym kroku Milesa, zginęły bezpowrotnie pod podeszwą jego buta.
Westchnął cicho, przywołując w głowie siność smukłych palców, które z zimna lub z nerwów, drgały lekko, ujmując między siebie paczkę papierosów.
Zatrzymał się, wciąż z ręką na drzwiach.
Chcesz wejść? Nie zapowiada się, żeby szybko miało przestać padać.
Nie powinno go to obchodzić. W mieście tak tłocznym i pulsującym od życia jak Toronto, ludzie stojący pod ścianami wieżowców byli prawie częścią krajobrazu, równie częstym obrazem przestrzeni, co odbicia neonów w kałużach i przeszkleniach budynków w centrum.
A jednak niejednoznaczność w tym chłopaku go p o r u s z a ł a.
Może chodziło o dymiącą od niepokoju aurę nieznajomego?
Towarzyszący chłopakowi nastrój bezwiednie wchodził w dialog z jego własną popracową apatią, a kontrast, który w pierwszej sekundzie zdawał się Milesa uwierać, równie szybko zaczął coś w nim budzić. Coś, czego nie potrafił zignorować.
Niech to szlag, niewymowność uczucia zastygła w trzewiach, przekuta w uprzejmy uśmiech, gdy ostatecznie oparł się plecami o szklane skrzydło, wciąż nieco wilgotne od deszczu, dając nieznajomemu jasny sygnał zaproszenia oraz przestrzeń do przejścia.
Zrobię Ci herbaty. Możesz spalić papierosa u mnie.
Ostatni z argumentów był najmniej oczywisty, ale za to najbardziej prawdopodobny w realizacji. Sam palił i zamierzał sięgnąć po papierosa już w domu, na tarasie.
Tutaj jest zakaz — dodał wyjaśniająco.
Przechylił podbródek nieco w bok, w kierunku ściany budynku, nieopodal chłopaka. Spojrzenie sięgnęło tabliczki „Nie palić”, która niemo potwierdzała to, co zdążył mu już przekazać.

nadir al khansa
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
30 y/o
For good luck!
190 cm
łyżwiarz figurowy, wieczny uciekinier
Awatar użytkownika
most days I am a museum of things I want to forget
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Wyraz twarzy matki w tym pierwszym po powrocie spotkaniu malował się boleśnie w jego pamięci, gdy tylko pozwalał na dłuższy moment opaść potwornie ciężkim powiekom. Jej zaszklone oczy i usta wykrzywione w grymasie sprawiły, iż nie istniało już miejsce na tej przeklętej ziemi, gdzie mógłby się we własnym odczuciu udać bez niepotrzebnego ranienia bliskich. W dodatku zapalniczka przy każdym kolejnym pstryknięciu płatała mu figla, nie sięgając płomieniem zawilgoconego tytoniu.
Chcesz wejść?Wkradło się między lodowate stróżki, by zatańczyć łaskoczącym ciepłem na karku Nadira. Półprzytomnym spojrzeniem powędrował w stronę barytonu wyłaniającego się na pierwszy plan miejskiej kakofonii, dostrzegając ciemne oczy utkwione właśnie w nim. Mierząc nieznajomego wzrokiem - zdecydowanie zbyt długo, by dało się to uznać za niewiążące w żaden sposób - rozkładał na czynniki pierwsze skierowane ku niemu pytanie.
Pierwsza myśl zaplątała się w ogóle jego sylwetki; stojącej w opozycji do nadirowego chaosu kryjącego się w każdym niedociągnięciu jego wyglądu. W dobranych do siebie nienachalnie eleganckich ubraniach zdawał się prosić o zadanie pytania; czemu miałby przekraczać granice swojego świata?
Kolejne bardziej chaotyczne przeskakiwały od jego twarzy, próbując wyszukać w niej oznak zastawianej pułapki; d l a c z e g o?
Z napinającymi się mięśniami od doświadczanego dysonansu, sam nie rozumiał, czego tak naprawdę zamierzał się doszukać w nadal wiszącej między nimi propozycji i przede wszystkim jak powinien na nią teraz normalnie zareagować, gdyż większość jego czynów zazwyczaj plasowała się poza granicami wszelkich norm.
Mężczyzna wyglądał p o r z ą d n i e, a było to najbardziej obdartą z uczuć opinią, jaką zdołał wyłowić z zalewającego go potoku sprzecznych barw. Z własną naiwnością - lub obecnym nieskrywanym zbyt dobrze życiowym umęczeniem - potrafił uwierzyć intuicji, iż w planach mężczyzny nie leżało zamordowanie go tuż po przekroczeniu progu apartamentu. Bądź chwilę potem, by nie splamić zbyt mocno krwią parkietu, a wyłącznie przyozdobić nią łazienkowe płytki.
- Nie zapowiada się... - Odezwał się w końcu, swoim głosem tworząc echo jego słów i mimowolnie śledząc tym samym potwierdzenie tego unoszące się wysoko na niebie w postaci kłębiących się na nim ciemnych chmur. Myśli Nadira nie pędziły tak daleko w przyszłość, a tym bardziej nie w poszukiwaniu rozwiązania niedogodnej sytuacji. Mimo wszystko to nie ona więziła go pod tym cholernym daszkiem, choć dla przypadkowego obserwatora nie było to wszak takie oczywiste.
Nim ponownie odnalazł drogę do spojrzenia mężczyzny, dość niezgrabnie jak posiadacza na ciała wyćwiczonego latami katorżniczych treningów podniósł się z wilgotnej płyty chodnikowej.
Żonglował w umyśle możliwymi zakończeniami tego spotkania; chodnikiem za swymi plecami, który w deszczu poprowadziłby go dalej w miejski labirynt oraz niewiadomej zaczynającej się za szklanymi drzwiami przytrzymywanymi mu przez bruneta.
O d e j d ź,
zostaw tego Bogu ducha winnego człowieka.Wpraszanie się do cudzego życia, choćby teraz z wcześniejszym zaproszeniem w przypadku Nadira nie zwiastowało nigdy niczego dobrego. Czyż egoistyczne nie byłoby wprowadzenie własnej destrukcji w tak stabilnie wyglądające życie w sięgającym nieba wieżowcu? Pośpieszał się w myślach, by grzecznie odmówić na próbę ratunku inicjatywę ugoszczenia go we własnym domu. Sięgnął wolną dłonią do czoła, by delikatnie odsunąć z niego wilgotne od deszczu czarne kosmyki, formując przy tym ostateczną odpowiedź.
Nie, dzięki... przejdę się dla zdrowia. Zamiast tego z ust Al Khansy ku jego własnemu zaskoczeniu wyrwało się coś zupełnie innego;
- Herbata brzmi dobrze - Stawiając pierwszy krok ostatecznie w kierunku nieznajomego, pchnął swój los w zupełnie inną pajęczynę utkaną z cudzych nici życia, gdy jego własna od tygodni była naciągana do niechybnego przecięcia przez dłonie Atropos. W ciągu ostatnich miesięcy (by nie skłamać, nie poszerzał w czasie dalej tych widełek) nie stał się adresatem tak odmiennej propozycji, którą nieznajomy mógłby kierować akurat do niego. Herbatę?
- Och - Och? Mimowolnie kąciki ust Al Khansy drgnęły ku górze, wyginając usta w coś bliskiemu delikatnemu uśmiechowi. Nie pomyślałby, że ktoś naprawdę przejmował się w takim stopniu zakazami umieszczanymi przy gwarnych ulicach Toronto. Wychowany w dość biednej dzielnicy wyciągnął też odmienne nawyki, które najwyraźniej nieumyślnie przekształcały postrzeganie takich zdarzeń.
Na sekundę zawahania zatrzymał się tuż przed nim, starając się nie przyglądać mu zbyt wnikliwie i tylko wyłapać fakt, że był niewątpliwie starszy. Czy na górze wpaść mieli na jego żonę oburzoną nieproszonym gościem przybłędą? Porzucił prędko malowanie takiej wizji, będąc zbyt zmęczonym na zamartwianie się uwikłaniem w kolejną niewygodną sytuację.
- Często urządzasz u siebie palarnie? - Rzucił lekko przez ramię do mężczyzny, zatrzymując się już w błyszczącym czystością holu. Po skórze Nadira przebiegło znajome uczucie wstydu, gdy zdał sobie sprawę, jak mocno odcina się od otaczającej go scenerii, mokrymi śladami własnego obuwia znacząc kolejne metry posadzki.

Miles Howard
ODPOWIEDZ

Wróć do „#18”