przekleństwa, narkotyki i... tarot
Może i impulsem do tej przeprowadzki był Dalton, ale Madox i tak wtedy zaproponował jej to, bo tego chciał. Przecież jak on się przygotowywał na jej przeprowadzkę, zrobił zakupy, pościel zmienił i wyjebał pół swojej szafy w worki, które wyniósł do klubu, żeby jej zrobić miejsce. Nigdy czegoś takiego nie robił. A dla niej zrobił. Zdecydował się i to nie dlatego, że nie chciał, żeby wracała do tego mieszkania, gdzie wchodził wcześniej Dalton. Chociaż tego też nie chciał. Ale najbardziej to
chciał po prostu, żeby po pracy wracała do niego. Żeby już nie musieli spotykać się potajemnie w klubie, albo u niej. Widywać, albo nie widywać, zależy czy mieli szczęście. Teraz przynajmniej mogli złapać te kilka godzin rano, albo wieczorem.
Złapać się.
I teraz też na tej dzikiej, kolorowej plaży trzymali się w ramionach, kiedy ona mu mówiła dlaczego wygląda jak
Bóg.
Proste, uśmiechnął się na to stwierdzenie, bo skoro tak powiedziała... Tak musiało być. Ciemne tęczówki zawiesił na jej pięknych, dużych oczach, dzisiaj nie wpadały w ten obłędny brąz, dzisiaj były tak kolorowe, tak błyszczące, że ciężko było oderwać od nich spojrzenie.
Ich ciała poruszały się już w jednym rytmie, ocierając o siebie w ten
kurewsko przyjemny sposób, skóra o skórę, szorstkie ubrania o jej delikatne, pomalowane ciało, miękki materiał sukienki o jego brzuch. Czuł to wszystko, każde muśnięcie.
-
Diablo-bóg - mruknął w jej pełne, gorące wargi, które zaraz musnął zaczepnie, na których mogła poczuć jak się uśmiechnął. Przesunął palcami po jej udach, marszcząc materiał sukienki, opierając je na pomalowanej, gorącej skórze. Powoli, miękko, a jednak tak, żeby to czuła, on też czuł pod opuszkami nierówną fakturę farby, jakąś taką inną. Ale
ciekawą.
Pilar zawsze była dla niego
ciekawa, inna niż wszystkie kobiety, które znał. Których nigdy nie uczył się na pamięć, bo przecież... zaraz zapominał. Zaraz szukał innych doznań, czegoś nowego. A z nią... za każdym razem to dostawał,
inne, nowe,
intensywniejsze doznania. Jakby naprawdę odkrywała przed nim ten
cały kosmos, o którym zaraz jej opowiadał, który widział w jej oczach, w jej ustach. I w sercu, które waliło równo z tym jego, tuż obok tego jego. Lew obok węża... i zielonego węża też.
Uśmiechnął się znowu, kiedy porównała go do
wszystkich żywiołów, złapał jej spojrzenie, ale zaraz już pochylał się do jej ucha, które szczypnął zębami -
jak ogień - powtórzył po niej, a zaraz mokrym językiem przesunął po rozgrzanej skórze za jej uchem -
jak woda... - ciepły oddech osadził na jej karku -
i jak powietrze - zacisnął palce na jej pośladkach, przyciągając ją do siebie jeszcze mocniej i nawet chciał coś powiedzieć o tej ziemi, tylko Pilar urwała. Madox też i zaraz oboje patrzyli na tą postać, która ich szarpała.
-
A co to... - zaczął Noriega, bo myślał, że to jakiś dzieciak, ale kto przychodzi z dziećmi na taką imprezę, gdzie prochy i alkohol były wszędzie?
Zaraz jednak uświadomił sobie, że to nie dziecko, tylko karlica. Troszkę się cofnął mocniej wtulając w Pilar, i to nie tak, że Madox miał cos do karłów, one go odrobinę... peszyły? Jakiś dziwny dyskomfort w nim powodowały, chociaż dzisiaj po tych pigułach, no i przede wszystkim kiedy miał przy sobie Stewart, kiedy zaciągnął się jej bajecznym zapachem pochylając głowę nad jej ramieniem, to już spojrzał na tą
małą kobietkę normalnie.
-
Dużo namiętności... - powtórzył po kobiecie i wtulił policzek w szyję Pilar, bo to by się zgadzało. Chociaż ten ból też zawsze im towarzyszył, już nawet Madox chciał ją ugryźć w ramię, ale na tego tarota się cofnął i tylko ją obślinił. Ale i tak zaraz ta ślinę wytarł w swój policzek, kiedy się do niej łasił.
-
Nie wiem... - zaczął, bo przecież Madox nie wierzył w takie rzeczy i na trzeźwo, to on by zaraz powiedział, że jakiś tarocik srarocik, bzdety, ale nie był trzeźwy. A przed chwilą porównywał Pilar do całego kosmosu, złapał na moment jej błyszczące spojrzenie -
dobra - stwierdził w końcu, a pani karzełek wyciągnęła do nich rękę -
nie tutaj, chodźcie - powiedziała i całe szczęście Pilar ujęła jej małą rączkę, a Madox splótł swoje palce z tymi Stewart. Karlica poprowadziła ich na ubocze, do małego namiociku. Był wielkości... tej szafy, którą mieli w przedpokoju, może nawet mniejszy? Maleńka wróżka weszła do niego bez problemu, a zaraz Madox odchylił przed Pilar wejście i oni też się tam wcisnęli, musieli się zgarbić. Musieli stać blisko siebie, ale to przecież nie był jakiś problem, zaraz nawet dostali poduszkę, na której wróżka kazała im klapnąć. Madox na niej usiadł... całym tyłkiem, ale zaraz pociągnął Pilar do siebie na kolana. Usiedli przed tym malutkim stolikiem, na którym leżała też szklana kula. Wróżka przetasowała karty Tarota, a zaraz kazała im przełożyć, najpierw Madoxowi… bo się pierwszy do tego wyrwał, przecież on zawsze ze wszystkim był pierwszy, a później Pilar, a kiedy to zrobili położyła na stoliku przed nimi trzy karty. Były piękne... ozdobione księżycami i gwiazdami, galaktykami. Kobieta postukała w pierwszą, tą z tyłu, najbliżej niej, małym paluszkiem.
-
Przeszłość... - zaczęła i odsłoniła kartę -
kochankowie - podniosła na nich spojrzenie, a Madox mocniej ścisnął Pilar -
ale co... - już pytał, że co to znaczy. Ale karlica podniosła rękę i kazała mu milczeć -
ja mówię, ty słuchasz - pokręciła głową urażona, a Madox aż schował się za Pilar, bo ta jej mina była taka... śmieszna. Może przez tą jej
dużą, śmieszną głowę? Kontynuowała, podsuwając kartę w ich kierunku, żeby mogli się jej przyjrzeć, parze kochanków, splecionych w chwili uniesienia.
-
Chemia, wybór i przyciąganie... To bardzo mocna karta na start, oznacza, że już wcześniej was do siebie ciągnęło, to nie był przypadek... To nie było coś, na co można przymknąć oko, zbyt silne, żeby to ignorować, zbyt ogniste, żeby kontrolować - przesunęła palcami nad kartą -
kochankowie to też dylematy, coś co nie jest proste, a może nie ma prawa bytu? Trudne decyzje, które zostały podjęte - skończyła, ale jej słowa jakby wybrzmiewały jeszcze przez chwilę w namiocie, albo może Madox układał je w głowie? Bo przecież... to wszystko się tak z nimi zgadzało. Bo zawsze ich trochę do siebie ciągnęło. A później w Medellin, to już po prostu... wymknęło się spod kontroli,
zbyt silne żeby to ignorować i zbyt ogniste, żeby kontrolować. Wypuścił powietrze z płuc prosto w szyję Pilar, bo z tymi dylematami też przecież walczyli, z tym, że to
nie miało prawa bytu, kret i policjantka. To nigdy nie było proste, a jednak, w końcu przecież podjęli tą decyzje. W końcu... kurwa... Chyba postawili na tych kochanków?
Podniósł spojrzenie na wróżkę, jakaś... czarownica?
Ułożyła palce na tej karcie po środku.
-
Teraźniejszość - oznajmiła najpierw, a zaraz ją odsłoniła, spojrzała na nich kostucha w pełnej krasie -
Śmierć - i chociaż Madox w takie rzeczy normalnie nie wierzył, to jakoś tak nim wzdrygnęło, co Pilar mogła poczuć na sobie. Ale karlica też chyba to zauważyła -
to nie jest zła karta... - zaczęła, a Noriega wypuścił powietrze z płuc z ulgą, bo jednak... W ich przypadku to oni już przecież nie raz czuli dotyk śmierci, jej oddech na plecach -
to koniec czegoś, zmiana, transformacja. Coś się kończy, ale po to, żeby zmienić formę, to koniec zabawy, bo teraz zaczyna się coś... prawdziwego - podniosła na nich jasne ślepia, a Madox jakoś tak odruchowo sięgnął do ręki Pilar, gdzie miała ten pierścionek, który jej założył, który był przypieczętowaniem... zmiany. Czegoś tak kurewsko prawdziwego, że chyba bardziej się nie dało.
-
Może... zaręczyny? - zapytał, a wróżka pokiwała głową -
mogą być, bo już nie ma powrotu do tego co było, teraz albo wchodzicie w to głębiej, albo... to się rozpada - Madox znowu się jakoś obruszył, bo prawda jest taka, że... on zawsze parł na przód, nie cofał się, nie oglądał za siebie, brał to co dawał los.
Wszystko albo nic.
I te ich zaręczyny chyba były takim wyznacznikiem, czymś co określało ich już... na zawsze? A na pewno czymś, co nadawało tej ich relacji zdecydowanie bardziej poważny wydźwięk, prawdziwy.
Koniec zabawy.
-
To jakaś czarownica... - szepnął do ucha Pilar, tak żeby wróżka go nie słyszała. Przesunęła kartę ze śmiercią w ich kierunku, żeby mogli na nią spojrzeć. Kostucha była straszna, ale pod nogami miała łąkę usłaną kwiatami, a na kościstej dłoni jakiegoś ptaszka.
De los amantes, pasando por la muerte, hasta la justicia ༉‧₊˚
❀༉‧₊˚.