-
Ale u nas nie ma... - Madox wywrócił ciemnymi oczami, ale jednak z uśmiechem. Oni też kiedyś widzieli słonia, kiedy ciotka Izabela zabrała ich do ZOO, i w zasadzie to mógłby go tak załatwić słoń. Doskonale widzieli jakie one miały trąby, mogłyby go opryskać, ale przecież nie tutaj. Tutaj to co najwyżej mogły go dorwać jakieś małpy, albo oposy.
Pewnie mogliby się z Pilar dochodzić o to jeszcze dłużej, ale zaraz Madox jej pytał o ulubiony smak lodów, a kiedy powiedziała, że
czekoladowy, to on aż zrobił wielkie oczy.
-
Czekoladowy? Najlepsze są mango, pycha! - już się klepał po brzuchu na samą myśl o lodach mango.
-
Ja też najbardziej lubię czekoladowe - wtrącił się Tio, a Noriega znowu strzelał oczami. Nie znali się wcale. Chociaż... oni zazwyczaj z Ticiano brali dwa różne smaki i się nimi dzielili.
Zaraz jednak okazało się, że dzisiaj chyba nici z lodów, bo Madox zamiast tego zdecydował oddać album Luisowi. Po pierwsze to oni już dzisiaj jedli lody, a po drugie, no to każdy fajny dzieciak powinien mieć taki album.
Chociaż... Luisa wcale nie znali. Madox i Tio najczęściej bawili się ze swoim kuzynostwem, albo z dzieciakami z sąsiedztwa, zresztą oni trzymali się często we dwóch, nawet w szkole siedzieli w jednej ławce. Jak bracia. I teraz jak bracia każdy z nich miał
swojego jaguara, chociaż Tio wydawał się z tego niezbyt zadowolony, ale Madoxowi nie przeszkadzało to w tym, że kiedy tylko zszedł z drzewa i podziękował Pilar
bu-zia-kiem, to zaraz rozkładał album, żeby im jeszcze pokazać jaguara.
-
My go mu damy - powiedział tylko zerkając na Pilar nad swoim albumem, bo nie mógł się na niego napatrzeć -
każdy się cieszy z tego albumu - pokiwał głową, ale kiedy dziewczynka się tak ekscytowała, to uśmiechnął się jakoś szerzej. Zaraz już wszyscy się zebrali i ruszyli na targ, a Madox jeszcze po drodze zerkał na swojego jaguara, do momentu, w którym się nie potknął, wywinąłby orła i w końcu go złożył.
Szli za Pilar ścieżką, którą im pokazała, a kiedy gwałtownie się zatrzymała, to oczywiście, że Madox w nią wlazła, ale odruchowo złapał ją za plecak i przytrzymał, żeby nie wyrżnęła, chociaż sam się zachwiał, kiedy w niego wpadł Tio.
-
Co jest? - już pytał, ale Pilar zaraz im wszystko wyjaśniła. A Madox i Ticiano wyglądali ponad jej ramionami w kierunku targu, żeby zobaczyć
stoisko ojca bliźniaków.
-
Ale na pewno wiesz? - zapytał Ticiano.
-
No wie, przecież ci powiedziała - zaraz rzucił Madox i jeszcze stuknął Tio palcem w czoło -
estúpido - zaraz już odwracał się do Pilar, żeby jej zasalutować -
tak jest! - Tio jeszcze się ociągał, ale Noriega zaraz złapał go za ramię i ustawił do pionu.
A potem to już obaj się skupili i ruszyli w ślad za dziewczynką. Chociaż Tio w pewnym momencie się potknął i Madox musiał go pchnąć, więc pod tym stolikiem znowu wpadł na Pilar.
Ale się udało. Chociaż Ticiano narzekał zaraz, że ubrudził spodnie, a Madox klepał go w ramię.
-
Spodnie? A co ty się przejmujesz Tio? Widziałeś jak Pilar się przeturlała? Wzium… A my tak, skok i... - Madox już się nakręcał, bo on przecież lubił takie... przygody, ale wtedy podszedł do nich ten chłopiec i Noriega zaraz wyciągał do niego rękę, żeby się przywitać.
-
Cześć, jestem Madox, a to Ticiano - przedstawił swojego
brata, i zerknął na Pilar, bo... Cofnął się do niej i wziął ją na bok, żeby dać jej ten zafoliowany album -
ty mu daj - no tak... Bo Madox przecież był łobuzem, a łobuzy bezinteresownie nie dają komuś albumów. Jego
łobuzerska reputacja by na tym ucierpiała, czy coś...
Wpakował album w rączki Pilar, a sam stanął koło Tio, który otrzepywał spodnie -
na tyłku też masz - i kiedy Ticiano się odwrócił, żeby spojrzeć, to dostał pstryka w nos, wiec zaraz pogonił Madoxa i przebiegli dookoła Luisa i Pilar, która wręczała mu album. Ale zaraz już stali obaj obok brunetki, jeden z jednej strony, a drugi z drugiej. Zapatrzeni w rozradowaną buzię Luisa.
-
Możemy się powymieniać naklejkami, jak jakieś masz - powiedział Tio, chociaż to był pomysł Madoxa, ale to nic, Noriega pokiwał głową. A zaraz wszyscy siedzieli na trawie oglądając albumy i wymieniając się naklejkami.
Nagle Ticiano się zerwał patrząc na swój dziecięcy zegarek.
-
Muszę lecieć, mama kazała mi dzisiaj być wcześniej na obiad, idziesz Madox? - zapytał, ale Noriega nawet nie wstał z trawy.
-
Ja jeszcze zostanę, dzisiaj Marisol obiecała coś ugotować - stwierdził zadzierając tylko głowę. Tio się trochę zdziwił, ale wzruszył ramionami i na koniec dodał, że jak
Marisol nie ugotuje, to żeby przyszedł.
Marisol to oczywiście matka Madoxa, ale on już był w takim wieku, że nie bawił się z nią w teatrzyk w ogródku, tylko jej pyskował i nazywał
Marisol, jak ojciec.
Coraz bardziej podobny do ojca...
Poleżeli jeszcze trochę na trawie oglądając albumy, ale w końcu Luisa też zawołała mama, a Madox został z Pilar.
-
Odprowadzę cię - zaproponował jej, chociaż może mogła jeszcze złapać na targu ciotkę, albo kuzyna?
To najwyżej odprowadzi ją do stoiska. Ale zanim doszli chociażby tam, to Madox ją zatrzymał łapiąc za ramię.
-
Czekaj... Mam drobniaki, na jednego loda, możemy się podzielić - właściwie to chciał się dzielić nawet na trójkę z Tio, ale skoro poszedł, to jego strata -
chyba, że musisz wracać na obiad? - zapytał, chociaż... przecież chyba każdy wybrałby lody? A przynajmniej Madox by wybrał. No i Pilar też pewnie wybrała, bo może i byli... różni, ale troszeczkę podobni też.
A kiedy już stali przed budką i Madox wysypał drobne na ladę, a sprzedawczyni kazała im wybrać smak, to Noriega właściwie bez zastanowienia wypalił, że...
-
Czekoladowe.
chocolate para ti ♡₊˚
・₊✧