34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i bełt
Właściwie... chyba nie miał tego słowa w słowniku, bo rzeczywiście Madoxowi mało kto odmawiał. A kobiety to już w ogóle zawsze łamały się pod tym jego ładnym uśmiechem. Ale do Luny nawet przez moment się nie uśmiechnął, zmarszczył tylko brwi.
- Jezu, ja pierdole, nie mów na nasze dziecko chrzestne bachor - trochę się obruszył, no bo może nie chciał być wcale tym ojcem chrzestnym, ale już skoro miał być, to przecież nie pozwoli swojego dzieciaka tak nazywać. Pobujał dzieciątko jeszcze trochę na rękach i nawet coś zanucił, jakąś latynoską kołysankę. Madox nie lubił dzieci, ale miał do nich podejście, co by nie mówić, i to dziecko sobie u niego na rękach po prostu spało.
Na kolejne słowa Luny uśmiechnął się delikatnie i zaraz puścił jej zaczepnie oczko - nie ty pierwsza - bo prawda jest taka, że Noriega lubił młodsze laski i często wybierał takie... sporo od niego młodsze. Wywrócił oczami na to jej fuu, on akurat nic z tego nie pamiętał, chociaż...
Coś mu tam świtało w głowie, jakieś Daddy zrób to dla mnie, ale co on dla niej zrobił?
Chyba był porobiony bardziej niż mu się wydawało.
A w tym kościele to był spięty, chociaż jak oddał dziecko, to już trochę mniej, ale zaraz zaczął się spowiadać, nawijać księdzu od czapy, aż nie dostał jakiegoś lipnego odpuszczenia grzechów na ten jeden raz. Więc kiedy Luna go zapytała, czy pamięta, że musi się rozgrzeszyć, to uniósł jedną brew i się przeżegnał.
- Już - no przecież on nawet jednej tej zdrowej Maryśki by nie zmówił, bo nie pamiętał jak to leciało.
Nikt normalny nie brałby go na ojca chrzestnego, ale tu chyba nie było wcale normalnych ludzi.
Bo zaraz ta blondynka zaczęła nawijać, że dziecko nazwą Maddoxie na jego cześć, jak jakiś pokemon, albo prostytutka. Okropnie, ale chyba nie powinien tego mówić na głos, więc tylko zerknął na Lunę. Ale jak blondynka powiedziała o tym, że... on to dziecko wyjął z matki, to aż nim szarpnęło w jakimś odruchu wymiotnym. Nie, on chyba tego nie wytrzyma...
Tylko zaraz mu znowu wciskali dziecko, a Madox je zaczął bujać, bo ono tak chyba lubiło i wtedy było spokojniutkie, jak mu się przytulało do klaty, do tej czarnej, satynowej koszuli, a on bujał je lekko ramieniem.
W kościele było jeszcze gorzej, Madox to już był blady, fioletowy, a teraz jeszcze zielony, jak rudowłosa zaczęła mu opowiadać o tej pochwie, z której on wyjął dziecko. Zemdliło go, tak go kurwa zemdliło, że w pewnym momencie musiał dzieciątko oddać Lunie, a sam podszedł do jakiegoś wazonu przy ołtarzu i do niego narzygał.
Przeżegnał się przepraszając za to Boga, no ale nie mógł wytrzymać. Ale to było Vegas, więc goście się za bardzo nie przejęli, tylko jakiś podkościelny wyniósł ten wazon i chrzest jednak się potoczył dalej.
A kiedy wyszli z kościoła, to Madox się zrobił znowu czerwony i odpinał koszulę, bo mu się zrobiło gorąco teraz.
- Ja pierdole... - zaczął i chyba chciał Lunie nawijać, że on to spada, bo już nie wytrzyma tego gadania o tym, jak on ten poród odbierał, ale ona wtedy mówi to, że ma hasz - dawaj - Madox wypalił od razu - jak go chcesz zjarać? - i się do niej przysuwa. A miał przecież poszukać Diego i spadać...
Ale hasz, w Las Vegas... kto by go sobie odmówił?
Złapał ją za łokieć i pociągnął gdzieś na bok, skitrali się za kościołem, kucnęli i pewnie złapali po lufce? No chyba, że Luna kręciła z niego blanty czy coś. Madox w zasadzie w każdej formie by go przyjął, byle tylko odrobinę się znieczulić.

˚˖𓍢ִ໋ 🦇 ✧˚.🔮
27 y/o
For good luck!
170 cm
wywróży Ci życie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

「 ✦ Dad ✦ 」

Nie mogła powstrzymać się od strzelenia oczyma. Jak tak dalej pójdzie, to przez Madoxa nabawi się zeza. Bachor. To słowo idealnie pasowało do zawiniątka, które teraz spokojnie odpoczywało. Jej nawet to nie dziwiło. Nie lubiła dzieci. Oj, obawiała się ich. Sama jeszcze niedawno była maleństwem, poszukującym bezpieczeństwa. Rodzice nigdy jej tego i nie dali. Szczerze? Obawiałaby się tego samego dla własnego dziecka. Zwyczajnie nie chciałaby móc tego robić, wolałaby odpocząć, odpłynąć w stresie i dać sobie dużo większy luz. Bycie wróżką jej to umożliwiało. Żyła we własnej bańce informacyjnej. Chociaż to...daddy spowodowało u niej wręcz nieprzyjemne dreszcze, które przeszły po całym jej ciele. Wręcz odruchy wymiotne się u niej pojawiły. Może dobrze, że byli w kościele. Szybko duch święty postanowił zadziałać i usunąć obraz całej sytuacji z jej głowy.
Nie powinno trwać to dłużej? 一 dopytała, unosząc do góry jedną brew. Madox wyglądał na grzesznika. Jedno przeżegnanie się rękoma na pewno nie było wystarczające. Co będzie się wtrącała? Sama nawet się nie wyspowiadała, a miała wiele na sumieniu. Przynajmniej msza święta szybko się zakończyła i tkwili teraz gdzieś na uboczu, kiedy wszyscy składali wielkie gratulacje dla Maddoxie.
Lufkę mam 一 zaraz wyjęła ją z torebki, razem z haszem. Sama jeszcze czegoś poszukiwała w torebce i... znalazła. Swój amulet. Rak. Nienawidziła nazwy własnego znaku zodiaku. Tyle że był on całkiem dobry. Idealnie ją określał jako osobę. Zawiesiła go sobie na szyi, by przykrył srebrny wylew z czyjegoś sutka. Jako wróżka musiała się przecież szanować 一 proszę, ty pierwszy 一 taka była dobra, poczekała, aż gangus się zaciągnie i sama zaraz to zrobiła. Tego potrzebowała od życia, uniesienia, kiedy dym opadał na jej płucach 一 kurwa, od razu lepiej 一 wymruczała cała zadowolona. Zdecydowanie właśnie tego potrzebowała od życia. Nawet Noriega przestał w końcu jej przeszkadzać.
MADOX! 一 i to był on kuzyn Diego 一 serio beze mnie? 一 spytał, spoglądając na lufkę, a zaraz spojrzał na Riverę 一 LUNA! Tęskniłem za Tobą ukochana 一 za to Luna nie tęskniła. Nie pamiętała typa, ale przytuliła się do niego na przywitanie, nawet całusa w policzek odwzajemniła 一 dalej mam nas zabrać na chrzest 一 i kiwnęła do nich ręką, by wsiedli do auta. Zaczął im opowiadać o prawdziwej imprezie w stylu Vegas, coś wspominał o przełożeniu lotu do Toronto, bo tak dojebanej imprezy nie można ominąć. Luna za to siedziała cicho i spoglądała to na jednego, to na drugiego. Wyglądali całkiem podobnie. Może faktycznie byli rodziną?
O, to tutaj 一 zatrzymali się pod kasynem przypominającym wielki zamek. Zajebisty. Luna nigdy tu nie była, a wyglądało przekozacko 一 tu się zaczęło i tu się skończy 一 czyli jednak była? To tu odebrali Maddoxie? Zabawa poprzedniego wieczoru zaczynała się na nowo.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Strzelił oczami i w zasadzie już sam miał jej powiedzieć, że jak jest taka obcykana w sprawach grzechów i rozgrzeszenia, tego ile to powinno trwać, to może sama powinna skorzystać z konfesjonału?
Ale nie zdążył bo zaraz zaczęła się msza i ten cały chrzest, szybko poszło i zaraz mogli wyjść. A jak się okazało, że Luna ma hasz, to Madox od razu sobie pomyślał, że może ten dzień nie będzie wcale taki stracony?
Kiedy tylko dała mu lufkę, to Madox zaraz ją nabijał, żeby przygrzać hahahasz i się nim zaciągnąć. Rzeczywiście zadziałało tak, że od razu parsknął śmiechem, no i zrobiło się lepiej i weselej, a o to chodziło nie?
A jeszcze na dokładkę pojawił się kuzyn Diego, cały zadowolony.
Świetnie.
Chociaż jak zaczął do Luny mówić ukochana, to Noriega uniósł jedną brew, ale... może wreszcie się dowiedzą co zaszło poprzedniego wieczora?
Wsiedli do samochodu, który Madox nawet pamiętał, bo wynajęli go z Diego na lotnisku. Diego kazał Lunie siadać obok siebie z przodu, a Noriegą wysłali do tyłu, ale co z tego, kiedy on zaraz podsunął się na siedzeniu i wychylał do przodu.
- Dobra stary, to kiedy wracamy? I co tu się wczoraj odjebało? - zapytał Madox i zerknął na Lunę, która chyba też chciała wiedzieć, bo wpatrywała się w Diego tymi ciemnymi, ładnymi oczami. Diego był podobny do Madoxa, miał tylko mniej tatuaży i był... jakby grzeczniejszy. Mniej łobuz, bardziej porządny obywatel?
- O kurwa... to nic nie pamiętacie? - zaczął i obejrzał się na nich, ale pokręcili głowami, że nie - a mówiłem, żebyście nie mieszali koksu z wódą i jeszcze tym haszem Luny - pokręcił głową, a Madox spojrzał na brunetkę, bo to był całkiem dobry hasz, nic dziwnego, że nie odmówił - no to my tu przyjechaliśmy pograć, a ty byłaś na jakimś panieńskim, no i gdzieś tam w kiblu się spotkaliście, i Madox stwierdził, że jesteś zajebista laska i zajebiście się liżesz i musisz z nami iść. No to poszłaś, a potem to już waliliśmy wszystko równo, a wy doprawiliście haszem... - i kiedy to powiedział, to Madox sobie uświadomił, że mogło tak być, bo akurat to, że się lizał z jakąś dobrą laską w kiblu to pamiętał, tylko jakoś nie skojarzył, że to Luna - no i postawiłaś nam jakieś wróżby Luna i wyszło na to, że wasze znaki się nie synchronizują, bo ty jesteś rak, a on skorpion i coś tam... Ale za to nasze super do siebie pasują - obejrzał się na nią z uśmiechem - no i wywróżyłaś mi jeszcze, że narzeczona nie jest mi pisana, tylko ty jesteś...
- Co kurwa? - wyrzucił z siebie Madox, no bo... oni tu przyjechali na kawalerski Diego, on za kilka tygodni miał mieć ślub i co teraz? - Nie no, to na pewno nie tak, źle coś zrozumiałeś Diego - zaczął i zaraz szarpnął Lunę za ramię, żeby coś powiedziała. Na szczęście chyba Diego nie był w jej typie, albo może po prostu nie chciała rozpierdalać jego narzeczeństwa i zaczęła coś o nieodpowiednim ułożeniu planet, które nie przyniesie im szczęścia.
Wysiedli już przed zamkiem, a Diego i Luna nadal się dochodzili, bo on wciąż do niej, że ukochana, a ona wciąż do niego, że nie.
- Dobra a co z tym porodem? - zapytał Madox, żeby zmienić trochę temat.
- No... byliście na takim dmuchańcu w kształcie gołej baby i tam jedna zaczęła rodzić, a nikt nie umiał jej pomóc, wszyscy napierdoleni jak szpadle i nagle ty Madox mówisz, że wiesz co robić, a Luna jak to usłyszała to powiedziała, że będzie waszą doulą, cokolwiek to znaczy - Madox i Luna popatrzyli po sobie, ale może tak było, bo Noriega przecież w sytuacjach kryzysowych zawsze umiał zachować zimną krew - myślałem, że się porzygam... - kontynuował Diego, a Noriega wcale mu się nie dziwił - ale pomogliście jej, no i potem mieliśmy jechać do nas, ale ta blondynka zaproponowała, żeby do niej, bo to jakaś właścicielka hotelu i dała wam ten pokój, żebyście się ogarnęli. Byliście wystrzeleni, poszliście pod prysznic, a ja trochę... no impreza mnie poniosła, wiecie jak jest w Vegas - wzruszył ramionami - ale jak wróciłem do pokoju to już spaliście, tylko... mam nadzieję, że nic tam między wami nie zaszło, bo my przecież jesteśmy dla siebie stworzeni Luna - Madox nic się nie odzywał, chociaż wszystkie szare komórki w jego mózgu pracowały na najwyższych obrotach, ale jak byli wystrzeleni i poszli razem pod prysznic... mogło być różnie. Ale z drugiej strony jak on odbierał poród.
To wciąż stało pod znakiem zapytania.
Ale kiedy weszli do zamku i tam przez ten cały pokój z grami, obok dmuchańca w kształcie gołej baby skierowali się do restauracji, to coraz więcej wspomnień wracało. Tylko były tak wymieszane, że Madox w pewnym momencie stwierdził, że ma sieczkę z mózgu, grał na automatach, tańczyli na stole, strzelali w siebie dolarami z monopoly, potem on jej wygrywał zwierzaczka z automatu, potem ona mu tańczyła na ladzie, a on ją z niej ściągał. A potem ona bawiła się z Diego. A Madox pił szampana, po szampanie też miał zawsze dziury w pamięci. Chociaż... pamiętał ją pod prysznicem.
I kiedy już siedzieli przy stole i dostali coś do jedzenia, to Madox od razu się za to zabrał, był głodny, kurewsko, nie pamiętał kiedy ostatnio coś jadł.
Ale Diego zamiast zabrać się za swój talerz, to cały czas nawijał Lunie, że on rzuci narzeczoną i tutaj się dla niej przeprowadzi.
No nie kurwa.
Trzeba było coś z tym zrobić.
- Wiesz co stary... Zaczął Madox, może to nie jest dobry moment, i w ogóle te gwiazdy nam nie sprzyjają - zerknął na Lunę, żeby coś powiedziała, ale ona chyba jeszcze nie wiedziała o co mu chodzi - ale my się z Luną ze sobą przespaliśmy - nie pamiętał czy tak było. Było kilka rzeczy, które przemawiały za tym, że tak, ale kilka za tym, że nie - no i ja się w niej chyba zakochałem bracie, więc może jednak nie rzucaj dla niej narzeczonej? - Diego trochę nad tym myślał, ale jak Madox złapał Lunę za udo i przesunął po nim palcami, a ona przytaknęła, to im uwierzył. I potem pewnie trochę musieli udawać przed Diego, ale finalnie pożegnali się z Luną i wrócili do domu. A kilka tygodni później Madox bawił się wyśmienicie na weselu Diego, oczywiście, że sam, bo ułożenie planet i coś tam, sprawiły, że jemu z Luną po prostu nie mogło wyjść. A tak naprawdę, to oni nawet się nie wymienili numerami, ani nic, chociaż... na chrzcinach bawili się nawet dobrze. I z tego to już Madox wszystko pamiętał, jak zjedli, potańczyli, powygłupiali się, poudawali trochę zakochanych, a potem powiedzieli sobie cześć.
Czarownico i Ziemniaku.
koniec
czarownica ⋆°.☾⋆.ೃ࿔*:⋆
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”