przekleństwa, szpital, i takie tam
Pilar miała rację, i kiedy mówiła to Madox tylko pokiwał głową. Zrobili zdecydowanie więcej niż powinni. Ryzykowali życie, nie raz, przez pierdolone dwa dni robili to cały czas, a przecież właściwie to miała być tylko identyfikacja ciała, nic więcej...
Nawet współpracując z Eliotem Madox nie pisał się na coś takiego, on miał tylko zbierać informacje, a nie wchodzić do magazynu z bronią, nie bawić się z Pablo w jakieś strzelanie, gdzie tamten jeszcze celował mu w głowę. A później jeszcze ta impreza i zgraja uzbrojonych kolesi. To zdecydowanie wykraczało poza to, co oni mieli zrobić. Co powinni zrobić.
A to, że Pilar odstrzeliła Gonzalesa... Madox naprawdę uważał, że powinna za to dostać jakiś pierdolony medal. Ale chyba sam będzie musiał jej taki sprezentować.
Bo Montoyowie byli
nieugięci.
A zaraz nawet
Dupek Montoya postanowił Noriedze pokazać
kto tutaj rządzi wymierzając mu cios. Nie zrobił tego na pewno całą siłą, był to raczej gest, który miał go ustawić. Pokazać mu, że są w Meksyku i będą grali na ich zasadach.
Oddałby mu, tylko zamiast tego zaraz cofnął się do Pilar, kiedy zerwała się z łóżka, zaraz sięgał do niej ręką, żeby przesunąć palcami po jej skórze.
-
To nic - rzucił, bo prawda jest taka, że Madox to był raczej z tych facetów, gdzie przysłowiowe danie sobie po mordach, czasem działało oczyszczająco. I może jakby oddał Montoyi to tak by to zadziałało? Nie. Chyba obaj byli na to zbyt
narwani, lali by się póki któryś by się nie poddał. A nie poddałby się żaden.
Montoya na szczęście wywaliła swojego męża, i gdyby Madox mógł to by teraz zanim wyszedł i tym razem to on się uśmiechnął
zwycięsko. Ale nie mógł, zwłaszcza, że aparatura, do której podłączona była Pilar zapiszczała, a Madox zaraz lądował obok niej przy łóżku.
-
Hej, spokojnie - już do niej sięgał ręką, żeby spleść jej palce ze swoimi. Niesamowite to jest... że takich dwóch
pierdolniętych kolesi, jak Madox i Montoya… potrafiły ustawić dwie
takie kobiety.
Na kolejne słowa Stewart, Noriega tylko mocniej zacisnął palce na jej ręce. A zaraz sobie jej dłoń opierał na karku. Lubił kiedy tak o niego walczyła. Za każdym razem.
Montoya też chyba wiedziała, że nie ma tutaj szans już cokolwiek ugrać, więc zniknęła idąc po lekarza.
A Madox zaraz pytał Pilar co powinni zrobić.
Tylko, że przecież oni... rzadko robili to co
powinni. Najczęściej po prostu to, co
czuli, a przynajmmniej Madox. I to Pilar najczęściej była jego
głosem rozsądku.
Złapał ją za rękę, kiedy ją do niego wyciągnęła, i zaraz znowu obejmował ją przy sobie ramieniem. Chociaż kiedy się skrzywiła, to on też to zrobił, ale nie dlatego, że coś go bolało, bo to uderzenie to właściwie... nic.
Tylko po prostu on nie mógł patrzeć na to, jak Pilar cierpiała. Nigdy nie mógł.
Zamyślił się wraz z jej słowami, była to jakaś opcja, a Madox umiał być przekonywujący. Esme zresztą przecież mogła wyruszyć do Kolumbii. Ale będą ich maglować, maglować i straszyć, że nie wyjadą, póki tego nie sprawdzą.
-
Do... - zaczął i już miał jej mówić, że dobrze, bo przecież on się z nią zgadzał, w tak wielu rzeczach się z nią zgadzał, chociaż czasem miał inne zdanie. Ale jej ufał. Temu, że jej pomysły nie zawsze były tak narwane jak te jego. Pilar po prostu wiedziała, co
powinni zrobić.
Tylko, że Stewart kontynuowała, a kiedy powiedziała o tym, że
to była łatwiejsza opcja, to Madox zmarszczył brwi, zawiesił spojrzenie na jej pięknych, czekoladowych oczach. Patrząc w nie
z bliska.
Zaraz się uśmiechnął, kiedy zdradziła mu tą drugą opcję. Nie to co powinni,
to co ich ciągnęło, niebezpieczeństwo podszyte
zbrodnią. Znowu.
Ale przecież oni to chyba lubili najbardziej.
Wbrew wszystkim.
Razem.
-
Loca - mruknął, a zaraz szarpnął się do niej, żeby musnąć wargami zaczepnie jej usta -
te quiero - dodał i jeszcze raz ją pocałował, krótko, bo zaraz już wstawał z łóżka. Zaraz rozejrzał się po sali. Musieli trochę kombinować. Ale czy to dla nich był jakiś problem?
Nigdy nie był.
Pod ścianą stał wózek i zaraz Madox jej go podstawiał.
-
Zapraszam na przejażdżkę - na wózku leżało jakieś jasne zawiniątko i Madox chciał je po prostu zrzucić, ale kiedy je rozwinął to okazało się, że to lekarski kitel.
Świetnie.
Bo zaraz zakładał go sobie na grzbiet przykrywając kolorową koszulę, na piersi nawet miał plakietkę.
Doctor Fernandez, a przy kieszeni przypięty identyfikator z kartą.
Zajebiście.
-
Doktor Fernandez chyba bardziej powinien pilnować swoich rzeczy - sięgnął do kieszeni i znalazł nawet batona, którego zaraz dał Pilar i drobne na kawę -
jakbyśmy nie byli poszukiwani, to nawet doktor Fernandez postawiłby ci kawę - puścił jej oczko. A kiedy usiadła na wózku, to zdjął kroplówkę i położył jej ją na kolanach -
niech zleci do końca i ktoś to wyjmie... - to była taka optymistyczna opcja, Madox liczył, że znajdą kogoś takiego -
a jak nie to zrobi to doktor Fernandez - to była ta druga,
trudniejsza opcja. Ale przecież Madox... on zawsze lubił wyzwania.
Podjechał do drzwi i je otworzył, na szczęście na zewnątrz nie było nikogo, chociaż kiedy Madox wystawił głowę na korytarz, to gdzieś na końcu zobaczył dochodzących się miedzy sobą Montoyów. Dobrze, że oni też byli...
temperamentni.
Pierdolnięci.
Oczywiście, że Madox ruszył z Pilar w przeciwną stronę. I tak się pięknie złożyło, że akurat do windy, z której wysiadła jakaś sprzątaczka, a oni sobie po prostu do niej wjechali. Noriega zerknął na przyciski i chociaż przecież najsensowniej brzmiał parter, a potem do drzwi, do wyjścia, to coś go podkusiło i wybrał podziemia, które sobie odblokował kartą dostępu doktora Fernandeza.
Jechali sobie sami, nawet Pilar mogła w międzyczasie zjeść batona, bo tak im wszystko pięknie wychodziło.
Dobrze, że nie wybrali parteru, bo tam akurat kręciło się pełno policji, mogli to zobaczyć kiedy uchyliły się drzwi, ale nikt się nie dosiadł, bo potrzebowali miejsca na łóżko, wiec Madox tylko pokazał, że oni jadą na dół.
Wylądowali w podziemiu, i po pokonaniu korytarza, rzeczywiście mieli przed sobą podjazd dla karetek.
-
O kurwa... myślisz, że możemy spierdolić karetką? - oczywiście Noriega się podjarał, jak małe dziecko. Z tymi błyszczącymi oczami zaraz pochylał się nad Pilar, żeby na nią spojrzeć...
I może by im się udało?
Tylko nagle zamiast karetki na podjazd wjechała jakaś taksówka, z której wyskoczył spanikowany facet.
-
Moja żona rodzi! - krzyknął i szarpnął Madoxa za kitel.
Nie kurwa, nie.
Tylko nie to, pod Noriegą zaraz ugięły się kolana, kiedy tylko to usłyszał i wróciły jakieś dziwne wspomnienia, które on przecież chciał ze swojej głowy kompletnie wyrzucić.
-
To idźcie na górę, bo my tu... - zaczął Madox, ale facet już go ciągnął w kierunku taksówki. A tam rzeczywiście... rodziła jakaś kobieta, ale obok niej siedziała druga,
ładna brunetka.
-
To ty? - rzucił Noriega bardziej zainteresowany nią, niż porodem. Bo na samą myśl robiło mu się słabo.
Aż musiał się oprzeć ręką gdzieś o samochód.
-
To wy? - rzuciła brunetka patrząc po ich twarzach, nie miała na sobie czerwonej sukienki, ale zdecydowanie była to
ona -
zresztą nieważne, trzeba jej pomóc - zarządziła a Madox od razu się cofnął.
Nie no kurwa. Nie.
-
Ale ja nie jestem lekarzem... - wyznał, szczerze przecież. Dziewczyna spojrzała na niego, a zaraz wywróciła oczami.
-
Ja jestem, pracuję tutaj... Pomóżcie ją przenieść... - w tym akurat Madox mógł pomóc. Tylko jak to zrobić? I gdzie?
Zaraz okazało się, że obok stała sobie jakby nigdy nic karetka, otwarta, wyposażona,
piękna.
Madox i Pilar mogli właśnie nią uciekać w stronę zachodzącego słońca. Ale
czerwona sukienka, bez sukienki, wskazywała im ją, żeby tam przenieśli tą rodzącą kobietę.
Podría escaparme contigo hacia el atardecer ☀︎⋆.ೃ࿔*:・