ODPOWIEDZ
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, strzelanina, krew
On też by za nią zabił, to nie podlegało wątpliwości. zatłukłby tego typa, na którym siedział za to, że ją kopał. Nawet by się nie zastanowił, chwili nie zawahał, zrobiłby to, gdyby nie wpadła policja.
Bo jednak Madox mimo swojego narwaństwa miał w sobie odrobinę instynktu samozachowawczego. Cofnął się gdy do ogrodu zaczęli zwalać się agenci SWAT. Chciał sprawdzić co z nią. Już do niej sięgał, do jej bezwładnej ręki.
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
I tylko jego palce przesunęły się po jej skórze, kiedy go od niej odciągali. A potem już zakuwali w kajdanki, jak jakiegoś bandytę. A ten leżał na deskach werandy w kałuży krwi.
Załatwili Gonzalesa, teraz już na pewno.

Ale to nie było teraz ważne.


A na pewno nie dla Madoxa, bo on się znowu tylko szarpał, żeby go puścili, żeby zobaczyć co z Pilar.
- Montoya... - oczywiście, że zwrócił się do kobiety, bo przecież nie do jej męża, który jakąś chorą satysfakcję czerpał chyba z tego, że Noriega miał na sobie kajdanki.
- Nie ma kurwa takie opcji, jedziesz z nami - rzucił detektyw Montoya, niewzruszony, z rękami skrzyżowanymi na piersi, na której na łańcuszku wisiała jego odznaka.
- No i chuj, zabierz mnie Montoya, nic wam nie powiem, nawet kurwa pół słowa, dopóki... - Madox nie skończył, ale chciał powiedzieć, że dopóki nie dowie się co ze Stewart. Bo kiedy zabrali ją do ambulansu, to powiedzieli mu tylko tyle, że żyje...
Ulżyło mu, ale widział jak ten facet ją kopał, bez opamiętania. Tak samo, jak później oddał mu Madox.
- Zamknijcie się! - przerwała Pani Montoya dociągając na głowie ciasny kucyk, w którym zebrane miała czarne włosy. Chciała jeszcze coś dodać, może jeszcze krzyknąć? Na męża, na Madoxa, którzy zachowywali się trochę jak dzieci. Dwóch chłopaczków w piaskownicy, którzy nie potrafili się dogadać. Ale sanitariusze zawołali o pomoc, a Madox znowu się szarpnął, znowu się wyrwał i tylko został pchnięty niżej. Głowa nisko... Widział po Montoyi, że chętnie by mu przyłożył. I vice versa.
Policjantka zajrzała do karetki i zaraz się podciągnęła, żeby do niej wejść.
- Spokojnie Pilar, musisz jechać do szpitala - zaczęła tonem troskliwej mamuśki. Nawet podeszła do Stewart chcąc ją uspokoić, tylko ona wciąż pytała o Madoxa. A Noriega wciąż się wiercił, wciąż szarpał i wciąż patrzył spode łba na Montoyę, który stał nad nim.
Zlitowała się ona...
Znowu ciemne spojrzenie przeniosła na męża, i jakby oczy mogły mówić, to jej by powiedziały, że oni też by się tak do siebie wyrywali. Też by jedno nie zostawiło drugiego.
Madox chyba to wiedział, wyczytał z jej wzroku. I chyba jej małżonek też, bo warknął tylko pod nosem, ale rozpiął mu kajdanki.
A kiedy tylko Madox był wolny, to zaraz dopadł do karetki, zaraz już wchodził do niej przepychając się obok Montoyi, której rzucił ciche dzięki.
- A pan to kto? - zaczęli sanitariusze, no ale chyba wiadomo, że ten Madox, skoro Stewart przestała się szarpać.
- Ja pierdolę... Pilar, nic ci nie jest? Jak się czujesz? Co cię boli? Jak to wygląda... kurwa... ile krwi - zaczął już nawijać Noriega wcale nie przejmując się tym, co mówili medycy.
- Jej partner, jedzie z wami, zabierajcie ich - zarządziła detektyw Montoya tonem, który nie znał sprzeciwu. I chyba medycy to wyczuli, tak jak to, że Madox nie odsunie się od Stewart, więc go tylko przestawili, żeby zająć się jej ręką. Montoya zamierzyła się do wyjścia, ale jeszcze zawiesiła się przy drzwiach na jakimś uchwycie.
- Noriega jak mi spierdolisz, to cię znajdę i tym razem sama zakłuje cię w kajdanki... - rzuciła łapiąc spojrzenie Madoxa. I on przecież w normalnych warunkach pytał by jej czy mu to obieca, albo czy będzie miała na sobie mundurek, bo taki był Noriega. A jednak teraz skinął jej tylko głową, palce zaciskając na ręce Pilar. Montoya wyszła z karetki, a sanitariusze opatrzyli jeszcze rękę Pilar, posadzili Madoxa na jakimś siedzeniu i kazali kierowcy ruszać.

Syreny wyły nad ich głowami mieszając się, bo karetek pojawiło się więcej, i więcej wozów policyjnych. A przez okna znowu te blendujące się za sobą niebiesko-czerwone światła, jak przy hacjendzie Gonzalesa. Tylko... teraz policja działała już spokojniej. Bo Pablo już...

nie istniał.


Droga do szpitala minęła im szybko. Kilka ulic dalej. Sanitariusze wciąż tłumaczyli Pilar, że muszą jej zrobić badania, tomograf, prześwietlenie, usg, wszystko, bo mogła mieć obrażenia wewnętrzne.
To samo powiedział lekarz, który odebrał ją w szpitalu.
- Pan nie... - rzucił do Madoxa, kiedy chcieli ja zawieźć na salę.
- Ja tak, jestem jej partnerem, policja, działaliśmy pod przykrywką - już znowu wciskał kit, ale lekarz spojrzał na sanitariuszy, którzy to potwierdzili, wpuścili go na sale, chociaż kazali stanąć z boku, kiedy ją badali.
Kiedy szpitalne nożyczki cięły czerwony materiał jej sukienki, żeby odsłonić poobijaną skórę.
Madox aż się przeszedł, bo... mógł być szybszy, mógł się wyrwać już wcześniej. Nie pozwolić jej skrzywdzić, a on zawsze pozwalał. Obwiniał się. Jak on kurwa dba o jej bezpieczeństwo? Nie dba...
Przesunął palcami po jasnych włosach, a zaraz podeszła do niego jakaś rezydentka.
- Pana też trzeba obejrzeć... - stwierdziła, bo Madox też był trochę poobijany, dostał kilka razy w gębę, pozdzierał ręce, ale przecież to nic. Pokręcił tylko głową.

- Nie zostawię jej.



Nunca te abandonaré ₊˚⊹♡
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miała zamiaru nigdzie jechać bez niego.
To nawet nie podlegało dyskusji.
A oni tego nie rozumieli. Dlatego Pilar szarpała się i wierciła na leżance, nie chcąc dać im się przygwoździć do łóżka i podpiąć pod odpowiednie aparatury. Bo co tam z jakiegoś bólu głowy czy brzucha, kiedy nie miała pojęcia, czy z nim wszystko było okej? Miała to gdzieś. Mogło ją poskładać, mogła być cała połamana, a ona i tak w pierwszej kolejności chciałaby się dowiedzieć, co się działo z Noriegą. Tak bardzo pierdolnięta była na jego punkcie.
Nawet nie zauważyła, jak wiele krwi lało jej się z ręki, bo już patrzyła intensywnie pomiędzy drzwiczki karetki, wyczekując, aż zobaczy w nich znajomą twarz. Serce biło jej mocno, waliło jak oszalałe, a kiedy w końcu przed jej oczami ukazał się Madox, wszystko nagle stanęło. W jednej chwili cały jej świat się zatrzymał. Zamarł na kilka sekund, gdy ich spojrzenia się przecięły. Zapomniała, że cokolwiek ją bolało, a zamiast tego jedynie zafiksowała się na tym, że był w jednym kawałku.
Kiedy usiadł koło niej, od razu uniósł zakrwawioną dłoń w górę i osadziła ją na szorstkim już policzku Noriegi. Umazała go całego własną krwią.
Jesteś poobijany — stwierdziła, kompletnie ignorując wszystkie jego pytania i skupiając się na tym, że on miał lekko rozcięty łuk brwiowy i limo pod okiem. — Wyglądasz jak łobuz — uśmiechnęła się delikatnie, rzucając drobną zaczepką. Ale to dobrze. To znaczyło, że coraz bardziej dochodziła do siebie. A wszystko dzięki temu, że był obok. Tu, przy niej, a nie siedział w jakimś pierdolonym radiowozie, zakuty w kajdanki, które nigdy nie powinny wylądować na jego nadgarstkach. Zaraz sięgnęła do jego dłoni i przejechała palcami po czerwonych śladach od szarpania, te również mazając w krwi.
Przestała go brudzić dopiero, kiedy jeden z medyków kazał się jej uspokoić i leżeć nieruchomo, żeby mogli odpowiednio pracować i wykonać swój obowiązek. Pozwoliła im. Nie miała zamiaru się z nimi kłócić, skoro i tak spełnili jej najważniejszą prośbę.
W szpitalu również. Chociaż nie miała zamiaru przechodzić tych wszystkich badań, na które nalegał lekarz, w końcu im pozwoliła. Im szybciej skończą, tym szybciej wyjdą.
Czuła się nawet okej. Jeszcze w karetce dostała dożylnie przeciwbólowe, chociaż kiedy postawili ją przy kozetce, zaczęli rozbierać i zobaczyła te wszystkie o g r o m n e krwiaki na brzuchu, aż mimowolnie poczuła, jak wszystko ją boli. Skrzywiła się i westchnęła głośno. A potem podniosła spojrzenie do ciemnych oczu Noriegi.
Pomimo odległości całego, jebanego pomieszczenia, jaka ich dzieliła, widziała doskonale to przejęcie w jego oczach. Obwiniał się. Znowu się kurwa obwiniał. A ona naprawdę nie chciała na to pozwolić. Nie chciała, żeby widział ją w takim stanie, żeby zadręczał się, że mógł zrobić coś więcej... dlatego kiedy tylko rezydentka oznajmiła, że jego również trzeba było zbadać, Stewart od razu otworzyła usta.
Daj im się opatrzyć — poprosiła spokojnie, chociaż w jej głosie było słychać stanowczość. — Por favor — dodała akurat w momencie, gdy jedna z pielęgniarek do zera pozbawiła ją sukienki. Ale on dalej stał i zarzekał się, że jej nie zostawi. I chociaż Pilar kurewsko to doceniała, to przecież nie mogła pozwolić na to, żeby ignorował własne zdrowie dla niej. Szczególnie, że przecież byli już bezpieczni. Byli w szpitalu. Dlatego zaraz odwróciła się do lekarki…
Nie będę się przy nim rozbierać — powiedziała stanowczo, nawet nie patrząc w jego kierunku. Normalnie nie miałby z tym najmniejszego problemu, ale przecież chciała, żeby poszedł na swoje badania. A to była jedyna opcja, żeby jakoś wygonić go z pomieszczenia. Kobieta skinęła głową i podeszła do Noriegi.
Sam pan słyszał. Zapraszam pana do wyjścia — wskazała dłonią na białe drzwi. — Doktor Flores zaprowadzi pana do odpowiedniego gabinetu — to nawet nie podlegało dyskusji i czy Madox chciał czy nie, musiał wyjść.
Serce zabiło jej mocniej. Zabolało. Ale przecież zrobiła to z konkretnego powodu. Szczególnie, że powiedział wszystkim, że był jej partnerem z policji. Pielęgniarki zabrały ją do łazienki i pomogły zmyć z ciała kolorową farbę, która już na dobre wymieszała się z krwią. Napuchnięty brzuch trzymał ją tak bardzo, że nawet nie mogła się schylić. Nie mogła się kurwa sama umyć. A wszystko dlatego, że nie była wystarczająco szybka, by odpowiednio się obronić. Była s ł a b a. I pewnie gdyby nie Noriega, skoczyłaby w piachu razem z Gonzalesem.
Ta myśl gniotła ją przez całą resztę badań. Dręczyła podczas USG i tomografii, kiedy to leżała w bezruchu przez bite trzydzieści minut, aż nie została przewieziona do sali, gdzie dostała dodatkowe kroplówki. I może dlatego, kiedy Madox znowu pojawił się w jej sali, już sam odpowiednio opatrzony, twarz Pilar była jakaś… zamyślona. Nie powstrzymało ją do jednak, by posłać mu ciepły uśmiech.
Umiarkowany wstrząs mózgu — odezwała się cicho, wskazując palcem wskazującym na własne czoło. — Powiedzieli, że może występować amnezja i nie powinna podejmować żadnych ważnych decyzji jeszcze przez dwa dni — całe szczęście te najważniejsze podjęła już dzień wcześniej.

Te amo más que a mi propia vida (ෆ˙ᵕ˙ෆ)♡
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, szpital
Zawsze wyglądał jak łobuz, bo w zasadzie... on już od dzieciaka przecież był łobuzem, i jakoś nigdy za specjalnie się z tym nie krył, więc kiedy mu to powiedziała, to tylko wtulił policzek w jej umazaną we krwi dłoń. Żadne z nich nie przejmowało się tym, że szkarłatne plamy mieli znowu porozcierane wszędzie, że krew płynęła po jej ręce, po jego policzku i szyi, dopiero jak medycy powiedzieli, że nie mają jak pracować, to Madox odsunął się. Odrobinę.
Bo przecież miał jej nie zostawić. Nunca.

A cały czas to robił.


I kiedy w szpitalu zobaczył te siniaki, które pokrywały jej skórę, te okropne krwiaki, to znowu fiksował się na tym, że nie powinien tam jej wpuszczać, do tego domu. Złapać za rękę i spierdolić, tak jak zamierzał przez chwilę, zostawić to wszystko policji...
Ale jakby zostawili to policji, to Pablo by ich dorwał, zrobiłby to.
A policja gówno by im pomogła.
I jakby wszedł tam bez Pilar, to on też...
On też by gówno zrobił. Pablo rozwaliłby mu łeb, bo miał broń, a Madox miał co... tylko nóż.
Walczył z myślami, tak jak za każdym pierdolonym razem, kiedy działa jej się przez niego krzywda. Obwiniał się, ale też czuł, że gdyby nie ona to przecież to wszystko by mu nie wyszło. Ale do tej pory mu wychodziło.
Jakoś kurwa funkcjonował przez te dziesięć lat w Toronto, sam, nie z takich opresji wychodził. Może z tej też by wyszedł, rozegrał to inaczej. Mógł się bardziej postarać, a on wciąż i wciąż ją zawodził. A to było najgorsze, że właśnie ją. Kiedy przecież to na niej zależało mu najbardziej.
- Co? Nie... - rzucił tylko, kiedy Pilar zgodziła się z rezydentką, że trzeba go opatrzeć. Jak przecież jemu nic nie było, on z takim czymś to nawet... Nawet by z baru nie zszedł, tylko robił kolejnego drinka. Nie przejąłby się tym wcale. Teraz też nie miał zamiaru.
Złapał jej ciemne, przenikliwe spojrzenie i pokręcił głowa. Bo tym razem nie zamierzał odpuścić, nawet kiedy go o to poprosiła. Tylko ona zaraz wypaliła z tym, że nie będzie się przy nim rozbierać, a Madox aż nabrał powietrze w płuca. Nawet miał jej powiedzieć, że nigdy jakoś nie miała z tym problemu, albo, że sam ją rozbierze, ale doktorka już prowadziła go do wyjścia, wypuścił ciężko powietrze z płuc i jeszcze obejrzał się na nią przez ramię.

Miał jej to za złe.


Doktor Flores poprowadziła go do zabiegowego, gdzie obejrzała te wszystkie jego skaleczenia, a nawet w pewnym momencie powiedziała, że musi go zszyć. Znowu.
I chociaż Madox w pierwszej chwili oczywiście zaczął nawijać, że na nim goi się jak na psie, bo jest z policji i może jednak nie trzeba go szyć, to potem, kiedy rezydentka to robiła, siedział spokojnie. Też wyczyścili go z resztek farby, tam gdzie był poobijany, czyli na twarzy i na rękach. Posmarowali go jakąś maścią, nakleili kilka plastrów, założyli kilka szwów i on był gotowy.
Czekał.
I czekał.
Chodził po korytarzu w jedną i drugą stronę.
A zaraz znowu pytał o nią jakieś pielęgniarki, a kiedy w końcu jedna powiedziała mu, że jest w sali i nawet pokazała, w której, to jej podziękował, wyściskał ją i właściwie bez żadnego zawahania, bez pukania nawet wszedł do tej sali, gdzie leżała Pilar.
Zaraz przysuwał sobie do jej łóżka jakieś krzesełko.
Umiarkowany wstrząs mózgu, zmarszczył brwi na te słowa i nawet chyba chciał sięgnąć do tego jej czoła, a może pogłaskać ją po włosach? A może po prostu kurwa przytulić do siebie?
Ale kiedy powiedziała to, że może występować amnezja, to się zawahał. Posadził tyłek na tym krzesełku, a ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe spojrzenie.
- Amnezja? - powtórzył po niej - nie pamiętasz... mnie? - zapytał trochę głupio, bo chyba skoro tu przed nim siedziała, to jednak go pamiętała? A może nie?
Może jej powiedzieli, że tam przed salą czeka na nią jakiś facet. Taki Madox, z którym tu przyjechała.
Milion różnych myśli miał w głowie.
Pochylił się delikatnie w jej kierunku łokcie opierając na kolanach.
- Co pamiętasz Pilar? - albo może powinien zapytać czego nie pamiętała? Ale chyba na to pytanie by mu nie odpowiedziała - może pogadam z lekarzem? - już miał wstać, żeby się o to zapytać, znaleźć jakiegoś lekarza i spytać go, czy... czy on może tak po prostu z nią rozmawiać o tym co zaszło?
Bo może nie powinien?
- Ale jak ty się czujesz? Boli cię coś? - musiał zapytać, bo to jednak gryzło go najbardziej. To jak ona się czuła. Ale jak mogła się czuć? Przecież widział te wszystkie jej siniaki. Wiedział ile badań jej zrobili. Sięgnął do niej ręką, chciał oprzeć palce na jej dłoni, ale ułożył je tylko na brzegu łóżka, na metalowej rurce. Bo co jeśli go nie pamiętała?
Nie no przecież nie mogła go nie pamiętać. Przysunął się jeszcze bliżej szurając po podłodze krzesłem. Z tymi ciemnymi oczami, w których widać było, że on po prostu cały czas się o nią bał, zawieszonymi na jej twarzy.
- Wiesz co się stało Pilar? - zapytał powoli. Bo jeśli nie wiedziała, to może mogli o tym zapomnieć?
Nie mogli. On nie mógł. Bo jego ciemne tęczówki wciąż przesuwały się po jej twarzy, po wystających spod szpitalnej piżamy siniakach, po kroplówce, która wisiała jej nad głową. Jak miałby o tym zapomnieć?
A ona? Pamiętała?

Todavía te acuerdas de mí? ⋆.ೃ࿔🌸*:・
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedziała, że będzie miał jej to za złe.
Ona też by mu miała, gdyby chciała przy nim zostać, a on by ją wyrzucił z sali. Tylko że na tamten moment, kiedy sama po raz pierwszy zobaczyła wszystkie krwiaki i siniaki na własnym ciele, Pilar naprawdę nie chciała, żeby ją taką oglądał.
Słabą.
Bo znowu czuła się słaba. Może trochę mniej niż wtedy, w sytuacji z Daltonem, bo wtedy jednak nawet nie potrafiła się ruszyć, nie mogła mu pomóc, ale tutaj też się nie popisała. Była za wolna. Nawet nie zareagowała na tego ochroniarza. Prawie dała się zatłuc. Tak bardzo zafiksowała się na tym, żeby unicestwić Gonzalesa, że nawet nie wzięła pod uwagę, że ktoś mógł stać za nią. A przecież ona zawsze brała pod uwagę wszystkie możliwe scenariusze, analizowała, była gotowa na wszystko. Tutaj nie była. I znowu skończyła na pierdolonym szpitalnym łóżku.
Znowu bezbronna.
Znowu poobijana i z jebaną kroplówką, która dożylnie wprowadzała jej leki przeciwbólowe.
To ją bolało. Bo w jej chorej głowie desperacko chciała, żeby Madox widział ją jako silną kobietę. Nie kogoś, komu wiecznie kurwa trzeba było pomagać, kogo trzeba było ratować z tarapatów. Całe życie jakoś sobie radziła, a teraz? Ostatnio całe jej bezpieczeństwo i życie leżało w rękach Noriegi. I on naprawdę robił wszystko co mógł, żeby być przy niej i dbał o nią. Tylko czemu nagle Stewart sama nie potrafiła zadbać o siebie?
Zadręczała się tym dopóki Madox nie pojawił się na sali. Dopóki jego piękne, zmartwione spojrzenie nie zatrzymało się na jej twarzy. Bo Pilar mogła go wyganiać z sali i się przed nim chować, ale prawda była taka, że kiedy był przy niej, czuła się zupełnie inaczej. Od razu lepiej. Serce jej się mimowolnie radowało. I teraz też wyrwało się do niego tak mocno, że aż klatka piersiowa ją zabolała. Cieszyła się na jego widok. Cholernie mocno. A kiedy zapytał, czy go w ogóle pamiętała, spojrzała na niego, otwierając szerzej oczy.
Nie — rzuciła spokojnie, przyglądając mu się uważnie. — A powinnam? — ściągnęła brwi do środka i… może jeszcze by go trochę wkręcała, może spróbowałaby dalej obrócić to wszystko, co się stało w jeden, wielki żart, jednak widząc jego autentyczne przerażenie na twarzy, momentalnie się do niego wyrwała, łapiąc dłoń, którą ułożył na szpitalnym łóżku.
Claro que lo recuerdooczywiście, że pamiętam, rzuciła z uśmiechem, zaglądając mu głęboko w oczy. — No puedes ser olvidadociebie nie da się zapomnieć, dodała i to akurat była szczera, najszczersza prawda. Bo przecież ona… — W każdym życiu bym cię poznała. Jak nie w głowie, to tu — szarpnęła jego dłoń, a następnie umieściła ją na swoim sercu. Przycisnęła mocno, żeby mógł poczuć pod opuszkami, jak bardzo waliło jej serce. Do niego. Mogła odpychać go ile tylko chciała, chować się przed nim, ale prawda była taka, że to przy nim naprawdę czuła, że żyła. U jego boku było jej miejsce. Nigdzie indziej.
Chodź tu do mnie — poprosiła, przesuwając się nieznacznie w bok, żeby zrobić mu miejsce. Bolały ją mięśnie, szczególnie na brzuchu, ale starała się nic po sobie nie pokazać, tuszując ból pod uśmiechem. — Co ty, nic nie boli — mruknęła, znowu szarpiąc go w swoją stronę. A kiedy w końcu przesiadł się z tego przeklętego krzesła i znalazł obok, nawet nie czekała na nic więcej, tylko po prostu się do niego przytuliła. Mocno. Zaciągnęła znajomych zapachem, który teraz mieszał się z płynami do dezynfekcji.
Wiem co się stało — odezwała się po chwili, nawet na niego nie patrząc. Głowę miała schowaną gdzieś na wysokości klatki piersiowej, gdzie serce waliło mocno pod dzielnym lwem, a wolną dłonią odnalazła tą jego, muskając delikatnie jego palce. Chociaż była jedna rzecz co do której nie miała pewności. — Co z Gonzalesem? — musiała o to zapytać. Pamiętała, że go postrzeliła, ale… — Zabiłam go? — źle jej to zabrzmiało w ustach. Jakoś ciężko. Nie był to jej pierwszy trup, na akcjach nie raz podczas interwencji sytuacja wymagała podejmowania odpowiednich środków, posuwania się do podobnych działań, ale… przecież ona nie była katem i mordercą z wyboru. A odebranie komuś życia zawsze wiązało się z pewnym ciężarem, który nieprzyjemnie osiadał na duszy. A do tego zrobiła to na jego oczach.
Madox, ja… — zadarła głowę, by na niego spojrzeć. Chciała mu to jakoś wytłumaczyć. Chciała upewnić się, że rozumiał, że nie miała innego wyjścia. Że ona przez moment naprawdę myślała, że on go postrzelił… ale wtedy do pokoju weszło małżeństwo Montoya. Nawet kurwa nie raczyli zapukać. Po prostu weszli jak do siebie.
Jak się czujecie? — Pani Montoya spytała ciepło, chociaż wyraz twarzy miała kompletnie pozbawiony emocji. Przysunęła sobie krzesło, na którym wcześniej siedział Madox, a jej mąż stanął tuż za nią, wspierając się na oparciu.
Pora pogadać — warknął ostro, wbijając swoje spojrzenie w Noriegę.

No puedes ser olvidado :pilar2:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, szpital, wściekłe psy
Dla Madoxa Pilar Stewart była najsilniejszą kobietą, jaką znał. Żadna inna nie strzelała tak jak ona, żadna inna nie wyprowadzała tak ciosów. Żadna inna nie łamała tak nosów. Żadna nie wchodziła w sam środek mafijnych porachunków.
A to, że się rozpraszała... Tu wracamy do tej cholernej spirali obwiniania się... bo to przecież była jego wina. Bo jakby Gonzales nie celował w niego, to ona przecież mogłaby to rozegrać inaczej.
Może najpierw zajęłaby się gościem, który stał za nią? Ale ona przecież znowu, i znowu, i znowu, chciała ratować dupę jemu. Wiecznie to robiła.

I uratowała.


Ale czym to przypłaciła? A jeszcze jak powiedziała mu o tej amnezji, to Madox... naprawdę się wystraszył. Że to coś poważnego, poważniejszego może niż mu powiedzieli, bo wszyscy go zapewniali, że będzie dobrze, ale oczywiście zaraz dodawali, że nie mogą mu udzielać informacji, bo kim on jest?
I to był kolejny argument za tym, żeby Stewart została jego żoną, bo przynajmniej w szpitalu udzielili by mu szczegółowych informacji.
Chociaż kiedy powiedziała to, że go nie pamięta, to Noriega aż cofnął się na krześle, opadł plecami na oparcie. Bo jeśli go nie pamiętała, to chyba jednak nici z jakiegokolwiek ślubu. I on naprawdę w pierwszej chwili w to uwierzył...
A w głowie miał różne myśli.
Ale kiedy ułożyła dłoń na jego ręce, kiedy w końcu powiedziała to, że pamięta, to naprawdę odetchnął z ulgą.
- Ja pierdole... Pilar - rzucił odchylając głowę do tyłu i wypuszczając ciężko powietrze z płuc - ale mnie wystraszyłaś... Myślałem, że będę musiał znowu zabrać cię do Medellin, a potem do Meksyku... - zrobiłby to, zawalczył o nią od nowa, ale nie musiał, czuł to pod opuszkami palców, które ułożyła na swoim sercu, musnął palcami jej skórę, a jego ciemne oczy odszukały jej piękne, przenikliwe spojrzenie. Uśmiechnął się i zaraz już znowu pochylał do niej nad łóżkiem - no to dobrze, bo ja w każdym życiu bym cię nie zostawił - wyrwał się do niej, kiedy pociągnęła go do siebie, kiedy zrobiła mu miejsce, zaraz pakując się obok niej, obejmując ją ramieniem i przyciągając do siebie. Oparł policzek o jej głowę zaciągając się znajomym zapachem, który teraz mieszał się z tym szpitalnym, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Przesunął palcami po jej ramieniu przytulając ją do siebie.
- Ale twardzielka - rzucił, kiedy powiedziała to, że nic nie boli, bo Madox to by pewnie narzekał co go boli. Nawet jakby nie bolało.
Na jej kolejne słowa, wbił spojrzenie gdzieś ponad jej głowę, a serce jakoś mocniej mu zabiło. Ale chyba dobrze, że jednak wiedziała co się wydarzyło?
Chociaż może lepiej, jakby nie pamiętała?
Madox sam już nie wiedział, splótł jej palce ze swoimi, te jego były poobdzierane, głównie od tego jak lał tego gościa, który ją kopnął, bez opamiętania. Na to jej pytanie o Gonzalesa spuścił spojrzenie na czubek jej głowy. Przez jedno dzikie uderzenie w piersi serca się zawahał, zastanowił, bo może nie powinien od razu wychodzić z takimi informacjami?

Ale z drugiej strony i tak się przecież dowie.


- Tak, nie żyje - powiedział spokojnie i jakby jego ktoś pytał o zdanie, to mu się należało, kurewsko. Bo Pablo Gonzales miał na sumieniu tylu ludzi, że ciężko byłoby ich zliczyć. I nawet chciał jej to powiedzieć, kiedy zadarła głowę, żeby na niego spojrzeć. Kiedy utkwił ciemne tęczówki w jej pięknych, czekoladowych oczach, chciał jej powiedzieć, że zrobiła słusznie. Że on też by to zrobił. To samo co ona.
Tylko wtedy do sali wszedł duet Montoya, a Madox aż strzelił oczami w sufit.
- To może na zewnątrz, Pilar jest jeszcze... - zaczął Madox i naprawdę chciał ich namówić do tego, żeby wyszli z sali, nawet się ruszył z miejsca, tylko wtedy Montoya, ona tym razem, rzuciła spokojnie - nie, tutaj - a z nią to chyba nikt nie miał zamiaru się kłócić. Ani Noriega, ani jej mąż, który oczywiście uśmiechnął się jakoś triumfalnie. Gdyby nie jego małżonka, to na pewno by stad wyszli, pewnie szarpiąc się znowu ze koszule.
- Gonzales nie żyje, a był ważny... - zaczął detektyw Dupek Montoya, ale Madox nie pozwolił mu nawet dokończyć, mocniej przytulił do siebie Pilar - tak kurwa ważny, że kiedy go dla was złapaliśmy, to pozwoliliście mu spierdolić - rzucił, a Montoya drgnął niebezpiecznie. Jego żona jednak nie ruszyła się z miejsca, nabrała do płuc powietrze, zarzuciła nogę na nogę rozsiadając się wygodniej.
- Chcemy tylko porozmawiać o tym jak to się stało... - mówiła spokojnie, a jej ciemne tęczówki błądziły od twarzy Stewart, do tej Noriegi. Madox jednak długo nie wytrzymał, bo zaraz się wyprostował i zaraz znowu odezwał - no co się kurwa stało? Gonzales wam uciekł i chciał nas rozwalić, za to, że go wsadziliśmy... - jeszcze miał coś dodać, ale detektyw Montoya ruszył się do przodu - to trzeba było go obezwładnić - syknął przez zęby. A Madox już nie wytrzymał, tylko zerwał się z miejsca. I znowu stał przed Montoyą - to trzeba było go kurwa pilnować. Przez dziesięć jebanych lat nie mogliście go złapać, a jak ktoś to zrobił za was, to go puściliście - teraz to Madox warknął. Ale Montoya wcale nie pozostawał mu dłużny, zrobił krok w jego kierunku i już znowu stali tak, że zaciskali palce nawzajem na swoich koszulach - gówno się znasz na pracy w policji, pierdolony gangster - szarpnął Madoxa, a ten się mu wyrwał, a zaraz jeszcze obejrzał na Pilar - ale ona się zna, zdjęła wam Pablo Gonzalesa, w obronie własnej, bo celował jej w głowię, funkcjonariuszce policji, więc skończ pierdolić i jeśli nie masz zamiaru załatwić jej jakiegoś medalu, to... - chciał powiedzieć, to wypierdalaj. Ale nie dokończył bo wstała komisarz Montoya, była od nich niższa o głowę, niepozorna, ale weszła między te wściekłe psy, a zaraz oparła dłonie na ich klatkach piersiowych odsuwając ich od siebie. Pokręciła głową.
- Spokój! Jeśli macie się tak dochodzić, to na zewnątrz - wskazała palcem drzwi - jak dzieci - popchnęła do tyłu swojego męża opierając mu ręką na klacie, żeby znowu stanął za jej krzesłem. Madoxowi tylko posłała mordercze spojrzenie.
Poprawiła sobie koszulę i czarne włosy zakładając jakiś niesforny kosmyk, który wyszedł jej z kucyka za ucho, usiadła z powrotem.
- Ja też uważam, że mu się należało... Ale teraz kiedy Gonzales zginął, a Esme uciekła zostaliśmy... Jesteśmy w dupie delikatnie mówiąc - spojrzenie wbiła w Pilar, a Madox, chociaż stał za plecami Stewart, to zaraz znowu się odpalił - no i co nas to obchodzi? - rzucił, a Montoya znowu się ruszył, ale jego żona tylko opuściła nogę i pochyliła się do przodu opierając ręce na kolanach - może nic... ale to tak samo nasza sprawa jak i twoja Noriega, i to chyba jeszcze nie koniec - uniosła wzrok na Madoxa, a on znowu prychnął - ja tylko miałem pomóc z Pablo, nie żyje, więc dla mnie to koniec... - urwał, bo teraz wstała detektyw Montoya - skończ pierdolić! - podniosła głos.
I Madox rzeczywiście chyba musiał skończyć pierdolić, pokręcił tylko głową.
Dobrze się zrozumieli? Chyba tak, bo policjantka usiadła na krześle, a Madox znowu przysiadł za Pilar. Zamknął się i właściwie zastanawiał ile Montoyowie wiedzą, albo... ile ona wie.

La mujer más valiente que conozco ⋆👊·˚ ༘ *💥
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W każdym życiu byłaby jego.
Akurat co do tego była przekonana.
I nawet jeśli dzisiaj, na pierdolonym ogródku w domu Emse straciłaby pamięć, to przecież jej serce i tak prędzej czy później zabiłoby do niego mocniej. Jego dotyk palił skórę, spojrzenie przyprawiało o gęsią skórkę, a poza tym, przecież oni byli sobie pisani. Nikt normalny z każdym z nich z osobna nie wytrzymałby dłużej niż kilka tygodni. Byli dobrani idealnie. Chociaż kiedy powiedział o tym zabraniu ją ponownie do Medellin, Pilar zaśmiała się głośno, a następnie zawiesiła na nim spojrzenie.
Skoro tak stawiasz sprawę, to chyba jednak znowu zapominam… — złapała się za głowę i przez moment opadła na niego bezwiednie, jakby mdlała. Bo skoro jej amnezja miała sprawdzić, że od razu wróciliby do pięknego, dzikiego Medellin, to była nawet w stanie udawać, że wcale go nie pamiętała. — Możesz klepnąć nam bilety na dzisiaj wieczór — jeszcze trochę się pozgrywała, ale już po chwili wcale nie było jej do śmiechu, kiedy Noriega potwierdził zgon Gonzalesa.
Wiedziała, że zasłużył.
Że przecież Pablo na swoich dłoniach miał setki ludzkich żyć, w większości egzekwowanych przez jego sługusów. Wiedziała też, że tak naprawdę kulką w plecy zrobiła mu przysługę. Nawet w Meksyku za swoje przekręty dostałby dożywocie. I gdyby w końcu trafił za kratki, to nie wyszedłby już do końca życia. Każdego dnia gniłby w pierdolonym więzieniu, pokutował za grzechy i czyny, których się dopuścił.
Nie zmieniało to jednak faktu, że to Pilar zabrała mu to życie. Zabiła go. W obronie drugiego człowieka, to fakt, ale i tak odcisnęło to w jej głowie pewne piętno. Miała silny kręgosłup moralny i wymagało to czasu, żeby odpowiednio przepracować to we własnej głowie. Szkoda, że ona nawet jeszcze Daltona nie przepracowała, a teraz to? Może faktycznie będzie musiała pogadać z Rosi po powrocie. Sięgnąć po jakąś pomoc. Eliot będzie kurwa zachwycony.
Eliot.
Aż westchnęła głośno na samą myśl o przełożonym. Nawet nie chciała się zastanawiać, jak bardzo będzie mieć p r z e j e b a n e po powrocie do Toronto. Nie dość, że miała być na oficjalnym urlopie, to jeszcze skasowała podejrzanego, na którego policja łasiła się od ponad dziesięciu lat. Wybornie. Jęknęła z niezadowolenia, gdy w pomieszczeniu pojawiło się małżeństwo Montoya. Co prawda już wolała ich nad Eliota, ale po minach, jakie mieli na swoich twarzach, bardzo łatwo było dojść do wniosku, że to wcale nie będzie przyjemna rozmowa o tym, jak świetnie sobie poradzili.
To b… — tylko tyle zdążyła powiedzieć na słowa Monyoi, bo Madox już wszedł jej w słowo i zaczął ich tłumaczyć. Spodziewała się reakcji, jaką im dał. Gdyby to on teraz leżał w łóżku, podłączony do kroplówki, ona zachowywałaby się dokładnie tak samo. Równie narwanie. A jednak, gdzieś pomiędzy tymi krzykami, zacisnęła mocniej palce na jego dłoni. Chciała go jakoś uspokoić, bo przecież chyba każdy w tym pomieszczeniu wiedział, że darciem kotów niż tu nie ustalą. A przynajmniej wiedziała to Pilar i młodsza Montoya. Nawet wymieniły wymowne spojrzenia, kiedy tamci skakali sobie do gardeł. Obie obserwowały jak Madox zerwał się z miejsca i doskoczył do detektywa. Pilar nie miała pojęcia, który z nich miał większy mord w oczach, jednak po sposobie, w jaki Noriega zaciskał dłonie w pięści, doskonale widziała, że brakowało mu kurewsko niewiele, żeby stracić nad sobą panowanie.
Spokój!! — krzyknęła dosłownie w tej samej sekundzie co policjantka Montoya. Aż znowu się po sobie popatrzyły, a potem Pilar zamilkła i pozwoliła starszej koleżance po fachu rozdzielić ich narwańców. — Madox — przywołała jedynie tego swojego bliżej łóżka, a kiedy w końcu podszedł złapała za materiał jego koszulki i ściągnęła w dół, żeby usiadł na materacu. — Calma — warknęła przyciszonym tonem na tyle, że tylko on mógł ją usłyszeć. Gniew i krzyki naprawdę nic tutaj nie wnosiły, a prawda była taka, że skoro Pablo faktycznie nie żył, to Pilar czekała jeszcze wycieczka na komisariat, żeby złożyć całą papierologię i zdać odpowiedni raport, jeśli chciała uniknąć śledztwa w sprawie jego śmierci. Aż za dobrze znała te wszystkie procedury.
Kiedy Madox znowu się odpalił, jej dłoń wylądowała na jego ramieniu. Wcisnęła palce mocno w materiał koszulki i szarpnęła, ale nie po to, żeby go przyciągnąć do siebie, tylko żeby się na nim podeprzeć, jak sama siadała. Jęknęła cicho z bólu.
Nieźle cię poobijali — zauważyła Montoya, przyglądając się twarzy Stewart z pewną troską.
To nic — a ona jak zwykle machnęła na to ręką. Bo akurat jej zdrowie w piramidzie priorytetów było na jebany końcu. — Jak to nie macie nic? Przecież macie cały jebany magazyn broni — wróciła do odpowiedniego tematu, przenosząc spojrzenie na zmianę z jednego detektywa na drugiego. — Sprawdźcie odciski palców, zbierzcie jakieś zapiski z kamer dookoła pola golfowego… nie wiem, przecież opcji jest od groma. Poza tym przez te dziesięć lat chyba zebraliście na niego wystarczającą ilość dowodów? — miała im mówić, jak powinni wykonywać swoją pracę? Naprawdę? Przeniosła nogi na brzeg łóżka i złapała za wenflon, który miała wbity w rękę. — I powiedzcie kurwa komuś, żeby mnie od tego odłączył. Wypisuje się.
Nie powinnaś…
Ale mogę — nawet nie dała jej dokończyć. Naprawdę nie miała zamiaru tu ślęczeć. — Jedźmy już na ten komisariat, spiszemy co trzeba i miejmy to już za sobą. Mamy samolot za dwie godziny — oczywiście, że nie mieli. Nawet nie przegadali tego, że wypadałoby kupić bilety, ale akurat oni nie musieli o tym wiedzieć.
No i tu pojawia się kolejny problem — odezwała się Montoya, a spomiędzy jej warg wyleciało głośne westchnięcie.
Nie możecie opuścić kraju, dopóki śledztwo jest w toku — wtrącił się dupek, a bezczelny uśmiech wymalował się na jego twarzy. Oczywiście swoje spojrzenie utkwił z Noriedze, podczas gdy dłonie zacisnął tak mocno na oparciu krzesłą, że aż knykcie mu pobladły. — Więc gadaj lepiej gangusie gdzie kurwa jest Esme, bo może się to dla ciebie źle skończyć.

mi querido cabeza caliente 𐙚⋆°.⋆♡
Spoiler
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, szpital, i od nowa...
Wywrócił oczami, kiedy udawała, że mdleje, a zaraz podniósł palec, żeby postukać ją w czoło.
- Loca... Zabieram cię do Medellin, kiedy tylko chcesz, albo kupuję nam tam hacjendę, tylko trzeba te zimowe kurtki z Toronto opchnąć - też sobie z niej żartował. Bo oboje wiedzieli, że to nie było takie proste. Ale może mogło by być?
Odciąć się od tego pierdolonego Toronto, od policji, od półświatka i hodować mango w Kolumbii.
Akurat tam przeszłość też by go dogoniła.

Europa.

Może w Europie mogliby sobie kupić domek przy jakiejś plaży...
Nie mogli. Bo w niektórych sprawach siedzieli po prostu za głęboko, żeby od tak się od tego odciąć, a zresztą...
Oni nie potrafili dać sobie spokoju. I z Pablo też tak było. Musieli dokończyć sprawę. I w zasadzie Madox był zdania, że zrobili to w najlepszy możliwy sposób. Bo skoro Gonzales nie żył, to nie musieli się nim przejmować. A jeśli by siedział... to przecież z takimi zbirami to też nigdy nie wiadomo. On by sobie spacerował w pomarańczowej piżamce na deptaku w jakimś ładnym więzieniu, a na nich nasłał jakiegoś płatnego zabójcę. A tak... Pablo nie żył, nie miał kto go pomścić, bo jego żona pewnie też z chęcią zatańczyłaby na jego grobie. Sprawa zamknięta. Skończona.

A tak to pewnie ciągnęłoby się to za nimi, już i tak Madox dużo robił dla Eliota, cały czas się podkładał. Ryzykował.
Liczył tylko na to, żeby do Toronto nie dotarło, że to jednak on i Stewart odstrzelili Pablo. Ale może komendant o to zadba? Powinien. Bo przecież jemu też na rękę było to, żeby śmietanka towarzyska Toronto jednak nie odwróciła się plecami do Noriegi. Żeby wciąż mu ufali.
Trudne rzeczy były przed nimi. Ale...
Madox wychodził z założenia, że przecież nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko odpowiednio do tego podejść.
Do tego też musieli, do Eliota, do półświatka, do tego, że byli zaręczeni i chcieli Madox kurewsko chciał wziąć ślub. Chociaż komendant na pewno nie będzie z tego faktu

zadowolony…


Tak jak nie zadowoleni byli Montoyowie, kiedy weszli do sali.
Rozmowa nie przebiegła wcale w przyjaznych warunkach, chociaż... może Pilar i detektyw Montoya złapały jakiś wspólny język? Madox i jej mąż na pewno nie. I gdyby nie kobiety pistolety, to pewnie by się tutaj pobili. Byli kurwa identyczni. Identycznie narwani, identycznie pierdolnięci. Identycznie oddani, Montoya sprawie, a Noriega… Noriega - Stewart.
Dlatego kiedy jej pełne usta ułożyły się w jego imię, to się cofnął i dał się jej szarpnąć w dół, żeby obok niej usiąść, chociaż klatka piersiowa falowała mu w niespokojnym oddechu. Jeszcze jedno słowo, a walnął by Montoyę w ogóle nie przejmując się tym, że to policjant na służbie.
Nie umiał być calma, chociaż dłoń Pilar na jego ramieniu odrobinę go hamowała. Nie chciał się z nią szarpać, nie chciał się jej wyrywać. Siedział w miejscu, jak jakiś pies na krótkiej smyczy. Zabrałaby rękę, a on by skoczył.
Kiedy Stewart się na nim podparła, żeby usiąść, kiedy przez jej twarz przebiegł grymas bólu, to zaraz zwrócił w jej kierunku ciemne tęczówki, zaraz ją przytrzymał, żeby miała oparcie w jego ramieniu. Nabrał mocniej powietrze w płuca na słowa Montoyi, bo tak nieźle ją poobijali, przez pierdolonego Pablo i przez to, że oni pozwolili mu zwiać. I przez niego.
Już miał coś powiedzieć, ale odezwała się Pilar, że dla niej to nic. Ale dla niego wcale tak nie było, bo jakby teraz postawili przed nim tego faceta, który jej to zrobił, to chyba by go zatłukł i tak prawie to zrobił.
- Nie słyszeliście? - zapytała Montoya i obejrzała się na swojego męża - kiedy przymknęliśmy Pablo wybuchły zamieszki, a magazyn z bronią... całe pierdolone pole golfowe zapadło się pod ziemię, w środku podłożone były ładunki wybuchowe, czterech policjantów jest ciężko rannych. Pod dom ktoś podłożył ogień, syreny wyły całą noc i wtedy Gonzales uciekł, to w ogóle... Była kurewsko ciężka noc, nie słyszeliście? - popatrzyła po nich, ale przecież nie słyszeli, bo byli na imprezie na plaży, gdzie muzyka dudniła w uszach, byli naćpani, a potem byli w tej chatce, gdzie byli na pierdolonym haju, na którym jedyne co słyszeli to swoje jęki i urywane oddechy mieszające się w jeden - mamy tylko to, co zbieraliśmy na niego wcześniej, trochę zdjęć z magazynu, ale technicy nie zdążyli nic zrobić. Pablo kazał to wszystko rozpierdolić, a w miasteczku było wielu jego zwolenników, to nie tylko ta jego ochrona, lokalne gangi, które zaopatrywał w broń. Guadalupe nigdy nie widziało czegoś takiego - pokręciła głową, a Madox tą swoją oparł na ramieniu Pilar. Co za pierdolone szczęście, że oni w tym wszystkim złapali te kilka godzin beztroski...
Jakby wszechświat nad nimi czuwał, chciał im to po prostu dać, bo przecież...

należało im się.


Montoya chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Pilar spuściła nogi z łóżka, a zaraz szarpnęła za wenflon i oznajmiła, że wypisuje się.
- Nie ma takiej opcji - od razu wypalił Madox, w tym samym czasie co Montoya, że nie powinna, ale przecież, że Stewart go nie słuchała - nie możesz... - jeszcze ją złapał za rękę - Pilar… to nie jest... - zaczął, ale co z tego, kiedy ona już postanowiła? Jakby jej nie znał, to może jeszcze by próbował? Ale przecież znał ją aż za dobrze. Opadł plecami na szpitalną poduszkę, chociaż kiedy Stewart powiedziała o tym samolocie za dwie godziny, to podniósł na nią spojrzenie. Zawiesił ciemne tęczówki gdzieś na jej plecach. A zaraz się podniósł i wyprostował, kiedy pojawił się kolejny problem.
- A na jakiej podstawie niby? Nie jesteśmy podejrzani, ona zdaje raport z tego co zaszło, mnie przesłuchujecie jako świadka, ale nie kluczowego i puszczacie nas wolno - spojrzenie na moment zawiesił na twarzy Montoyi, a zaraz podniósł je na jej męża, kiedy ten pytał o Esme - a skąd niby mam to wiedzieć? Przecież każdy, kto był na imprezie powie ci, że w momencie, w którym Esme zniknęła, my byliśmy zajęcie Pablo, nie słyszałeś? - Montoya wyminął żonę i stanął koło krzesła. Dłoń zaciskał w pięść tak mocno, że przez smagłą skórę widać było wszystkie żyły.
- Skończ kurwa... a jej domek? Przecież byliście w jej domu - warknął Montoya.
Madox wywrócił oczami i wstał z materaca, znowu... za blisko... siebie.
- W jakim domku? Wiedziałaś, że to był domek Esme, Pilar? - zerknął na Stewart. A Montoya się spiął.
- Nie rób z siebie idioty Noriega! - warknął.
- Z siebie, czy z ciebie? - odpowiedział mu bezczelnie Madox, a Montoya się szarpnął, zamachnął i co... I Noriega dostał w gębę, ale sam się prosił. Prowokował go.
Przez chwilę chciał oddać, ale palce na jego ramieniu zacisnęła Pilar, a między nich znowu wkroczyła detektyw Montoya.
- Kurwa... Nie da się z wami normalnie rozmawiać! Zakłuje cię w kajdanki Madox, jak nie będziesz kurwa współpracować - aż skoczyła do niego, a Madox tylko rzucił jakieś czekam, co tylko jeszcze bardziej rozzłościło Pana Montoyę, ale zatrzymała go żona - wypierdalaj, bo jak nie to sama to zgłoszę... - i znowu pchnęła swojego małżonka. Ży-le-ta.
Montoya jeszcze pomarudził pod nosem, ale wyszedł z sali - a ty jak się nie zamkniesz to... - aż nabrała powietrze w płuca, ale nic już nie powiedziała, bo odwróciła się do Stewart - jak ty z nim wytrzymujesz Pilar? - pokręciła głową. No... na pewno nie było to łatwe. A Madox doskonale sobie zdawał z tego sprawę - poszukam lekarza, żeby ci to zdjęli, a ty... pomóż jej - tu znowu spojrzała najpierw na Stewart, potem na Madoxa i ruszyła do wyjścia.

A kiedy zostali sami, to Noriega tylko przesunął palcami, po policzku, w który dostał, skrzywił się.
- Pierdolnięty jakiś jest ten Montoya - powiedział to Madox Noriega… wcale nie pierdolnięty - co robimy Pilar? - zapytał zaraz i znowu stał obok niej, żeby jej pomóc. Musiał się jej poradzić, bo w tym duecie (Montoyów chyba też), to jednak ona tutaj myślała, a Madox to tylko... pierdolił.

Qué vamos a hacer al respecto, cariño? ﹖﹖﹖
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Czy zdziwiły ją zamieszki, które wybuchły po złapaniu Pablo?
Oczywiście, że nie.
Ludzie jego pokroju, tak bardzo wpływowi, mieli swoich zwolenników. Głównie uliczne gangi i mafie na terenie całego Meksyku, które zapewne zapatrzał w broń. Miał swoje układy i kontakty. Miał je kurwa do tego stopnia, że z chwilą, w której policja wjechała na teren hacjendy noc wcześniej, żeby go pojąć, jego ludzie już odpalali ładunki wybuchowe pod polem golfowym.
Gdy Montoya mówiła, Pilar musiała ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć o kilka słów za dużo. Była tego naprawdę bliska i tylko obrzydliwy ból głowy, który jej doskwierał sprawił, że się powstrzymała. Że nie wygranęła im, że przecież kurwa po to wysłała im lokalizację składu broni kilka godzin PRZED imprezą, żeby zdążyli odpowiednio to zabezpieczyć i zrobić nalot, kiedy Pablo jeszcze nie był czegokolwiek świadomy. Tylko kogo ona oszukiwała? Przecież sama robiła w psiarni, widziała doskonale, jak wyglądały procedury, jak pierdolone paragrafy trzymały funkcjonariuszy przed tym, żeby po prostu zrobić wjazd póki liczył się czas. Zgody od przełożonych, obstawa… bla bla bla. Może dlatego tak bardzo przez większość czasu podobało się jej działanie razem z Madoxem? Bo przy nim nie trzeba było planować, on nie czekał na żadne światło, po prostu działał. I chociaż czasami robiło to więcej chaosu niż pożytku, tak wiele razy również przynosiło sukces, którego w innym przypadku nie dałoby się osiągnąć. Jak chociażby ta konfrontacja z Pablo.
To już nie jest nasz problem — rzuciła sucho, zaciskając palce mocniej na ramieniu Noriegi. — Zrobiliśmy dla was więcej niż powinniśmy. Dostaliście od nas dokładną lokalizację składu, nawet pierdolone zdjęcia, w tym samego Pablo przy jebanej wyrzutni, schwytaliśmy go dla was, a potem jeszcze nie pozwoliliśmy mu ponownie spierdolić — podniosła wzrok na Montoyę. Spojrzenie miała chłodne, a ton nieznoszący sprzeciwu. Bo akurat w tej kwestii w pełni zgadzała się z Noriegą — zrobili więcej niż powinni, narazili się więcej niż to było wymagane i zasłużyli na święty spokój.
Szkoda tylko, że dupek Montoya nie podzielał ich zdania i już na nich ponownie nadskakiwał. Dokładniej na Madoxa. Pilar chociaż stała murem za Noriegą widziała w nich cholernie dużo podobieństw. Oboje byli narwani, impulsywni, kompani w kurewsko gorącej wodzie. Dwójka latynosów z innych krajów, z których w każdym słowie wychodził ognisty temperament. I pomiędzy nimi one — dwie policjantki, które jako jedyne starały się zachować chłodną głowę.
Do czasu.
Bo kiedy Montoya wyrwał się i przywalił Madoxowi, Pilar momentalnie zerwała się z łóżka.
Popierdoliło cię?! — warknęła głośno, dosłownie g r o m i ą c go wzrokiem. I pewnie gdyby nie była cała obolała i ledwo mogła się ruszać, już doskoczyłaby do detektywa i pchnęła go na ścianę. Może nawet by mu oddała. Zamiast tego tylko naruszyła sobie wenflon, który zapiekł gdzieś pod skórą, a niewielka drużka krwi znowu poleciała po jej przedramieniu. — Żebym kurwa to j… — i znowu nie dokończyła, bo Montoya już załatwiła sprawę za nią. Sama wydarła się na swojego męża i tym razem z powodzeniem pozbyła się go z pokoju. Maszyna za ich plecami, do której podłączona była Pilar zapikała niebezpiecznie, oznajmiając, że jej serce momentalnie przyspieszyło. W swojej głowie nawet nie miała zamiaru się dochodzić, czy to uderzenie było słuszne czy nie, czy Madox zasłużył. Nikt nie będzie go bił na jej oczach, a już na pewno nie jakiś pierdolnięty, narwany detektyw z Meksyku, który przez ostatnie dwa dni nie zrobił absolutnie nic, żeby pomóc sprawie.
Jeszcze raz go tkniecie, a możecie zapomnieć, że którekolwiek z nas coś powie — warknęła, wbijając ciemne spojrzenie w Monyotye. Kobieta przez moment wyglądała, jakby chciała jej odpowiedzieć, stanąć za swoim facetem. Otworzyła nawet usta, ale w ostatniej chwili je zamknęła i po prostu głośno westchnęła, oznajmiając finalnie, że po prostu pójdzie po lekarza. No i świetnie.
Pilar odprowadziła ją wzrokiem, a kiedy zostali sami w pomieszczeniu, poleciała do tyłu na materac i wypuściła mocno powietrze z płuc. Na krótką chwilę przymknęła oczy i po prostu pogrążyła się w myślach. Podniosła spojrzenie na Madoxa dopiero, kiedy spytał, co powinni teraz zrobić.
— Opcje są dwie — rzuciła spokojnie, wystawiając do niego rękę, by ją do siebie przyciągnął i pomógł się jej podnieść. Znowu nieco się skrzywiła. Swoją drogą co to były za spierdolone przeciwbólowe, skoro i tak ciągle ją bolało? Zanim znowu się odezwała, ułożyła palce na lekko zarośniętym policzku Noriegi, przesunęła po nim, czując znajome drapanie pod opuszkami. Całe szczęście po uderzeniu nie było dużego śladu, jedynie lekkie zaczerwienienie. Złapała jego ciemne, przenikliwe spojrzenie. — Nie wypuszczą nas, dopóki nie powiemy im gdzie jest Esme, więc jedyną opcją, jaką mamy, to rzucenie im ślepakiem. Jakimś kurwa pustym adresem, może coś w Kolumbii? Powiedzieć, że wspominała to jeszcze na imprezie, że pojadą tam na wakacje z Aurą? Musimy im dać cokolwiek, bo dobrze wiedzą, że mieliśmy z nimi styczność — wyjaśniła spokojnie, przechodząc już w swój nieco bardziej pracowniczy ton. Widziała po Montoyi doskonale, że ta bajeczka o tym, jak przez przypadek znaleźli się w domu Esme, kompletnie nie zrobiła na niej wrażenia. Poza tym, doskonale wiedziała kim byli, wiedzieli przecież, że była matką Noriegi. Nie mieli zamiaru odpuścić im tak łatwo. — To była opcja łatwiejsza… — zawiesiła na moment głos, spoglądając w stronę drzwi, czy na pewno były zamknięte, a potem przysunęła się do Madoxa tak blisko, że ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. — A druga jest taka, że stąd spierdalamy — ta zaś oszczędziłaby im kilku godzin na komisariacie, ale za to wymagała nieco więcej sprytu i farta, biorąc pod uwagę, że Stewart nie mogła biegać. Ale przecież co to dla nich? Oni na wszystko mieli jakieś sposoby. Szczególnie on.
On w łobuzowaniu był jebanym mistrzem.

:pilar2: :madox:
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, szpital, i takie tam
Pilar miała rację, i kiedy mówiła to Madox tylko pokiwał głową. Zrobili zdecydowanie więcej niż powinni. Ryzykowali życie, nie raz, przez pierdolone dwa dni robili to cały czas, a przecież właściwie to miała być tylko identyfikacja ciała, nic więcej...
Nawet współpracując z Eliotem Madox nie pisał się na coś takiego, on miał tylko zbierać informacje, a nie wchodzić do magazynu z bronią, nie bawić się z Pablo w jakieś strzelanie, gdzie tamten jeszcze celował mu w głowę. A później jeszcze ta impreza i zgraja uzbrojonych kolesi. To zdecydowanie wykraczało poza to, co oni mieli zrobić. Co powinni zrobić.
A to, że Pilar odstrzeliła Gonzalesa... Madox naprawdę uważał, że powinna za to dostać jakiś pierdolony medal. Ale chyba sam będzie musiał jej taki sprezentować.
Bo Montoyowie byli

nieugięci.


A zaraz nawet Dupek Montoya postanowił Noriedze pokazać kto tutaj rządzi wymierzając mu cios. Nie zrobił tego na pewno całą siłą, był to raczej gest, który miał go ustawić. Pokazać mu, że są w Meksyku i będą grali na ich zasadach.
Oddałby mu, tylko zamiast tego zaraz cofnął się do Pilar, kiedy zerwała się z łóżka, zaraz sięgał do niej ręką, żeby przesunąć palcami po jej skórze.
- To nic - rzucił, bo prawda jest taka, że Madox to był raczej z tych facetów, gdzie przysłowiowe danie sobie po mordach, czasem działało oczyszczająco. I może jakby oddał Montoyi to tak by to zadziałało? Nie. Chyba obaj byli na to zbyt narwani, lali by się póki któryś by się nie poddał. A nie poddałby się żaden.
Montoya na szczęście wywaliła swojego męża, i gdyby Madox mógł to by teraz zanim wyszedł i tym razem to on się uśmiechnął zwycięsko. Ale nie mógł, zwłaszcza, że aparatura, do której podłączona była Pilar zapiszczała, a Madox zaraz lądował obok niej przy łóżku.
- Hej, spokojnie - już do niej sięgał ręką, żeby spleść jej palce ze swoimi. Niesamowite to jest... że takich dwóch pierdolniętych kolesi, jak Madox i Montoya… potrafiły ustawić dwie takie kobiety.
Na kolejne słowa Stewart, Noriega tylko mocniej zacisnął palce na jej ręce. A zaraz sobie jej dłoń opierał na karku. Lubił kiedy tak o niego walczyła. Za każdym razem.
Montoya też chyba wiedziała, że nie ma tutaj szans już cokolwiek ugrać, więc zniknęła idąc po lekarza.

A Madox zaraz pytał Pilar co powinni zrobić.


Tylko, że przecież oni... rzadko robili to co powinni. Najczęściej po prostu to, co czuli, a przynajmmniej Madox. I to Pilar najczęściej była jego głosem rozsądku.
Złapał ją za rękę, kiedy ją do niego wyciągnęła, i zaraz znowu obejmował ją przy sobie ramieniem. Chociaż kiedy się skrzywiła, to on też to zrobił, ale nie dlatego, że coś go bolało, bo to uderzenie to właściwie... nic.
Tylko po prostu on nie mógł patrzeć na to, jak Pilar cierpiała. Nigdy nie mógł.
Zamyślił się wraz z jej słowami, była to jakaś opcja, a Madox umiał być przekonywujący. Esme zresztą przecież mogła wyruszyć do Kolumbii. Ale będą ich maglować, maglować i straszyć, że nie wyjadą, póki tego nie sprawdzą.
- Do... - zaczął i już miał jej mówić, że dobrze, bo przecież on się z nią zgadzał, w tak wielu rzeczach się z nią zgadzał, chociaż czasem miał inne zdanie. Ale jej ufał. Temu, że jej pomysły nie zawsze były tak narwane jak te jego. Pilar po prostu wiedziała, co powinni zrobić.
Tylko, że Stewart kontynuowała, a kiedy powiedziała o tym, że to była łatwiejsza opcja, to Madox zmarszczył brwi, zawiesił spojrzenie na jej pięknych, czekoladowych oczach. Patrząc w nie z bliska.
Zaraz się uśmiechnął, kiedy zdradziła mu tą drugą opcję. Nie to co powinni, to co ich ciągnęło, niebezpieczeństwo podszyte zbrodnią. Znowu.
Ale przecież oni to chyba lubili najbardziej.

Wbrew wszystkim.
Razem.


- Loca - mruknął, a zaraz szarpnął się do niej, żeby musnąć wargami zaczepnie jej usta - te quiero - dodał i jeszcze raz ją pocałował, krótko, bo zaraz już wstawał z łóżka. Zaraz rozejrzał się po sali. Musieli trochę kombinować. Ale czy to dla nich był jakiś problem?
Nigdy nie był.
Pod ścianą stał wózek i zaraz Madox jej go podstawiał.
- Zapraszam na przejażdżkę - na wózku leżało jakieś jasne zawiniątko i Madox chciał je po prostu zrzucić, ale kiedy je rozwinął to okazało się, że to lekarski kitel.
Świetnie.
Bo zaraz zakładał go sobie na grzbiet przykrywając kolorową koszulę, na piersi nawet miał plakietkę.
Doctor Fernandez, a przy kieszeni przypięty identyfikator z kartą.
Zajebiście.
- Doktor Fernandez chyba bardziej powinien pilnować swoich rzeczy - sięgnął do kieszeni i znalazł nawet batona, którego zaraz dał Pilar i drobne na kawę - jakbyśmy nie byli poszukiwani, to nawet doktor Fernandez postawiłby ci kawę - puścił jej oczko. A kiedy usiadła na wózku, to zdjął kroplówkę i położył jej ją na kolanach - niech zleci do końca i ktoś to wyjmie... - to była taka optymistyczna opcja, Madox liczył, że znajdą kogoś takiego - a jak nie to zrobi to doktor Fernandez - to była ta druga, trudniejsza opcja. Ale przecież Madox... on zawsze lubił wyzwania.
Podjechał do drzwi i je otworzył, na szczęście na zewnątrz nie było nikogo, chociaż kiedy Madox wystawił głowę na korytarz, to gdzieś na końcu zobaczył dochodzących się miedzy sobą Montoyów. Dobrze, że oni też byli... temperamentni. Pierdolnięci.
Oczywiście, że Madox ruszył z Pilar w przeciwną stronę. I tak się pięknie złożyło, że akurat do windy, z której wysiadła jakaś sprzątaczka, a oni sobie po prostu do niej wjechali. Noriega zerknął na przyciski i chociaż przecież najsensowniej brzmiał parter, a potem do drzwi, do wyjścia, to coś go podkusiło i wybrał podziemia, które sobie odblokował kartą dostępu doktora Fernandeza.
Jechali sobie sami, nawet Pilar mogła w międzyczasie zjeść batona, bo tak im wszystko pięknie wychodziło.
Dobrze, że nie wybrali parteru, bo tam akurat kręciło się pełno policji, mogli to zobaczyć kiedy uchyliły się drzwi, ale nikt się nie dosiadł, bo potrzebowali miejsca na łóżko, wiec Madox tylko pokazał, że oni jadą na dół.
Wylądowali w podziemiu, i po pokonaniu korytarza, rzeczywiście mieli przed sobą podjazd dla karetek.
- O kurwa... myślisz, że możemy spierdolić karetką? - oczywiście Noriega się podjarał, jak małe dziecko. Z tymi błyszczącymi oczami zaraz pochylał się nad Pilar, żeby na nią spojrzeć...
I może by im się udało?
Tylko nagle zamiast karetki na podjazd wjechała jakaś taksówka, z której wyskoczył spanikowany facet.
- Moja żona rodzi! - krzyknął i szarpnął Madoxa za kitel.
Nie kurwa, nie.
Tylko nie to, pod Noriegą zaraz ugięły się kolana, kiedy tylko to usłyszał i wróciły jakieś dziwne wspomnienia, które on przecież chciał ze swojej głowy kompletnie wyrzucić.
- To idźcie na górę, bo my tu... - zaczął Madox, ale facet już go ciągnął w kierunku taksówki. A tam rzeczywiście... rodziła jakaś kobieta, ale obok niej siedziała druga, ładna brunetka.
- To ty? - rzucił Noriega bardziej zainteresowany nią, niż porodem. Bo na samą myśl robiło mu się słabo.
Aż musiał się oprzeć ręką gdzieś o samochód.
- To wy? - rzuciła brunetka patrząc po ich twarzach, nie miała na sobie czerwonej sukienki, ale zdecydowanie była to ona - zresztą nieważne, trzeba jej pomóc - zarządziła a Madox od razu się cofnął.
Nie no kurwa. Nie.
- Ale ja nie jestem lekarzem... - wyznał, szczerze przecież. Dziewczyna spojrzała na niego, a zaraz wywróciła oczami.
- Ja jestem, pracuję tutaj... Pomóżcie ją przenieś... - w tym akurat Madox mógł pomóc. Tylko jak to zrobić? I gdzie?
Zaraz okazało się, że obok stała sobie jakby nigdy nic karetka, otwarta, wyposażona, piękna.
Madox i Pilar mogli właśnie nią uciekać w stronę zachodzącego słońca. Ale czerwona sukienka, bez sukienki, wskazywała im ją, żeby tam przenieśli tą rodzącą kobietę.

Podría escaparme contigo hacia el atardecer ☀︎⋆.ೃ࿔*:・
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”