— Wchodzimy — zadecydował Blaze. Poprawił hełm i ruszył przodem, jedynie upewniając się przez ramię, czy reszta nadąża.
Dym był wszędzie. Gęsty i duszący. Wdzierał się do płuc przy każdym oddechu, nawet przez maskę. Teddy czuła, jak pot spływa jej po plecach pod ciężkim mundurem, a materiał przykleja się do skóry. Nie było czasu, żeby się na tym skupiać.
Widoczność - tak, jak zakładali - okazała się fatalna. Latarka wycinała z dymu tylko fragmenty rzeczywistości. Przewrócone regały, rozlane po podłodze substancje i nadpalone kartony. Każdy krok wymagał ostrożności, bo podłoże było nierówne i miejscami zapadnięte. Podzielili się na dwie grupy. Jett poszedł z Darnellem i Erikiem, a Teddy została z Blazem.
— Sektor A sprawdzony — odezwał się przytłumiony przez maskę głos Donovana.
Teddy przesunęła się dalej, orientacyjnie dotykając ściany. Metal był gorący i parzył przez rękawicę. Ogień musiał być tu już od dłuższego czasu.
— Uważaj na belki — odezwał się Young, który szedł z jej prawej strony. Posłusznie podniosła nogi, przeskakując przez rozwaloną konstrukcje. Blaze został z tyłu.
Zatrzymała się przy przejściu między dwoma sektorami, dostrzegając wąskie, częściowo zawalone wejście. Przez szczelinę widać było dalszą część magazynu - jeszcze ciemniejszą i jeszcze bardziej zniszczoną.
Darling przez moment tylko nasłuchiwała. Trzask. Chyba gdzieś daleko? Metal pracujący pod temperaturą. I coś spadającego w oddali. Instynkt podpowiadał jej, żeby się wycofać. Procedury były jasne. Budynek był niestabilny. Ale jednocześnie wiedziała, że jeśli są tam ludzie, musieli ich wyciągnąć.
— Idę dalej — powiedziała do radia, zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać.
— Teds, musimy się wycofać — odezwał się w słuchawce głos Jetta. — To zaczyna wyglądać źle.
Zatrzymała się na moment. Tylko na sekundę.
— Daj mi chwilę — odpowiedziała krótko. Nie czekała na zgodę. Coś zmuszało ją do działania i do bycia o krok przed wszystkim, co mogło pójść nie tak.
Przeszła przez przejście bokiem, unikając wystających elementów. W środku było jeszcze gorzej. Światło latarki co kilka kroków traciło zasięg. Teddy co chwilę musiała zmieniać kąt, żeby w ogóle widzieć, gdzie stawia nogi.
— Sektor B, brak widoczności, kontynuuję przeszukanie — zgłosiła i ruszyła naprzód, zatrzymując się dopiero przy przewróconej strukturze, która blokowała część przejścia. Dotknęła jej ostrożnie. Stabilna, ale nagrzana. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu obejścia.
I wtedy usłyszała nie jeden dźwięk, tylko całą sekwencję. Zastygła w bezruchu i spojrzała w górę.
— Wycofuj się — głos Younga nie znosił sprzeciwu. — Teraz.
Ale to teraz przyszło za późno.
Strop magazynu zaczął usuwać się w sposób, którego nie dało się już zatrzymać. Najpierw minimalne przesunięcia, potem gwałtowne odkształcenia, aż w końcu wszystko zaczęło się zapadać warstwa po warstwie. Nie było czasu na reakcję, tylko na odruch. Cofnęła się gwałtownie, próbując zejść z linii uderzenia, ale podłoga była zawalona. Straciła równowagę dokładnie w najgorszym możliwym momencie.
Uderzenie przyszło brutalnie. Coś ciężkiego spadło na jej bark i plecy, wciskając ją w metalową konstrukcję. Zapanowała cisza, przerywana tylko trzaskiem ognia i opadającym pyłem. A Teddy nie była w stanie zrobić nic poza próbą złapania oddechu, który nie chciał wrócić. Powietrze uciekło jej z płuc tak nagle, że przez chwilę była kompletnie odcięta od wszystkiego. Nie mogła oddychać. Leżała nieruchomo, próbując zmusić ciało do choćby jednego, płytkiego wdechu. W głowie zaczęło dudnić.
— Darling!
Głos przebił się do niej z opóźnieniem. Mrugnęła, próbując się skupić. Widziała tylko zarys zawalonego sufitu, drobiny kurzu unoszące się w powietrzu, a potem światło, które nagle stało się ostrzejsze. Ktoś ściągnął z niej metalowy fragment sufitu.
Z jej ust wyrwał się krótki, świszczący oddech
— Mamy ją! — to był Blaze. Rozpoznała go od razu, mimo szumu w uszach. — Spokojnie, wyciągniemy cię. Tylko się nie ruszaj.
Ból w klatce piersiowej pulsował w rytm serca, coraz mocniej. Do tego dochodziło zmęczenie, jakby całe jej ciało w jednej chwili zdecydowało, że ma dość.
— Teddy, patrz na mnie — rozchyliła powieki i dostrzegła twarz Jetta. Ale obraz zaczął się rozmazywać. — Nie zasypiaj — rzucił ostrzej. — Teddy, słyszysz mnie?
Słyszała. Ale to robiło się coraz trudniejsze. Chciała im odpowiedzieć. Powiedzieć, że jest okej. Że da radę. Że nie pierwszy raz jest w takiej sytuacji. Ale słowa nie chciały się ułożyć. Ostatnie, co zarejestrowała, to czyjeś dłonie na jej ramieniu i głos Donovana, który nagle stał się bardziej napięty niż wcześniej.
Jett stał w korytarzu szpitala od dobrych kilku minut, choć miał wrażenie, że minęła znacznie dłuższa chwila. Ręce trzymał skrzyżowane na piersi, ale co jakiś czas rozluźniał uścisk, nie mogąc znaleźć jednej, wygodnej pozycji. Blaze i chłopaki siedzieli oparci o ścianę kilka metrów dalej. Nikt nie miał ochoty na rozmowę.
Idę dalej.
Zawsze mówiła to tak, jakby miała rację. Była taka dobra i taka uparta. Czasem aż do granicy uporu, który nie miał nic wspólnego z rozsądkiem. I właśnie ten upór dziś ją tu przywiódł. Przesunął dłonią po karku, wzdychając ciężko. W międzyczasie wysłał krótkie informacje do April i Darlingów. Krótko i konkretnie. Że Teddy żyje, jest w szpitalu i przechodzi przez serię badań. Nic więcej nie dało się wtedy powiedzieć. I Jett miał wrażenie, że to nic więcej było najlepszym i najgorszym, co mógł przekazać.
Daj mi chwilę.
Prawie parsknął, ale zamiast tego tylko zacisnął szczękę. Drzwi na końcu korytarza otworzyły się. Donovan wyprostował się natychmiast, gotowy wyjść Finch naprzeciw, żeby ją zatrzymać, uspokoić, powiedzieć wszystko naraz i jednocześnie nic konkretnego, bo nie było jednej właściwej rzeczy do powiedzenia w takich momentach.
pocałowałbym cię w usta, by poczuć smak życia