I może to jednak wcale nie było najlepsze co on z niej wyciągnął, bo jednak to było łamanie prawa, ale też przekraczanie swoich granic, wychodzenie ze strefy komfortu, szaleństwo, które przecież też było potrzebne. Do tego szybszego bicia serc, do tego, żeby oboje mogli powiedzieć, że właśnie wtedy czują, że żyją.
Razem.
Bo osobno zawsze im trochę brakowało. A przynajmniej jemu.
A z nią to już chyba nic. I owszem, jeszcze przed Meksykiem to pewnie by się o to pokłócili, każde starałoby się przeforsować swoje racje, bo przecież oni byli... kurewsko uparci, oboje. Ale właśnie na tym wyjeździe nauczyli się czegoś ważnego. Żeby słuchać tego drugiego, wziąć też pod uwagę jego racje, a przede wszystkim uczucia. I może jeszcze im to nie wychodziło super świetnie, ale kurwa to i tak był ogromny postęp. Wielka zmiana, która zaszła w każdym z nich, a przede wszystkim to w tym, co tworzyli razem, bo ich dzika miłość, która wykiełkowała gdzieś tam na tej równie dzikiej kolumbijskiej ziemi, przecież teraz już rozkwitła w najpiękniejszy możliwy sposób. Wciąż dziki, ale też na swój sposób dojrzały. Taki, gdzie oni ponad wszystko stawiali siebie.
Po prostu bądź, i chociaż wywrócił na te słowa oczami, zaczepnie, to mocniej zacisnął palce na jej dłoni.
- Siempre - bo on już zawsze chciał być z nią, co jej zresztą powiedział, wtedy na tym brudnym zapleczu klubu, że jej nie zostawi, co by się nie działo. I chociaż ona później w niego wątpiła, on w nią też... To to się nie zmieniło. I to, że ją kochał też nie.
A kiedy ona mu odpowiedziała to samo, to od razu się uśmiechnął, miał jej coś powiedzieć, nabrał powietrze w płuca, pewnie coś głupiego...
Ale nie zdążył, bo ona już tą dziką miłość przekazywała mu w pocałunku, agresywnym, intensywnym, słodkim, łączącym ich języki w ognistym tańcu. Przesunął dłońmi po jej plecach po biodrach, a kiedy nakierowała je na pośladki mocniej zacisnął palce. Hacząc nimi o materiał sukienki, kiedy opierał je pewniej, żeby ją podnieść, przycisnąć do siebie jeszcze bardziej. Jeszcze bliżej.
Smakowała obłędnie, a jej gorące ciało, które czuł na sobie, sprawiało, że serce rwało się do niej jak szalone, dłonie błądziły po jej pośladkach, i pewnie gdyby nie to, że stali w szczerym polu, a po drugiej stronie drogi czekała na nich cała ekipa, to by jej nie puścił.
Chociaż on sam złapał łapczywie w płuca powietrze, kiedy się odsunęła, a potem tak samo gwałtownie szarpnął się do niej, aż te jego medaliki wbijały im się w skórę. Chciał jej zamknąć usta kolejnym pocałunkiem, ale kiedy na jego wargach ułożyła te słowa jesteś wszystkim, i jego imię. Jej usta układające się w jego imię... Musiał się odsunąć, żeby to zobaczyć, żeby odszukać jej piękne, czekoladowe spojrzenie. To jego było już ciemne, intensywne, zawieszone tym razem na jej pełnych, gorących wargach.
Słuchał jej. A kąciki jego ust automatycznie uniosły się do góry. Bo... on jeszcze nigdy nie słyszał czegoś takiego, że był lepszy niż cała czekolada świata, świata... Niż te zajebiste żelki mango, i rum z Medellin, a rum z Medellin był najlepszy. I jeszcze lepszy niż najpiękniejsza muszelka, a przecież tak dzielnie je łowiła, te muszelki...
- Lepszy niż naklejka z jaguarem? - musiał zapytać, bo przecież sam jej opowiadał w samolocie, że on całe dzieciństwo szukał tej naklejki z jaguarem. A potem ją znalazł. Z nią.
Może nie był to szczyt romantyzmu, ale... u nich to właśnie chyba był szczyt, te słowa płynące prosto z serca.
Bo on wiedział, że ona mu to powiedziała prosto z serca, którego szybkie uderzenia wciąż czuł na swojej piersi.
- Y tú... tú eres mis buñuelos - a ty... ty jesteś moim buñuelos, to dopiero był szczyt romantyzmu, jakby nazwał ją swoim pączuszkiem. Ale przecież on tak nawijał o tych buñuelos, cały czas, więc w jego słowniku to musiało być muy importante? Lo más importante.
Najważniejsza.
I kiedy znowu na języku czuł jej smak, a pod palcami gładką fakturę skóry, kiedy czuł ten znajomy zapach jej perfum, tak mu bliski, jak żaden inny, to wiedział, że ona też była jego całym światem, albo jego buñuelos.
Nie chciał jej puszczać, wiec kiedy się szarpnęła w dół, to on w pierwszej chwili jeszcze ją podrzucił, poprawił, znowu przycisnął do siebie.
- Możesz mi się oświadczać codziennie - jeszcze się do niej szarpnął, żeby musnąć wargami jej pełne, gorące usta, ale już ją postawił. Już odsunął się, żeby praktycznie czarne już oczy, zawiesić na jej twarzy. Otoczył ją ramieniem, kiedy się zachwiała. I chociaż wierzył, że to te emocje, które oni sobie przekazywali w tych dzikich pocałunkach, we wszystkich słowach i wyznaniach, to oczywiście, że z tyłu głowy była jakaś myśl, jakiś dziwny niepokój. Chociaż nie dał nic po sobie poznać.
- Zdziwiłbym się jakbyś chciała... Wtedy bym cię tam osobiście zawiózł - musiał to powiedzieć, uśmiechnąć się do niej, jakoś pokrzepiająco. Ale oni byli uczuleni na te szpitale. Oboje ich nienawidzili, unikali. Aż dziwne, biorąc pod uwagę fakt, jak często tam bywali.
- A ja pojadę z tobą, dawno nie jadłem tych ohydnych galaretek - rzucił i jeszcze schylił się do niej, żeby musnąć wargami jej policzek, a potem zaczepić zębami za ucho. Ale zaraz już chciał ją poprowadzić przez drogę, chciał...
Bo się okazało, że chorzy mają specjalne względy i podwózkę na baranie. Na barana właściwie. Ale ten baran do Madoxa też dzisiaj pasował, bo kto normalny daje kluczyki jakiemuś dzieciakowi. Poprawił ją sobie na plecach, trzymając mocno. A już po chwili rozejrzał się, kiedy przechodził przez drogę, też postęp, i ruszył do karetki.
- Mam pacjentkę... - rzucił, chociaż coś tam mu już zaczęli nawijać, że to nie zabawa, że pogotowie, że...
- Oświadczyła mi się tam w tym polu... to chyba z tych emocji, kiedy człowiek myśli, że prawie umarł i całe życie staje przed oczami, to czasem po prostu robi się głupie rzeczy... - pokręcił głową, może nawet dalej by nawijał, ale już jakaś lekarka z pogotowia popatrzyła na niego z politowaniem i pokręciła głową, a zaraz już sadzali Pilar na leżance, żeby sprawdzić co z nią. Oczywiście pytali też o to jak się czuje, to znaczy czy nie jest w szoku. Skoro robił te szalone rzeczy. Tylko że... oni cały czas je robili.
tú eres mis buñuelos ୧ ‧₊˚