nurse my soul into care
Latami nie pozwalała dojrzeć własnym dzieciom kropel lśniących od słońca w drobnych zmarszczkach zaczynających się w kąciakach jej oczu. Dusiła w sobie trudy młodego rodzicielstwa zrzucone na jej barki tuż po wpadnięciu w sidła gorzkiej miłości, za którą zapłaciła zbyt wieloma bolesnymi nadziejami o spełnienie rzucanych na wiatr obietnic. Każdą niedolę grzebała głęboko w sobie z przerażającą dla syna ciszą. Nie ugięła się ani razu; na pogrzebie własnego ojca z małymi dziećmi uwieszonymi jej długiej sukni i zawodzącą matką u boku czy pochylając się nocami nad stosem nieopłaconych rachunków, kredytów oraz długów pozostawionych im przez byłego męża.
Nadir Al Khansa swego czasu płakał bardzo często.
Pozwalał łzom wyznaczać nowe trasy na opalonych policzkach, gdy nieszczęścia wbijały swe szpony w jego młodzieńcze serce. Swymi uczuciami naznaczał całą swoją przestrzeń, niekiedy dusząc się od ich nadmiaru. Był przeciwieństwem dla matczynej stabilności, miotając się dramatycznie na granicy własnego życia. Zawsze jednakże na końcu każdej z tych przeklętych emocjonalnie wędrówek czekała ona; ze spokojem prowadząc go przez kolejne dni, aż wspomnienia złamanego serca wyblakły na tyle, by stał się kimś więcej niż przekleństwem z nich ulepionym.
Stając przed drzwiami rodzinnego mieszkania tuż nad matczynym sklepikiem, poczuł, jak całe ciało sztywnieje mu od bolesnej niemocy. Zaciśnięta w pięść dłoń Nadira jakby wbijała o nie sygnał SOS, choć na ratunek było dla niego za późno o miesiące nieszczęść. Słyszał niewyraźne kobiece nawoływanie wraz z krokami stawianymi w pośpiechu, a gdy klamka powoli przechyliła się ku dołowi, rozszczelniając tym samym drzwi, dobiegła jeszcze jego uszu dobrze znana melodia utworu Umm Kulsum. Kiedy pojawiła się przed nim - w biegu, oderwana od codziennych obowiązków - dostrzegł najpierw pojedyncze siwo-czarne kosmyki wypadające spod na prędko nasuniętego na głowę jedwabistego hidżabu. Następnie ich spojrzenia odnalazły drogę ku sobie, splatając się w mieszance intensywnych uczuć niepokoju i niedowierzania.
Nadir! Melodyjny głos zacisnął się niczym pętla na szyi łyżwiarza, gdy przy tym kobieta silnymi szarpnięciami wciągnęła go do przedpokoju. Potem czuł już jedynie u d e r z e n i a.
Pierwsze; jak mogłeś, يا ابني?
Drugie; nikt nic nie wiedział... -
Trzecie; na Allaha, myślałam, że nie żyjesz, Nadirze!
Czwarte, piąte, szóste, siódme... zostawiające na jego duszy kolejne pęknięcie, gdy w obcej dla niej histerii przeklinała pierworodnego syna. I choćby pragnął w akcie pocieszenia objąć ją ramionami, by zamknąć jej drobne ciało w silnym uścisku, to wszystko w nim odmawiało posłuszeństwa. Siłą zaprowadziła go na kanapę, samej niczym huragan przenosząc się z jednego końca salonu do drugiego. Wodził za nią otumanionym spojrzeniem, już wcale nie skupiając się na wypowiadanym przez nią potoku słów. Oprzytomniał na moment, gdy wcisnęła mu w dłoń słoiczki z jego lekami; pamiętałeś, by je brać... pamiętałeś, prawda? Dla spokoju jej ducha skłamał, powoli potwierdzając jej kiwnięciem głową. Następnie z rosnącym do siebie obrzydzeniem, podniósł się z miejsca, całując ją w czoło przepraszająco, gdyż bez słowa ruszył ku wyjściu. Gdzie idziesz, Nadir? Nadir, Nadir! Goniło za nim korytarzem, lecz każdy kolejny krok pozwalał mu, choć na chwilę złapać oddech.
Zaraz,
Kanadyjski łyżwiarz z olimpijskim srebrem...
Momentalnie odwrócił wzrok, czując przypływ mdłości na samo wspomnienie tamtego dnia. Nie zdołał jednakże uciec daleko od widma swojej przeszłości, gdyż ulewa sprawnie starała się dotrzeć do każdego skrawka jego ciała. W efekcie czego zrezygnowany opadł pod ścianą jednego ze szklanych drapaczy chmur, chowając się pod niewielkim daszkiem dającym złudną ochronę przed deszczem. Gdy sięgał drżącymi dłońmi po -