Uzupełniali się idealnie.
Dopełniali się w taki sposób, że to czasem wydawało się niemożliwe. I teraz też Madox się nawet nie zawahał, nawet nie zastanowił, tylko działał instynktownie, tak jak czuł, odzywając się do niej spokojnie, dotykając ją, miękko, ale wciąż blisko. Zawsze chciał być blisko niej.
Przysunął się jeszcze, nie gwałtownie, odruchowo, naturalnie, uśmiechnął się delikatnie, kiedy powiedziała, że czuje, a na jej kolejne słowa nawet uniósł zaczepnie jedną brew.
- Zajebiście, zawsze chciałem wypierdolić w kosmos - znowu przytulał sobie do policzka jej dłoń, ciemne tęczówki zawiesił na jej błyszczących oczach - a z tobą, to już w ogóle brzmi fajnie - znowu się uśmiechnął. Wszystko mu z nią brzmiało zdecydowanie lepiej. Nawet jeśli panikowała, to co z tego, Madox nawet przez sekundę nie pomyślał, że jemu też to zepsuje humor, czy, że coś tutaj było nie na miejscu. Wszystko było jak najbardziej tak, bo on ją brał i kochał ze wszystkim. Z tym jak była silna i pokazywała wszystkim gdzie jest ich miejsce, Pablo Gonzalesowi na przykład, rozpierdalając go w strzelaniu, ale też w tymi lękami, które chowała gdzieś głęboko, nawet przed nim czasem. I tak jak wtedy, na zapleczu klubu jej powiedział, że co by się nie działo, nieważne jak ona by sobie radziła z problemami, to on będzie obok, tak, teraz jej to powtórzył. Siempre obok niej.
A zaraz jakby na potwierdzenie przytulił ją do siebie, pozwolił jej się wsłuchać w rytm jego serca, w oddech, w to jak krew krążyła w żyłach, a potem w muzykę z łodzi, inną niż ta pod sceną. A kiedy Pilar zaczęła się delikatnie poruszać w jej rytmie, to przesunął palcami miękko po jej plecach, idealnie się zgrywali, do rytmu, do siebie nawzajem. Chociaż kiedy powiedziała, że to diablo-bóg brzmi okropnie, to parsknął gdzieś w jej kark, przytulił się jeszcze do niego, a zaraz odsunął się żeby spojrzeć w jej oczy.
- Czemu? Brzmi świetnie, to co dobre z boga i to co... złe z diabła, tutaj - wskazał na siebie palcem, ale zaraz już znowu sunął nimi gdzieś po jej plecach, gdzieś po suwaku sukienki i po nagiej, pomalowanej skórze - a jaka jest lepsza? - zapytał zaraz - jaguar? - pokazał jej czubek języka - jakbym miał taką na mieście, pasowałaby do... - już jej miał nawijać, że do tej jego renomy dzikusa i kobieciarza by pasowała. Tylko czy Madox wciąż miał taką renomę? Chyba nie.
Zresztą zaraz już w przypływie chwili wyznawał jej miłość, najprawdziwszą, taką zarezerwowaną tylko dla niej, a ona od razu odpowiedziała. Teraz te ich słowa wychodziły z nich tak naturalnie, jakby... chyba po prostu nie dało się inaczej. Bo tak już było, że oni się kochali. Madox znowu się do niej przysunął i już nawet otworzył usta, żeby jej coś powiedzieć, ale kiedy odezwała się po hiszpańsku, to się zamknął, to jej słuchał. I znowu złapał powietrze w płuca i znowu miał jej coś nawijać, pewnie coś głupiego, jak to Madox w takich chwilach, ale całe szczęście Pilar zamknęła mu buzię w pocałunku. Innym, najpierw wolno-słodkim, a potem coraz bardziej głębokim, nie szybkim i gwałtowny, jak zawsze, takim, w którym czuli każde muśniecie warg, w którym czuli swoje języki i chyba nawet tą krew, która przepływała gdzieś pod skórą. Wszystko czuli. To jak skóra ocierała się o skórę, jak łaskotały i drapały ich ciuchy. Jak serca znowu biły jednym rytmem, jedno, obok drugiego.
A kiedy w końcu oderwali się od siebie, kiedy Madox znowu zaciągnął się powietrzem wymieszanym z obłędnym zapachem jej perfum, jej ciała, to aż westchnął.
- Nikt nie całuje, tak jak ty - wyznał jej, tylko ona zaraz też to zrobiła... I to jej zwierzenie było... - bezpieczną przystanią? - powtórzył po niej i chyba chwilę układał te słowa w głowie, trawił je. Bo on ją przecież tak często narażał, i... on chyba nie umiał być dla kogoś bezpieczną przystanią, w ogóle przystanią, bo on przecież wiecznie gdzieś gnał, pakował się w kłopoty, nie myślał o innych.
Nie.
Z nią przecież potrafił się zatrzymać. Myślał o niej, stawiał ją często na pierwszym miejscu. Może nawet kiedyś się przy niej nauczy nie pakować w kłopoty? Może...
- To brzmi... - zastanowił się przez moment - nigdy czegoś takiego nie słyszałem, i to jest zajebiste - szarpnął się do niej, kiedy opadła plecami na drzewo, trochę może niebezpiecznie, bo mogła poczuć nierówną korę na plecach, ale... nigdy im to nie przeszkadzało - bardzo gorącą - przyparł ją mocniej do drzewa, wciąż biło od nich to ciepło, a teraz jeszcze jakieś takie bardziej ogniste, kiedy patrzyli sobie znowu tak intensywnie w oczy, ciemne, błyszczące - zajebista przystań, podoba mi się - jeszcze musnął zaczepnie jej wargi, a zaraz usiadł sobie na ziemi między jej nogami, wtulając policzek w jej rozgrzane udo, sunął palcami po jej łydkach, spojrzenie zawiesił gdzieś na tym oceanie przed nimi, na tańczących na jego powierzchni światłach. Chciał jej coś jeszcze powiedzieć, ale kiedy to ona zaczęła mówić o matce, to odchylił do tyłu głowę, oparł ją na jej udzie, żeby na nią spojrzeć z dołu.
- To jest... - zaczął i aż zmarszczył brwi łapiąc do góry nogami jej spojrzenie - ja ci pomogę - może to brzmiało trochę, jak słowa, które rzuca się po prostu po to, żeby kogoś pokrzepić, ale Madox nigdy nie rzucał słów na wiatr, nie gadał sobie bo tak. Patrzył na nią z dołu i nawet zmarszczył brwi, ale dziwnie mu się tak łapało jej spojrzenie, więc zaraz się wyprostował, zaraz już znowu się do niej odwracał, żeby czarne oczy zawiesić na tych jej, w których odbijały się miliony światełek.
- My też byliśmy skazani na porażkę, a zobacz... Na razie dajemy radę - najpierw chciał się do niej przysunąć, ale zaraz ją szarpnął i posadził na sobie - więc nigdy nie mów nigdy Pilar - szarpnął się do niej bliżej, ale zamiast zamknąć znowu jej usta w pocałunku, to ułożył na jej wargach kolejne słowa - więc może... jeszcze daj temu szansę? - tak jak... jemu dała. Kiedy mieli się unikać po Medellin, udawać, że się nie znają, a on... przyszedł do niej z choinką. Pilar była policjantką i wiadomo, że wiedziała jak się szuka ludzi, miała swoje sposoby, ale Madox miał swoje, trochę może inne niż te jej. Mógł też ich spróbować, chciał.
Nawet chciał jej jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy tuż przy oceanie wybrzmiał huk, a zaraz niebo rozbłysło się fajerwerkami. Były piękne, odbijały się od wody, a Madox zaraz odwrócił do nich Pilar, tym razem ją sadzając sobie na kolanach, opierając jej plecy o swoją klatę, objął ją w pasie, policzek przytulił do jej szyi. Jeszcze chciał jej powiedzieć, że przecież on też się nie spodziewał, że po dziesięciu latach jeszcze spotka swoją matkę, a tu proszę... I jeszcze nawet miał siostrę, kto by się spodziewał? Tylko, że huk, który odbijał się od tej otwartej przestrzeni zagłuszał wszystko. Sprawiał, że w głowie wybrzmiewały tylko te miliony rozbłysków na czarnym niebie. Nic innego.
Pilar Noriega Wifeyy